Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sucze kwestie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sucze kwestie. Pokaż wszystkie posty

25 czerwca 2015

Nurkowanie jest... klimatyczne



Będąc młodą nurką skonstatowałam, że ta dziedzina jest wprost stworzona do tego żeby ją zgłębiać w bdsm'owej konwencji. Fakt, wówczas niewiele wiedziałam o nurkowaniu. Ale im bardziej nurkuję tym więcej odkrywam części wspólnych, tym bardziej widzę potencjał żeby uzyskiwać coraz bardziej zadawalający poziom umiejętności w obu sferach życia. Konstrukcja kontrowersyjna zarówno patrząc z jednej jak i drugiej strony, ale możliwości w zasadzie nieograniczone. Oczywiście można najprościej czyli od tego, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy. Ale wraz z nabieraniem doświadczenia, zmianami sprzętowymi i konfiguracyjnymi pojawiały się kolejne zapalające się lampki.
Taka uprząż na przykład – ot parę metrów taśmy, zimna stalowa płyta (no dobra może być aluminiowa jak ktoś woli). Pełna dostępność do strategicznych miejsc za to możliwość wykorzystania wszystkich pasków (ze szczególnym uwzględnieniem pasa krocznego) i D-ringów bezcenna. Wystarczy odrobina inwencji. A do tego całkowita mobilność bo uprząż jako taka nie ogranicza ruchów w żadnym zakresie. A dobrze wyregulowana gwarantuje, że D-ringi piersiowe znajdują się w idealnym położeniu.

Prawidłowa pozycja – kolejne pole do popisu. I to nawet nie trzeba śrubować parametrów – bardziej ortodoksyjne organizacje nurkowe mają w standardach zapisane akceptowalne poziomy odchyleń pozycji – 10, 20 stopni albo skok pływalności +/- pól metra. I precyzja wykonania procedur wszelakich.

Wraz ze wzrostem poziomu trudności nurkowań postępuje zmian w wyposażeniu. Taki na przykład suchy skafander przy długich nurkowaniach wymusza konieczność rozwiązania prozaicznej kwestii sikania. A możliwości jakie daje użycie akcesoriów wymyślonych dla nurkujących pań w celach, których producent She-p nie przewidział jest naprawdę sporo, wystarczy popuścić wodze fantazji. Nie mówiąc już o przygotowaniu do użycia urządzenia oraz samej jego aplikacji no i oczywiście użytkowania. Bajka stworzona do przełamywania tabu i zahamowań.

Doświadczenia z podlodowych nurkowań z użyciem ogrzewania pod wodą nie napełniły mnie przesadnym optymizmem. Ale możliwość używania innych urządzeń zasilanych elektrycznie, zwłaszcza przy pojemnym akumulatorze ech. Kto powiedział, że zamiast podgrzewania dłoni nie można podłączyć coś… bo ja wiem, masującego na ten przykład.
Wystarczy, żeby to coś współpracowało z zasilaczem 12V. Zapewne zabawki bezprzewodowe nie zadziałają w takich warunkach (myślę o pilotach sterujących) ale działanie w trybie ciągłym też jest miłe.

Oczywiście także wszelkie nieelektryczne mniejsze i większe drobiazgi umilające nurkowanie jak najbardziej spełniają swoją rolę, a odpowiednio dociśnięte pasem krocznym gwarantują pełnię doznań. Mechanika i fizyka mają swoje prawa także pod wodą. I tylko bardziej trzeba się skupiać na czynnościach ;).

I tyle dobra się marnuje, bo klimatycznych nurków jak na lekarstwo. Ale przecież wyznaczanie trendów zawsze było moim powołaniem. Spisana historia edukacji nurkowej jest wyjątkowo smaczna, ale póki co jeszcze nie ujrzała światła dziennego. Głównie ze względu na fakt, że nomenklatura nurkowa nie należy do wiedzy powszechnie znanej. Więc poziom abstrakcji znaczący i smaczki dostępne jedynie dla wtajemniczonych. Odrzeć z detali jej nie chcę, więc zostaje... no nie wiem edukacja? hipertekst? Zastanowię się jeszcze.

11 czerwca 2015

Przemyślenia z damskiej szatni



„Lubię patrzeć jak ona się dla mnie rozbiera” i cóż z tego, że rozbierała się w zupełnie innym kontekście. Patrzyłam. I fakt, że w zupełnie innym kontekście mogłam dotknąć ustami jej ramienia, obojczyka też ignoruję. Ot napawałam się chwilą.  Uwielbiam kobiety z charakterem, nawet jeśli kolor włosów mają inny niż ten ulubiony, byle nie były za długie. W tym jednak przypadku wolę mieć to ciastko. 

Ciekawa jestem ile w tej percepcji znaczy fakt, że są takie godziny kiedy jestem całkowicie w jej władzy. Fakt, kontekst totalnie aseksualny i w tamtych momentach przyjemność jest ostatnią rzeczą o której byłabym w stanie pomyśleć. Ale nie zmienia to faktu, że… muszę robić to co mi nakazuje. Władcze Kobiety to zupełnie inna kategoria. Dotychczas kategoria jednoosobowa.
Obraz, który jaki podpowiada mi wyobraźnia jest groźny. Może to kwestia uniformu, albo rękawiczek. Jeżeli w piątek opanuje mnie ta sama myśl w czasie spotkania to znaczyć będzie, że nie jest dobrze.

Usłyszałam od kogoś, dawno temu, o tym, że lubi patrzeć jak skłaniam głowę, kulę ramiona. Jak moja naturalna uległość wysącza się mnie. Tak, są osoby, które działają na mnie w ten sposób samą swoją obecnością. Niewiele ich, ale zdarzają się. Nie mam pojęcia na czym to polega ale dochodzi do takiego dostrojenia. No ale tym razem to chyba mam doczynienia z sytuacją, kiedy drugiej stronie nawet przez myśl nie przejdzie, jak bardzo emanuje jej naturalna dominacja. Na dodatek całkiem nieuświadomiona ta dominacja. No i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to kobieta. A może Kobieta?

27 kwietnia 2010

Dni Cipki # scena pierwsza # ujęcie drugie

Inicjatywa zatrzymana w pół słowa w związku z okolicznościami w drugi majowy weekend będzie miała drugie podejście. Trzymam kciuki za organizatorów a sama nadal mam w planie nawiedzić kilka z wydarzeń, ze szczególnym uwzględnieniem Wielogłosów.

18 sierpnia 2009

Wakacyjne zwiedzanie…

Nie ma to jak słoneczko, przejrzysta woda i pozostałości ze starożytności do pooglądania. Nigdy nie wiadomo co się kryje za zakrętem...


A nuż będzie to amfiteatr jak żywy choć w wieczorowej kreacji (tylko lwów brak i gladiatorzy chyba na urlopie)


Albo miła oku (i nie tylko) piwnica czy może raczej a dokładniej niczego sobie loszek. To, że stoi taki opuszczony i samotny woła o pomstę do nieba, nieprawdaż?






Nie ma wątpliwości - podróże kształcą i rozwijają wyobraźnię :)

2 lipca 2009

Mentalność Kalego w BDSM?

Czytanie ze zrozumieniem sprawiać może ludziom problemy. I sprawia. Żenująco śmieszne jest nie to po której stronie bata się staje ale podważanie istnienia tego bata.

Jak Kali coś komuś niemiłego zrobić lub powiedzieć to jest super (dla Kalego przez duże "KA" oczywiście). Jak ktoś Kalego tak potraktować (to Kalemu przez małe "ka" jest przykro i generalnie jest pokrzywdzony). Kali przez duże "KA" akceptuje istnienie BDSM, a Kali przez małe "ka" twierdzi, że BDSM to złudzenie, marketing i PR. Rozdwojenie jaźni? Możliwe. Ale dla niektórych to ewolucja... dla mnie osobowość mnoga (encyklopedia się kłania, a rożnice objawią się same).

Nie zmienia to faktu, że można zmieniać zdanie, poglądy czyli przysłowiową stronę bata – wszak nasz gatunek to człowiek myślący ale żeby mówić, że COŚ jest "błee" albo "cacy" wypadałoby się zadeklarować jednoznacznie swoje stanowisko wobec faktu czy to COŚ istnieje czy nie. Subiektywne odczucia to jedno i jak kto je kształtuje to wyłącznie jego sprawa a punkt odniesienia to drugie. Punt odniesienia to coś niezmiennego jak na przykład średni poziom morza dla względnej czy bezwzględnej wysokości w geografii. Baza. I nie jest kwestia "oświecenia i czcigodności" ale zasad. No chyba, że ktoś lubi być chorągiewką na wietrze i zmieniać układ odniesienia w zależności od tego jak w danym momencie jest wygodniej.

6 października 2008

Róża Wspomnień

Strach, uwielbienie, rozkosz, ból. Wszystko w jednym. Nie sposób zapomnieć. Emocjonalny Szczyt Świata. Zwłaszcza jeśli czytam coś takiego:

"kiedyś czytałam na jej blogu, że pewnie była jedna z wielu.. niby tak a jednak jest jedyną którą wspominam ciepło.. jest wyjątkowa".

A więc pamiętasz i Ty. Ziemia drżała, a światło było wprost boskie kiedy pozwoliłaś mi dotknąć raju Słodka Dręczycielko. Tyle dni, miesięcy, ba już nawet lat, a Róża wciąż trwa - są rzeczy niezmienne.

4 czerwca 2008

Ewolucja uległości – comming out

Osobisty coiming out wieńczący proces nieuświadomionej uległości to dopiero początek. Początek, poza który część osób w ogóle nie wychodzi. Dla nich to początek i koniec. Przyznanie się przed sobą jest niczym w porównaniu do przyznania się przed inną osobą. I tu następuje uległość podglądająca. Właśnie tak – podglądająca, choć określenie poszukująca także pasuje. Samoświadomość popycha do poszukiwania innych ludzi podzielających podobne zainteresowania. Dziś nie stanowi to większego problemu, choć mimo wszystko w początkowej fazie może być trudne ze względu na nomenklaturę.

Samoświadomość pragnień nie idzie bowiem w parze ze słownikowymi definicjami. A rzeczy nie są rzeczami tak długo, jak długo są nienazwane. Świadomość podsuwa skojarzenia, które mogą skierować poszukiwania w zupełnie błędnym kierunku. Która z nas odczuwając przyjemność z myśli o bólu lub doświadczając go wymyśliła, że to bdsm? Przecież to skrót nic nie mówiący (w każdym razie na początku). Wrzucając do wyszukiwarki kolejne skojarzenia przejdzie się kiedyś zapewne przez przemoc, wykorzystywanie seksualne i temu podobne tematy do czegoś, co będzie światełkiem w tunelu. Może będzie to zdjęcie shibari, może jakiś wyjątkowo podniecający opis oddający nasz osobisty film z wnętrza umysłu. Nie wiadomo. To kieruje poszukiwania na inne tory. Pojawiają się kolejne słowa, Kolejne wyniki w wyszukiwarce – blogi, opowiadania, zdjęcia, fora. I pojawia się strach. Pośpieszne zamykanie stron, próba wymazania z pamięci obrazów czy opisów. I to ciągle pragnienie powrotu w mroczny klimat. Przestrach ze znalezienia odpowiedzi na kłębiące się w głowie pytania. Ambiwalentne uczucia wobec tematu i wobec samego siebie.

Pytania o (nie)normalność, wyparcie, kwaśne winogrona i słodkie cytryny – klasyczny zestaw zachowań opisanych w psychologii. Mętlik w głowie, a to właśnie jeden z ważniejszych momentów w ewolucji uległości. Potrzeba zadawania pytań, tylko komu przy braku zaufanego autorytetu? Intensyfikacja poszukiwań. Umysł jeszcze nie jest w stanie filtrować informacji, oddzielać fikcji od prawdy, weryfikować zachowań. Uległość, która teraz jest już nie tylko uświadomiona ale i nazwana zaczyna się karmić tym, co znajdujemy. Fascynacja tematem, rosnący głód informacji.

Czat jest tym miejscem, które wydaje się być idealne dla rozmów w czasie rzeczywistym. Z jednym zastrzeżeniem – nie znamy rozmówcy. Czat ma te przewagę, że pozwala bezkarnie zadawać pytania pozostając anonimowym. I jeżeli znajdziemy kogoś, kto będzie chciał mówić to będzie to duży sukces. Najczęściej jednak znajdujemy osoby, które zadają pytania. W efekcie można sobie zafundować niepotrzebną frustrację przez brak odpowiedzi na nurtujące pytania. Próba przeniesienia dyskusji na grunt znajomych osób jest więcej niż trudna. No bo jak powiedzieć czułemu chłopakowi, że marzy ci się lanie? Albo przyjaciółce od serca, z którą powtarzałaś hasła o równouprawnieniu płci, że pragniesz zniewolenia przez mężczyznę? Prawdopodobieństwo, że nie zrozumieją jest zbyt wysokie. Do tego jeszcze silne poczucie wstydu z powodu takich a nie innych pragnień. Jedyna droga to powrót pod płaszcz anonimowości.

Rozmowy, nawet jeżeli owocne (a w zasadzie im bardziej owocne tym bardziej stymulujące) to tylko rozmowy. I w końcu przestają wystarczać. Kiedy potrzeba konfrontacji wyobrażeń zaczyna dominować nad przyjemnością rozmowy uległość osiąga kolejne stadium - comming out zewnętrzny.

20 maja 2008

Ewolucja uległości - uległość nieuświadomiona

Gdzie zaczyna się droga do uświadomionej uległości? Od jednej myśli, jednego skojarzenia rozpętującego kaskady impulsów elektrycznych w synapsach. Od czegoś, co ma się na przysłowiowym końcu języka, ale nie potrafi się tego nazwać. Od czegoś, co zagnieżdża się w zakamarkach umysłu i nie pozwala się stamtąd wyrzucić. Od czegoś, co zaczyna żyć własnym życiem, gdzieś między móżdżkiem a ciałem migdałowatym. Początkowo jest ignorowanym przebłyskiem. Z czasem staje się poszukiwaniem ziarnka piasku na plaży. Niezdefiniowanym czymś, czego brak staje się fizycznie odczuwalny. W chwilach wyciszenia, relaksu powraca samo. Ni to wspomnienie, ni marzenie, ciągle jeszcze bezkształtne, ale takie jakieś potrzebne. Jak brakujący kawałek układanki, zagubiony puzzel. Jeszcze później nabywa się umiejętności przywoływania tego stanu, ciągle jeszcze bardzo nieokreślonego. Dobrą porą jest stan tuż po przebudzeniu, ale jeszcze przed otwarciem oczu. Ja go nazywam snowaniem. Rozluźnione ciało, jeszcze rozespane, dookoła kojące i bezpieczne dźwięki mocy ustępujące powoli miejsca dziennemu zgiełkowi. I ta przywołana nienazwana myśl, która pod wpływem przyglądania się jej zaczyna nabierać kształtów. Nie od razu, nie pierwszego, nie dziesiątego dnia, ale w końcu będzie ukształtowana. Teraz zaś każdego takiego poranka można jej dokładać maleńkie kawałeczki pojedynczych detali. Przywołując ten zaczyn śnić na jawie o tym, czego się nie zna. Tak, właśnie oswaja się myśl. Czasami scena ewoluuje, a czasami odtwarzana jest dokładnie ta sama sekwencja. Przynosząca przyjemność. I podniecenie.

Czasami trzeba lat, żeby to, czego się doświadcza w snowaniu być w stanie wyartykułować na jawie. I nie chodzi mi o publiczne deklaracje, o dzielenie się z kimkolwiek tymi przeżyciami. Chodzi o trzeźwe powiedzenie samemu sobie – tak, właśnie to mnie podnieca, właśnie tego pragnę doświadczyć. Przyznać się przed sobą, co mnie w tym pociąga. Najtrudniejsze – osobisty coming out. Zaakceptowanie własnej fascynacji poniżeniem i bólem. Tym trudniejsze, kiedy kontrastuje z reprezentowana postawa życiową. Bez pełnej i świadomej samoakceptacji tego stanu nie sposób mówić o jakimkolwiek realizowaniu tych pragnień.

25 marca 2008

Zaskoczenie. Ponowne.

Dokładnie tak, zaskoczenie. I na dodatek będące w zasięgu ręki ale jakoś tak nie całkiem zauważone. Gdzieś obok (żeby nie powiedzieć, że pod nosem) tętni ciekawa konfiguracja, której osią jest kobieta, chociaż nie to raczej Kobieta jest. Innymi słowy temat switch nadal jest mi obcy.
Czytam, czytam i wyłania mi się obrazek sielsko-anielski, ze spełnieniem głównych bohaterów, a jednak zaskakuje mnie ta relacja. Trudno mi wyobrazić sobie, że można być w równym stopniu oddanym swojemu Panu jak nastawać na fizyczność i psyche innej kobiety. I z obu czerpać przyjemność. Po prostu moja percepcja tego nie obejmuje. I tylko czasami zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest opcja pełniejszego odczuwania. Trochę tak, jak z biseksualnością – więcej możliwości równa się więcej przyjemności. O ile bycie bi jest wpisane w moje DNA o tyle nie widzę możliwości czerpania przyjemności z pozycji po drugiej stronie bata. Nawet myśl o takich działaniu nie wywołuje u mnie podniecenia, ani nie stymuluje mnie do działania. Może to ta sama kategoria co tramping – potrafię czerpać przyjemność z patrzenia na ale nic mnie nie popycha do deptania. Z drugiej jednak strony kobieca dominacja jest tak odmienna od męskiej, że sprawia wrażenie zupełnie innego świata. Nie powiem, Kobieta w akcji jest wyjątkowo smakowitym widowiskiem, ale do popatrzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że można realizować swoje pragnienia i upodobania bez względu na to, jak się na to zapatrują osoby trzecie. Czyli wolność Tomku w swoim domku. Przychodzi mi jednak do głowy inny pomysł, skorzystania z możliwości zawarcia bliższej znajomości z bohaterami tej historii, a przede wszystkim z bohaterką, choć może bardzie właściwe byłoby nazwanie jej Bohaterką przez duże be. Zawsze to milo powiększyć gronu ludzi realnych. Spróbować warto.

27 lutego 2008

Nieużywane dystynkcje

Zewnętrzne oznaki, ozdoby, dystynkcje. Coraz trudniej móc się nimi cieszyć. Młoda coraz bardziej stara się dokonać wglądu do Szuflady Podręcznej w sypialni (co za szczęście, że nie ma jeszcze świadomości istnienia miejsc dużo bardziej zasobnych w Różne-Dziwne-Rzeczy – to zaleta posiadania niedostępnych pomieszczeń). Jeżeli dodać do tego długie dni pracy, weekendy na uczelni, szkolne ferie, jakieś przeziębienie to po prostu brakuje czasu na to, żeby można się było zachłysnąć ulubionymi przyjemnościami. Niebawem będę znowu mogła nosić jawnie mały kawałek srebra, już się cieszę.

27 stycznia 2008

Knajpiano-atwistyczno-salomonowe

Przyśniła mi się nieoczekiwanie i rozbudziła potrzebę, którą ułożyłam do snu miesiące temu. Najpierw zagrała cichym chiloutem, zaszemrała wielobarwnym głosem ludzi, zapachniała dymem i cytryną gdzie niegdzie zaakcentowanym mocnym zapachem perfum. Potem otworzyła przede mną drzwi, za którymi gwar nabierał twarzy i życia. Emocje krystalizowały się w oddechach, a prąd płynął między dotykającymi się palcami. Lekcja fizyki i chemii w praktyce. Mogłabym tak siedzieć godzinami. Po prostu siedzieć i chłonąc otoczenie przez skórę. Sycić się Nocnym Życiem Miasta. To jest to, czego mi brakuje. I nie chodzi wcale o to, żeby coś skonsumować. To nie potrzeba „mieć” tylko „być”. Kolejna noc i kolejne drzwi, które otwiera przede mną Pani Noc. A potem jeszcze jedne. Narastająca tęsknota…

Miałam całkiem inne plany na wieczór, z żalem odrzuciłam propozycję spotkania się z Ludźmi, z którymi spotkałabym się z największą przyjemnością. Ale… No właśnie… Było już późno… a ja byłam w Mieście. Wiedziałam, że siedzą tam wśród wszystkich symptomów Nocnego Życia. I poszłam tam Musiałam pójść. Cudowny wieczór, bez jednego grama alkoholu, na który tak bardzo miałam ochotę. Takie zasady BHP ustalone z Panią Nocą – ona pozwala mi napawać się atmosferą, a ja przyjeżdżam samochodem, żeby nie przekroczyć magicznej granicy. Jestem Kopciuszkiem, który co prawda nie gubi pantofelka, ale ma swoją karocę, wyczarowaną z dyni. Trywialny, namacalny element życia, które jest poza Nocnym Życiem. Papieros, kto trzymam w palcach przez cały wieczór jest symbolem tego, co mogę czuć, widzieć, wąchać a czego nie wolno mi posmakować. Tym razem nie stracił wypełniającego go tytoniu. Hołubiłam go w palcach jak najcenniejszy z klejnotów, odsuwałam od siebie jak zarazę, której potrafiłam się oprzeć. To kolejny cichy układ z Panią Nocą. Przedmiot, który pozwala mi się nie zapomnieć. Jest jak okruszki rzucane przez Jasia i Małgosię, jak nić Ariadny. Ale mnie potrzebny nie po to, żeby wrócić do domu, ale po to, żeby nie wejść w Mrok. Pragnienie zadurzenia się upojną wonią Nocy jest we mnie tak duże, że potrafiłabym się zapomnieć. To bardzo silny głód, namacalny, konkretny. Płomień, którego pragnę, spopieliłby mnie w mgnieniu oka, a nie wiem czy feniks we mnie potrafiłby się odrodzić do życia poza Nocą. Nie chcę próbować. Prośba o papierosa nie zawsze jest prośbą o ogień. Bo o to chodzi, żeby gonić Ogniczka…

Powrót do rzeczywistości. Zdejmuję z siebie ubranie, z każdym skrawkiem materiału odkładam świeże jeszcze wspomnienie gościny u Pani Nocy poza zasięg fizyczności. Woda zmyje te drobiny, które przedarły się aż do skóry i oblepiły ją lubieżnymi oddechami. Zdejmuję z siebie zawieszone w kroplach potu spojrzenia i rozmowy, powitalno-pożegnalne buziaki i uściski, zapach prochu. Wyjałowioną cielesność składam w pościeli. Budzi mnie gorący oddech na karku i woń męskiego pożądania. Atawistyczna, odwieczna męska żądza znaczenia terytorium. Bezceremonialnie posiadł moje ciało, wyganiając z wnętrza te drobiny Nocy, które oparły się kąpieli. Samczo bezwzględny, władczy i nieznoszący sprzeciwu napełnia mnie sobą, dezynfekuje spermą i piętnuje swoim zapachem. Dopiero teraz jestem czysta. Dopiero teraz czuję się czysta. To spowiedź i rozgrzeszenie w jednym akcie. Zwierzęca siła przeciw bezradności. Najbardziej pierwotne z praw dominacji. Może właśnie dla takich poranków tak bardzo pożądam Nocy.

Ten wieczór, noc i poranek były jak krótkie wakacje w raju. Kiedyś znowu odwiedzę Panią Noc i powrócę z jej objęć, żeby odnaleźć swoje miejsce u boku Pana Męża. Życie na krawędzi. Mieć i nie mieć zarazem. Być i nie być. Ale móc i chcieć, oto klucz to życia na krawędzi światów.Salomon powiedział „Jeśli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku Twoje nie było”. Kocham wracam.

30 czerwca 2007

Mieszanka wybuchowa

Drugi raz w życiu zbiła mnie z nóg mieszanka wodokolońsko-feromonowo-owulacyjna. Tak, wystarczyło bliskie spotkanie trzeciego stopnia i parę oddechów, żeby zaszumiało mi w głowie. Niczym niesprowokowane podniecenie, które przybierało na sile z każdą minutą. Palce kręcące bezwiednie młynki, błędny wzrok, w którym jak sądzę widać było nie mniej ni więcej tylko męskie przyrodzenie. No po prostu taka chemia, że aż niemożliwe. Śliniłam się na górze i na dole a ten Złośliwiec nie szczędził mi ciętych uwag. W takie dni jak dziś może lepiej byłoby w ogóle nie wychodzić z domu, posiedzieć cichutko w kąciku i poczekać, aż przejdzie. W końcu owulacja musi się kiedyś skończyć. Na szczęście taka koniunkcja mojej fizjologii, jego feromonów i produktu przemysłu perfumeryjnego na szczęście nie zdarza się często. Ale na dłuższą metę może prowadzić do działania w afekcie. Dojmujące uczucie, pierwotne i nieobliczalne. Miło jest przeżyć coś takiego, byle nie za często. To chyba ten stan duszy i ciała, który określa się kurwikami w oczach. Grunt, że dałam radę. Czy to się nazywa asertywność? Możliwe… A do tego widok tych krótko obciętych pazurków i opowieści o fiście. Mniam. Aż mnie skręcało.

26 czerwca 2007

Prądem? Bohatera?

Mój stosunek do zabaw z prądem ukształtował się już parę lat temu i nic nie wskazywała na to, że może ulec zmianie. Aż do pewnej sobotniej nocy, kiedy to mnie ktoś pogłaskał. No dobra, najpierw była krótka prezentacja sporego białego instrumentu i podana metalowa elektroda. Prawdę powiedziawszy nie chciałam nawet brać jej do ręki, ale to trochę nie halo robić gospodarzowi afront. Z ciężkim sercem wyciągnęłam palce i delikatnie dotknęłam metali. Ciekawe uczucie – przyjemny, pieszczotliwy dreszcz rozchodzący się od miejsca zetknięcia skóry z elektrodą po ciele. No właśnie, zaskoczyło mnie, że impuls elektryczny tańczył po skórze, albo może pod skórą rozbrykany jak roczniak na padoku.

To zupełnie inne doznanie od tego, które znam – silny miejscowy skurcz mięśni stawiający na baczność całe ciało w proteście. To była subtelna pieszczota, której mogłabym oddawać się przez dłuższy czas. Inna sprawa, że nie czas i miejsce był po temu. Ale wrażenie pozostało.

Ale zamknięcie dłoni na elektrodzie to był dopiero wstęp do tego, jak można wykorzystać to cacko. O wiele bardziej ekscytujący jest dotyk dłoni drugiej osoby, kiedy to ona trzyma elektrodę. Wiadomo, ciało przewodzi prąd – niby oczywiste, ale dopiero w takim układzie można to zobaczy (gdyby fizyka w szkole był wykładana w ten sposób to kto wie, może byłabym w stanie ja polubić). W każdym razie ciało dotykanej osoby staje się zabawką na kształt kuli plazmowej, której dotykanie ogniskuje impulsy. I tylko od dotykającego zależy siła dotyku i ilość punktów stycznych. Przesuwające się po policzku palce wygrywają symfonię rozkoszy. W każdym razie mogłyby to zrobić, gdyby nieco inna konfiguracja osobowa była.

Zabawka idealna jako dopełnienie do wiązania, w szczególności podwieszanego. Połączenie tej namiastki latania z unieruchomieniem i elektryczną pieszczotą musi zwalać z nóg. Dotyk w miejscach wrażliwych, wilgotnych aż dech zapiera samo wyobrażenie. Swoją drogą ciekawe jak zachowa się zabawka użyta w trakcie, kiedy powierzchnia skóry pokryta jest cieniuteńką warstewką wilgoci wywołaną wysiłkiem i skurczami mięśni. Impulsy powinny przemykać się po skórze w bardziej nieuregulowany sposób, wyszukując sobie najłatwiejszą drogę o najmniejszym oporze. Nie ukrywam, że pomyślałam od razu o dołożeniu tego elementu do fistu, ale podejrzewam, że nie będzie już tak elektryzującego efektu przez to, że nie można mówić o przerywanym dotyku, a tu jednak impuls i jego brak grają równoważne role w osiąganiu efektu końcowego. Z drugiej strony – nie spróbuję – nie dowiem się. Chyba więc poproszę M&M o wypożyczenie tego ‘agregatu’ do testów w warunkach domowych. Świat się kończy spodobała mi się elektra (co prawda w zupełnie innym wydaniu, ale zawsze to prąd).

=============

Bornagainst 2007-06-26 09:59:46 195.33.129.150
Pisząc o zabawie z prądem przypomina mi się jedna ze scen z klasyki czyli Elzy.Dotykanie nie może wyglądać tak jak na ostatnim GFP, które raczej miało charakter tragikomiczny niż podniecający.

Mrauuu

Kto by przypuszczał, że to jeszcze działa, czyli rozmowa o… Traf chciał, że spotkałam osobę, która podobnie do mnie, fascynuje się publikiem. Trzeba oczywiście oddzielić erotomanów-gawędziarzy od tych, którzy znają i cenią to źródło adrenaliny i przyjemności. Rzecz jasna nie o to chodzi, żeby się pieprzyc na ławce w parku bo to i zbyt trywialne, i zbyt proste, i zbyt pospolite. Zastanawiam się, co pociąga mnie bardziej czy zrobienie akcji wśród ludzi w taki sposób, żeby wszyscy byli obecni i nieświadomi, czy raczej taka aranżacja, żeby dać małe przedstawienie wybranej osobie. Jedno i drugie ma swoje mocne strony. No jest jeszcze wariant trzeci, gdzie świadomie wciąga się do zabawy osobę trzecią, ale w takim przypadku konieczne sa wcześniejsze prace strawdzająco-przygotowawcze. Najbardziej chyba lubię, kiedy osoba trzecia staje się uczestnikiem warstwy słownej a potem następuje niespodziewany zwrot akcji. Takie małe uzależnienie od adrenaliny. Aktualny brak samochodu z kratką oraz partnerki nie pozwala na reaktywację akcji sukowóz, a szkoda, bo to naprawdę nakręcający motyw jest i do tego wykorzystujący niemal wszystkie aspekty D/s – koncentrat jednym słowem.

==============
Bornagainst 2007-06-26 10:01:26 195.33.129.150
Czasami można obie rzeczy połaczyć. Taka pieprzna sztuka kokietowania nieczytelna dla reszty uczestników przestrzeni publicznej.

20 kwietnia 2007

Fatałaszki

Już niemal zapomniałam jak to miło czekać z drżącym oddechem aż dziecko odpłynie w objęcia Morfeusza. A potem przywdziać jeden jedyny fatałaszek i oddać się we władanie szaleńczej żądzy. Jest coś, co lubię, choć nie miewać za często okazji z tego korzystać. Nie lubię westernów, choć przepadam za atmosferą salonu i ówczesnego domu publicznego. Kobiety w zasznurowanych gorsetach, długich sukniach skrywających halki i trzewiki. I koniecznie zebrane i wyeksponowane piersi. No dobra, w wersji bardziej już pokojowej niż saloonowej piersi obrażone. Sutki sterczące tuż ponad krawędzią gorsetu. Bezwstydne i piękne, po prostu. Tak dawno już nie przywoływałam w pamięci tej postaci, że zapomniałam jak bardzo ją lubię. Jak bardzo lubię siebie w niej. Jak bardzo ona i ja to jedność.

Porzekadło mówi, że nie szata zdobi człowieka. Cóż, innego jestem zdania, czasami strój determinuje zachowania, reakcje, przyjemności. Może i nie każda szata, nie każdego zdobi człowieka. Ja lubię przywdziać coś, co dopełnia mojego nastroju i nasyca go emocją. Czasami po prostu lubię czuć się jak dziewiętnastowieczna dziwka. Tak jak wybiera się płytę do posłuchania, tak ja wybieram garderoby detale. I słucham ich, słucham, co dziś mi zagrają. Zagrały jak siedzący w kącie pianista stukający w rozklekotane klawisze przy wtórzę brzęku szkła i rubasznych dowcipów, zapachu prochu i alkoholu. Ech… rozmarzyłam się, a wszystko za sprawą niewinnie wyglądającego gorsetu. I cóż z tego, że nie zdołałam nawet dopiąć do niego pończoch, cóż z tego, skoro i tak dałam upust swoim emocjom. Słowa, które słyszałam, dłonie, które czułam zagnały mnie na bezkresny step przyjemności.

Był czas, że nie lubiłam ubrania, to był czas zachłystywania się nagością. Dziś lubię mieć coś na sobie… buty, pończochy, gorset, albo chociaż opaskę na oczach lub obrożę na szyi albo parę metrów sznura.

30 stycznia 2007

Dejavu?

Właśnie tak się czułam, w dużej mierze. No, bo miejsce to samo, które tak dobrze znam, z takich właśnie okazji. I meble, i sprzęty te same. I ludzie niemal w tym samym składzie. I tylko ja w jakimś innym wcieleniu. Bo przecież to ja zawsze byłam tą, na która zwrócone były oczy obecnych oraz dłonie i słowa Dominujących. Tak samo jak zazwyczaj Pan zapiął obrożę i przypiął do niej smycz. Ale to nie była moja purpurowa biżuteria i nie moja szyja. Nie bardzo potrafiłam się w tym znaleźć. Bolało. Bardzo bolało. Zwłaszcza, kiedy słowa te same i gesty, i nawet pieszczoty. Zachowania hmmm… jakieś takie skopiowane nieudolnie. Jeden jest wzorzec metra, jeden kilograma i tylko jedna jest kobieta, przed którą z rozkoszą i oddaniem skłonię głowę. I chociaż dużo gestów przywoływało wspomnienie to jednak nie było tego, co przeszywa od stóp do głów. Nie było, i nie będzie. Dziwnie było oglądać to z boku. Ale najdziwniejsze było nie to, na co patrzyłam, ale to, co widziałam. A zapragnęłam mojej Dręczycielki z jej uśmiechem i szeptem. Z paznokciami wytyczającymi ścieżki na szczyt rozkoszy. Z błyskiem źrenicy delektująca się ofiarowanym jej bólem.

Nie było współodczuwania. Nie było reakcji fizycznych na emocje. Nie czułam emocji. A może współodczuwanie, to moje szalone przejmowanie emocji i odczuć ma związek nie tyle z osobą uległą, co z dominującą? Może to właśnie wtedy, kiedy znam ruch dłoni, siłę palców, słodycz ugryzienia i ból pieszczoty potrafię wyczuć, co dzieje się w tym drugim ciele? Tym razem nawet strużki parafiny oblepiające sutki nie wywołały u mnie gęsiej skórki.

28 stycznia 2007

Na uwięzi

Ciało reaguje jak najczulszy sensor na dotyk sznurka. Wystarczy kilka oplotów, żeby były zmysły zatańczyły szaleńczo. Wtedy służenie sobą staje się inne. Nie wiem czy pełniejsze, ale z cała pewnością inne. To jak droga do samounicestwienia. Wiem, że kiedy prężę się z rozkoszy więzy stają się najpierw częścią mnie a potem stają się granicą między nie do zniesienia rozkoszą a bólem wszechobecnym. Kiedy drętwienie i mrowienie w palcach ustaje, kiedy dłonie przestają być częścią mnie, kiedy o nich zapominam. Nie, nie zapominam. Świadomie i celowo dążę do większej jeszcze przyjemności napinając linki świadomie pielęgnuję ból, który wyda prawdziwy plon - ziarno kiełkujące rozkoszą. Ciągle, zawsze, za każdym z razów, kiedy oddaje siebie Twórcy mojej rozkoszy. Czasem wystarczy tak niewiele, żeby wygenerować przyjemność rosnącą w postępie geometrycznym. I tylko potem, kiedy więzy ustępują a krew domaga się swoich praw w organizmie przychodzi ten ból, który przypomina o cenie rozkoszy. Kiedy stawy napięte do granic wytrzymałości w ślepej ekstazie przecząc prawom fizyki powracają do rzeczywistości. Kiedy bezruch równie bolesny jest jak aktywność. I to pytanie wysuwane przez świadomość, która powoli dochodzi do głosu. Czy było warto?I odpowiedź jedyna z możliwych – warte każdego naciągniętego ścięgna, każdego zmęczonego mięśnia, każdego zakwasu. Wówczas czuję, że żyję, a rozkosz ma fizyczny wymiar.Uwielbiam więzy w czasie gdy opuszczam swoją cielesność. Kocham fizyczne zniewolenie za cenę odrealnionego spełnienia. I nie ważne czy są to Mężą Pana linki czy pasy Pani. To walka z samym sobą, jak dać ciału trzymanemu na uwięzi rozkosz ulotną jak dusza. Właśnie tak. Moje małe perpetum mobile. Moja własna formuła. Mój przepis na rozkosz.

26 stycznia 2007

...

Nie mozna być tylko widzem. W każdym razie je nie potrafię. Nie tu. Nie w miejscu, które jest skarbnicą wspomnień. Obudzone tęsknoty. Pragnienia, które szepczą do ucha.

=========

fedor 2007-02-03 03:50:40 80.53.169.170 10.0.0.36
Pięknie piszesz.Pozdr.

Dziś jako widz

Dziwnie się czuję w takiej roli, ale cóż zawsze jest czas na nowe doświadczenia. Co prawda na samą myśl o kobiecej dominacji włącza mi się tęsknota za Słodką Dręczycielką, ale jakoś dam radę. Cóż z tego bowiem, że miejsce to samo, w którym ja przeżywałam rozkoszne katusze. Dam radę. A w każdym razie taką mam nadzieję. Kobiety. Kobiety w naszym domu… przychodzą, odchodzą, czasami wpadają na chwilę… Zazdroszczę jej emocji. Tego, co czuje w oczekiwaniu. Dojmującego strachu i świadomości niewiadomej. Nieznanego. Emocje pierwszego razu – cóż jest silniejszego? I ta niepewność czy będzie sama czy może przyjdzie się jej zmierzyć z szerszą publicznością. Właśnie mi się przypomniało, kiedy na polecenie LA zdejmowałam sukienkę we własnym salonie pełnym ludzi. Nawet dziś coś ściska mnie w przysłowiowym dołku. Trochę ze wstydu, trochę ze strachu a trochę z tęsknoty. Mrauuu. Fascynacja kobietami jest wieczna, zwłaszcza niektórymi, no dobra – zwłaszcza Jedną. Zapracować bólem na erupcję rozkoszy. Rozmarzyłam się…Trochę się obawiam dzisiejszego wieczoru. Nie wiem czy moje współodczuwanie śpi snem zimowym, czy może włączy się niespodziewanie. Dawno nie wystawiałam go na taką próbę, oj dawno…

===========

LA 2007-04-10 17:31:44 83.28.221.54
LA czyta czasem co piszesz...Pamiętaj , że jesteś Z J A W I S K O W A !pozdrawiam :-))zooza

24 grudnia 2006

Druga czyli niech żyją trójkąty

Chyba mam coś na kształt uzależnienia. Uzależnienia od drugiej kobiety w domu. Dla niektórych to przejaw mojego masochizmu, dla innych choroby psychicznej, a dla mnie czysta przyjemność. Po prostu lubię zapach innej kobiety i świadomość jej fizycznego istnienia. Lubię nocne o niej rozmowy. Tym bardziej, kiedy potrafi być nie tylko kochanką Męża Pana, ale także – a może przede wszystkim – jego suką. Sprawia mi przyjemność bycia częścią takiego właśnie układu. Uczestnicząc lub tylko obserwując, albo usuwając się w cień. Jestem chyba organicznie przystosowana do trójkąta. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy tak dużo czasu i energii poświęcam pracy. Czuję się bardziej kompletna świadomością istnienia dopełnienia idealnego. Małżeństwo dwojga osób to nie jest optymalna kombinacja. W końcu we wrzechświecie, w numerologi, ba nawet w jedynej słusznej w tym kraju religii trójka jest liczbą magiczną. Dlaczego więc ograniczać się? W imię czego? Tradycjonalistom mówię - nie. I co mi zrobią?

===========

snack www.mnietoniepodnieca.blog.onet.pl2007-01-10 00:19:38 212.76.37.160
no i całe szczęście, że są również takie kobiety :)