Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fetyszaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fetyszaki. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2015

Wystrzałowa niespodzianka



Oddaję się lekturze, zachwycam opisami tańca , relacjami uczestników i generalnie rozwojem fabuły aż tu nagle spada na głowę jak cegła w drewnianym kościele takie fragment:


„Broń leżała w ręce tak, jakby została wykonana na miarę: lufa była smukła niczym ciało kobiety, a spust błagał, żeby go dotknąć, przytrzymać, popieścić…”


a kilka stron dalej kolejny:


„(…) kiedy indziej Chey przyciskał pistolet do mojego czoła, a niekiedy broń była wewnątrz mnie – zimny sieg sauer wypełniał mnie do granic możliwości i powodował powtarzający, ale również nieziemski orgazm”.


Niewiele tego, ale pierwsza przyzwoita wzmianka o wykorzystaniu pistoletu w moim stylu. Wiedziałam. Zawsze wiedziałam, że ktoś musiał zrobić użytek z tak podniecającego przedmiotu. Recenzja książki po przeczytaniu całości, ale może ktoś zgadnie z czego pochodzą te dwa fragmenty.

16 lipca 2015

Pistolet i inne opowieści



Najpiękniejsze jest to, że kiedy już doświadczam wrażenia, że wiem wszystko o czymś, co moim mrocznym przedmiotem pożądania jest nagle grom z jasnego nieba spada i rozświetlając nieboskłon ukazuje nieznane oblicze tego czegoś. O tym, że pistolet, zwłaszcza pewien konkretny model, stawiają mnie na baczność, rozmiękczając jednocześnie kolana i nawilżając wnętrze wiadomo nie od dziś. O tym, że bliskość takowego całkowicie eliminuje skupienie i umiejętność logicznego myślenia także. Nie jest także nowością fakt, że czytanie o pistolecie uruchamia seksualną reakcję łańcuchową. 

W głowie momentalnie zaczyna migać krwisto czerwony neon przypominający o scenariuszu czekającym na realizację. Cóż musi czekać nadal – nie spotkałam osoby, z którą mogłabym to zrealizować. Prawdę mówiąc, spotkałam, ale nie chcę jej wciągać w mroczna stronę duszy, dla własnego bezpieczeństwa. Border line to przy nim małe miki, obawiam się, że przekroczylibyśmy wszystkie istniejące granice, z akcentem na wszystkie. Może jeszcze do tego dojrzeję, bo jest to niewątpliwie Wirtuoz operowania broną, nie tylko moja ukochana siedemnastką. Może. Kiedyś.
Dziś dostałam, ponownie, słowa zaklęte w dźwięki. Tym razem słowa, wśród których pojawiły się zamek, tylne położenie, komora nabojowa, zderzak, chwyt, lufa, sprężyna powrotna, magazynek, suwadło i kilka innych, których brzmienie przyprawia mnie o drżenie, nie tylko serca. Litania do rozkoszy. Słowa rozgrzewające trzewia do czerwoności.  Głos, który wyjątkowo do nich pasuje. I to uczucie, że właśnie robię coś… nie tyle zakazanego, co raczej hmm powiedzmy nietypowego.
Kiedyś, via FetLife poznałam kilka osób zakręconych na punkcie broni, jej wykorzystania w kontekście seksualnym ale nie całkiem w sposób charakterystyczny dla mnie. Przestałam szukać, zaczęłam rozwijać moją wersję tej przyjemności.

Słowa, które dostałam popchnęły mnie dalej, znów chce mi się chcieć szukać, znajdować i cieszyć się tym.  Ciekawe czy sam głos, mówiący inne słowa jest w stanie poprowadzić mnie na krawędź spełnienia. Słowa, które mi podarował potrafiły. A brzmienie słowa ‘suwadło’ i odgłos przełykanej śliny będą mi towarzyszyły tej nocy.

Dziękuję Głosie. Za Słowa. Za inspirację. Za przyjemność. Za Finale Grande :)

6 lipca 2015

The Armory



The Armory fascynowało mnie odkąd tylko przyswoiłam fakt, że takie miejsce istnieje. Zawsze jednak zachwycała mnie idea i samo miejsce. Spektakularnie mroczne ale niemal w centralnym punkcie miasta. Surowe i luksusowe jednocześnie. Zhierarchizowane – różne poziomy różna stylizacja, różne poziomy różna atmosfera, różne poziomy różne upublicznienie tego, co dzieje się wewnątrz.
Zbrojownia - surowo, industrialnie, spartańsko. The Upper Floor – luksusowe wnętrza, urządzone z troską o detale wystroju, meble, dywany, bibeloty. To tu odbywają się przyjęcia, na których każdy miłośnik kinku chciałby się znaleźć.

Ale to, co mnie zachwyciło dziś to model biznesowy tego przedsięwzięcia i przedsiębiorstwa. Jak często się zdarza – rozmowa sprowokowana przez film, a dokładniej mówiąc przez materiał z przed zasadniczej jego fabuły. Dla większości oglądających element z kategorii ‘do przewinięcia’ czyli coś jak napisy końcowe tylko na początku. Jeśli odfiltrować nerwowe chichoty bohaterów w czasie rozmów poprzedzających akcję to pojawia się obraz osoby, która kupuje realizację bardzo konkretnej wizji, marzenia, fantazji. W miejscu i warunkach zapewniających – przede wszystkim – bezpieczeństwo. Nie powiem komfort ponieważ najczęściej to, co dziej się później z komfortem nie ma nic wspólnego. Raczej z dyskomfortem, bólem, poniżeniem ale przede wszystkim z przyjemnością. Ze zmęczonej twarzy, obolałych części ciała, zachrypniętych głosów wyłania się obraz satysfakcji, spokoju, spełnienia. Każda produkcja to właśnie trzy stadia bohaterów (bohaterek najczęściej).

Pierwsza niemal po cywilnemu wyjaśniająca reguły, określająca zasady i granice, hasła, wielokrotne dopytywanie o ewentualne doświadczenia w tej materii, uzyskiwanie zgody na określony rodzaj aktywności. Odsłona druga to już realizacja scenariusza. Scenariusza, który bohaterowie znają w głównym zarysie – tyle, ile chcą powiedzieć, tyle ile sobie wymarzyli. Nikt dokładnie nie precyzuje ilu uczestników gang bang weźmie udział ale jeśli ma to być w konwencji napadu na bank to takie właśnie będzie. Trzecia twarz bohaterki to rozmowa po zakończonej scenie. Rozemocjonowana, naga lub w szlafroku, przytulana przez swojego ‘oprawcę’, opowiadająca o wrażeniach. Emanująca przeżyciami, nafaszerowana endorfinami i wciąż wysokim poziomem adrenaliny. Zmęczona. Mentalnie zawieszona między 'mam dość, dobrze, że to już koniec' a 'chcę jeszcze'.

I tego właśnie można pozazdrościć  - możliwości zrealizowania profesjonalnej usługi skrojonej na miarę własnych marzeń. Eliminując ryzyko przypadkowych psycholi z portali, spotkań w ciemno, bez gwarancji tego, co się może wydarzyć po zamknięciu drzwi. Tu niewiadoma pozostaje także, ale nad wszystkim czuwa reżyser czy inny mistrz ceremonii, 'statyści' są dobrani i mają aktualne badania więc nawet Sanepid nie miałby się do czego przyczepić. No i zawsze jest dokumentacja. Fakt, czasami lepiej zostawić w pamięci obraz, który zapisał się w mózgu w czasie rzeczywistym. Czasami jednak, o czym wiem doskonale, odmienne stany świadomości, których można doświadczyć zostawiają białe plamy. A fajnie jest móc wypełnić je na podstawie zdjęć czy filmu.

Taaaak, gdyby te naście lat temu taka usługa była dostępna chyba bym się skusiła, zamiast igrać z ogniem - oszczędziłabym sobie kilku rozczarowań ;). No ale nawet dziś nie ma tak prężnej instytucji na naszej szerokości geograficznej.

Hmm a może by tak wycieczka do San Francisco?
Ale tam nie ma jaskiń, w którym można nurkować... ale z drugiej strony z Kalifornii na Florydę jednak bliżej niż z kraju nad Wisłą ;)


19 czerwca 2015

Jane Austen


Musisz nauczyć się trochę mojej filozofii:

myśl o przeszłości tylko wtedy, kiedy może ci ona sprawić przyjemność.
 

Przeglądam zasoby Najlepszej erotyki. Zaglądam tu i ówdzie, znajduję znane, znajduję nowe zbiory słów. Cóż, świat jest niewielki, a ludzi o podobnych zamiłowaniach ledwie garstka. Czytam, skanuję, czasem coś skomentuję. Przeglądając kategorię fetysz przewijam do ostatniego tekstu i zaczynam czytać. Zerkam na tytuł, na autora. Chwila zastanowienia i czytam dalej. Nie znam tego tekstu, co w sumie jest nieco dziwne, ale znam to zdarzenie. Może nieco z innego punktu widzenia opisane, może bardziej filozoficzne, mniej fizyczne ale to opowieść tej samej historii. Uśmiecham się do siebie, nie kącikami ust ale całą sobą. Szkoda, że nie znamy jej zapisków z tego wieczora. Czy retrospekcje można nałożyć? Czy obraz będzie ostry czy rozmywający się? Jedno jest pewne – Kotka jest tylko jedna czy to w worku czy na harfie :)


29 grudnia 2011

1001 drobiazgów


Potrzeba matką wynalazków jak sugeruje popularne porzekadło, ale z całą pewnością nuda będzie matką chrzestną a przynajmniej ciocią :)

Święta zapowiadały się tradycyjnie – w samochodzie. I już na samą myśl o wyżej wymienionych robiło mi się gorzej niż lepiej. No ale cóż – na tradycje nie ma rady. Nieoczekiwanie w piątkową wigilię Wigilii okazało się, że zaszły duże zmiany i w rezultacie można było kłębić się w pościeli do południa, OKW (oficjalna kolacja wigilijna) była tylko jedna (i miejmy nadzieję, że skoro już po dwudziestu latach nadeszła ta wiekopomna chwila to ten ‘trynd’ się utrzyma) .

W ramach przedświątecznej migracji rzeczy okazało się, że posiadam takie, których obecności w moim domu nie spodziewałby się nikt. Na przykład nossenklammer (i nie chodzi bynajmniej o model knebla z haczykami do nosa). Tej klamerki używają na basenach osoby, które nie przepadają za chlorowaną wodą penetrującą ich górne drogi oddechowe. Skąd toto pod moim dachem nie mam pojęcia bo użytkowników takowego brak, wszak wodną jesteśmy rodziną. 

Zwierzęta nie gadały ludzkim głosem, ale nawiedzić mnie musiał duch Bożego Narodzenia bo sen mi się przyśnił pokręcony i mokry, historia utkana a kilku faktów z przeszłości i doprawiona wytworami mojej wyobraźni (tak to jest jak sobie człowiek Incepcję przed snem zapoda). Dość powiedzieć, że obudziłam się nad ranem z przemożną chęcią użycia plastikowej, przezroczystej klamerki… w sposób jaki mi się przyśnił.

Wystarczyło kilka ruchów, żeby pozbyć się opakowania, szybka kąpiel dezynfekująca i zacisk wylądował nie na skrzydełkach nosa ale na łechtaczce. I niech ktoś mi powie, że nie mam proroczych snów! Nie dość, że leżał jak ulał to jeszcze bardzo sympatycznie stymulował. Taka domowa akupresura. Nacisk delikatny ale dość silny. Rewelacyjnie zachowuje się podczas chodzenia (szczególnie polecam schody!!!). Ale w stanie spoczynku też niczego sobie. Elastyczny łącznik silikonowych końcówek pozwala na różne kombinacje w tym także z udziałem warg zewnętrznych. Ciekawą konfiguracją jest asymetryczne spięcie łechtaczki z jedna z warg. 

Co ważne sprawdza się nie tylko w łóżku, przetestowany także w wersji dziennej czyli w ubraniu. Idealny na spacer w połączeniu z jeansami. Niestety powoduje dużą dekoncentrację i szybkie odpływanie w odmienny stan świadomości dlatego nie mogę go używać w pracy. Co więcej w ulotce powinien być zapis, że upośledza koordynację ręka-oko i nie może być stosowany podczas prowadzenia pojazdów mechanicznych!!! 

W tym roku jednak święta się do czegoś przydały – choćby pośrednio – i zyskałam fajny sprzęt osobistego użytku o jakim nie śniło się producentom wyżej wymienionego. A przy najbliższej okazji planuje przetestować (idąc za ciosem) klips przeciw chrapaniu – konstrukcja zbliżona więc powinien się nadać. A po cichu liczę na to, że jego magnetyczne końcówki o mocy 300 gausów (czymkolwiek te gausy są) mogą być źródłem dodatkowych doznań. W najgorszym wypadku przetestuję go w zakresie przewidzianym przez producenta czyli na Panu Mężu.

A bohater niniejszej przypowiastki wygląda tak:

18 grudnia 2011

(Nie)waniliowy eksperyment


Trochę z nudów, trochę z przekory, a trochę z braku ciekawej imprezy w zasięgu wzroku podsunęłam mojemu Pryncypału delikatną sugestie, ze może zamiast wigilijnopodobnej nudy zorganizować coś z jajem (i wcale nie o wielkanocne jajo szło). Dość powiedzieć, że co prawda konwencja nie zyskała arobaty ale sam pomysł na anglosaskie krystamowe party tematyczne trafił na podatny grunt. Imprezę docelowo ogarniali spece (przy okazji zaprezentowali rewelacyjne dla takich celów lokum!), a tematyka finalnie wyewoluowała na skrzyżowanie Arki Noego z ogrodem zoologicznym.
Prawdę powiedziawszy nie zachwyciło mnie to, ale jak już doszło do losowania zwierza w skórze którego uczestnicy mieli się zezwierzęcić na imprezie to oczywiście dreszczy emocji był. Jednym z zadań było odnalezienie drugiego zwierzaka do pary no bo przecież arka niby taka monogamiczna i w tradycyjnym wydaniu ale nie w tym przypadku. Tu ślepy los składał pary więc potencjalnie i pan z panią, i pan z panem, i pani z panią trafić się mogły. No ale dopiero jak wyciągnęłam karteczkę z napisem ‘koń’ to zaczęłam parskać. No bo przecież aż się samo prosiło…

Nie jestem fanką ponyplay ale w tym konkretnym przypadku postanowiłam, że moje wcielenie konia na arce będzie z mocnym przymrużeniem oka, w wersji „pieprz i wanilia”. Co prawda wersja, o której pomyślałam  pierwotnie nie została zrealizowana (jak się okazało dobrze się stało) tylko powstała jej zwaniliowana odmiana. Po krótce z pieprznych elementów był skórzany gorset i szpilki na platformach. A wanilia - co prawda w czarnej odmianie (ale przecież strąk wanilii po ususzeniu jest czarny więc się wszystko zgadza) – w postaci bawełnianych leginsów się zmaterializowała. Coś jeszcze? No dobra, żeby nie było takiego całkowitego szoku zrezygnowałam z klasycznej uprzęży ponyplay i uzdy, ba odpuściłam sobie nawet rozbudowany paskami knebel. Przy użyciu maszyny do szycia wyczarowałam późną nocą z czerwonej parcianej taśmy szczątkowe ogłowie, pionowe paski odchodzące od naczółka zakończyłam stalowymi kółkami a całość zwieńczyłam równie czerwonym strusim piórem. Do tego dzwoneczki zamocowane przy butach a z tyłu gorsetu kremowobiały długi ogon. Dla zorientowanych to zubożona (czytaj: zwaniliowana) wersja dressage ponygirl a dla tych całkiem nie w temacie - zwierzątko cyrkowe. 


 Tak czy owak zaskoczenie było po obu stronach. U mnie bo do dziś wierzyć mi się nie chce, że ludzie parający się pracą kreatywną NA-CO-DZIEŃ !!! nie mają dość dystansu do siebie ani dość inwencji, żeby wykrzesać coś więcej niż papierowa maska na twarze. Z drugiej strony szok, że można inaczej. I te słowa uznania dla mojej odwagi (sic!). I te lepkie spojrzenia (cud, że się nikt nie poślizgnął na strużkach śliny). I wreszcie głośne wow a zaraz potem ciche stwierdzenia, że rozmówca mnie nie poznał.

Nie będę ściemniać, że to zamieszanie sprawiło sporo zabawy. Zwłaszcza kiedy wyjmowałam ze szklanki czarną słomkę, którą umieszczałam w kółkach ogłowia w formie wędzidła. Spojrzenia – bezcenne. Zastanawia mnie jak to możliwe, że taka namiastka mogła wywołać aż tyle westchnień, komentarzy. Na dobrą sprawę jedyną ekstrawagancją był skórzany gorset, reszta była absolutnie zwyczajna! W tych butach byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy (takie czasy, że zacierają się różnice między butami klimatycznymi i tymi nie). Reszta to szybkie zakupy w pasmanterii – pióro, taśma, dzwoneczki (w świątecznej porze w kolorach czerwonych do wyboru do koloru). 

Ale żeby gorset - kawał skóry obszyty na metalowych paskach i zasznurowany paroma metrami sznurka w dwudziestym pierwszym wieku wywoływał aż tyle zamieszania?? No jestem w szoku do dziś. Rozumiem, że moja Rodzicielka poproszona o zasznurowanie mogła być zaskoczona. A nawet Ojciec zawezwany do pomocy, że dziwnie patrzył choć nie komentował też rozumiem. Ale, że pięćdziesiąt z okładem młodych osób, służbowo włóczących się po necie może się zapowietrzyć w kontakcie z takowym to się mnie w głowie nie mieści. 

A teraz deserek. Najpierw Szef Wszystkich Szefów powiedział, że założy się ze mną, że nie przyjdę tak ubrana do biura w dniu wypłaty. Potwierdziłam, uzasadniając, że na takie okazje mam bardzie (nie)stosowne stroje. Mina – bezcenna! Później okazało się, że zwyciężyłam w konkursie na najbardziej zwierzęca parę bo bój towarzysz miał wielce realistyczna maskę konia więc jako para byliśmy faktycznie nie do przebicia. A jeszcze później w indywidualnych zmaganiach także przypadła mi palma pierwszeństwa. Nagrody były dwojakie – jedne z bąbelkami do wypicie, inne iście końskie (no może poza ikoną) i w idealnie dobranym do ogłowia odcieniu czerwieni.


Żeby nie było tak wesoło to chodzenie z wysokim unoszeniem kolan przez dobre sześć godzin odbiło się niezłymi zakwasami. Pewnie brak treningu, ale to przecież nic dziwnego ponieważ ponyplay to nie moja bajka. W tym przypadku jedynie skorzystałam z kilku dodatków dla skomponowania stroju i bawiłam się przy tym świetnie czego wszystkim życzę w nadchodzącym okresie przenudnych opłatkowo-wigilijno-choinkowo-przedświątecznych spotkań firmowych. A mnie nie pozostaje nic innego jak szykować „służbowe ubranko” na nadchodzący payday :)