To były dłuuugo oczekiwane wakacje, ale jak zawsze zbyt krótkie. Psyche zresetowane, a w ramach odpoczynku między nurkami przeczytane kolejnych kilka zbereźnych pozycji oraz kilka popełnionych tekstów aktualnie w korekcie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bul Bul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bul Bul. Pokaż wszystkie posty
30 września 2015
25 sierpnia 2015
Cenoty po raz pierwszy (retrospekcja)
Zapiski z czasu pierwszych nurkowań w jaskiniach Jukatanu, wizualne wspomnienia tutaj
Obcy człowiek, w obcym kraju sugeruje sen na jednym z
siedzeń busa. Za mną dwadzieścia osiem godzin podróży samoloty, lotniska,
samoloty, lotniska, samoloty. Zamykam oczy i pozwalam wieźć się w nieznanym
kierunku. Nieznanemu człowiekowi. Pod powiekami nicość w objęciach zmęczenia
odziana w płaszcz oczekiwań. Kiedy kolejny raz otwieram oczy nawet nie zdaję
sobie sprawy, że gdzieś uciekły kolejne dwie godziny. Różnica czasu dźga zegar
biologiczny. Coraz bardziej jestem przekonana, że to szaleństwo wybrać się na
drugi koniec świata, żeby zakosztować nieznanego.
Pierwszy dotyk słodkiej wody. Jest inna. Jest bardziej… czy
ja wiem… wodnista. Niebieskawo zielona, z dywanem roślin i wystającymi z dna
zatopionymi konarami drzew. Przejrzystość idealna. Skąd zatem ten dreszcz
wzdłuż kręgosłupa? Może przez ostro wyszczerzone skalne odrzwia do wnętrza
ziemi? Może przez świadomość czekających na mnie ciemnych i ciasnych
przestrzeni? Nie wiem. Ale na równi ze strachem słyszę wołający mnie głos,
niczym syreni śpiew. Kusi, nęci, zachęca. Wiem, że nie będzie odwrotu. Ale nie
ma we mnie wahania, jest tylko wewnętrzny przymus żeby to zrobić, żeby
zakosztować całym ciałem i umysłem nieznanego, od którego dzieli mnie jeden
krok.
Z drewnianego pomostu opadam w przyjemnie chłodnawą wodę.
Jej rozbryzgujące się strugi zamykają się nade mną niczym ramiona
przygarniające do piersi. Jak zawsze pierwszy skok trochę z obawą, z lękiem, z
przestrachem. Ale to jak jazda na rowerze, tego się nie zapomina. I nawet
jeżeli umysł zamarudzi gdzieś pomiędzy powietrzem a wodą to ciało pamięta.
Pamięta, żeby oddychać, żeby poruszać nogami a w końcu także o tym, żeby
otworzyć oczy. Z niewiadomej przyczyny
zawsze zamykam oczy podczas skoku i otwieram dopiero podczas wypływania na
powierzchnię. Przyzwyczaiłam się do tego i nie próbuję z tym walczyć. To trochę
tak jak próba kichnięcia bez zamykania oczu – skazane na porażkę.
30 czerwca 2015
T1 do trzech razy sztuka
Rok temu (dokładnie rok temu co ciekawe) miałam zaproszenie do zespołu na kurs Technical Diver 1. Zespół byłby wówczas pełny, trójkowy. Nie czułam się na siłach. Może także trochę nie odpowiadał mi po części skład zespołu, a poza tym planem na rok ubiegły było podejście do Full Cave. To był priorytet i to zostało zrealizowane.
Tech1 był zaplanowany na wiosnę 2015 ale to drugie podejście spełzło na niczym z... braku zespołu. Przez moment nawet zastanawiałam się czy nie żałować, że odrzuciłam ubiegłoroczną propozycję, pełen zespół trójkowy to jednak zawsze ciekawszy kurs niż dójka. No wówczas nie był to właściwy moment ani miejsce. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Trzecie podejście, tym razem skonkretyzowane co do składu (zespół co prawda dwuosobowy ale wybrany świadomie i w pełnej zgodności z moim wewnętrznym ja), miejsca i czasu.
Ambitny termin. Ambitny plan. Czas zakasać rękawy. Na pierwszy ogień zmiana butów suchym skafandrze - zmiana na takie, którym nie straszne skały i gruby tłuczeń, które nie myszkują w płetwie. I plan ćwiczebny - stage, v-drill, zaprawa czyli zaczynamy przygotowania pełną gębą żeby móc łyknąć trochę helu :)
Tech1 był zaplanowany na wiosnę 2015 ale to drugie podejście spełzło na niczym z... braku zespołu. Przez moment nawet zastanawiałam się czy nie żałować, że odrzuciłam ubiegłoroczną propozycję, pełen zespół trójkowy to jednak zawsze ciekawszy kurs niż dójka. No wówczas nie był to właściwy moment ani miejsce. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Trzecie podejście, tym razem skonkretyzowane co do składu (zespół co prawda dwuosobowy ale wybrany świadomie i w pełnej zgodności z moim wewnętrznym ja), miejsca i czasu.
Ambitny termin. Ambitny plan. Czas zakasać rękawy. Na pierwszy ogień zmiana butów suchym skafandrze - zmiana na takie, którym nie straszne skały i gruby tłuczeń, które nie myszkują w płetwie. I plan ćwiczebny - stage, v-drill, zaprawa czyli zaczynamy przygotowania pełną gębą żeby móc łyknąć trochę helu :)
25 czerwca 2015
Nurkowanie jest... klimatyczne
Będąc młodą nurką skonstatowałam, że ta dziedzina jest
wprost stworzona do tego żeby ją zgłębiać w bdsm'owej konwencji. Fakt, wówczas
niewiele wiedziałam o nurkowaniu. Ale im bardziej nurkuję tym więcej odkrywam
części wspólnych, tym bardziej widzę potencjał żeby uzyskiwać coraz bardziej
zadawalający poziom umiejętności w obu sferach życia. Konstrukcja kontrowersyjna
zarówno patrząc z jednej jak i drugiej strony, ale możliwości w zasadzie nieograniczone. Oczywiście można najprościej czyli od tego, co jako pierwsze
rzuciło mi się w oczy. Ale wraz z nabieraniem doświadczenia, zmianami
sprzętowymi i konfiguracyjnymi pojawiały się kolejne zapalające się lampki.
Taka uprząż na przykład – ot parę metrów taśmy, zimna stalowa płyta (no dobra
może być aluminiowa jak ktoś woli). Pełna dostępność do strategicznych miejsc
za to możliwość wykorzystania wszystkich pasków (ze szczególnym uwzględnieniem
pasa krocznego) i D-ringów bezcenna. Wystarczy odrobina inwencji. A do tego
całkowita mobilność bo uprząż jako taka nie ogranicza ruchów w żadnym zakresie.
A dobrze wyregulowana gwarantuje, że D-ringi piersiowe znajdują się w idealnym
położeniu.
Prawidłowa pozycja – kolejne pole do popisu. I to nawet nie
trzeba śrubować parametrów – bardziej ortodoksyjne organizacje nurkowe mają w
standardach zapisane akceptowalne poziomy odchyleń pozycji – 10, 20 stopni albo
skok pływalności +/- pól metra. I precyzja wykonania procedur wszelakich.
Wraz ze wzrostem poziomu trudności nurkowań postępuje zmian
w wyposażeniu. Taki na przykład suchy skafander przy długich nurkowaniach
wymusza konieczność rozwiązania prozaicznej kwestii sikania.
A możliwości jakie
daje użycie akcesoriów wymyślonych dla nurkujących pań w celach, których
producent She-p nie przewidział jest naprawdę sporo, wystarczy popuścić wodze
fantazji. Nie mówiąc już o przygotowaniu do użycia urządzenia oraz samej jego aplikacji no i oczywiście użytkowania. Bajka stworzona do przełamywania tabu i zahamowań.
A możliwości jakie
daje użycie akcesoriów wymyślonych dla nurkujących pań w celach, których
producent She-p nie przewidział jest naprawdę sporo, wystarczy popuścić wodze
fantazji. Nie mówiąc już o przygotowaniu do użycia urządzenia oraz samej jego aplikacji no i oczywiście użytkowania. Bajka stworzona do przełamywania tabu i zahamowań.
Doświadczenia z podlodowych nurkowań z użyciem ogrzewania
pod wodą nie napełniły mnie przesadnym optymizmem. Ale możliwość używania innych
urządzeń zasilanych elektrycznie, zwłaszcza przy pojemnym akumulatorze ech. Kto
powiedział, że zamiast podgrzewania dłoni nie można podłączyć coś… bo ja wiem,
masującego na ten przykład.

Wystarczy, żeby to coś współpracowało z zasilaczem 12V. Zapewne zabawki bezprzewodowe nie zadziałają w takich warunkach (myślę o pilotach sterujących) ale działanie w trybie ciągłym też jest miłe.
Oczywiście także wszelkie nieelektryczne mniejsze i większe drobiazgi umilające nurkowanie jak najbardziej spełniają swoją rolę, a odpowiednio dociśnięte pasem krocznym gwarantują pełnię doznań. Mechanika i fizyka mają swoje prawa także pod wodą. I tylko bardziej trzeba się skupiać na czynnościach ;).
I tyle dobra się marnuje, bo klimatycznych nurków jak na
lekarstwo. Ale przecież wyznaczanie trendów zawsze było moim powołaniem. Spisana historia edukacji nurkowej jest wyjątkowo smaczna, ale póki co jeszcze nie ujrzała światła dziennego. Głównie ze względu na fakt, że nomenklatura nurkowa nie należy do wiedzy powszechnie znanej. Więc poziom abstrakcji znaczący i smaczki dostępne jedynie dla wtajemniczonych. Odrzeć z detali jej nie chcę, więc zostaje... no nie wiem edukacja? hipertekst? Zastanowię się jeszcze.
3 września 2012
Do trzech Koparek sztuka
Koparki wprawdzie ciągle tylko dwie w kamieniołomie, ale je odwiedzam po raz trzeci. Tym razem warsztaty pod osłoną nocy. Cholera, nie wierzę, że to mówię, ale tym razem naprawdę mi się podobało :)
13 sierpnia 2012
Koparki bis
Z każdym weekendem jest lepiej, tym razem nawet już dało się trochę poświrować z pozowaniem przy koparkach. To znaczy można już było zabrać pod wodę aparat i nawet udało się go użyć. Przeładowanie zadaniami. To stan, który przez ostatnie tygodnie permanentnie mnie gnębił.
30 czerwca 2012
Oswajanie kompasu
W najgorszych koszmarach nie widziałam siebie w takiej wodzie. I do tego jeszcze z zadaniami z nawigacji. Po co ja to robię? Aaaa już wiem - żeby moc wrócić do jaskiń :)
17 czerwca 2012
Był sobie kamieniołom
Po Zakrzówku kolejne boja w kamieniołomie w Piechcienie. Choć w zasadzie dla mnie to Waterloo. Niestety. Mam dość. Tak po prostu fizycznie dość. Co ja tu robię? Do cholery po kiego grzyba mam marznąc w pierdzielonym mętnym bajorku skoro moim celem są piękne białe jaskinie z krystaliczną wodą!!! Powaliło mnie czy co?
27 maja 2012
Zakrzówkowa inicjacja
Inicjacja krajowa, inicjacja sprzętowa. Łatwo nie było, żeby nie
powiedzieć wprost, że momentami było bardzo ciężko. Jestem zadowolona z
tego, że poradziłam sobie z twinem (poza wyjściem z ostatniego nurka,
które przysporzyło mi nieco problemów oraz trudnościami w sprawnym i
szybkim odnajdywaniu spłuczki).
Temperatura była przerażająca. Żadna z czynności pod wodą nie była wykonywana odruchowo. Każda sprowadzała się do artykułowania w myślach polecenia dla części ciała, która miała ją wykonać. Taki stan nie jest przyjemny a działanie w nim bardzo stresujące i wyczerpujące. Słyszałam stwierdzenie, z którym w pełni się zgadzam - tam się nie nurkuje dla przyjemności, tam się nurkuje dla umiejętności.
Nie pamiętam nawet jednego fragmentu ścianki, równie dobrze mogło to być nurkowanie w toni. Z ostatniego nurkowania jakiś zarys manekina czy innej postaci człekokształtnej, którą pokazywał Szeryf i strzelanie bojki (ale nie wygląd ścianki będący punktem referencyjnym). I jeszcze świadomość w jak niewielkim stopniu czynności, które uznałam za przyzwoicie wypracowane w warunkach basenowych okazały się zaledwie dostateczne.
Cholerne zimno dawało w kość Spłuczka, która żyła własnym życiem także.
Temperatura była przerażająca. Żadna z czynności pod wodą nie była wykonywana odruchowo. Każda sprowadzała się do artykułowania w myślach polecenia dla części ciała, która miała ją wykonać. Taki stan nie jest przyjemny a działanie w nim bardzo stresujące i wyczerpujące. Słyszałam stwierdzenie, z którym w pełni się zgadzam - tam się nie nurkuje dla przyjemności, tam się nurkuje dla umiejętności.
Nie pamiętam nawet jednego fragmentu ścianki, równie dobrze mogło to być nurkowanie w toni. Z ostatniego nurkowania jakiś zarys manekina czy innej postaci człekokształtnej, którą pokazywał Szeryf i strzelanie bojki (ale nie wygląd ścianki będący punktem referencyjnym). I jeszcze świadomość w jak niewielkim stopniu czynności, które uznałam za przyzwoicie wypracowane w warunkach basenowych okazały się zaledwie dostateczne.
Cholerne zimno dawało w kość Spłuczka, która żyła własnym życiem także.
24 maja 2012
Drugie podejście
Czwartek. Centrum miasta. On, ja i woda. Tak, tak, tam w lustrze (wody)
to niestety ja... Z twinem na plecach wcale nie było łatwo. Ciężkie
diabelstwo jak kamień młyński, i jak kamień pociągnęło mnie do dna.
Strach pomyśleć jaki atak paniki mogłoby mi to zafundować gdybym
odpuściła dzisiejszy basen i swój pierwszy raz odbyła dopiero w sobotę.
Szeryf jak zawsze pod woda seksowny do bólu, wyciągał ramiona i wtulał się w wodę. Nawet nie będę próbować zmiany postrzegania jego sylwetki w środowisku wodnym. Mogę sobie wmawiać dowolne kwestie, ale i tak pod powierzchnią wody mogłabym go pożreć wzrokiem gdybym się przestała pilnować. Nie ślinię się tylko dlatego, że mam automat w ustach.
Masakra numer jeden - całkowity brak kontroli nad pływalnością. Zeagle działał jak marzenie - dwa wciski inflatora i spokojne, delikatne hamowanie nad dnem. A teraz cholera wie ile trzeba pompnąć, żeby wór raczył się napełnić. Jak już w końcu został napompowany to ni mniej ni więcej tylko pokonując grawitację szybowałam ku powierzchni. I kolejny zonk. Tam były dwie spłuczki na samej krawędzi worka. Tu nie dość, że tylko jedna to jeszcze zdecydowanie wyżej, na pionowej części worka. Efektu nie trzeba opisywać nazbyt szczegółowo - z braku koordynacji ręka-spłuczka ćwiczyłam czy nadaje się na korek od musującego wina czyli brak wyhamowania przed powierzchnią. Wściekłość na złośliwość rzeczy martwych i generalnie na sytuację.
Żadna to przyjemność spaść na dno, żadna chwała zrobić windę do powierzchni. To, co dobre to łatwiejsza do zachowania pozycja, brak przechyłów bocznych. Innymi słowy po ustaleniu pływalności spadochroniarz całkiem zgrabnie wyszedł, helikopter nieco gorzej ale bez obciachu.
Kilka wizyt na powierzchni nie tylko z powodu wywalenia ale w celach edukacyjnych czyli omówienie. Na końcówce Szeryf zaordynował s-drill ze zmiana ról. I udało się całkiem zgrabnie. Z zaskoczeniem stwierdziłam post factum, że ani w jednym, ani w drugim przypadku nie użyłam paypassa do przedmuchania automatu. Czy to dlatego, że w Posejdonie jest on w innym miejscu? Czy może po prostu bezwiednie przeszłam na wyższy poziom abstrakcji? Nie wiem - liczy się efekt końcowy.
Później jeszcze omówienie co wyszło a co nie i dlaczego, na co zwrócić uwagę na wyjeździe. Dobranoc i w drogę ze sprzętem. Ku przygodzie w zimnej i ciemnej wodzie, z nową konfiguracją na sobie.
Szeryf jak zawsze pod woda seksowny do bólu, wyciągał ramiona i wtulał się w wodę. Nawet nie będę próbować zmiany postrzegania jego sylwetki w środowisku wodnym. Mogę sobie wmawiać dowolne kwestie, ale i tak pod powierzchnią wody mogłabym go pożreć wzrokiem gdybym się przestała pilnować. Nie ślinię się tylko dlatego, że mam automat w ustach.
Masakra numer jeden - całkowity brak kontroli nad pływalnością. Zeagle działał jak marzenie - dwa wciski inflatora i spokojne, delikatne hamowanie nad dnem. A teraz cholera wie ile trzeba pompnąć, żeby wór raczył się napełnić. Jak już w końcu został napompowany to ni mniej ni więcej tylko pokonując grawitację szybowałam ku powierzchni. I kolejny zonk. Tam były dwie spłuczki na samej krawędzi worka. Tu nie dość, że tylko jedna to jeszcze zdecydowanie wyżej, na pionowej części worka. Efektu nie trzeba opisywać nazbyt szczegółowo - z braku koordynacji ręka-spłuczka ćwiczyłam czy nadaje się na korek od musującego wina czyli brak wyhamowania przed powierzchnią. Wściekłość na złośliwość rzeczy martwych i generalnie na sytuację.
Żadna to przyjemność spaść na dno, żadna chwała zrobić windę do powierzchni. To, co dobre to łatwiejsza do zachowania pozycja, brak przechyłów bocznych. Innymi słowy po ustaleniu pływalności spadochroniarz całkiem zgrabnie wyszedł, helikopter nieco gorzej ale bez obciachu.
Kilka wizyt na powierzchni nie tylko z powodu wywalenia ale w celach edukacyjnych czyli omówienie. Na końcówce Szeryf zaordynował s-drill ze zmiana ról. I udało się całkiem zgrabnie. Z zaskoczeniem stwierdziłam post factum, że ani w jednym, ani w drugim przypadku nie użyłam paypassa do przedmuchania automatu. Czy to dlatego, że w Posejdonie jest on w innym miejscu? Czy może po prostu bezwiednie przeszłam na wyższy poziom abstrakcji? Nie wiem - liczy się efekt końcowy.
Później jeszcze omówienie co wyszło a co nie i dlaczego, na co zwrócić uwagę na wyjeździe. Dobranoc i w drogę ze sprzętem. Ku przygodzie w zimnej i ciemnej wodzie, z nową konfiguracją na sobie.
21 maja 2012
Pudło
Ja byłam. Sprzęt także. Nawet Szeryf . I co? I nico! Awaria na basenie i
z testów na ludziach nici. W czwartek drugie podejście. Więcej nie
będzie ponieważ... w piątek ruszamy na południe. Bez względu na stan
przygotowania.
20 maja 2012
Lustereczko powiedz przecie...
Nie ma co ściemniać - boję się. No bo jak to się nie bać? Mam
obcykane procedury albo raczej miałam je obcykane w starej wersji
sprzętowej. A dziś nie dość, że wsio nowe to jeszcze Szeryf się
zapowiedział na basenie na inspekcję. Nie mógł, cholera jasna, wybrać
się wcześniej? No dobra może wcześniej nie wszystko było na tip top ale
obciachu by nie było (no może poza back kickiem). A teraz to spinka żeby
się nie zbłaźnić zapominając coś zapić/ założyć/ umocować/ napełnić
(niepotrzebne skreślić lub dopisać). To nie żarty przecież uprząż nie ma
paru elementów (to podobno na plus) ale czy żenująco nie będzie jeśli
mi spadnie z grzbietu? No i spłuczka tylko jedna a odruchowo się do obu
sięga przecież. Aaaaaa! Nie mogę, po prostu nie mogę. No przecież nie po
to łaziłam na ten basen, żeby teraz pokazać żem nieuk.
A jak nie przywiozą twina? Niby mam plan B czyli Zeagle w samochodzie ale to nie o to biega! Przecież mam zrobić przymiarkę przed sobotnim sprawdzianem w Zakrzówku. Aaaaaa! Aaaaaaby atak paniki zażegnać wsparcie potrzebne!
A jak nie przywiozą twina? Niby mam plan B czyli Zeagle w samochodzie ale to nie o to biega! Przecież mam zrobić przymiarkę przed sobotnim sprawdzianem w Zakrzówku. Aaaaaa! Aaaaaaby atak paniki zażegnać wsparcie potrzebne!
19 maja 2012
Kolejna klamka zapadła
Wczorajszy wieczór to kolejny krok w stronę osiągnięcia celu. Tym
razem w temacie sprzętowym. Trzeba było podjąć decyzję o kompletowaniu
nowej konfiguracji. I ja podjęłam. A wczoraj odebrałam większość
zabawek.
Nie ukrywam, że trochę mnie toprzerażało poprawka
nadal mnie przeraża. I tak w ciągu 72 godzin stałam się dumnym ale
przerażonym posiadaczem Halcyona i zamiast ukochanego i znanego nawet z
zamkniętymi oczami Zeagle'a muszę szybciutko przyswoić obsługę nowego
ubranka.
Na dzień dobry zabawa w małego majsterkowicza czyli płyta, taśma, śruby i składamy. Na szczęście wszystko w komfortowych warunkach pod czujnym okiem Szeryfa. O ile łatwiejsze byłoby moje nurkowe życie gdyby którykolwiek z instruktorów, którzy mnie uczyli był choćby w połowie Nim. Najwidoczniej jednak zapisane było, że powinnam Go spotkać w tym roku :).
Chwilę później świecidełka czyli szybki kurs obsługi Led Maxima. Wielkie to i ciężkie bydlątko, ale widziałam je w akcji na Yukatanie - mucha nie siada. Z przyjemnością patrzyłam jak w szeryfowych dłoniach kolejno pojawiają się kolejne elementy zestawu. Wsłuchiwałam się w słowa o dbaniu o gwinty, uwagi odnośnie ładowania trybie ostrzegawczym. Gdyby mówił w obcym, nieznanym mi języku z tonu głosu wywnioskowałabym, że opisuje pieszczoty. Słowa wypowiadane z takim namaszczeniem, że nie sposób mieć innego skojarzenia.
W końcu przyszedł czas na Posejdony. Wiedziałam, czułam, że celowo zostawił je niejako na deser. Wszystko w kawałkach, do poskładania, wykręcane zaślepki, które robiły miejsce wężom, odkładane pieczołowicie w bezpiecznym miejscu. Chirurgiczne cięcie w obszarze osłonki membrany - żółta do pudła czarna na miejsce. Parząc na pewne, szybkie ruchy wyobraziłam sobie jak seksownie wyglądałby rozkładając i składając pistolet. Mniam. W końcu moje automaty połączone zostały z jego twinsetem. Kiedy odkręcił zawory a Posejdony wydały pierwsze tchnienie aż podskoczyłam. Ten dźwięk, ta wibracja do złudzenia przypominały... wystrzał z pistoletu. Nieprawdopodobne ale to ta sama reakcja ciała, którą znam z przekraczania progu strzelnicy. Ależ ja jestem pokręcona jeśli chodzi o reakacje na dźwięki i zapachy.
Poskładany sprzęt trzeba było jeszcze dopasować, a później zostało już tylko wziąć twina na plecki i mentalnie przekroczyć kolejny Rubikon. I tu naszły mnie wątpliwości. Ciężkie to bydle, ledwie wstałam z podłogi a już Szeryf ciągnął mnie do luster. Bałam się tego, co tam zobaczę. Bałam się ale poszłam. Szpej założony na batystową bluzkę wyglądał dość kuriozalnie, ale moje obawy sięgały dalej. Po głowie kołatało się pytanie czy to nie jest przerost formy nad treścią. Bo posiadać nie oznacza umieć używać. Szeryf rozwiewał moje obawy swoim czarującym głosem, ale nie wszystko dało się ułagodzić. Dość powiedzieć, że w poniedziałek planowane pierwsze zwodowanie basenowe. To ostatni gwizdek przed planowanym na przyszły weekend wypadem do Zakrzówka... A tam zimna i ciemna woda oddzieli tchórzy od zdeterminowanych. Mam nadzieje, że dołączę do tej drugiej grupy.
Nie ukrywam, że trochę mnie to
Na dzień dobry zabawa w małego majsterkowicza czyli płyta, taśma, śruby i składamy. Na szczęście wszystko w komfortowych warunkach pod czujnym okiem Szeryfa. O ile łatwiejsze byłoby moje nurkowe życie gdyby którykolwiek z instruktorów, którzy mnie uczyli był choćby w połowie Nim. Najwidoczniej jednak zapisane było, że powinnam Go spotkać w tym roku :).
Chwilę później świecidełka czyli szybki kurs obsługi Led Maxima. Wielkie to i ciężkie bydlątko, ale widziałam je w akcji na Yukatanie - mucha nie siada. Z przyjemnością patrzyłam jak w szeryfowych dłoniach kolejno pojawiają się kolejne elementy zestawu. Wsłuchiwałam się w słowa o dbaniu o gwinty, uwagi odnośnie ładowania trybie ostrzegawczym. Gdyby mówił w obcym, nieznanym mi języku z tonu głosu wywnioskowałabym, że opisuje pieszczoty. Słowa wypowiadane z takim namaszczeniem, że nie sposób mieć innego skojarzenia.
W końcu przyszedł czas na Posejdony. Wiedziałam, czułam, że celowo zostawił je niejako na deser. Wszystko w kawałkach, do poskładania, wykręcane zaślepki, które robiły miejsce wężom, odkładane pieczołowicie w bezpiecznym miejscu. Chirurgiczne cięcie w obszarze osłonki membrany - żółta do pudła czarna na miejsce. Parząc na pewne, szybkie ruchy wyobraziłam sobie jak seksownie wyglądałby rozkładając i składając pistolet. Mniam. W końcu moje automaty połączone zostały z jego twinsetem. Kiedy odkręcił zawory a Posejdony wydały pierwsze tchnienie aż podskoczyłam. Ten dźwięk, ta wibracja do złudzenia przypominały... wystrzał z pistoletu. Nieprawdopodobne ale to ta sama reakcja ciała, którą znam z przekraczania progu strzelnicy. Ależ ja jestem pokręcona jeśli chodzi o reakacje na dźwięki i zapachy.
Poskładany sprzęt trzeba było jeszcze dopasować, a później zostało już tylko wziąć twina na plecki i mentalnie przekroczyć kolejny Rubikon. I tu naszły mnie wątpliwości. Ciężkie to bydle, ledwie wstałam z podłogi a już Szeryf ciągnął mnie do luster. Bałam się tego, co tam zobaczę. Bałam się ale poszłam. Szpej założony na batystową bluzkę wyglądał dość kuriozalnie, ale moje obawy sięgały dalej. Po głowie kołatało się pytanie czy to nie jest przerost formy nad treścią. Bo posiadać nie oznacza umieć używać. Szeryf rozwiewał moje obawy swoim czarującym głosem, ale nie wszystko dało się ułagodzić. Dość powiedzieć, że w poniedziałek planowane pierwsze zwodowanie basenowe. To ostatni gwizdek przed planowanym na przyszły weekend wypadem do Zakrzówka... A tam zimna i ciemna woda oddzieli tchórzy od zdeterminowanych. Mam nadzieje, że dołączę do tej drugiej grupy.
23 marca 2012
Cenoty moja miłość
Zakochałam się. W skalistych załomach wypełnionych wodą. Zakochałam się bez pamięci. Zakochałam się do szaleństwa. Od teraz nic już nie będzie takie samo. NIC. Tak wiele zmienię w ciągu najbliższego roku. Tak wiele.
16 września 2011
Między nami jaskiniowcami
Kiedy nie ma pod ręką ciepłej, przejrzystej wody pełnej
kolorowego drobiazgu i dużych srebrzystych kilerów trzeba ocenić atrakcyjność
dużo chłodniejszego i mniej bogatego w faunę akwenu. Morze Śródziemne na głębokości
40m ma tylko 17 stopni Celcjusza, a to na 5 mm neoprenu bez kaptura i rękawic zdecydowanie
za mało. Z jaką rozkoszą witałam 22 stopnie przy wynurzaniu to tylko ja wiem.
Nurkowanie na ściankach zawsze sprawia mi przyjemność, bo
świadomość otchłani pode mną jest niesamowita (choćby ta głębia miała jedynie
100m). To trochę tak jak spacer po galerii obrazów – można się powoli przesuwać
od jednego obiektu do drugiego. Skaliste wybrzeże z pionowymi krawędziami to
wymarzone miejsce. To konkretne miało jednak jeszcze jedną cechę – ogrom szczelin
i jaskiń. Po pierwszym zanurzeniu stało się jasne, że to właśnie one staną się
przedmiotem eksploracji.
Na pierwszy rzut oka to kamienne pustynie bez życia -
ciemne, szare, puste, przerażające (zwłaszcza jak się człowiek naoglądał filmów
z kategorii „fikszyn” rozgrywających się w jaskiniach). Trudno było
skompletować grupę chętnych na te atrakcje więc w rezultacie nurkowaliśmy parą
w porywach do dwóch par.Kilka zwierzaków udało się wypatrzeć i uwiecznić w kadrze,
choć faktycznie większość na brzegu grot niż we wnętrzu samych jaskiń.
Niewiele to miało wspólnego z wyprawą spaleologiczną, ale
dla mnie wystarczyło, żeby poczuć dreszcz na kręgosłupie i to nie koniecznie od
zimna. Niektóre wejścia były bardzo wąskie i na tyle blisko powierzchni, że
pływy telepały człowiekiem na boki lub w przód i tył (wtedy odczuwa się
najbardziej jak niewiele ma człowiek do powiedzenia wobec siły i fizycznej
przewagi natury). Inne był łagodnymi wąwozami opadającymi w dół. Ale były i
takie, które sprowadzały się do dziury-studni w skale i trzeba było wsunąć się
pionowo twarzą w nieznane.
To co bywa w środku może zaskoczyć i przytłoczyć, może
zachwycić i przerazić. Nie dziwota, że takie obrazy mogły zainspirować twórców
wspomnianych już filmów. Niektóre formacje skalne przywodzą na myśl wyłącznie
istoty z innego świata lub ich pozostałości.
Pierwszą chwilą, która zapiera dech w piersiach (na szczęście
nie w automacie) jest moment wpłynięcia do jaskini. Kolejnym to, co można
zobaczyć wewnątrz. Ale nie ma bardziej wzniosłego i radującego niż na powrót
ujrzeć światło dzienne – choćby tylko jako przebłysk za załomem skalnym. I
chwilę później kiedy dobrze widoczny staje się otwór wejściowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









