Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Momus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Momus. Pokaż wszystkie posty

3 października 2015

Gorący lód



Autor: Tomasz Jastrun

W odwrotnej kolejni czytałam niż autor pisał – jako pierwszą przeczytałam Grę wstępną, która mnie urzekła a dopiero sporo później debiutancki Gorący lód. Z jednej strony nie żałuję ponieważ pełna dobrych wspomnień pierwszej książki sięgnęłam po drugą. Z drugiej jednak strony ze względu na tematykę niektórych opowiadań Gorący lód nie jest tak spójny i apetyczny.

Nie potrafię doszukać się erotycznego dreszczyku czy choćby łaskotania patrząc na scenę, w której w okresie internowań milicjanci wchodzą nocą do mieszkania, a tam ona, on, dziecko. Rozumiem wagę sceny ale nie przemawia do mnie w ero-kontekście. Na szczęście, dla mnie, jest kilka tekstów, które są tym do czego Tomasz Jastrun mnie przyzwyczaił – lekką opowieścią, zawoalowaną erotycznie historią. Wizualizacje łatwo tworzone w głowie na podstawie słów, słów nie pozbawionych humoru, miejscami całkiem pikantnego. Swoboda w konstruowaniu fabuły i narracji to coś, co rzuca się w oczy. Z równą łatwością autor pisze w pierwszej osobie i rodzaju męskim jak i wkłada swoje słowa w usta kobiety. 

Gdyby nie retrospekcje stanu wojennego, a nawet lat siedemdziesiątych to byłaby to fajna, współczesna podglądanka obyczajowa.  Bo jest w tych opowieściach coś z zaglądania przez uchylony lufcik do sypialni, nie nachalne podglądactwo ale raczej sympatyczne zerkanie. Z punktu widzenia Gry wstępnej Jastrun rozwinął to, co w debiucie miał najlepsze – lekkie pióro, zabawne sytuacje, celne uwagi i przede wszystkim – obserwacje ludzi w konotacjach erotycznych oczywiście.
Reasumując - jak na debiut może być, ale sumarycznie wolę późniejszą twórczość.

2 października 2015

Lesbos




Pod redakcją: Kathleen Warnock



Sięgnęłam po książkę z jednej prostej przyczyny – pierwsza monografia kobieco-kobieca jaka wpadła mi w ręce i oko. Nie mogłam nie przeczytać.  Na początku należy zaznaczyć, że wskazana na okładce autorka Kathleen Warnock nie jest de facto autorką tekstów. Opowiadania zostały napisane przez dwadzieścia dwie różne kobiety. Dlaczego aż dwadzieścia dwie, albo tylko dwadzieścia dwie? Dlatego, że książka jest zwieńczeniem konkursu a publikacja konkretnych opowiadań nagrodą dla ich autorek. Opowiadania zostały nadesłane na konkurs, a najlepsze – w ocenie organizatorek – znalazły swoje miejsce w druku.

To co trochę razi to mieszanka stylów, poziomów literackich i form. Biorąc do ręki książkę najczęściej spodziewam się spójnej historii opisanej tym samym językiem. Owszem, zbiory opowiadań mają swoją specyfikę i biorę na to poprawkę. Tu jednak można dość łatwo rozróżnić tekst napisany przez osobę z piórem i klawiaturą obytą, od tekstu bardzo amatorskiego. Różnić potrafi je wszystko – od doboru słów, przez długość zdań, po ułomne dialogi sprowadzone do sms a i to tylko jednej z rozmówczyń. Męczące.

Ale co w środku? W środku można znaleźć perełki sprawiające, że krew krąży w żyłach szybciej – opowiadanie dziejące się w pociągu albo to na górskiej trasie z motocyklami w roli głównej. W perełkach można się tarzać w doznaniach i zapędzić wyobraźnię do pracy na trzy zmiany. Odpoczywać można przy lekturze tych mniej wciągających. Generalnie nie jest to lektura dla wymagającego czytelnika, większość fabuł sprowadza się do opisów pieszczot – lepszych i gorszych ale opisów. Niektóre pozbawione są dialogów całkowicie, co powoduje w mojej ocenie, że trudno je nazwać opowiadaniami, raczej miniaturami czy retrospektywami - opisują bowiem konkretne sytuacje. Ocena czy historie są wymyślone czy realnie miały miejsce nie jest przedmiotem oceny (choć ta z uczennicą i nauczycielką wydaje się być naprawdę mało prawdopodobna).

Idealna książka na podróż – przerywanie lektury nie szkodzi biegowi wypadków, a okładka i tytuł wzbudzają zainteresowanie i prowokują czasami bardzo ciekawe rozmowy z towarzyszami podróży, także całkiem obcymi ;). To, że bohaterkami są kobiety sprawia, że jest to pozycja unikalna na rynku ale użycie w podtytule frazy „Najlepsze opowiadania erotyczne” jest już zaklinaniem rzeczywistości. Scen drastycznych brak, poprawność polityczna na najwyższym poziomie, wypieki na twarzy czasami, motylków w brzuchy raczej jednak niewiele.

29 września 2015

Odwieczny Bal





Poprzednia część cyklu: Osiemdziesiąt dni białych 
Autor:    Vina Jackson



Kolejna książka cyklu, rzec by się chciało - całe szczęście, że ostatnia. Początek przydługi, przynudny, przetykany historiami opisującymi zdarzenie o nazwie Bal. Retrospekcje w opowiadanej historii życia dziewczynki, z czasem młodej kobiety. Retrospekcje o tyle uciążliwe w odbiorze, że w pewnej swojej części opowiadały analogiczną historię, analogicznej dziewczyny, tyle tylko, że kilka dekad starszą.

Co najmniej kilka razy chciałam to odłożyć ad acta, powstrzymałam się i w sumie jestem z tego zadowolona. O ile wcześniejsze części dotyczą historii i ludzi mających własne życie, pasje, zawody, zainteresowania (choćby i ekscentryczne), o tyle w Bal opowiada o przygotowaniach, którym poddawana jest przyszła mistrzyni ceremonii. Trzeba zmienić optykę, żeby znaleźć przyjemność w lekturze. Pojawiają się niektórzy bohaterowie poznani wcześniej, pojawia się także legion nowych postaci, statystów, którzy przewijają się zarówno w wątku głównym, jak i za kulisami.

Odkryta zostaje także inna niż dotychczas twarz Balu. Teraz nie jest to już ekscentryczna impreza pełna perwersji, nagości i wyuzdanych obrazów. Bal, zwany Odwiecznym Balem jest rytuałem, starą ceremonią, z korzeniami w pogańskich obrzędach płodności, może równonocy. Bal to święto, w którym każde działanie ma wywołać konkretną reakcję, działanie. Każdy jest inny, każdy wyjątkowy i niepowtarzalny. Przedsięwzięcie na ogromną skalę, w które zaangażowanych jest bardzo dużo osób ale, które pozostaje tajne i tajemnicze.

W pewnym momencie ukazuje się spójny obraz całości – pojedyncze imprezy opisane w poprzednich tomach zaczynają się ze sobą łączyć, poprzez ludzi w nich uczestniczących. Retrospekcji Balów z przeszłości także uwypuklają te powiązania, losy ludzi, którzy jak za cygańskim taborem postanawiają podążać za Balem.

Genialny, moim zdaniem, jest pomysł z tatuażami-nietatuażami, które w specyficznych okolicznościach ‘wypalają’ się na ciele – znikają się pojawiają w zależności od stanu… podniecenia. Finał jest idealną wisienką na torcie – trzeba do niego doczekać, nawet jeśli coś wcześniej podszeptuje rzuć to i weź się za fizykę kwantową. 

Warto!

27 sierpnia 2015

Osiemdziesiąt dni białych



Poprzednia część cyklu: Osiemdziesiąt dni bursztynowych


Autor:    Vina Jackson



Ze sporym dystansem sięgałam po kolejną książkę z serii, mając w pamięci znudzenie towarzyszące mi podczas poprzedniej. Pierwsze akapity tylko podgrzały niechęć. Tym razem osią powieści jest Dziewczyna z tatuażem w kształcie łzy. Przewinęła się tu i tam, w nieznaczących epizodach poprzednich książek ale teraz została pełnoprawną bohaterką pierwszoplanową. Czytałam dalej. I… jakoś poszło.

Na szczęście i wbrew obawom sposób narracji i jej przedmiot powrócił do stanu z pierwszych tomów i lektura przyjemne łaskotała czułe miejsca. Dość powiedzieć, że Dziewczyna z łzą z cichej pannicy z dobrego rozwijało w sobie mroczną stronę osobowości żeby stać się rasową dominą. Tak, tak, wracamy do ulubionych klimatów z pod znaku pejcza.

Ciekawie przedstawione dzieje klubu fetyszowego, studium osobowości switch i kilka innych ciekawych epizodów. Na uwagę zasługuje zwłaszcza przeprowadzenie na drugą stronę lustra waniliowego przyjaciela, który po ucieczce głównej bohaterki podróżuje za nią na drugi koniec świata. Delikatne echo postaci z odcinka bursztynowego, którzy po sfingowaniu własnej śmierci także na drugi koniec świata trafili. 

Stymulująca dynamika akcji, bardzo nasycone erotyką drobne sceny, gesty, epizody. Odzyskałam wiarę w autorski duet i zapytam tylko czy na pewno potrzebny był ten bursztynowy odcinek?

Kolejna część cyklu:   Odwieczny Bal

13 sierpnia 2015

Osiemdziesiąt dni bursztynowych


Poprzednia część cyklu: Osiemdziesiąt dni czerwonych

 
Autor:    Vina Jackson

Zachęcona poprzednimi tomami sięgnęłam po kolejny. Tym razem książka poświęcona została tancerce, która uwiodła mnie tangiem poprzedniej. Tym chętniej pochłaniałam kolejne sceny aż do epizodu z pistoletem. Majstersztyk. I… na tym koniec. Zmęczyłam resztę – inaczej się nie da tego nazwać. Owszem fabuła przenosi się i w czasie, i miejscu, owszem poznajemy sytuacje, w których uczestniczą także wcześniejsi bohaterowie ale… No właśnie jest jakieś ale. 

Konstrukcja książki to podróż z krótkimi przystankami. A każdy z przystanków to inna osoba. Trochę czyta się to jak wyliczankę, w której zmieniają się imiona kochanków. Ilość scen tanecznych, wokół których zapleciona została fabuła jest za duża. Przez to genialne tango z poprzedniej książki, o którym czytając miała gęsią skórkę teraz jest już tylko jednym z wielu tańców. Może to kwestia tego, że taniec nie jest tym co rozpala moje zmysły, a przy nagromadzeniu zlewają się w jedno. Za dużo lukru na pierniczku, za mało korzennego aromatu.

Pewnym smaczkiem jest wątek istnienia organizacji, za sprawą której można spektakl z Lubą w roli głównej zamówić w dowolnym m miejscu i czasie, jeśli tylko ma się wystarczająco zasobny portfel. Nie sposób jednak pozbyć się skojarzeń z luksusową dziewczyną na telefon, z tą tylko różnicą, że nie do bezpośredniego użytku ale do popatrzenia jak uprawia taneczny sex z kimś innym. Drugi smaczek to przyjmowana przez nią zapłata za taniec  - nie pieniądze, nie diamenty ale bursztyny. 

Ale może właśnie przez to tytuł i cała książka jakoś tak wystają z cyklu. Dotychczas tytułowe dni nazwane były nazwami kolorów, teraz są bursztynowe. Najgorsza jednak, w moim odbierze, jest finałowa inscenizacja z upozorowaniem śmierci. Teatr niestety zupełnie nie w moim guście. No ale przede wszystkim źródłem mojego rozczarowania jest całkowity brak klimatów bdsmowych. Zrobił się z tego łzawy harlequinowy teatrzyk i pozostawił niesmak na tyle duży, że zanim (jeżeli w ogóle) sięgnę po kolejny tom przeczytam coś innego.

Kolejna część cyklu: ...

26 lipca 2015

Osiemdziesiąt dni czerwonych

Poprzednia część cyklu: Osiemdziesiąt dni niebieskich



 
Autor:    Vina Jackson




Jeśli do trzech razy sztuka to jest trzy zero dla autorskiej pary. Kolejny zwrot w miejscu akcji – powrót z Nowego Jorku do Londynu z tym tylko zastrzeżeniem, że przez Paryż, Berlin i Barcelonę. Rozstanie głównej bohaterki z dyrygentem kończy waniliowy związek. Ciekawie rozbudowany epizod skrzypiec, które w tej części nie dość, że mają długa i burzliwą historię to jeszcze mają imię. Stają się bardziej wyjątkowe niż historia pierwotna opisana w powieści. Romans skrzypaczki klasycznej z muzyką rockową, z całym dobrodziejstwem inwentarza takiego połączenia – od delikatnego skandalu, przez związek ze znanym muzykiem, nagą sesję zdjęciową aż po kradzież skrzypiec obarczonych klątwą.

Najważniejsza jednak, z klimatycznego punktu widzenia, jest reaktywacją relacji Dominika i Summer. Tylko ktoś, kto potrafi odczuć na własnej skórze dwuletnią abstynencję, którą skrzypaczka zafundowała swojej uległości sypiając z niedominującym mężczyzną zrozumie pasję i determinację ponownego zanurzenia się w te doznania. Trema. Strach. I przemożna chęć powrotu do odmiennych stanów świadomości.

Nieświadomie para głównych bohaterów staje się także przedmiotem działań wojerysty. Zdecydowanie jednak najpiękniejszym i najbardziej erotycznym fragmentem tego tomu jest opis tańca białoruskiej tancerki Luby – najpierw solowego a następnie tanga z partnerem. Nie przytoczę ani linijki opisu, powiem tylko, że dla tego jednego fragmentu warto sięgnąć po książkę. Absolutne mistrzostwo!

Kolejna część cyklu: Osiemdziesiąt dni bursztynowych

10 lipca 2015

Opowiadania nieprzyzwoite




Autor: Mateusz Skrzyński


Opowiadanie to trochę za dużo powiedziane, zwłaszcza tych pierwszych kilka nawet miniaturami trudno nazwać bo mieszczą się na dwóch stronicach formatu mniejszego niż A5, dużą czcionką wydrukowane. Ewidentnie widać, że poszczególne teksty dzieli spory czas. Późniejsze są mniej naiwne jeśli chodzi o fabułę, bardziej rozbudowane, a cykl hotelowy powiedziałabym bez ogródek całkiem już smaczny i dopieszczony.

Postacie bohaterów nakreślone bardzo sugestywnie – pracownicy i goście, kobiety i mężczyźni, donżuani i prawiczkowie – ciekawa mieszanka. Dużo lepsze operowanie piórem, odejście od opisu konkretnej sceny erotycznej na rzecz zbudowania tła, postaci drugoplanowych, scenografii, detali.
Tematyka opowieści różnorodna – od pierwszych młodzieńczych uniesień wywołanych podglądaniem nastoletnich koleżanek w szatni, przez samozaspokojenie z fantazją w tle i lanie na gołe cztery litery spuszczone przy gościach przez macochę. Na półmetku pełna dłużyzn i niestety niewiarygodnie opisana scena uwiedzenia przez rosyjską przyszywaną ciotkę. Ale już perypetie hotelowe naprawdę smakowite. Mój faworyt - scena powolnej penetracji rozgrywająca się w ciszy szafy, w ukryciu przed hotelowymi gośćmi, którzy omal nie nakryli pokojówki i concierge’a na gorącym uczynku. Starszy pan szukający kochanka dla swojej żony - słodki i wytworny.

Ładny język, w początkowych tekstach dość ascetyczny, w końcówce w pełnym rozkwicie. Brak infantylizmów i nachalnej anatomii. Delikatne opowiedzenie o czymś ale z pozostawieniem miejsca na działanie wyobraźni. Powiedziałabym, że idealna pozycja dla młodszej młodzieży gdyby nie fakt, że takowa już został pokaleczona grey- i postgreyowskimi produkcjami.

Opowiadania nieprzyzwoite to coś, co mogę z czystym sumieniem polecić dorastającej córce ;)