Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robocizna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robocizna. Pokaż wszystkie posty

18 grudnia 2011

(Nie)waniliowy eksperyment


Trochę z nudów, trochę z przekory, a trochę z braku ciekawej imprezy w zasięgu wzroku podsunęłam mojemu Pryncypału delikatną sugestie, ze może zamiast wigilijnopodobnej nudy zorganizować coś z jajem (i wcale nie o wielkanocne jajo szło). Dość powiedzieć, że co prawda konwencja nie zyskała arobaty ale sam pomysł na anglosaskie krystamowe party tematyczne trafił na podatny grunt. Imprezę docelowo ogarniali spece (przy okazji zaprezentowali rewelacyjne dla takich celów lokum!), a tematyka finalnie wyewoluowała na skrzyżowanie Arki Noego z ogrodem zoologicznym.
Prawdę powiedziawszy nie zachwyciło mnie to, ale jak już doszło do losowania zwierza w skórze którego uczestnicy mieli się zezwierzęcić na imprezie to oczywiście dreszczy emocji był. Jednym z zadań było odnalezienie drugiego zwierzaka do pary no bo przecież arka niby taka monogamiczna i w tradycyjnym wydaniu ale nie w tym przypadku. Tu ślepy los składał pary więc potencjalnie i pan z panią, i pan z panem, i pani z panią trafić się mogły. No ale dopiero jak wyciągnęłam karteczkę z napisem ‘koń’ to zaczęłam parskać. No bo przecież aż się samo prosiło…

Nie jestem fanką ponyplay ale w tym konkretnym przypadku postanowiłam, że moje wcielenie konia na arce będzie z mocnym przymrużeniem oka, w wersji „pieprz i wanilia”. Co prawda wersja, o której pomyślałam  pierwotnie nie została zrealizowana (jak się okazało dobrze się stało) tylko powstała jej zwaniliowana odmiana. Po krótce z pieprznych elementów był skórzany gorset i szpilki na platformach. A wanilia - co prawda w czarnej odmianie (ale przecież strąk wanilii po ususzeniu jest czarny więc się wszystko zgadza) – w postaci bawełnianych leginsów się zmaterializowała. Coś jeszcze? No dobra, żeby nie było takiego całkowitego szoku zrezygnowałam z klasycznej uprzęży ponyplay i uzdy, ba odpuściłam sobie nawet rozbudowany paskami knebel. Przy użyciu maszyny do szycia wyczarowałam późną nocą z czerwonej parcianej taśmy szczątkowe ogłowie, pionowe paski odchodzące od naczółka zakończyłam stalowymi kółkami a całość zwieńczyłam równie czerwonym strusim piórem. Do tego dzwoneczki zamocowane przy butach a z tyłu gorsetu kremowobiały długi ogon. Dla zorientowanych to zubożona (czytaj: zwaniliowana) wersja dressage ponygirl a dla tych całkiem nie w temacie - zwierzątko cyrkowe. 


 Tak czy owak zaskoczenie było po obu stronach. U mnie bo do dziś wierzyć mi się nie chce, że ludzie parający się pracą kreatywną NA-CO-DZIEŃ !!! nie mają dość dystansu do siebie ani dość inwencji, żeby wykrzesać coś więcej niż papierowa maska na twarze. Z drugiej strony szok, że można inaczej. I te słowa uznania dla mojej odwagi (sic!). I te lepkie spojrzenia (cud, że się nikt nie poślizgnął na strużkach śliny). I wreszcie głośne wow a zaraz potem ciche stwierdzenia, że rozmówca mnie nie poznał.

Nie będę ściemniać, że to zamieszanie sprawiło sporo zabawy. Zwłaszcza kiedy wyjmowałam ze szklanki czarną słomkę, którą umieszczałam w kółkach ogłowia w formie wędzidła. Spojrzenia – bezcenne. Zastanawia mnie jak to możliwe, że taka namiastka mogła wywołać aż tyle westchnień, komentarzy. Na dobrą sprawę jedyną ekstrawagancją był skórzany gorset, reszta była absolutnie zwyczajna! W tych butach byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy (takie czasy, że zacierają się różnice między butami klimatycznymi i tymi nie). Reszta to szybkie zakupy w pasmanterii – pióro, taśma, dzwoneczki (w świątecznej porze w kolorach czerwonych do wyboru do koloru). 

Ale żeby gorset - kawał skóry obszyty na metalowych paskach i zasznurowany paroma metrami sznurka w dwudziestym pierwszym wieku wywoływał aż tyle zamieszania?? No jestem w szoku do dziś. Rozumiem, że moja Rodzicielka poproszona o zasznurowanie mogła być zaskoczona. A nawet Ojciec zawezwany do pomocy, że dziwnie patrzył choć nie komentował też rozumiem. Ale, że pięćdziesiąt z okładem młodych osób, służbowo włóczących się po necie może się zapowietrzyć w kontakcie z takowym to się mnie w głowie nie mieści. 

A teraz deserek. Najpierw Szef Wszystkich Szefów powiedział, że założy się ze mną, że nie przyjdę tak ubrana do biura w dniu wypłaty. Potwierdziłam, uzasadniając, że na takie okazje mam bardzie (nie)stosowne stroje. Mina – bezcenna! Później okazało się, że zwyciężyłam w konkursie na najbardziej zwierzęca parę bo bój towarzysz miał wielce realistyczna maskę konia więc jako para byliśmy faktycznie nie do przebicia. A jeszcze później w indywidualnych zmaganiach także przypadła mi palma pierwszeństwa. Nagrody były dwojakie – jedne z bąbelkami do wypicie, inne iście końskie (no może poza ikoną) i w idealnie dobranym do ogłowia odcieniu czerwieni.


Żeby nie było tak wesoło to chodzenie z wysokim unoszeniem kolan przez dobre sześć godzin odbiło się niezłymi zakwasami. Pewnie brak treningu, ale to przecież nic dziwnego ponieważ ponyplay to nie moja bajka. W tym przypadku jedynie skorzystałam z kilku dodatków dla skomponowania stroju i bawiłam się przy tym świetnie czego wszystkim życzę w nadchodzącym okresie przenudnych opłatkowo-wigilijno-choinkowo-przedświątecznych spotkań firmowych. A mnie nie pozostaje nic innego jak szykować „służbowe ubranko” na nadchodzący payday :)


6 sierpnia 2011

Służbowo czy jakoś tak

Jest czas udręki i jest czas detoxu. A potem przychodzi spokój. Formalnie dwa, praktycznie trzy miesiące resetu. To najdłuższa przerwa zawodowa jaką sobie zafundowałam od 1990. Ale po dwudziestu paru latach zwykła wymiana płynów ustrojowych nie wystarcza do pracy na pełnej mocy.

Słodkie nieróbstwo zawodowe. Żadnych podatków i raportów. Zero list płac i audytów. Izolatka. Zakaz zbliżania. I duuuużo wody żeby wypłukać toksyny z krwioobiegu.

Ale po prawdzie to po dwóch miesiącach miałam dość. I zaczęłam nawet wyczekiwać tego pierwszego dnia w ‘nowej szkole’. Kontrolowana przerwa ma swoje dobre strony. Przede wszystkim dlatego, że dokładnie wiadomo ile potrwa oraz kiedy i jak się zakończy.

Nowi ludzie. Hmm straszliwie młodzi. Ale co mi tam – zawsze to jakieś potencjalne dusze do zdeprawowania ;). Dwa najistotniejsze elementy zostały zaimplementowane: w strukturze jest główna księgowa co znacząco wpływa na mój komfort pracy a w przedsiębiorstwie obowiązują określone godziny pracy. Ergo – w niektórych knajpkach już mnie znają – nie pamiętam kiedy miałam czas żeby od późnego popołudnia do późnego wieczora udzielać się towarzysko dwa-trzy razy w tygodniu. Całkiem miłe to.

Generalnie cieszy mnie uczestniczenie w życiu organizacji rozumianym jako relacje z ludźmi a nie tylko rycie w cyferkach i takie modelowanie rzeczywistością, że duże było jeszcze większe. No to czas zaplanować kalendarium na resztę roku…

12 stycznia 2011

Czkawka

Raport tu, sprawozdanie tam, zestawienie jeszcze gdzieś indziej. I tak przez miesiąc. Check lista w garści i enty raz sprawdzanie czy wszystko jest ok. Niestety jak się jest na końcu łańcuch pokarmowego trzeba mieć dwa razy większą pewność, że wszystko w ni m jest jadane. W efekcie człowiek zamyka oczy po ubraniu choinki a jak je otwiera to jest cholera połowa stycznia. I miesiąc zniknął z kalendarza. A jak przemnożyć to przez ilość zamknięć roku w ciągu życia zawodowego to uciekły mi …dwa lata! Szok! Kupa czasu a w tym wypadku z przewagą kupy!

Skoro nie wieje na mnie wiatr zmian to sama zaczynam proces. Jakoś to tak było na zajęciach z meteorologii, że jak ciśnie wysokie to jakieś fronty czy coś w tym rodzaju się tworzą. Ciśnienie już mi skoczyło. Wystarczająco. Udało się nie eksplodować ale to tylko dlatego, że jestem niewyspana. Plan na najbliższe dni prosty do bólu. Po pierwsze odespać ostatni tydzień. Po drugie obejrzeć w film. W kinie. Nie animowany! Po trzecie zobaczyć skąd wieje i rozpocząć podróż pod wiatr. Przejść przez oko cyklonu i odnaleźć Shangri-La.

26 kwietnia 2010

Wulkan i inne okoliczności środowiska bytowania

Urlopik z powodu, że wulkan poszedł się przewietrzyć. Na szczęście udało się temat ogarnąć i można zacząć odliczanie od początku, niestety na liczniku jest jeszcze 30 dni. Tym razem do terminu to ja się musiałam dostosować i niestety koliduje znacząco z Korespondencyjnymi Mistrzostwami Polski w pływaniu. Wrrrr.

Praca robi mi zdecydowanie źle na samopoczucie. W zasadzie to nie sama praca ale dojazd do biura po przeprowadzce, przeciętny dzienny czas spędzany w samochodzie to dwie godziny czterdzieści minut (sic!).

5 kwietnia 2010

Się przelewa

Kropla po kropli dopełnia się garniec z decyzyjnością. I chociaż parowanie jest znaczne i sporo tego co skapie to odlatuje w niepamięć, to jednak zawartość garnka rośnie. I tak się zastanawiam czy wypłynie powolutku nie mówiąc nic nikomu czy może wykipi jak nieupilnowane mleko. Mogę zwalać na wiosenne przesilenie, na zmęczenie zimą, przeprowadzkę, dłuższą drogę do pracy i kilkanaście innych rzeczy, ale prawda jest taka, że bateryjki mi padły. I to ostatecznie. Prawdę powiedziawszy to nie pamiętam żebym miała aż tak wysoki stan 'niechcemisia' i temu podobnych nastrojów.

Wrzuciłam sobie chyba garść piachy w trybiki i powolutku, ząbek po ząbku maszyneria się zaciera i staje. I nie pomogą gesty ludzkiego paniska w postaci wielkiej zielonej rośliny w równie wielkiej donicy, która pojawiła się nagle w moim gabineciku. Ba, nawet fakt posiadania pokoiku na wyłączność mnie nie rajcuje. Jak się traci serce do nie sposób tego nadrobić niczym innym. No dobra czas jakiś jeszcze można zamarkować przy pomocy poczucia obowiązku, ale tak kręcony biszkopt nawet jak urośnie to niebawem opadnie.

Nie mój biurowiec. Nie moje biurko. Nie moja firma. I zmiana ksiąg na inne tez już nie pomoże. Trzeba ruszyć z posad bryłę rzeczywistości i nadać jej zupełnie nowy kształt. Zacznę od zdystansowania się, przeskoku w ciepełko i słoneczko – naładowane bateryjki działają sprawniej J

8 lipca 2009

Wykonać

Pierwsza połowa lipca jest równie "urocza" co końcówka roku jeśli chodzi o atrakcje z pod znaku raportotabelek. Kiedyś wakacje kojarzyły mi się jedynie z przyjemnym nieróbstwem, dziś z wytężoną pracą. Niestety. Trzeba odłożyć logiczne myślenie i tzw. zasady sztuki i taśmowo przerabiać dziwne i jeszcze dziwniejsze historie na ciągi liczb. Absurdalność pracy dla korporacji polega na tym, że jak sobie uświadomić, że sto dwadzieścia sześć podmiotów raportując zrobi jedna pomyłkę/ nagięcie rzeczywistości/ zaniechanie (niepotrzebne skreślić) to odbiorca zagregowanej informacji liczbowej dostaje (w najlepszym razie) papkę. Nic nie niosącą w sobie papkę. I na tej podstawie bigos (nie mylić z bigosem) podejmuje najbardziej strategiczne decyzje dla całej grupy. Szczęścia życzę. Równie duże prawdopodobieństwo trafienia będzie miała wróżka ze szklana kulą.

Ta gra zazwyczaj nazywa się zarządzanie. Każdy zarządza w swoja stronę. Czyli chcieliśmy dobrze a wyszło jak zawsze – pięć dni przymusowego bezpłatnego urlopu bo to da gigantyczne oszczędności. A, że nie bardzo to zgodne z prawem – nieistotne – wykonać.

5 lipca 2009

Raportoza - stadium kliniczne

Mam dwa tygodnie żeby uwinąć się z całym raportowaniem półrocznym i spokojnie poimprezować . Minimum wysiłku, maksimum kreatywności a automatyzacji. I musi się udać. A po powrocie urlop będzie już wielkości Pałacu Kultury widzianego z pod Rotundy.

Liczby baczność! Do tabelek równymi czwórkami marsz! Nie oglądać się za siebie, nie sumować według własnego widzimisię! Na miejsca… Gotów…

31 grudnia 2008

Roboczy nocodzień

Dzień z nocą się zlewa bo kiedy wstaję jeszcze ciemno, kiedy wracam już ciemno. Gdyby nie to, że czas ten spędzam przy biurku mogłabym powiedzieć o sobie, ze prowadzę nocny tryb życia. Poziom stresu rośnie jak temperatura w wulkanie, oczy i mózg odmawiają posłuszeństwa. A możeby tak zmienić rok obrotowy i kończyć go powiedzmy w marcu? Można by wówczas pomyśleć o świąteczno-noworocznym wypadzie gdziekolwiek, albo o feriach zimowych (nie koniecznie na nartach co prawda, ale jednak).
Równania ze zbyt dużą ilością zmiennych po prostu długo się rozwiązuje. A do tego jeszcze negocjacje warunków i najbardziej trywialne sprawozdania i deklaracje. W sumie gdyby wyciąć z kalendarza grudzień i styczeń byłoby naprawdę miło!
Zmęczenie wyssało ze mnie całą energię przywieziona w listopadzie z Egiptowa, nic już nie zostało, żeby nie powiedzieć, że jadę na debecie energetycznym. Gdzieś tam majaczy nieśmiało Wyspa Gorąca… kto wie, może jak się już obrobię z tą "końcoroczną" buchalterią…

1 listopada 2008

M jak...

Wydawać by się mogło, że piętnaście lat w korporacjach uodporniło mnie na wszelaki przejaw głupoty i zawiści ludzkiej. Do wczoraj tak sądziłam. I życie zrewidowało moje poglądy. Kiedy chodzi o naprawdę duże pieniądze wszelkie chwyty dozwolone i to bez względu na wysokość zajmowanego stołka. W głowie się nie mieści. Po prostu.

Kolejne zdarzenie, kolejna cegiełka do koszy doświadczeń, kolejne ‘nigdy’. Innymi słowy nigdy nie przyjmuj odpowiedzialności za finanse spółki, która jest na earnoucie. NIGDY. Złamanie zakazu grozi schizofrenią (w najlepszym wypadku). Konflikt interesów to mało powiedziane. Naginanie rzeczywistości także. Efekt podejmowanych decyzji może być widoczny i odczuwalny w krótki lub długim okresie – w zależności od perspektywy. Niektórzy o tym zapominają. I to wystarczy, żeby zacząć wojnę.

Mobbing. Obco brzmiące słowo. Obco? Czyżby? Nie wówczas kiedy podają go na pierwsze i drugie śniadanie, na lunch a nawet na podwieczorek. Pięć dni w tygodniu. Mnie się przejadł, czas na dietę oczyszczającą. Aaaaaaaby dietetyka od zaraz.

24 czerwca 2008

Jajko z niespodzianką

W końcu mogłam przekazać dobrą nowinę moim ludzikom, po trzech miesiącach nękania dostałam zatwierdzony plan zmian poewaluacyjnych. Komunikowanie dobrych wieści jest naprawdę przyjemne. I nawet daje się wyrzucić z pamięci wszystkie te chwile, kiedy trzeba było stoczyć nie jedną potyczkę słowną, żeby dojść do konsensu. I tak ścieżki rozwoju, nowe kompetencje i ich ekwiwalent w pieniądzu ze słowa stały się ciałem. Teraz mogę zacząć się szykować do raportowania półrocznego. A w efekcie tych przygotowań moje świeżo naładowane słońcem i słona wodą bateryjki wewnętrzne się wyeksploatują. I trzeba będzie poszukać jakiegoś ‘duracella’.

19 maja 2008

Ocena? Nie... ewaluacja

Ewaluacja – słowo wytrych. Może być dłonią głaszczącą po głowie albo obuchem weń uderzającym. Kolejne, które można dołożyć do panteonu wymówek na wszelkie okazje. Moim zdaniem jest tuż za słowami „zarząd” oraz „procedura” i przed „system”. Wszystko i nic. Krótko mówiąc rozmówca to by człowiekowi nieba przychylił, ale trzeba zrozumieć jego sytuację, bo procedura, którą później zarząd musi… itp. Takie właśnie cudotwory wychodzą w sytuacji, kiedy rozwiązania charakterystyczne dla korporacji zaczynają być wdrażane w małych organizacjach. Na zasadzie kalki. Przerost formy nad treścią i generowanie bytów, którymi można się zasłonić przed niewygodnym interlokutorem.
Chyba wolę już korporację w korporacyjnym wydaniu – tam przynajmniej nie ma rozczarowań, bo zasady gry są od początku jasne.

28 marca 2008

Bliżej niż dalej

I niech mi ktoś powie, że audytu nie można poprowadzić jak po sznurku. Dobrze zaplanowane musi się udać. Choć musze przyznać, że towarzystwo w tym roku wyjątkowo upierdliwe było. No, ale nie ma się co dziwić, w końcu zostali bardzo konkretnie zbriefowani. Nie przewidzieli tylko jednego, że nie bardzo będzie się do czego przyczepić. To było wiadomo już po pierwszym tygodniu, w każdym razie ja to wiedziałam. Szukali jak opętani. Wymyślali kombinacje alpejskie, żeby gdzieś znaleźć niespójność, ale nie ze mną te numery Bruner, jak mawiał pewien znany Hans. Kiedy przedłużyli badanie o dwa dodatkowe dni wiedziałam już, że będą siedzieć do czasu aż coś znajdą. A ponieważ został już tylko jeden niezbadany obszar rzucili się nań jak wygłodniała sfora. I stało się to co było do przewidzenia. Jak tylko wyciągnęli na światło dzienne to, co dla nich zostawiłam propozycja korekty i zakończenie badania zostało ogłoszone w ciągu godziny. I na tym cała sztuka polega – zostawić coś, co znajdą ostatnim rzutem na taśmę i dzięki czemu będą mogli (w swojej świadomości!) wrócić z badania z tarczą. Innymi słowy – nie można mieć wysprzątane na tip top w księgach, trzeba trzymać jakiegoś śmiecia na czarną godzinę. I czy to nie przypomina zabawy w ciuciubabkę?

4 marca 2008

Być jak Temida...

Czasami uwielbiam swoją pracę, po prostu uwielbiam. Kiedy czuję każdą komórką, że mam pełna kontrolę nad rzeczywistością. Kiedy wiem co się stać powinno i to się dzieje. Kiedy wreszcie widzę, jak z szeregów cyfr wyłaniają się bardzo konkretne sprawy. Kiedy jednym ruchem zmieniam bieg wydarzeń. To jak przyrządzanie magicznego eliksiru według ogólnie znanej receptury, z tą tylko różnicą, że ostatnich kilka składników jest tajemnicą mieszającego. Jak łatwo można zapomnieć dodać to coś, przechylić szalki wagi z jednej na druga stronę. Kiedyś była to dla mnie czarna magia, potem upajałam się możliwością kształtowania rzeczywistości, dziś nie chce mi się nadstawiać karku dla kogoś. Nie warto. Ale satysfakcja pozostaje – przeogromna. I to układanie strategii przed zmierzeniem się z audytem. Trochę jak podchody, trochę jak zabawa w ciepło-zimno. Kto by pomyślał, że w tej dziedzinie można nawet pohazardować. A wystarczy tylko powiedzieć głośno – położę transakcję X na takim i takim koncie, stawiam kwotę Y, że przejdą nad nią do porządku dziennego albo, że jej w ogóle nie wyłapią. Był czas, że samo słowo audytorzy wzbudzało we mnie strach. Był czas, kiedy traktowałam ich jak zło konieczne. No bo jak inaczej nazwać sytuacje, w której rokrocznie na badanie (wielkie słowo – badanie) przychodzą nie biegli rewidenci ale świeże mięsko z wysoką średnią na studiach i znajomością języka. Wyposażenie w lapsy i tabelki, które maja wypełnić zaczynają ślinić faktury. Młodzi gniewni - nauczeni wypełniania tabelek ale za grosz nie znający praktyk księgowych, nie potrafiący przebrnąć przez proste zestawienia. Bawi mnie to. Dziś mnie to bawi. I te ich miny, kiedy słyszą – nie. I to dzwonienie po managera, który zjawia się jako ten wszechwiedzący. W końcu partner do walki, a nie mięso armatnie. Czasami dochodzę do wniosku, że to nie spółki powinny płacić dużym firmom audytorskim za dokonanie badania ale odwrotnie. To wielka czwórka powinna płacić badanym spółkom za to, że ich księgowi uczą młodych stażystów-audytorów zawodu. Powiedzmy sobie szczerze – to praktykanci są, a nie biegli rewidenci. Pamiętam pierwsze badania, w których brałam udział, początek lat dziewięćdziesiątych. Badanie trwało miesiąc albo i dłużej, badającym był biegły rewident. A teraz? Teraz skauci przychodzą na tydzień i zajmują się głównie kserowaniem wszystkiego i wybieraniem próby zgodnie z metodologią grupy (czytaj wskazywaniem dziesięciu największych odbiorców czy dostawców, których faktury będą oglądać i kserować). Żenada. I strata czasu. No, ale cóż – taki standard.

21 grudnia 2007

Christmas party

Fraza, która za czasów korporacji nabrała odcienia obowiązku, a za czasów fabryki obowiązku do kwadratu (tyle, że w fatalnym kiczowato-wieśniackim wyglądzie). Wczoraj przywrócony został jej pierwotny charakter. Oczyszczona ze sztuczności, blichtru przerośniętego ego organizatorów, pompatyczności i łaski zarządzających została tym, czy była pewnie kiedyś w pierwotnym zamyśle. Z pracowniczej/ firmowej wigilii czy anglezowanego christmas party zostało to, co najlepsze – party. Zamiast sztywnej i nadętej ‘zasiadanej’ kolacji z przemowami, pseudokonkursów organizowanych przez wyspecjalizowanych ‘wodziryjów’ trzy razy W – Wolny parkiet – Wolny mikrofon – Wolny bar. Ludzie potrafią się bawić, oj potrafią – wystarcz im nie przeszkadzać.

No, nie powiem była część oficjalna, ale tak przyjaznej oficjalności życzyłabym sobie zawsze. Było wręczanie nagród (taka branża – wciąż jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam), ale były też słowa uznania, wywołanie z ‘imia i nazwiska’, cmok w mankiet i róża dla tych, o których się zazwyczaj nie myśli czy tak zwanych służbach pomocniczych kosztotwórczych – księgowe, sekretarki, recepcjonistki. Dziewczyny wzruszone do niemożliwości, Prezio urośnięty też do niemożliwości. Grunt, że było miło.

A potem już tylko pogaduchy, drinusie, tańce i śpiewance. Serio doskonała impreza. Lokal – palce lizać (nie wiem tylko dlaczego w toalecie były ostrzeżenia proszę się nie wychylać wiszące na atrapach okien, no ale co kraj to obyczaj). Ubawiłam się serdecznie. A gremialnie chóralne wykonanie „Baranka” w charakterze karaokowych szranków przejdzie chyba do historii. Tak czy owak zachrypnięta jestem, a i owszem. Do biura dotarłam około 10 a i tak byłam jedną z pierwszych. Delikatny ‘afterek’ przy kuchennym stole, na którym królowały wynalazki uzupełniające elektrolity trwał prawie do dwunastej. Ale w miłym towarzystwie to i kac nie straszny. Czego i innym życzę.

28 października 2007

Albert Einstein

"Jest dla mnie zaiste zagadka, dlaczego ludzie traktują swą pracę tak piekielnie poważnie. Dla kogo? Dla siebie? Przecież wkrótce nas tu nie będzie. Dla rodziny? Dla potomności? Nie. Zatem zagadka pozostaje zagadką."

Albert Einstein

I tu przyłączam się do uczonego - także nie rozumiem. Mimo, że doświadczam tego, wciąż i wciąż na nowo.

============
Bornagainst 2007-10-30 15:55:51 195.33.129.150
Ja moją przestałem traktować w ten sposób. Nie ma to zupełnie sensu. Szkoda energii i czasu na stawianie jej na piedestale.

12 października 2007

Chemia i fizyka w relacjach międzyludzkich

Dobrze, że to już piątek – ledwo dotrwałam do niego. Tydzień zdecydowanie zbyt obfity w zdarzenia. No podsumujmy. Jedna awantura piętrowa z poleceniem nielojalności i okraszona mieszaniem z błotem mojego pryncypała (klasyka gatunku jak nie należy rozmawiać z podwładnym w dodatku cudzym). Fontanna pobożnych życzeń i odpryski przerośniętego ego, a przede wszystkim klasyczny przypadek upadku moralności i dowód na zerowe umiejętności kreowania relacji międzyludzkich. „Menadzeryzm” na poziomie mniej niż zero. Błeee, jeszcze mnie trzęsie na wspomnienie tego spotkania. Potem jeszcze kubełek zażenowania kiedy człowiek się zjawia na spotkaniu w sprawie A i od obecnych dowiaduje się, że ‘spotkaliśmy się dzisiaj, żeby omówić sprawę… B…” Szok! Zapomniałam nadmienić, że sprawca zamieszania… nie pojawił się na spotkaniu. Wpuszczona w kanał. Nic dodać nic ująć.

Bezpośrednio z państewka wojny podjazdowej popędziłam na inne zupełnie spotkanie. Termin i miejsce umówione od tygodnia. I… muka proszę szanownych, mistrzostwo świata. Wszystkim, którzy planują jakiekolwiek spotkania w warszawskim hotelu InterContinental zdecydowanie odradzam, może się zdarzyć, że druga strona otrzyma w recepcji informację – taka osoba/ firma u nas nie występuje. Szokujące, ale prawdziwe. Na moją prośbę o poinformowanie osoby o moim przybyciu dowiedziałam się, że taka osoba nie przebywa w hotelu. Szok numer dwa. Jeśli dodać do tego fakt, że ‘przegenialna’ sieć Era po raz kolejny obdarowała mnie serią dziwacznych komunikatów w trakcie próby dodzwonienia się na angielską komórkę (abonent czasowo niedostępny/ abonent nie korzysta z tej usługi/ w połączeniach międzymiastowych nie należy poprzedzać numeru cyfrą zero itp.) to groza zajrzała mi w oczy. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój interlokutor stojąc na galerii dwa piętra wyżej rozpoznał mnie i pofatygował się do holu. Jak wykazał praktyka dla chłopca w recepcji jedynymi gośćmi hotelu są ci, którzy wynajmują pokoje. Jeśli zaś wynajmujesz salę konferencyjną to NIEISTNIEJESZ w świadomości recepcji głównej, ani jako nazwisko ani jako firma. Reasumując odradzam umawianie spotkań biznesowych w tym hotelu istniej duże ryzyko, że druga strona może nie dotrzeć z powodu niekompetencji recepcjonisty.Po tak nerwowym wstępnie samo spotkanie miało rewelacyjna atmosferę, doskonałą chemię i na dodatek realnie przybliżyło mnie do celu. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu.

Nazajutrz kolejne spotkanie (na ubiegłotygodniowe rozmówca nie dotarł bo utknął w korku). Tym razem choć oferta całkiem atrakcyjna nie wzbudziła we mnie emocji. Zabrakło chemii, a na samej fizyce pojechać się nie. Znaczy jestem na shortliście i pewnie spotkam się z wierchuszką u klienta, ale jakoś nie czuję tego, nie widzę siebie w tej organizacji. W sumie ta rozmowa nie wniosła żadnej wartości dodanej, w przeciwieństwie do wczorajszej. Ot – headhunter jeden z wielu.

Jeżeli wszystkie plany przyszłotygodniowe wypalą to czeka mnie kalendarz naładowany po brzegi. Pożyjemy zobaczymy. I tym optymistycznym akcentem witam obrzydliwie pochmurny i deszczowy dzień, jego jedyna zaletą jest fakt, że na imię mu piątek.

4 października 2007

Październik miesiącem…

Był kiedyś październik miesiącem oszczędzania zwany, dziś parafrazując tamten slogan miesiącem headhunterowania nazywam go. Wystarczył jeden mały komunikat w kierunku rynku, żeby telefon rozgrzać niemal do czerwoności. W efekcie nawet dwa spotkania dziennie. Spotkanie z Wiedeńczykiem urocze i przemiłe, niestety i szybkiej decyzji startowej wymagało. Szkoda – zapowiadało się ciekawie. Pańcia Zamiejscowa – hmm sztampowo, przewidywalnie, z zerkaniem na zegarek. A co pani lubi, a czego nie, a jakie są mocne, a jakie słabe. Błee… zero polotu, klasyka gatunku i to bynajmniej nie kategorii A. O szklanym suficie nigdy nie słyszała (a z racji wykonywanego zawodu raczej powinna). Ciekawie, bo budowanie od zera, mniej ciekawie, że produkt jakiś taki… no nie wiem… nie przekonuje mnie. Pożyjemy – zobaczymy.

Wczorajsze spotkanie zaś to historia wręcz nieprawdopodobna. Zacznijmy od tego, że na rozmowę zaprosił mnie mężczyzna, przybywam na miejsce gdzie znajduję miotającą się w panice asystentkę (spotykacz utknął w korku i się spóźnia). Trochę to dziwne, bo właśnie przejechałam przed chwilą przez pół stolicy stwierdziwszy zaskakująco mały ruch. No, może wszyscy pojechali stać w korku w innym miejscu. W każdym razie po krótkim oczekiwaniu zawitała do mnie kobieta. Uśmiechnięta kobieta. Brunetka. Szczupła i nieduża. Wystarczyło na pierwszy raz. Kiedy otworzyła usta, żeby się przywitać i rozchyliła wargi byłam zgubiona. Nie potrafiłam oderwać oczu od tych zmysłowych ust. Długie włosy spływające na ramiona aż się prosiły, żeby wsunąć w nie palce. Wpadła jak po ogień, lekko zdyszana z wydrukowanym naprędce materiałem, którego nie przeczytała. Gaszenie pożaru. Miała cudowny miękki akcent, na brzmienie którego robi mi się miękko w środku. Miałam ochotę schrupać ją na stole.

Na szczęście moja porządniejsza połowa umysłu zadbała o to, żebym nie traciła wątku i starałam się prowadzić rozmowę jakby przede mną nie siedział ideał cielesności wg mnie. Nie mówię, że to posągowa piękność była, ale była pełna tym pięknem, które mnie rozpala. Druga połowa mózgowia snuła fantazje o czynach lubieżnych (niam). Tak się te moje połówki zajęły swoimi sprawami, że nie raczyły zauważyć jak Aleksandra przeszła w rozmowie z angielskiego na rosyjski. Nie zauważyły i nie przegrupowały sił. W efekcie rozmowa miała kuriozalny ‘wygląd’ ona zadawał pytania po rosyjsku, a ja odpowiadałam po angielsku. Na dokładkę zupełnie tego nie zarejestrowałam. Najwidoczniej mojemu chuciami opętanemu rozumkowi wystarczyło na tyle czujności, że zdiagnozowało brzmienie jako ‘nie ojczyste’ i pozostało przy angielskim. Niezła plama.

W drodze do domu jeszcze jeden telefon, tym razem gość z Londynu, a dokładniej jego asystentka potwierdzająca środowe spotkanie. Będzie ciekawie, tym bardziej, że to dopiero czwarty dzień października.

=============

olo 2007-11-18 02:09:42 62.233.204.178
czasem sobie myślę, że chciałbym tak umieć wyrażać swój zachwyt dla kobiet. Ja, mężczyzna.

Refleksja poranna

Szklany sufit. Mur. Roszczeniowa obojętność.

Znowu???Miało być tak pięknie… a tu białe skarpetki z pod garnituru wyglądają. Jaka szkoda…

10 lipca 2007

Coś nie halo – czerwona kontrolka!

Historie takie jak Enron wydają się być równie odległe i nieprawdopodobne jak te ze StarWars czy StarTrecka. Czy aby na pewno? Nigdy nie ciągnęło mnie do takich akcji, a jednak dane mi było zobaczyć jak powstaje fikcja. Tak długo, jak kto inny był jej matką i ojcem mogłam tego ‘nie zauważać’. Ale kiedy słyszę, że mam stworzyć coś z niczego i jeszcze ubrać to w liczby tak, żeby wyglądało prawdziwie to coś mi się ciśnie na usta. Owszem, uważam, że trzeba grać na kwestiach, które nie są jednoznaczne. Jestem za falandyzacją tak długo, jak długo nie pozostaje ona w sprzeczności z prawem. Potrafię naginać rzeczywistość, ale wiem, kiedy przestać. A TO mi się nie spodobało w żadnej mierze. Co tu dużo mówić, zaczynam podejrzewać, że wiem z czego wynikał konflikt zarządu z moim poprzednikiem. Najwidoczniej powiedział nie. Wygląda na to, że muszę parę rzeczy przemyśleć i kilka sądów zweryfikować. Wielka szkoda, bo organizacja wydawał się być wielce przyjaznym miejscem do życia. Ale po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że nic nie jest tym, na co wygląda. Nie dać się zwariować. Teraz tylko wypchnąć raporty (w tym prognozę przez DUŻE PE!) i wziąć kurs na urlop. A potem się zobaczy. Jedno jest pewne –zazgrzytały trybiki i nie będzie już tak, jak wcześniej.

9 lipca 2007

Na uczelni bez zmian :)

Pozycjonowanie i funkcjonalność zaczynają mnie wciągać bardziej niż sądziłam. SEM i SEO to kolejna fajna dziedzina zawodowa. Może by tak zmienić profesję? Nie wiem, chyba jednak lepiej już być dziwnym dyrfinem robiącym specjalizację z badań użyteczności i bawiącym się sprzętem do eyetracking. Kurcze, tyle jest jeszcze ciekawych rzeczy w życiu, z którymi się nie zetknęłam. A apetyt rośnie, z każdą nową dziedziną, która poznaję rewelacyjna. Żądza wiedzy przybiera na sile. Opcja ze studiowaniem czegoś dla samej przyjemność zgłębiania danej dziedziny jest rewelacyjna, zwłaszcza jeżeli wiadomo, że już za dwa czy trzy miechy trzeba będzie zakasać rękawy i postudiować coś nie coś czysto zawodowo. Interesownie znaczy – żeby osiągnąć cel. Ale z drugiej strony potem można będzie wrzucić na wokandę coś dla przyjemności własnej. Może… doktorat? Pożyjemy – zobaczymy. Gdyby nie przymus ekonomiczny świadczenia pracy najemnej to chyba mogłabym ‘zamieszkać’ na uczelni. To mi się nigdy nie nudzi. Owszem, bywam zmęczona, ale nigdy znudzona. W sumie mogłabym studiować wiecznie. Coś w tym jest. Zawsze jak coś dobiega końca mówię sobie dość, wystarczy. Czas powysypiać się w weekendy zamiast lecieć do szkoły. Ale mija pół roku i zaczyna mi tego brakować. Jak powietrza. I zaczynam szukać, choć w tym konkretnym przypadku studia same mnie znalazły. Nie mogę się doczekać urlopu. Potrzebuję naładować baterie bo będzie mi potrzebne duuużo energii przez najbliższy rok czy półtora. Uwielbiam mieć plan, po prostu uwielbiam.