Taka już się obudziłam. Zdenerwowana. Roztrzęsiona wewnętrznie. Bez powodu. Chyba bez powodu. A może był powód po temu. Może taki, że właśnie dzieje się coś na co nie mam żadnego wpływu? Może to właśnie to. Zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić. Teraz decyzja jest w rękach innych osób. To może być kamień węgielny mojego życia zawodowego, albo fiasko. Hmm nie cierpię czekać. Dlaczego ludzie tak długo podejmują decyzje...? Dlaczego...?
Dzień płynie niespiesznie. Nic mnie dziś nie goni, nie gna... Spokojnie pitraszę sobie w kuchni, komponuję, eksperymentuję... wieczorem będą goście. Kąpiel, długa gorąca kąpiel – taka jaką lubię. Relaks... odpoczynek. Leżąc w wannie patrzę na łóżko, na którym Oni oddają się miłosnym uciechom. Uwielbiam patrzeć jak się kochają, to podniecający widok. Chwała Bogu za wielożeństwo, co prawda nie w naszym ‘katolickim’ kraju, ale zawsze. Muzułmanie chyba jednak wiedzą co robią... Ja dziś zupełnie nie miałam ochoty na sex, Ona tak. Cudowne dopełnienie. Najważniejsze jest to, że On jest zadowolony. Widzę Jego twarz, kiedy osiąga rozkosz. Przymknięte oczy, ciało wygięte w łuk, cisza. Jak zawsze spełnia się w ciszy, bez dźwięku, bez oddechu... Dopiero po chwili zaciąga się haustem powietrza, do płuc wdziera się powietrze, którego teraz tak bardzo potrzebuje Jego ciało. Oddech. Niby nic, odruch, zwykła czynność, której się nie kontroluje... a jednak w chwili uniesienia jakże często zapominamy oddychać... Czyżby więc pragnienie rozkoszy było silniejsze od instynktu samozachowawczego? Zaczynam filozofować. To chyba wpływ czytanej właśnie ‘Bromby i filozofii” Macieja Wojtyszki. Powinno się tę książkę włączyć do każdego kursu filozofii... prosta do bólu metodologia wyjaśniająca podstawowe pojęcia i zależności.
Czas się przyodziać. Jak cudownie mieć cały dom dla siebie. Przechadzać się po pokojach i gotować nago. Uwielbiam tę wolność, jaką dają własne cztery ściany. Podpisuję się po słynnym hasłem ‘mój dom moją twierdzą’. Ciekawe jak się powiedzie mój dzisiejszy kulinarny eksperyment. Kto nie próbuje ten w kozie nie siedzi, hihi.
25 marca 2005
Wiersze nocą pisane...
I jakże nie mam być szczęśliwa, jeśli jednej nocy, nie wiadomo gdzie, dwóch mężczyzn skreśla dla mnie słowa... Jedne żartobliwe troszeczkę inne bardziej tchnące melancholią... I znowu coś stworzyłam, nowe ścieżki, którymi myśl podążą, nowe cele i nowe światy. Jak bardzo chciałabym wejść do Ich umysłów i niczym górską kolejką przemknąć drogą, którą pomiędzy synapsami utworzyły ich myśli moimi powodowane. Tak... to byłaby przygoda na miarę XXI wieku... Zajrzeć do jaźni, przechadzać się bo bezkresie umysłu, potykać o rozgryzane kwestie... A oto słowa, które wśród ciemnej nocy zrodziły się w Nich, słowa, które będą mi dziś towarzyszyć...
Te są od Obserwatora
był pan okrutny i pani była
do bólu pieścili oboje
ssąc ust jej szkarłat nienasycenie
miłosne czynili swawole
było też z nimi razu jednegodziewczę
nie od parady
schlebiając jemu i jej słuchając
mężnie znosiła razy
bo co dla jednych udręką staje
dla innych rozkoszą bywa
są dla nich inne nieznane raje
milton ich nie odkrywa
A tymi obdarował mnie Demon
Duchem być chciałem
Zawsze, całym ciałem
Chciałem...
Chciałem cały świat obserwować
Pełen piękna i niezwykłości
Chciałem go myślą malować
Do granic niemożliwości
Chciałem...
Nikt by nie wiedział o mym istnieniu
Byłbym tylko powietrzem
Widzieć emocje, podziwiać je w milczeniu
Zostać obserwatorem wiecznym
Chciałem...
A teraz kim jestem?
Dobrym duchem ledwie...
Dobrym duchem ledwie?
Ledwie czy może aż tyle?
Dotyku wzbraniać się muszę
Fizyczna rozkosz mi zakazana
Świat rzeczywisty opuszczę
By w gwiazdach być wśród Was do rana
Obserwuję Was tylko
Dostarczam energii pięknych
Gdy inne głosy milkną
Pojawiam się w marach sennych
Spokojem i słowem obdarzam
Pobudzam fantazje i myśli
Czary, zaklęcia powtarzam
W nadziei że się Wam przyśni
Duch, którym być chciałem...
Dziękuję Panowie, dziękuję...
Te są od Obserwatora
był pan okrutny i pani była
do bólu pieścili oboje
ssąc ust jej szkarłat nienasycenie
miłosne czynili swawole
było też z nimi razu jednegodziewczę
nie od parady
schlebiając jemu i jej słuchając
mężnie znosiła razy
bo co dla jednych udręką staje
dla innych rozkoszą bywa
są dla nich inne nieznane raje
milton ich nie odkrywa
A tymi obdarował mnie Demon
Duchem być chciałem
Zawsze, całym ciałem
Chciałem...
Chciałem cały świat obserwować
Pełen piękna i niezwykłości
Chciałem go myślą malować
Do granic niemożliwości
Chciałem...
Nikt by nie wiedział o mym istnieniu
Byłbym tylko powietrzem
Widzieć emocje, podziwiać je w milczeniu
Zostać obserwatorem wiecznym
Chciałem...
A teraz kim jestem?
Dobrym duchem ledwie...
Dobrym duchem ledwie?
Ledwie czy może aż tyle?
Dotyku wzbraniać się muszę
Fizyczna rozkosz mi zakazana
Świat rzeczywisty opuszczę
By w gwiazdach być wśród Was do rana
Obserwuję Was tylko
Dostarczam energii pięknych
Gdy inne głosy milkną
Pojawiam się w marach sennych
Spokojem i słowem obdarzam
Pobudzam fantazje i myśli
Czary, zaklęcia powtarzam
W nadziei że się Wam przyśni
Duch, którym być chciałem...
Dziękuję Panowie, dziękuję...
24 marca 2005
Zakupy
Już w samochodzie coś iskrzy. Wyszłyśmy z domu o 10, poranek witał na słońcem i to jeszcze bardziej nastrajało nas hmmm optymizmem i radością. W zasadzie to nie było żadnego konkretnego powodu, dla którego opuszczałyśmy domowe pielesze. No może tylko to, że Pan chciał popracować, a my rozpraszałyśmy Go... swoją obecnością, swoim zapachem... no i jeszcze kapcie dla córki. Tak. Wyszłyśmy zdecydowanie po kapcie.Nie wiem nawet dlaczego zamiast dużego centrum handlowego wybrałyśmy małe sklepiki pobliskiego miasteczka. W każdym razie tam właśnie się udałyśmy. Okazało się, że kupienie kapci może być doskonałym pretekstem do wspaniale spędzonego czasu. Niespiesznie przemierzałyśmy przestrzeń pomiędzy sklepikami. Zajrzałyśmy do składu porcelany, gdzie trzeba było uważać gdzie sięga się ręką, żeby przypadkowo nie dosięgnąć czegoś zupełnie innego. Gładkość i chłód porcelany były wystarczającym powodem do skojarzeń z inną gładkością...Przechadzając się ulicą trzymałyśmy się za ręce i kradłyśmy sobie buziaki, jak szkolne przyjaciółki, jak nastolatki... to chyba jednak wiosna tak działa... i to bez względu na to ile się ma lat, hihi.
A kapci jak nie było tak nie ma... Ale jest sklep ogrodniczy. Wchodzimy. Co chwila któraś z nas podnosi do góry jakiś przedmiot znajdując dla niego nowe zastosowanie. No bo do czego może służyć packa na muchy? Albo wiklinowa trzepaczka? Nie wiecie? Hmm w takim razie ja o tym nie opowiem dziś... może kiedyś. Zanotować w pamięci, że w tym sklepie była także folia pakowa, przezroczysta i czarna, kto wie kiedy może się przydać - na pewno jeszcze nie dziś...Kolejne miasteczko, kolejne sklepiki. Przechadzamy się deptakiem, zaglądając do sklepików. A kapci nie ma. Telefon do Pana czy mamy wracać czy możemy jeszcze połazikować? Zostajemy. Radość pieczętujemy pocałunkiem, nikt nie zwraca na nas uwagi. Jak miło. Świąteczne klimaty na każdym stoisku, przy wejściu na bazarek leżą wiązki bazi. Cóż, niby nic nadzwyczajnego wiosna... Wielkanoc... Ale nasze myśli i komentarze już mkną w zupełnie innym kierunku. Głośna wymiana myśli: myślę bazie – myślę rózga – myślę chłosta. Stojący obok mężczyzna wyraża zdziwienie swoją bezgłośną miną. Ale my już brniemy dalej w naszej suczej logice. Myślę chłosta – myślę bazie – myślę zbieranie oderwanych kotków – myślę zbieranie – myślę na kolanach – myślę ustami... Noooo tak. Więcej nam nie trzeba. Już czuję wilgoć sącząca się w bieliznę. Patrzę na Nią – i wiem, że czuje to samo. Wsuwa rękę w moje spodnie. Dostaję burę za to, że mam je na sobie. Odchodzimy od zdziwionego sprzedawcy bazi (czytaj rózeg). Kapcie! Ciągle nie mamy kapci. Wchodzimy do sklepu z dziecięcą odzieżą. Bingo! To nie kapcie ale raczej sandałki (zapewne resztki z poprzedniego sezonu, bo wszędzie jeszcze królują zimowe modele). W każdym razie takie jakich potrzebowałam. Małe zastanowienie nad rozmiarem, decyzja i wychodzimy ze zdobyczą.Po drodze wstępujemy jeszcze do jednego sklepu z zamiarem zakupu – sznurka. Tak. Jest nam potrzebny. Spędzamy tam ładną chwilę, przymierzając nawet kilka ciuchów (okazało się, że od czasu mojej ostatniej bytności w tym miejscu asortyment się nieco zmienił). Zaglądam do przymierzalni, gdzie Ona zakłada długą czarną spódnicę. Nie mogę się oprzeć, żeby nie dotknąć Jej obnażonego wzgórka. Przestrzeń przymierzalni wypełnia się Jej zapachem. Ech... wejść tam i zanurzyć twarz w tym zapachu... Ale nie, wychodzimy...
Jeszcze jeden sklep – metalowy. Tam już popuszczamy wodze fantazji oglądają bloczki i haki (marzy nam się system pozwalający na łatwe podwieszenie). Czuję skurcze w podbrzuszu, biorę do ręki łańcuch i więcej już nie potrzeba nic... Ona ocierająca się o mnie, Jej oddech na karku. Szczytuję między regałami z wkrętami i śrubami. Jesteśmy szalone. Już nie potrafimy patrzeć na nic bez pryzmatu własnej rozkoszy. Telefon od Pana, kazał kupić taśmę, szeroką srebrna taśmę. Widzę w Jej oczach pytanie po co? Hmm nie wiem, nie wiem po co Mu taśma tym razem. Pamiętam jednak jak skutecznie tłumi krzyki użyta jako knebel... niewiele można powiedzieć mając zaklejone usta... niewiele...
Wróciłyśmy ok. czternastej, w doskonałych humorach. Ale dopiero kontakt z Pańskimi dłońmi, z Pańskim Kutasem i pejczem pozwolił nam nacieszyć się tym wspaniałym wiosennym dniem. Z obolałymi pośladkami, policzkami pałającymi czerwienią, ze śladami dłoni i pejcza na skórze tuliłyśmy się do siebie, kiedy Pan brał prysznic. Ale wcześniej jeszcze zażądał szczegółowej relacji z zakupów, jak można opowiadać o zakupach kiedy Jego cudowne dłonie zaciskają się na sutkach, kiedy gryzie boleśnie język i wargi, kiedy wreszcie używa nas dla swojej przyjemności... No cóż za brak odpowiedzi w odpowiednim tempie, za pomyłki w chronologii czy pominięcie szczegółów można odwdzięczyć się tylko w jeden sposób. Oddając siebie na Jego pastwę. Już samo to jest nagrodą dla ociekających pożądaniem cipek. Tak... wspaniałą nagrodą...
A kapci jak nie było tak nie ma... Ale jest sklep ogrodniczy. Wchodzimy. Co chwila któraś z nas podnosi do góry jakiś przedmiot znajdując dla niego nowe zastosowanie. No bo do czego może służyć packa na muchy? Albo wiklinowa trzepaczka? Nie wiecie? Hmm w takim razie ja o tym nie opowiem dziś... może kiedyś. Zanotować w pamięci, że w tym sklepie była także folia pakowa, przezroczysta i czarna, kto wie kiedy może się przydać - na pewno jeszcze nie dziś...Kolejne miasteczko, kolejne sklepiki. Przechadzamy się deptakiem, zaglądając do sklepików. A kapci nie ma. Telefon do Pana czy mamy wracać czy możemy jeszcze połazikować? Zostajemy. Radość pieczętujemy pocałunkiem, nikt nie zwraca na nas uwagi. Jak miło. Świąteczne klimaty na każdym stoisku, przy wejściu na bazarek leżą wiązki bazi. Cóż, niby nic nadzwyczajnego wiosna... Wielkanoc... Ale nasze myśli i komentarze już mkną w zupełnie innym kierunku. Głośna wymiana myśli: myślę bazie – myślę rózga – myślę chłosta. Stojący obok mężczyzna wyraża zdziwienie swoją bezgłośną miną. Ale my już brniemy dalej w naszej suczej logice. Myślę chłosta – myślę bazie – myślę zbieranie oderwanych kotków – myślę zbieranie – myślę na kolanach – myślę ustami... Noooo tak. Więcej nam nie trzeba. Już czuję wilgoć sącząca się w bieliznę. Patrzę na Nią – i wiem, że czuje to samo. Wsuwa rękę w moje spodnie. Dostaję burę za to, że mam je na sobie. Odchodzimy od zdziwionego sprzedawcy bazi (czytaj rózeg). Kapcie! Ciągle nie mamy kapci. Wchodzimy do sklepu z dziecięcą odzieżą. Bingo! To nie kapcie ale raczej sandałki (zapewne resztki z poprzedniego sezonu, bo wszędzie jeszcze królują zimowe modele). W każdym razie takie jakich potrzebowałam. Małe zastanowienie nad rozmiarem, decyzja i wychodzimy ze zdobyczą.Po drodze wstępujemy jeszcze do jednego sklepu z zamiarem zakupu – sznurka. Tak. Jest nam potrzebny. Spędzamy tam ładną chwilę, przymierzając nawet kilka ciuchów (okazało się, że od czasu mojej ostatniej bytności w tym miejscu asortyment się nieco zmienił). Zaglądam do przymierzalni, gdzie Ona zakłada długą czarną spódnicę. Nie mogę się oprzeć, żeby nie dotknąć Jej obnażonego wzgórka. Przestrzeń przymierzalni wypełnia się Jej zapachem. Ech... wejść tam i zanurzyć twarz w tym zapachu... Ale nie, wychodzimy...
Jeszcze jeden sklep – metalowy. Tam już popuszczamy wodze fantazji oglądają bloczki i haki (marzy nam się system pozwalający na łatwe podwieszenie). Czuję skurcze w podbrzuszu, biorę do ręki łańcuch i więcej już nie potrzeba nic... Ona ocierająca się o mnie, Jej oddech na karku. Szczytuję między regałami z wkrętami i śrubami. Jesteśmy szalone. Już nie potrafimy patrzeć na nic bez pryzmatu własnej rozkoszy. Telefon od Pana, kazał kupić taśmę, szeroką srebrna taśmę. Widzę w Jej oczach pytanie po co? Hmm nie wiem, nie wiem po co Mu taśma tym razem. Pamiętam jednak jak skutecznie tłumi krzyki użyta jako knebel... niewiele można powiedzieć mając zaklejone usta... niewiele...
Wróciłyśmy ok. czternastej, w doskonałych humorach. Ale dopiero kontakt z Pańskimi dłońmi, z Pańskim Kutasem i pejczem pozwolił nam nacieszyć się tym wspaniałym wiosennym dniem. Z obolałymi pośladkami, policzkami pałającymi czerwienią, ze śladami dłoni i pejcza na skórze tuliłyśmy się do siebie, kiedy Pan brał prysznic. Ale wcześniej jeszcze zażądał szczegółowej relacji z zakupów, jak można opowiadać o zakupach kiedy Jego cudowne dłonie zaciskają się na sutkach, kiedy gryzie boleśnie język i wargi, kiedy wreszcie używa nas dla swojej przyjemności... No cóż za brak odpowiedzi w odpowiednim tempie, za pomyłki w chronologii czy pominięcie szczegółów można odwdzięczyć się tylko w jeden sposób. Oddając siebie na Jego pastwę. Już samo to jest nagrodą dla ociekających pożądaniem cipek. Tak... wspaniałą nagrodą...
Zakupy
Już w samochodzie coś iskrzy. Wyszłyśmy z domu o 10, poranek witał na słońcem i to jeszcze bardziej nastrajało nas hmmm optymizmem i radością. W zasadzie to nie było żadnego konkretnego powodu, dla którego opuszczałyśmy domowe pielesze. No może tylko to, że Pan chciał popracować, a my rozpraszałyśmy Go... swoją obecnością, swoim zapachem... no i jeszcze kapcie dla córki. Tak. Wyszłyśmy zdecydowanie po kapcie.Nie wiem nawet dlaczego zamiast dużego centrum handlowego wybrałyśmy małe sklepiki pobliskiego miasteczka. W każdym razie tam właśnie się udałyśmy. Okazało się, że kupienie kapci może być doskonałym pretekstem do wspaniale spędzonego czasu. Niespiesznie przemierzałyśmy przestrzeń pomiędzy sklepikami. Zajrzałyśmy do składu porcelany, gdzie trzeba było uważać gdzie sięga się ręką, żeby przypadkowo nie dosięgnąć czegoś zupełnie innego. Gładkość i chłód porcelany były wystarczającym powodem do skojarzeń z inną gładkością...Przechadzając się ulicą trzymałyśmy się za ręce i kradłyśmy sobie buziaki, jak szkolne przyjaciółki, jak nastolatki... to chyba jednak wiosna tak działa... i to bez względu na to ile się ma lat, hihi.
A kapci jak nie było tak nie ma... Ale jest sklep ogrodniczy. Wchodzimy. Co chwila któraś z nas podnosi do góry jakiś przedmiot znajdując dla niego nowe zastosowanie. No bo do czego może służyć packa na muchy? Albo wiklinowa trzepaczka? Nie wiecie? Hmm w takim razie ja o tym nie opowiem dziś... może kiedyś. Zanotować w pamięci, że w tym sklepie była także folia pakowa, przezroczysta i czarna, kto wie kiedy może się przydać - na pewno jeszcze nie dziś...Kolejne miasteczko, kolejne sklepiki. Przechadzamy się deptakiem, zaglądając do sklepików. A kapci nie ma. Telefon do Pana czy mamy wracać czy możemy jeszcze połazikować? Zostajemy. Radość pieczętujemy pocałunkiem, nikt nie zwraca na nas uwagi. Jak miło. Świąteczne klimaty na każdym stoisku, przy wejściu na bazarek leżą wiązki bazi. Cóż, niby nic nadzwyczajnego wiosna... Wielkanoc... Ale nasze myśli i komentarze już mkną w zupełnie innym kierunku. Głośna wymiana myśli: myślę bazie – myślę rózga – myślę chłosta. Stojący obok mężczyzna wyraża zdziwienie swoją bezgłośną miną. Ale my już brniemy dalej w naszej suczej logice. Myślę chłosta – myślę bazie – myślę zbieranie oderwanych kotków – myślę zbieranie – myślę na kolanach – myślę ustami... Noooo tak. Więcej nam nie trzeba. Już czuję wilgoć sącząca się w bieliznę. Patrzę na Nią – i wiem, że czuje to samo. Wsuwa rękę w moje spodnie. Dostaję burę za to, że mam je na sobie. Odchodzimy od zdziwionego sprzedawcy bazi (czytaj rózeg). Kapcie! Ciągle nie mamy kapci. Wchodzimy do sklepu z dziecięcą odzieżą. Bingo! To nie kapcie ale raczej sandałki (zapewne resztki z poprzedniego sezonu, bo wszędzie jeszcze królują zimowe modele). W każdym razie takie jakich potrzebowałam. Małe zastanowienie nad rozmiarem, decyzja i wychodzimy ze zdobyczą.Po drodze wstępujemy jeszcze do jednego sklepu z zamiarem zakupu – sznurka. Tak. Jest nam potrzebny. Spędzamy tam ładną chwilę, przymierzając nawet kilka ciuchów (okazało się, że od czasu mojej ostatniej bytności w tym miejscu asortyment się nieco zmienił). Zaglądam do przymierzalni, gdzie Ona zakłada długą czarną spódnicę. Nie mogę się oprzeć, żeby nie dotknąć Jej obnażonego wzgórka. Przestrzeń przymierzalni wypełnia się Jej zapachem. Ech... wejść tam i zanurzyć twarz w tym zapachu... Ale nie, wychodzimy...
Jeszcze jeden sklep – metalowy. Tam już popuszczamy wodze fantazji oglądają bloczki i haki (marzy nam się system pozwalający na łatwe podwieszenie). Czuję skurcze w podbrzuszu, biorę do ręki łańcuch i więcej już nie potrzeba nic... Ona ocierająca się o mnie, Jej oddech na karku. Szczytuję między regałami z wkrętami i śrubami. Jesteśmy szalone. Już nie potrafimy patrzeć na nic bez pryzmatu własnej rozkoszy. Telefon od Pana, kazał kupić taśmę, szeroką srebrna taśmę. Widzę w Jej oczach pytanie po co? Hmm nie wiem, nie wiem po co Mu taśma tym razem. Pamiętam jednak jak skutecznie tłumi krzyki użyta jako knebel... niewiele można powiedzieć mając zaklejone usta... niewiele...
Wróciłyśmy ok. czternastej, w doskonałych humorach. Ale dopiero kontakt z Pańskimi dłońmi, z Pańskim Kutasem i pejczem pozwolił nam nacieszyć się tym wspaniałym wiosennym dniem. Z obolałymi pośladkami, policzkami pałającymi czerwienią, ze śladami dłoni i pejcza na skórze tuliłyśmy się do siebie, kiedy Pan brał prysznic. Ale wcześniej jeszcze zażądał szczegółowej relacji z zakupów, jak można opowiadać o zakupach kiedy Jego cudowne dłonie zaciskają się na sutkach, kiedy gryzie boleśnie język i wargi, kiedy wreszcie używa nas dla swojej przyjemności... No cóż za brak odpowiedzi w odpowiednim tempie, za pomyłki w chronologii czy pominięcie szczegółów można odwdzięczyć się tylko w jeden sposób. Oddając siebie na Jego pastwę. Już samo to jest nagrodą dla ociekających pożądaniem cipek. Tak... wspaniałą nagrodą...
A kapci jak nie było tak nie ma... Ale jest sklep ogrodniczy. Wchodzimy. Co chwila któraś z nas podnosi do góry jakiś przedmiot znajdując dla niego nowe zastosowanie. No bo do czego może służyć packa na muchy? Albo wiklinowa trzepaczka? Nie wiecie? Hmm w takim razie ja o tym nie opowiem dziś... może kiedyś. Zanotować w pamięci, że w tym sklepie była także folia pakowa, przezroczysta i czarna, kto wie kiedy może się przydać - na pewno jeszcze nie dziś...Kolejne miasteczko, kolejne sklepiki. Przechadzamy się deptakiem, zaglądając do sklepików. A kapci nie ma. Telefon do Pana czy mamy wracać czy możemy jeszcze połazikować? Zostajemy. Radość pieczętujemy pocałunkiem, nikt nie zwraca na nas uwagi. Jak miło. Świąteczne klimaty na każdym stoisku, przy wejściu na bazarek leżą wiązki bazi. Cóż, niby nic nadzwyczajnego wiosna... Wielkanoc... Ale nasze myśli i komentarze już mkną w zupełnie innym kierunku. Głośna wymiana myśli: myślę bazie – myślę rózga – myślę chłosta. Stojący obok mężczyzna wyraża zdziwienie swoją bezgłośną miną. Ale my już brniemy dalej w naszej suczej logice. Myślę chłosta – myślę bazie – myślę zbieranie oderwanych kotków – myślę zbieranie – myślę na kolanach – myślę ustami... Noooo tak. Więcej nam nie trzeba. Już czuję wilgoć sącząca się w bieliznę. Patrzę na Nią – i wiem, że czuje to samo. Wsuwa rękę w moje spodnie. Dostaję burę za to, że mam je na sobie. Odchodzimy od zdziwionego sprzedawcy bazi (czytaj rózeg). Kapcie! Ciągle nie mamy kapci. Wchodzimy do sklepu z dziecięcą odzieżą. Bingo! To nie kapcie ale raczej sandałki (zapewne resztki z poprzedniego sezonu, bo wszędzie jeszcze królują zimowe modele). W każdym razie takie jakich potrzebowałam. Małe zastanowienie nad rozmiarem, decyzja i wychodzimy ze zdobyczą.Po drodze wstępujemy jeszcze do jednego sklepu z zamiarem zakupu – sznurka. Tak. Jest nam potrzebny. Spędzamy tam ładną chwilę, przymierzając nawet kilka ciuchów (okazało się, że od czasu mojej ostatniej bytności w tym miejscu asortyment się nieco zmienił). Zaglądam do przymierzalni, gdzie Ona zakłada długą czarną spódnicę. Nie mogę się oprzeć, żeby nie dotknąć Jej obnażonego wzgórka. Przestrzeń przymierzalni wypełnia się Jej zapachem. Ech... wejść tam i zanurzyć twarz w tym zapachu... Ale nie, wychodzimy...
Jeszcze jeden sklep – metalowy. Tam już popuszczamy wodze fantazji oglądają bloczki i haki (marzy nam się system pozwalający na łatwe podwieszenie). Czuję skurcze w podbrzuszu, biorę do ręki łańcuch i więcej już nie potrzeba nic... Ona ocierająca się o mnie, Jej oddech na karku. Szczytuję między regałami z wkrętami i śrubami. Jesteśmy szalone. Już nie potrafimy patrzeć na nic bez pryzmatu własnej rozkoszy. Telefon od Pana, kazał kupić taśmę, szeroką srebrna taśmę. Widzę w Jej oczach pytanie po co? Hmm nie wiem, nie wiem po co Mu taśma tym razem. Pamiętam jednak jak skutecznie tłumi krzyki użyta jako knebel... niewiele można powiedzieć mając zaklejone usta... niewiele...
Wróciłyśmy ok. czternastej, w doskonałych humorach. Ale dopiero kontakt z Pańskimi dłońmi, z Pańskim Kutasem i pejczem pozwolił nam nacieszyć się tym wspaniałym wiosennym dniem. Z obolałymi pośladkami, policzkami pałającymi czerwienią, ze śladami dłoni i pejcza na skórze tuliłyśmy się do siebie, kiedy Pan brał prysznic. Ale wcześniej jeszcze zażądał szczegółowej relacji z zakupów, jak można opowiadać o zakupach kiedy Jego cudowne dłonie zaciskają się na sutkach, kiedy gryzie boleśnie język i wargi, kiedy wreszcie używa nas dla swojej przyjemności... No cóż za brak odpowiedzi w odpowiednim tempie, za pomyłki w chronologii czy pominięcie szczegółów można odwdzięczyć się tylko w jeden sposób. Oddając siebie na Jego pastwę. Już samo to jest nagrodą dla ociekających pożądaniem cipek. Tak... wspaniałą nagrodą...
23 marca 2005
Patrzą i mówią
Dostałam słowa. Słowa, które siedzą gdzieś w głowie, nie pozwalają zapomnieć. Słowa uwierające, słowa zmuszające do zastanowienia. Miłe ale i ostre, na swój sposób. Słowa, przez które nie sypiam. Słowa przez które przestaje być sobą. Waham się, zastanawiam nad każdym ruchem, który robię. Jak daleko mogę się posunąć w kreacji... jak daleko zanim kogoś skrzywdzę... Wspominała niedawno o obserwatorze, to ktoś kto czyta moje słowa, tropi je po bezmiarze netu, łączy w całość różne elementy układanki. Patrzy na mnie, moją Kochankę, mojego Pana i wszystko o czym piszę przez pryzmat słów. On pisze do mnie. Jest nieznajomym, niewidocznym, ukrytym, jest obserwatorem. Wyciągającym wnioski, czasami zaskakujące. Trochę mnie intryguje, trochę przeraża. Oto co napisał o mnie. I nie wiem czy to podziw czy pogarda, oskarżenie czy wytłumaczenie. Poczułam się jak... tyran...władca absolutny... najgorsze, że dużo w tym prawdy. Czy mam prawo ingerować tak bardzo w życie innych? Póki są szczęśliwi –tak, tak sądzę...
„I jeszcze jedno: Ze wszystkiego co napisałaś i co przeczytałem od innych o Tobie, niezbicie wynika że to TY jesteś Panią. Ty stworzyłaś ten świat dla siebie. Ty zaprosiłaś innych do uczestnictwa w nim. Ty wyznaczyłaś im role jakie mają pełnić. Ty dajesz im tyle rozkoszy ile są w stanie przyjąć, na ile zasłużyli swoją postawą i aktywnością. Ty przejawiasz inicjatywę i konsekwentnie dążysz do realizacji swoich pomysłów. Ty jesteś ich siłą sprawczą. Wszystko to bez Ciebie nie zaistniałoby nawet w fantazji otoczenia. Tylko Ty masz prawo wyboru i tylko Ty tych wyborów dokonujesz. Panujesz nad stworzonym, rzec by można poczętym, przez Ciebie światem. Jesteś jego istotą, centrum, królową.”
Moja druga połowa duszy tak odpowiedziała na moje pytania
„Twój obserwator to inteligentny człowiek. I do tego ma wiele racji, lecz nie oznacza to, że jesteś tyranem. Ty jesteś iskierką - tą która roznieca ogień, inicjuje, która jest początkiem i rozkwita w szczycie. Przecież i Demon jest twoim dziełem. Czymże byłby bóg, bez swych wyznawców? To wyznawcy, kapłani tworzą Boga. Iskierka - jakże mała i nieznacząca wobec potęgi płomienia, lecz nie byłoby jego, nie było by nic, gdyby nie ona... To prawda - stworzyłaś Pana, stworzyłaś Kochankę, stworzyłaś Demona. Lecz ty nie jesteś Panią... przecież ty tracisz nad tym kontrolę. Ty oddajesz tę kontrolę swym dziełom. Jesteś jak Matka-Ziemia, która stworzyła ludzi i oddała się im we władanie - na dobre i na złe. W tobie nie trzeba szukać szokujących prawd - ciebie trzeba czytać taką jaka jesteś - jaką się piszesz. Stworzyłaś Pana, lecz jesteś jego suką. Stworzyłaś Kochankę i jej także jesteś oddaną kochanką. Stworzyłaś Demona i stałaś się przez niego opętana - jesteś kapłanką-ofiarą. Potrafisz czarować słowami - potrafiłaś to zawsze. A Demon jest tylko ołtarzem, na którym twoje słowa znajdą swe miejsce. Lecz nie jesteś Panią, nie jesteś tyranem, nie jesteś żadnym Demiurgiem tworzącym rzeczywistość wokół siebie. Inicjujesz, inspirujesz, jesteś przyczyną lecz jesteś kim jesteś. Siebie także tworzysz. A ileż w tobie zmieniła Ona.. myślałaś nad tym? A ON? Ty tworzysz swe otoczenie, lecz ono tworzy także ciebie. To jest współtworzenie, współistnienie. To wszystko jest takie piękne...”
Dwaj mężczyźni, dwa spojrzenia, dwa istnienia. Być może oddaleni od siebie i ode mnie o setki kilometrów, być może spotykam ich jadą do pracy... codziennie... Nie wiem. Kim są? Nie wiem. Są jak Nexus pokazany w StarTreku, są jednym ze światów, które tworzę. Są tym, czym chcę żeby dla mnie byli. Pojawili się. Są. Czuję tę obecność i jest mi dobrze z tą świadomością. Tak wiele ich łączy – ot choćby sposób składania słów, tak bliski mojemu. Ciekawość, którą pragną zaspokoić. Brak natarczywości i respektowanie mnie jako osoby. Ich istnienie jest wystarczającym powodem do tego, żeby podejmować dialog. A temat? Temat jest wtórny. Z Nimi mogę rozprawiać nawet o wyższości cierni pochodzenia liściowego nad kolcami skórki. Gdyby tylko interesowała ich botanika... Sama rozmowa sprawia mi przyjemność.
„I jeszcze jedno: Ze wszystkiego co napisałaś i co przeczytałem od innych o Tobie, niezbicie wynika że to TY jesteś Panią. Ty stworzyłaś ten świat dla siebie. Ty zaprosiłaś innych do uczestnictwa w nim. Ty wyznaczyłaś im role jakie mają pełnić. Ty dajesz im tyle rozkoszy ile są w stanie przyjąć, na ile zasłużyli swoją postawą i aktywnością. Ty przejawiasz inicjatywę i konsekwentnie dążysz do realizacji swoich pomysłów. Ty jesteś ich siłą sprawczą. Wszystko to bez Ciebie nie zaistniałoby nawet w fantazji otoczenia. Tylko Ty masz prawo wyboru i tylko Ty tych wyborów dokonujesz. Panujesz nad stworzonym, rzec by można poczętym, przez Ciebie światem. Jesteś jego istotą, centrum, królową.”
Moja druga połowa duszy tak odpowiedziała na moje pytania
„Twój obserwator to inteligentny człowiek. I do tego ma wiele racji, lecz nie oznacza to, że jesteś tyranem. Ty jesteś iskierką - tą która roznieca ogień, inicjuje, która jest początkiem i rozkwita w szczycie. Przecież i Demon jest twoim dziełem. Czymże byłby bóg, bez swych wyznawców? To wyznawcy, kapłani tworzą Boga. Iskierka - jakże mała i nieznacząca wobec potęgi płomienia, lecz nie byłoby jego, nie było by nic, gdyby nie ona... To prawda - stworzyłaś Pana, stworzyłaś Kochankę, stworzyłaś Demona. Lecz ty nie jesteś Panią... przecież ty tracisz nad tym kontrolę. Ty oddajesz tę kontrolę swym dziełom. Jesteś jak Matka-Ziemia, która stworzyła ludzi i oddała się im we władanie - na dobre i na złe. W tobie nie trzeba szukać szokujących prawd - ciebie trzeba czytać taką jaka jesteś - jaką się piszesz. Stworzyłaś Pana, lecz jesteś jego suką. Stworzyłaś Kochankę i jej także jesteś oddaną kochanką. Stworzyłaś Demona i stałaś się przez niego opętana - jesteś kapłanką-ofiarą. Potrafisz czarować słowami - potrafiłaś to zawsze. A Demon jest tylko ołtarzem, na którym twoje słowa znajdą swe miejsce. Lecz nie jesteś Panią, nie jesteś tyranem, nie jesteś żadnym Demiurgiem tworzącym rzeczywistość wokół siebie. Inicjujesz, inspirujesz, jesteś przyczyną lecz jesteś kim jesteś. Siebie także tworzysz. A ileż w tobie zmieniła Ona.. myślałaś nad tym? A ON? Ty tworzysz swe otoczenie, lecz ono tworzy także ciebie. To jest współtworzenie, współistnienie. To wszystko jest takie piękne...”
Dwaj mężczyźni, dwa spojrzenia, dwa istnienia. Być może oddaleni od siebie i ode mnie o setki kilometrów, być może spotykam ich jadą do pracy... codziennie... Nie wiem. Kim są? Nie wiem. Są jak Nexus pokazany w StarTreku, są jednym ze światów, które tworzę. Są tym, czym chcę żeby dla mnie byli. Pojawili się. Są. Czuję tę obecność i jest mi dobrze z tą świadomością. Tak wiele ich łączy – ot choćby sposób składania słów, tak bliski mojemu. Ciekawość, którą pragną zaspokoić. Brak natarczywości i respektowanie mnie jako osoby. Ich istnienie jest wystarczającym powodem do tego, żeby podejmować dialog. A temat? Temat jest wtórny. Z Nimi mogę rozprawiać nawet o wyższości cierni pochodzenia liściowego nad kolcami skórki. Gdyby tylko interesowała ich botanika... Sama rozmowa sprawia mi przyjemność.
22 marca 2005
Kolejne spełnienie, kolejne wtajemniczenie...
Zbudzili się i przyszli, najpierw Kochanka, później Pan. Dotyka mnie, znów mnie dotyka. I znowu jestem zaskoczona. Pan tak blisko, a Ona dotyka mnie. Widzę w Jej oczach czego pragnie. Rozmawiamy o dziewczynach, o Obserwatorze, o nas, o Panu. Rozmawiamy. W końcu lądujemy w łóżku, przekomarzamy się i ‘skarżymy’ Panu, jak małe dziewczynki. Panie ona mnie łaskocze, Panie a ona to… śmiechy i szamotanina. Pan, chcąc przywołać nas do porządku, podchodzi z pasem. Lekko drętwieję, ale nie przestajemy się śmiać. Słyszę polecenie. I już nie jest mi do śmiechu. Nie lubię pasa, to nie jest to narzędzie, które może dać mi rozkosz, nie lubię go. Nie reaguję. Widzę nad sobą twarz Pana, poważną, niezadowoloną. Proszę, żeby zaniechał swoich zamiarów. W uszach tylko ‘czekam’ i w całej głowie. ‘Czekam’ powtarzane ze spokojem i pas zawijany na dłoni. Ona nade mną. Widzę Jej niewyraźny wzrok. Wiem jak przepada za pasem, wiem jak bardzo chce oddać Panu swoje ciało. Milczymy i tylko ‘czekam’ pobrzękuje cicho… Z odrętwienia wyrywa mnie głos Kochanki
- Panie, pozwól, że ja przyjmę jej karę
Chwila zastanowienia i słyszę jak pas spada z głośnym trzaskiem na pośladki, na Jej pośladki. Każde uderzenie wywołuje we mnie wstrząs. Przecież to dla mnie było przeznaczone, a Ona osłoniła mnie własnym ciałem. Z jej ust wyrywa się cichy jęk. To pas sięgnąć musiał Jej kobiecości zagłębiając się między rozchylone uda. Jej ciało zastygło na moment w bezruchu, w oczekiwaniu, jedynie zaciśnięte powieki świadczą o bólu jaki poczuła. Ona nade mną, On zadający razy. Kolejne, nie wiem już ile. I ja przerażona bo wiem, że nie dość będzie Mu tego, nie zadowoli się tylko Jej ciałem. Nie pomyliłam się. Odepchnął Ja dłonią, a do mnie wypowiedział sakramentalne ‘czekam’. Odwracam się na brzuch, pogodzona z tym co dostanę. Słyszę zamach, głośny, silny zamach, ale pas przemknął obok. Zapominam oddychać. Dostaję moje dwa pasy, ale to nie uderzenia, to klepnięcia delikatne. Nie ma znaczenia, ja już i tak spaliłam się emocjonalnie…
Pan wychodzi. A my tulimy się ze łzami w oczach. Moje podejrzenie się sprawdziło, krawędź pasa odcisnęła swoje piętno na nabrzmiałych wargach Kochanki. Kładę Ją na plecach i rozcieram językiem bolące miejsce. Najdelikatniej jak potrafię, żeby nie sprawić Jej bólu, żeby dać choć trochę przyjemności, żeby podziękować… zanim Pan wróci. Ale ja nie potrafię być delikatna w tej pieszczocie. Kiedy tylko wciągam w nozdrza Jej zapach, kiedy dochodzi on do mózgu zaczynam szaleć. Subtelne pociągnięcia języka, muśnięcia warg przecinam dotykiem zębów. Wgryzam się w Nią by za moment wylizywać z pietyzmem tę świątynię rozkoszy. Staram się panować nad sobą, ale łechtaczka staje mi na drodze. Nie mogę, nie chcę, nie potrafię przesunąć się obok niej, żeby nie wciągnąć do wnętrza ust, żeby nie zamknąć między zębami, żeby nie wyssać z niej wszystkiego co ma dla mnie. Na wargach wargi, jej kobiecość w moich ustach, cała, zassana, zagryziona, skłębiona zaczyna tętnić. W tym samym rytmie zaciskam i luzuję uścisk zębów, jeszcze moment, jeszcze jedno napięcie mięśni i odgradza się dłonią ode mnie. Cicha, zawsze taka cicha… I znowu chcę wtulić się w Nią, w Jej zapach i wilgoć, oddychać Nią i ocierać policzkiem o pogryzione miejsca.
Nagle poprzez tętniącą w skroniach krew i świst w uszach dociera do mnie ból. To Pan, który pojawił się tak cicho i niespodziewanie przykłada swoją dłoń do mojej rozkoszy. Szczypiące ciepło rozlewa się po plecach z każdym uderzeniem. Podnoszę wzrok i widzę w ręku Pana Jej dzieło – własnoręcznie wykonany pejcz, choć chyba bardziej jest to dyscyplina. Pęk cienkich rzemieni osadzonych na gładkiej, drewnianej rączce. Nie przestaję rozpamiętywać tego obrazu, a Pan nie przestaje smagać mnie tym nowym narzędziem. Jest cudowne! Od zawsze kochałam pejcz – coś, co doprowadza mnie na krawędź ekstazy. Te drobne, cienkie rzemyki rozsypujące się po ciele. Te cudowne odczucia w tak wielu miejscach naraz. Ta wszechstronność. Taka, nie mam nic ponad taką chłostę. A teraz to – dyscyplina. Uwielbiam ją ponad wszystko. Jej krótkie splątane włosy oplatają moje ciało, dociera wszędzie, jest taka kąśliwa i taka miękka. Zatracam się odczuciach, a Pan nie przestaje mnie chłostać. Już nie leżę, wstałam na czworaka i dzięki temu pożądliwe palce dyscypliny omiatają moje piersi i boki, czasami zapędzają się na brzuch, a posłane między nogi bez pardonu uderzają w rozpaloną cipkę. Oczyma wyobraźni już widzę własną ekstazę.
- Tak, tak Panie - chcę krzyczeć - Nie przerywaj, błagam nie przerywaj…Czuję jak Pański Kutas wsuwa się w mnie. Pan nie przestaje mnie chłostać, teraz już głównie plecy, ramiona, boki. Czasami pośladki, czasami piersi. Tracę poczucie czasu. Zamknięte oczy, wyciągnięte ponad głowę dłonie leżą na pościeli w otwarte i ufne. Każde uderzenie sprawia, że zaciskam się na męskości Pana, orgazmy nie maja końca… I tylko świat zaczyna wirować, i nie wiem już czy jestem, gdzie Oni są, gdzie jest Pan, gdzie Kochanka. Spadam i rozpływam się w mglistej rozkoszy. Orgia zmysłów. I chociaż nie czuję już ciała ani nic co dokoła, chociaż tracę kontakt z rzeczywistością, chcę tego jeszcze i więcej i więcej…Jestem wodospadem, przez który nie da się przejść, można się jedynie weń rzucić z nadzieją na życie lub śmierć. Wodospad… szum… ciepło… rozkoszna miękkość i lekkość… Spełnienie tak całkowite, tak kompletne, że niewyobrażalne jest aby mogło być coś jeszcze, coś poza, coś więcej. Jak przez mgłę widzę Ciebie Panie jak wchodzisz w Nią, widzę dłoń uniesioną, która Jej teraz rozkosz przynosi… coraz słabiej to widzę…już tylko zarys rozmyty… zasypiam u Twoich stóp Panie. Odrzucona jak szmaciana laleczka, ale pełna radości i rozkoszy, cudownie spełniona odpływam w nierzeczywistość…
Panie nie jestem w stanie podziękować Ci za to, co dałeś mi wczoraj. Nie potrafię. Sięgnęłam niemożliwego. Ziściłeś moje największe, najbardziej skrywane pragnienie. A jeśli kiedyś jeszcze zechcesz podarować mi raz jeszcze tę ekstazę – przyjmę ją z rozkoszą. Dziękuję Panie
- Panie, pozwól, że ja przyjmę jej karę
Chwila zastanowienia i słyszę jak pas spada z głośnym trzaskiem na pośladki, na Jej pośladki. Każde uderzenie wywołuje we mnie wstrząs. Przecież to dla mnie było przeznaczone, a Ona osłoniła mnie własnym ciałem. Z jej ust wyrywa się cichy jęk. To pas sięgnąć musiał Jej kobiecości zagłębiając się między rozchylone uda. Jej ciało zastygło na moment w bezruchu, w oczekiwaniu, jedynie zaciśnięte powieki świadczą o bólu jaki poczuła. Ona nade mną, On zadający razy. Kolejne, nie wiem już ile. I ja przerażona bo wiem, że nie dość będzie Mu tego, nie zadowoli się tylko Jej ciałem. Nie pomyliłam się. Odepchnął Ja dłonią, a do mnie wypowiedział sakramentalne ‘czekam’. Odwracam się na brzuch, pogodzona z tym co dostanę. Słyszę zamach, głośny, silny zamach, ale pas przemknął obok. Zapominam oddychać. Dostaję moje dwa pasy, ale to nie uderzenia, to klepnięcia delikatne. Nie ma znaczenia, ja już i tak spaliłam się emocjonalnie…
Pan wychodzi. A my tulimy się ze łzami w oczach. Moje podejrzenie się sprawdziło, krawędź pasa odcisnęła swoje piętno na nabrzmiałych wargach Kochanki. Kładę Ją na plecach i rozcieram językiem bolące miejsce. Najdelikatniej jak potrafię, żeby nie sprawić Jej bólu, żeby dać choć trochę przyjemności, żeby podziękować… zanim Pan wróci. Ale ja nie potrafię być delikatna w tej pieszczocie. Kiedy tylko wciągam w nozdrza Jej zapach, kiedy dochodzi on do mózgu zaczynam szaleć. Subtelne pociągnięcia języka, muśnięcia warg przecinam dotykiem zębów. Wgryzam się w Nią by za moment wylizywać z pietyzmem tę świątynię rozkoszy. Staram się panować nad sobą, ale łechtaczka staje mi na drodze. Nie mogę, nie chcę, nie potrafię przesunąć się obok niej, żeby nie wciągnąć do wnętrza ust, żeby nie zamknąć między zębami, żeby nie wyssać z niej wszystkiego co ma dla mnie. Na wargach wargi, jej kobiecość w moich ustach, cała, zassana, zagryziona, skłębiona zaczyna tętnić. W tym samym rytmie zaciskam i luzuję uścisk zębów, jeszcze moment, jeszcze jedno napięcie mięśni i odgradza się dłonią ode mnie. Cicha, zawsze taka cicha… I znowu chcę wtulić się w Nią, w Jej zapach i wilgoć, oddychać Nią i ocierać policzkiem o pogryzione miejsca.
Nagle poprzez tętniącą w skroniach krew i świst w uszach dociera do mnie ból. To Pan, który pojawił się tak cicho i niespodziewanie przykłada swoją dłoń do mojej rozkoszy. Szczypiące ciepło rozlewa się po plecach z każdym uderzeniem. Podnoszę wzrok i widzę w ręku Pana Jej dzieło – własnoręcznie wykonany pejcz, choć chyba bardziej jest to dyscyplina. Pęk cienkich rzemieni osadzonych na gładkiej, drewnianej rączce. Nie przestaję rozpamiętywać tego obrazu, a Pan nie przestaje smagać mnie tym nowym narzędziem. Jest cudowne! Od zawsze kochałam pejcz – coś, co doprowadza mnie na krawędź ekstazy. Te drobne, cienkie rzemyki rozsypujące się po ciele. Te cudowne odczucia w tak wielu miejscach naraz. Ta wszechstronność. Taka, nie mam nic ponad taką chłostę. A teraz to – dyscyplina. Uwielbiam ją ponad wszystko. Jej krótkie splątane włosy oplatają moje ciało, dociera wszędzie, jest taka kąśliwa i taka miękka. Zatracam się odczuciach, a Pan nie przestaje mnie chłostać. Już nie leżę, wstałam na czworaka i dzięki temu pożądliwe palce dyscypliny omiatają moje piersi i boki, czasami zapędzają się na brzuch, a posłane między nogi bez pardonu uderzają w rozpaloną cipkę. Oczyma wyobraźni już widzę własną ekstazę.
- Tak, tak Panie - chcę krzyczeć - Nie przerywaj, błagam nie przerywaj…Czuję jak Pański Kutas wsuwa się w mnie. Pan nie przestaje mnie chłostać, teraz już głównie plecy, ramiona, boki. Czasami pośladki, czasami piersi. Tracę poczucie czasu. Zamknięte oczy, wyciągnięte ponad głowę dłonie leżą na pościeli w otwarte i ufne. Każde uderzenie sprawia, że zaciskam się na męskości Pana, orgazmy nie maja końca… I tylko świat zaczyna wirować, i nie wiem już czy jestem, gdzie Oni są, gdzie jest Pan, gdzie Kochanka. Spadam i rozpływam się w mglistej rozkoszy. Orgia zmysłów. I chociaż nie czuję już ciała ani nic co dokoła, chociaż tracę kontakt z rzeczywistością, chcę tego jeszcze i więcej i więcej…Jestem wodospadem, przez który nie da się przejść, można się jedynie weń rzucić z nadzieją na życie lub śmierć. Wodospad… szum… ciepło… rozkoszna miękkość i lekkość… Spełnienie tak całkowite, tak kompletne, że niewyobrażalne jest aby mogło być coś jeszcze, coś poza, coś więcej. Jak przez mgłę widzę Ciebie Panie jak wchodzisz w Nią, widzę dłoń uniesioną, która Jej teraz rozkosz przynosi… coraz słabiej to widzę…już tylko zarys rozmyty… zasypiam u Twoich stóp Panie. Odrzucona jak szmaciana laleczka, ale pełna radości i rozkoszy, cudownie spełniona odpływam w nierzeczywistość…
Panie nie jestem w stanie podziękować Ci za to, co dałeś mi wczoraj. Nie potrafię. Sięgnęłam niemożliwego. Ziściłeś moje największe, najbardziej skrywane pragnienie. A jeśli kiedyś jeszcze zechcesz podarować mi raz jeszcze tę ekstazę – przyjmę ją z rozkoszą. Dziękuję Panie
21 marca 2005
Sen
Śpią, cicho tak, wtuleni w siebie. I tylko smutno trochę, że sami śpią. Jakże miło byłoby być tam z nimi. Zwłaszcza dziś, kiedy tak bardzo potrzebuję człowieczeństwa. Najwyraźniej jednak jeden smutek to za mało.
20 marca 2005
Sptkanie z Margot i Katii
Pan! Pan! Pan w domu! Chodzimy jak w transie. Powietrze przesycone naszym zapachem. Uda spływające rozkoszą na samą Jego obecność. A przecież umówiłyśmy się z dziewczynami. Hmm dylematy. Z jednej strony świadomość Jego bliskości, z drugiej konieczność powściągnięcia wszelkich oznak suczenia. Tak trzeba. I dziewczyny, które mamy poznać. Oj, ciągnie nas na wyjście do miasta, ciągnie. Pan, zmęczony podróżą, wygląda na zadowolonego z naszego wyjścia. Jeszcze tylko ostatnie przykazania i grożenie palcem i wychodzimy. Jesteśmy rozbrykane i parujące jak młode klaczki. Płaszcze… a pod spodem krótkie spódniczki i pończochy tak, żeby można się było dotknąć bez przeszkód. Kiedy tylko wsiada do samochodu wsuwa dłoń między moje uda. Brr ma lodowate palce, zaciskam uda, żeby ogrzać jej dłoń. Jedziemy. Mamy do przejechania spory kawałek, na szczęście zanim dojedziemy do miasta minie chwila i to całkiem długa. Na jezdni szaleństwo, klakson i język w ciągłym użyciu, nie żebym była dumna, ale za kierownicą bywam hmm bezwzględna…
Dojeżdżamy na miejsce spotkania, szukając miejsca do parkowania łamię kilka ładnych zasad ruchu drogowego, ale niech tam, mnie się nie trafił dziś żaden ortodoksyjny kierowca i nie dostałam klaksonem po głowie. Wpadamy na plac przed kościołem (swoją drogą to trzeba mieć nieźle pod sufitem, żeby się umawiać pod kościołem). Ubrana na czarno kobieta przechadza się, wyraźnie czeka. Idziemy w jej stronę trzymając się za ręce. Już wiem, że to ona - Margotka. Witamy się, dochodzi do nas Katii. Jakże inne są od wizerunku, który stworzyłam w głowie. Troszkę niepewności, troszkę oczekiwania w każdej z nas. Prowadząc się za ręce wchodzimy do kafejki. Siadając zauważam, że krzesło jest wykonane z metalowej siatki, jestem przygotowana ale i tak zaskakuje mnie jego chłód na nagich pośladkach, hmm spódniczka mogłaby być trochę dłuższa… Herbata, kawa, piwo, dziewczyny zapalają papierosy. W zasadzie nie ma między nami żadnej bariery. Zaczynamy rozmawiać, jakbyśmy się znały już wcześniej. Jakie to miłe, kiedy rozmówca rozumie o czym się mówi. Każda z nas ma za sobą rozmowę z przyjaciółką, którą trzeba było wprowadzić w temat, ciągle uważać na słowa, coś tłumaczyć. Tu tego nie ma. Jest swoboda. Jeżeli mówimy klamerki to rozumiemy klamerki, Pan to Pan, a kara to kara. To zupełnie co innego niż rozmowy w Manekinie, przy Panu. Tu możemy sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć sobie jak jest naprawdę, bez koloryzowania. Jeżeli boli to boli i nie ma co się tego wstydzić. Dziewczyny wypytują nas o spotkanie w Manekinie. Są ciekawe, Katii zapewne pojawi się tam na następnym spotkaniu, Margotka nie.
Rozmawiamy swobodnie i dość głośno, wybuchając śmiechem opowiadamy sobie różne ciekawe sytuacje. Jest ciepło, miło i serdecznie. Zwłaszcza Katii jest taka roześmiana i otwarta. Drobna blondyneczka, szczuplutka o trochę chłopięcej budowie… Z zamyślenia wyrywa mnie dotyk palców Kochanki. Pieści mnie nie przerywając rozmowy. Diablica, wie, że nie potrafię się skupić wtedy. Przerywam w pół zdania, tracę wątek, dziewczyny patrzą na mnie i śmieją się. Przez głowę przemyka mi myśl, ze wszyscy w kafejce słyszą jak się jąkam. To trwa dłuższą chwilę, a ja ciągle gubię wątek. W końcu wsuwa mi palce do ust, oblizuję je lubieżnie i kończę rozpoczęte przed kilkoma minutami zdanie. Jest naprawdę miło…
Margotka dzwoni do Pana, kiedy pada sakramentalne ‘za 10 minut wychodzę’ wiemy już, że to koniec wspólnego popołudnia. Nie ma już czterech roześmianych suczek, powraca rzeczywistość. Twarz Katii ściąga się, markotnieje na chwilę, ale zaraz przykrywa to uśmiechem. Margotka jest już myślami przy Panu. I my planujące drogę powrotną. Technika. Mr Bell cóżeś nam pan uczynił przesyłając głos na odległość…?
Wstajemy, zapinamy płaszcze, żegnamy się… już nie tak czule, już inaczej. Żal się rozstawać. Ale z drugiej strony teraz nawet rozmowa nie byłaby już taka sama. Zadziwiające, jak bardzo jesteśmy podobne. Jak tożsame mentalnie. Jak bardzo jesteśmy sucze, nawet jeśli nie ma przy nas Pana… Niesamowite. Rozbrykane i roześmiane ale… no właśnie… ale…
Dojeżdżamy na miejsce spotkania, szukając miejsca do parkowania łamię kilka ładnych zasad ruchu drogowego, ale niech tam, mnie się nie trafił dziś żaden ortodoksyjny kierowca i nie dostałam klaksonem po głowie. Wpadamy na plac przed kościołem (swoją drogą to trzeba mieć nieźle pod sufitem, żeby się umawiać pod kościołem). Ubrana na czarno kobieta przechadza się, wyraźnie czeka. Idziemy w jej stronę trzymając się za ręce. Już wiem, że to ona - Margotka. Witamy się, dochodzi do nas Katii. Jakże inne są od wizerunku, który stworzyłam w głowie. Troszkę niepewności, troszkę oczekiwania w każdej z nas. Prowadząc się za ręce wchodzimy do kafejki. Siadając zauważam, że krzesło jest wykonane z metalowej siatki, jestem przygotowana ale i tak zaskakuje mnie jego chłód na nagich pośladkach, hmm spódniczka mogłaby być trochę dłuższa… Herbata, kawa, piwo, dziewczyny zapalają papierosy. W zasadzie nie ma między nami żadnej bariery. Zaczynamy rozmawiać, jakbyśmy się znały już wcześniej. Jakie to miłe, kiedy rozmówca rozumie o czym się mówi. Każda z nas ma za sobą rozmowę z przyjaciółką, którą trzeba było wprowadzić w temat, ciągle uważać na słowa, coś tłumaczyć. Tu tego nie ma. Jest swoboda. Jeżeli mówimy klamerki to rozumiemy klamerki, Pan to Pan, a kara to kara. To zupełnie co innego niż rozmowy w Manekinie, przy Panu. Tu możemy sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć sobie jak jest naprawdę, bez koloryzowania. Jeżeli boli to boli i nie ma co się tego wstydzić. Dziewczyny wypytują nas o spotkanie w Manekinie. Są ciekawe, Katii zapewne pojawi się tam na następnym spotkaniu, Margotka nie.
Rozmawiamy swobodnie i dość głośno, wybuchając śmiechem opowiadamy sobie różne ciekawe sytuacje. Jest ciepło, miło i serdecznie. Zwłaszcza Katii jest taka roześmiana i otwarta. Drobna blondyneczka, szczuplutka o trochę chłopięcej budowie… Z zamyślenia wyrywa mnie dotyk palców Kochanki. Pieści mnie nie przerywając rozmowy. Diablica, wie, że nie potrafię się skupić wtedy. Przerywam w pół zdania, tracę wątek, dziewczyny patrzą na mnie i śmieją się. Przez głowę przemyka mi myśl, ze wszyscy w kafejce słyszą jak się jąkam. To trwa dłuższą chwilę, a ja ciągle gubię wątek. W końcu wsuwa mi palce do ust, oblizuję je lubieżnie i kończę rozpoczęte przed kilkoma minutami zdanie. Jest naprawdę miło…
Margotka dzwoni do Pana, kiedy pada sakramentalne ‘za 10 minut wychodzę’ wiemy już, że to koniec wspólnego popołudnia. Nie ma już czterech roześmianych suczek, powraca rzeczywistość. Twarz Katii ściąga się, markotnieje na chwilę, ale zaraz przykrywa to uśmiechem. Margotka jest już myślami przy Panu. I my planujące drogę powrotną. Technika. Mr Bell cóżeś nam pan uczynił przesyłając głos na odległość…?
Wstajemy, zapinamy płaszcze, żegnamy się… już nie tak czule, już inaczej. Żal się rozstawać. Ale z drugiej strony teraz nawet rozmowa nie byłaby już taka sama. Zadziwiające, jak bardzo jesteśmy podobne. Jak tożsame mentalnie. Jak bardzo jesteśmy sucze, nawet jeśli nie ma przy nas Pana… Niesamowite. Rozbrykane i roześmiane ale… no właśnie… ale…
19 marca 2005
Dzisiaj tu... jutro tam...
Wczoraj znów była tylko moja...
Szalona noc, wczorajsza noc, upojna i dojmująca. Kobiety dwie w pościeli śpią i rozkosz unosząca się nad ciałem. Wczoraj znów była tylko moja. Ona. Trzymająca na wodzy swoją dominację. Ona rozkosznie prężąca się pod dotykiem mojego języka. Ona, która jest moja tylko wtedy, gdy tego chce... Dozuje mi siebie, droczy się, ale kiedy jest ze mną wszystko inne nie ma znaczenia. Wtedy świat ma inny kolor i kształt. Wtedy jej zapach, którym mnie otacza jest jak brokat - skrzy się pożądaniem w każdej drobince.
Ogarnia mnie szaleństwo na samą myśl, że posiądę ją bez reszty. Kiedy szłam z nią wczoraj do łóżka byłam suchutka jak pustynia Gobi. Wystarczyło kilkanaście minut, żebym mogła ogłosić stan powodziowy. Ona mnie dotyka. To wystarczy. Jej dłonie krążące po moim ciele nie są delikatne, są mocne, zdecydowane, silne. Dominacja emanuje z jej dłoni. Dokładnie wiem kiedy wymyka się z pod kontroli, kiedy pełza po mnie z chęcią opanowania mnie całej. Już dysząc dopadam jej krocza figlarnie uśmiechającego się do mnie. I oto jest w mojej mocy. Teraz ja mogę zrobić to czego ona pragnie. Lizać ją do utraty tchu, zaciskać zęby na płatkach wyczekując momentu, w którym drgnie. Zasysać cała jej różową miękkość i zagarniać nabrzmiałymi wargami płynną kobiecość. Wpuszczać pożądliwy język w zakamarki ciała, gdzie nie ma zasad, gdzie wilgoć zamienia się w parę oddechu, gdzie każdy milimetr domaga się rozkoszy. W półmroku sypialni otwiera się dla mnie, oddaje mi się bez reszty.
Potem, kiedy leży rozciągnięta na brzuchu wystawiając w moja stronę kuszące pośladki znowu nie panuję nad sobą. Przysiadam na jej udach, ocierając się mokrą już cipką o jej nogi, liżę plecy. Wzdłuż kręgosłupa, coraz wyżej i wyżej. Długimi pociągnięciami miękkiego języka dosięgam ramion i karku. Pełne napięcia oczekiwanie. Czekam ja, ona czeka także. Dobrze wiemy obie, że za chwileczkę poczuje ugryzienie. I tylko nie wie, kiedy i w którym miejscu... tego nie wie nikt. Drży, na każde muśnięcie wargami, językiem... drży w oczekiwaniu. Zaraz już, już to zrobię. Nie potrafię przeciągać jej oczekiwania w nieskończoność. Tak bardzo pragnę zacisnąć zęby na jej karku, na ramieniu, na plecach. Z utęsknieniem czekam na dźwięk, jaki wyda z siebie kiedy poczuje pierwsze ugryzienie. I ta gęsia skórka na ciele. Wspaniała nagroda. Jak bardzo podnieca mnie to, co pozwala mi robić ze sobą, tak bardzo podnieca mnie jak reaguje. Jest cudowna. Ona. Moja Kochanka. Teraz tylko moja i tylko dla mnie. Widzę ślady zębów na jej plecach. Płynę. Płynę miłością dla niej, do niej. Kocham ja kiedy jest ze mną, tylko ze mną...Jestem podniecona do granic wytrzymałości. Nią. Sobą. Podniecenie i żądza. Nie próbuje nawet dosięgnąć mnie językiem, nie chcę tego i musi to czuć. Momentalnie dobiera się do mnie dłonią. Pierwszy orgazm dosięga mnie zanim jeszcze zdążyła wsunąć ją we mnie.
Jestem jednym, wielkim drgającym orgazmem. I tak jest już do końca. Wsuwa we mnie dłoń. Kolejny orgazm. Dziś nawet nie obraca pięści, nie wysuwa dłoni. Wystarczy, że jest. Każdy nawet minimalny ruch inicjuje kolejne skurcze. Nie wiem ile, nie wiem jak długo, nie wiem dlaczego. Ale wiem, że jest inaczej, inaczej niż zazwyczaj. Nawet teraz, kiedy to piszę, czuję jak moje podbrzusze zamienia się w kamień. Czuję jak macica podnosi butnie swoje jedno oko, czuję jak cała moja kobiecość powraca do tego, co się działo w nocy. Nie wiem, nie potrafię tego opisać. Czułam jej dłoń w całym ciele. We wnętrzu, w głowie, w oddechu, w ustach... wypełniła mnie sobą po brzegi. Każdy nawet najmniejszy kawałek mnie był nią naznaczony. I trwała tak, nie wiem jak długo, dając mi kolejne uniesienia. Bez ruchu niemal. Bez dotyku, choć wszystko dotykiem było i czuciem. Tkliwość ciała tak wielka, jaka zdarzyła mi się ledwo kilka razy w życiu. Orgazm najwyższej próby. Nie to nie orgazm. To stan permanentnego orgazmu, trwający w nieskończoność. Kiedy skurcze wtórne silniejsze są od pierwotnych. Kiedy ostatnie w serii inicjują kolejne. Orgazm, który nie ma początku ani końca. Taki, który nie istnieje jako chwila. To perpetum mobile, to spełnienie i rozpłynięcie się. To zatracenie siebie w odczuciach, to kąpiel w emocjach, to ekstaza, która mogłaby zabić. Niegasnąca rozkosz, pętla czasu, kwintesencja seksualności i uduchowionej emocji. Fizyczna dusza, nierzeczywista cielesność. Coś co nie ma nazwy. Stan o istnieniu, którego nie śniło się przysłowiowym filozofom. A ona dała mi to. Znalazła to gdzieś w głębi siebie i mnie. Znalazła i powołała do życia. Ona. Ta sama, która jutro odtrąci moje dłonie i usta bo jej myśli i ciało będzie czekało już tylko na Pana.
Maciej Zembaty zaśpiewał „dzisiaj tu, jutro tam, każda radość krótko trwa. Dobrze z sobą było nam, więc śpiewajmy dzisiaj tu a jutro tam..”. Tak... dzisiaj tu... jutro tam...
Szalona noc, wczorajsza noc, upojna i dojmująca. Kobiety dwie w pościeli śpią i rozkosz unosząca się nad ciałem. Wczoraj znów była tylko moja. Ona. Trzymająca na wodzy swoją dominację. Ona rozkosznie prężąca się pod dotykiem mojego języka. Ona, która jest moja tylko wtedy, gdy tego chce... Dozuje mi siebie, droczy się, ale kiedy jest ze mną wszystko inne nie ma znaczenia. Wtedy świat ma inny kolor i kształt. Wtedy jej zapach, którym mnie otacza jest jak brokat - skrzy się pożądaniem w każdej drobince.
Ogarnia mnie szaleństwo na samą myśl, że posiądę ją bez reszty. Kiedy szłam z nią wczoraj do łóżka byłam suchutka jak pustynia Gobi. Wystarczyło kilkanaście minut, żebym mogła ogłosić stan powodziowy. Ona mnie dotyka. To wystarczy. Jej dłonie krążące po moim ciele nie są delikatne, są mocne, zdecydowane, silne. Dominacja emanuje z jej dłoni. Dokładnie wiem kiedy wymyka się z pod kontroli, kiedy pełza po mnie z chęcią opanowania mnie całej. Już dysząc dopadam jej krocza figlarnie uśmiechającego się do mnie. I oto jest w mojej mocy. Teraz ja mogę zrobić to czego ona pragnie. Lizać ją do utraty tchu, zaciskać zęby na płatkach wyczekując momentu, w którym drgnie. Zasysać cała jej różową miękkość i zagarniać nabrzmiałymi wargami płynną kobiecość. Wpuszczać pożądliwy język w zakamarki ciała, gdzie nie ma zasad, gdzie wilgoć zamienia się w parę oddechu, gdzie każdy milimetr domaga się rozkoszy. W półmroku sypialni otwiera się dla mnie, oddaje mi się bez reszty.
Potem, kiedy leży rozciągnięta na brzuchu wystawiając w moja stronę kuszące pośladki znowu nie panuję nad sobą. Przysiadam na jej udach, ocierając się mokrą już cipką o jej nogi, liżę plecy. Wzdłuż kręgosłupa, coraz wyżej i wyżej. Długimi pociągnięciami miękkiego języka dosięgam ramion i karku. Pełne napięcia oczekiwanie. Czekam ja, ona czeka także. Dobrze wiemy obie, że za chwileczkę poczuje ugryzienie. I tylko nie wie, kiedy i w którym miejscu... tego nie wie nikt. Drży, na każde muśnięcie wargami, językiem... drży w oczekiwaniu. Zaraz już, już to zrobię. Nie potrafię przeciągać jej oczekiwania w nieskończoność. Tak bardzo pragnę zacisnąć zęby na jej karku, na ramieniu, na plecach. Z utęsknieniem czekam na dźwięk, jaki wyda z siebie kiedy poczuje pierwsze ugryzienie. I ta gęsia skórka na ciele. Wspaniała nagroda. Jak bardzo podnieca mnie to, co pozwala mi robić ze sobą, tak bardzo podnieca mnie jak reaguje. Jest cudowna. Ona. Moja Kochanka. Teraz tylko moja i tylko dla mnie. Widzę ślady zębów na jej plecach. Płynę. Płynę miłością dla niej, do niej. Kocham ja kiedy jest ze mną, tylko ze mną...Jestem podniecona do granic wytrzymałości. Nią. Sobą. Podniecenie i żądza. Nie próbuje nawet dosięgnąć mnie językiem, nie chcę tego i musi to czuć. Momentalnie dobiera się do mnie dłonią. Pierwszy orgazm dosięga mnie zanim jeszcze zdążyła wsunąć ją we mnie.
Jestem jednym, wielkim drgającym orgazmem. I tak jest już do końca. Wsuwa we mnie dłoń. Kolejny orgazm. Dziś nawet nie obraca pięści, nie wysuwa dłoni. Wystarczy, że jest. Każdy nawet minimalny ruch inicjuje kolejne skurcze. Nie wiem ile, nie wiem jak długo, nie wiem dlaczego. Ale wiem, że jest inaczej, inaczej niż zazwyczaj. Nawet teraz, kiedy to piszę, czuję jak moje podbrzusze zamienia się w kamień. Czuję jak macica podnosi butnie swoje jedno oko, czuję jak cała moja kobiecość powraca do tego, co się działo w nocy. Nie wiem, nie potrafię tego opisać. Czułam jej dłoń w całym ciele. We wnętrzu, w głowie, w oddechu, w ustach... wypełniła mnie sobą po brzegi. Każdy nawet najmniejszy kawałek mnie był nią naznaczony. I trwała tak, nie wiem jak długo, dając mi kolejne uniesienia. Bez ruchu niemal. Bez dotyku, choć wszystko dotykiem było i czuciem. Tkliwość ciała tak wielka, jaka zdarzyła mi się ledwo kilka razy w życiu. Orgazm najwyższej próby. Nie to nie orgazm. To stan permanentnego orgazmu, trwający w nieskończoność. Kiedy skurcze wtórne silniejsze są od pierwotnych. Kiedy ostatnie w serii inicjują kolejne. Orgazm, który nie ma początku ani końca. Taki, który nie istnieje jako chwila. To perpetum mobile, to spełnienie i rozpłynięcie się. To zatracenie siebie w odczuciach, to kąpiel w emocjach, to ekstaza, która mogłaby zabić. Niegasnąca rozkosz, pętla czasu, kwintesencja seksualności i uduchowionej emocji. Fizyczna dusza, nierzeczywista cielesność. Coś co nie ma nazwy. Stan o istnieniu, którego nie śniło się przysłowiowym filozofom. A ona dała mi to. Znalazła to gdzieś w głębi siebie i mnie. Znalazła i powołała do życia. Ona. Ta sama, która jutro odtrąci moje dłonie i usta bo jej myśli i ciało będzie czekało już tylko na Pana.
Maciej Zembaty zaśpiewał „dzisiaj tu, jutro tam, każda radość krótko trwa. Dobrze z sobą było nam, więc śpiewajmy dzisiaj tu a jutro tam..”. Tak... dzisiaj tu... jutro tam...
18 marca 2005
Chłosta - czym jest dla mnie...
Chłosta jaka jest każdy widzi, można by rzec, ale tak naprawdę ile osób tyle odczuć. Opowiem o tym czym była dla mnie pierwsza w życiu chłosta a potem opowiem o karze...
Pierwsza chłosta jest jak wszystkie inne pierwsze doznania, nie sposób jej zapomnieć. Nawet jeżeli bardzo się tego chce. Zawodzi nawet wypracowana umiejętność wypierania wspomnień. To czego, nie da się zachować w umyśle pozostaje w mięśniach – ciało pamięta. Dla mnie było to przeżycie z gatunku traumatycznych... daleko od domu... w poczuciu nieuchronności zdarzeń... w całkowitej zależności. Nie wiedziałam jak zareaguję, paraliżował mnie strach a jednocześnie miałam świadomość, że teraz albo nigdy. Moją pierwszą chłostę otrzymałam pejczem, w pozycji stojącej X... z całą otoczką... łańcuchy... kajdany... Zadziwiające ale nawet teraz pamiętam napięcie mięśni... na samo wspomnienie. Pierwsze razy były niemal zupełnie niezauważalne (chyba szok albo wysoki poziom adrenaliny). Dopiero później poczułam ból, pochodził z różnych miejsc i powoli stapiał się w całość. Doszłam do takiego momentu, kiedy świadomość, że nie jestem w stanie wytrzymać tego bólu wzięła górę. I wówczas stała się rzecz, która mnie zaskoczyła najbardziej. Nagle poczułam się jakby poza własnym ciałem. Moja bezradność i nieuchronność tego, co się działo otoczyła mnie niczym tarcza. Przestałam się szarpać, zaniechałam uników, w pokorze przyjmowałam chłostę, w bezruchu, bez słowa skargi. Nawet łzy nie spływały mi z oczu. Zupełnie jakby mnie tam nie było... Byłam zszokowaną swoją reakcją, ale to nie był koniec. Kiedy ostatnie z uderzeń spadło na moją skórę, nadal trwałam bez słowa. Odpięta z łańcuchów trwałam w oczekiwaniu... zupełnie nie wiedząc na co. Po minucie, może dwóch zaczęłam szlochać, płakać i wpadłam w stan totalnej histerii. Drgawki, spazmy i nadwrażliwość na jakikolwiek dotyk przez dobry kwadrans. Coś jakby reakcja z opóźnionym zapłonem.
W ten sposób reaguję do dziś - protest na pierwsze uderzenia, potem całkowite pogodzenie się z sytuacją, a w finale - histeria. Ale dzieje się tak jedynie w sytuacji kiedy przekraczam coś, co na własny użytek nazywam Punktem Przegięcia Bólu. Jeżeli doznania bólowe nie są wystarczająco silne nie osiągam takiego stanu, wówczas zazwyczaj miotam się podczas chłosty. Nie lubię tego - odbieram wtedy chłostę jak coś na kształt natrętnej, nieznośnej pieszczoty. Dopiero możliwość odbierania bodźców poprzez propriocepcję pozwala mi przeżyć ją w sposób, który daje mi doznania z pogranicza innego świata. Nie jestem pewna czy wyrażam się precyzyjnie, bardzo trudno jest mi nazwać to co czuję podczas chłosty. Błagałam Pana o karę. O karę za to, że nie potrafiłam utrzymać na wodzy mojej uległości, że nad nią nie zapanowałam. Psychicznie już się z tym uporałam, nie jestem bezbronna. Ale odczuwam potrzebę odebrania kary. Cielesnego, fizycznego ukarania mojego ciała za jego samowolę.
Błagałam Pana o karę, On wiedział, że tylko tak będę mogła uwolnić się od zmory manekina, jak nazwał tę sytuację. I będąc Panem sprawiedliwym karę mi wymierzył. Najprostszą. Najpiękniejszą. I najbardziej trafną – chłostę właśnie, wymierzoną moim pośladkom. I stało się to, co musiało się stać kiedyś. Razy pejcza kąsały moje ciało, metodycznie, powoli… zdecydowanie za wolno, żeby były przyjemne. Przerwy między kolejnymi uderzeniami były na tyle długie, że świadomość nieznośnego bólu wypierała przyjemne uczucia. Trochę jak stop klatka, powoli ale ciągle i ciągle. Doskwierały mi te rzemienie, ale w końcu to właśnie miała być kara a nie przyjemność. Nagle odczułam uderzenie gdzieś bardzo, bardzo głęboko we wnętrzu siebie. Niemal zapomniałam to uczucie, tak dawno nie było moim udziałem… Kolejne sięgnęło jeszcze głębiej. Wiedziałam, że jeszcze dwa, może trzy i osiągnę ten cudowny stan, który pozwala czuć całą sobą. Wielkimi krokami i drżeniem zbliżałam się do Punktu Przegięcia Bólu. Taaaaak! To już teraz! I….. koniec. To było ostatnie uderzenie, jakie dostałam od Pana. Chciałam zapaść się pod ziemię, uciec, rzucić się Mu do gardła za odebraną rozkosz. Ale to była moja kara. Doprowadził mnie na skraj przepaści i nie pozwolił skoczyć. Skronie pulsowały, ciało domagało się spełnienia, dotyku… jakiegokolwiek! Patrzył na mnie zafascynowany, trwał bezgłośnie ze świadomością tego, że jest teraz jedynym władcą mnie, mojego ciała i mojej duszy. Jedyną osobą zdolną zdecydować o mojej rozkoszy albo bólu.
Nie otrzymałam rozkoszy.
Nie otrzymałam bólu.
Otrzymałam karę.
Dziękuję Ci Panie, za tę karę, tak bardzo była mi potrzebna… tak bardzo…
Pierwsza chłosta jest jak wszystkie inne pierwsze doznania, nie sposób jej zapomnieć. Nawet jeżeli bardzo się tego chce. Zawodzi nawet wypracowana umiejętność wypierania wspomnień. To czego, nie da się zachować w umyśle pozostaje w mięśniach – ciało pamięta. Dla mnie było to przeżycie z gatunku traumatycznych... daleko od domu... w poczuciu nieuchronności zdarzeń... w całkowitej zależności. Nie wiedziałam jak zareaguję, paraliżował mnie strach a jednocześnie miałam świadomość, że teraz albo nigdy. Moją pierwszą chłostę otrzymałam pejczem, w pozycji stojącej X... z całą otoczką... łańcuchy... kajdany... Zadziwiające ale nawet teraz pamiętam napięcie mięśni... na samo wspomnienie. Pierwsze razy były niemal zupełnie niezauważalne (chyba szok albo wysoki poziom adrenaliny). Dopiero później poczułam ból, pochodził z różnych miejsc i powoli stapiał się w całość. Doszłam do takiego momentu, kiedy świadomość, że nie jestem w stanie wytrzymać tego bólu wzięła górę. I wówczas stała się rzecz, która mnie zaskoczyła najbardziej. Nagle poczułam się jakby poza własnym ciałem. Moja bezradność i nieuchronność tego, co się działo otoczyła mnie niczym tarcza. Przestałam się szarpać, zaniechałam uników, w pokorze przyjmowałam chłostę, w bezruchu, bez słowa skargi. Nawet łzy nie spływały mi z oczu. Zupełnie jakby mnie tam nie było... Byłam zszokowaną swoją reakcją, ale to nie był koniec. Kiedy ostatnie z uderzeń spadło na moją skórę, nadal trwałam bez słowa. Odpięta z łańcuchów trwałam w oczekiwaniu... zupełnie nie wiedząc na co. Po minucie, może dwóch zaczęłam szlochać, płakać i wpadłam w stan totalnej histerii. Drgawki, spazmy i nadwrażliwość na jakikolwiek dotyk przez dobry kwadrans. Coś jakby reakcja z opóźnionym zapłonem.
W ten sposób reaguję do dziś - protest na pierwsze uderzenia, potem całkowite pogodzenie się z sytuacją, a w finale - histeria. Ale dzieje się tak jedynie w sytuacji kiedy przekraczam coś, co na własny użytek nazywam Punktem Przegięcia Bólu. Jeżeli doznania bólowe nie są wystarczająco silne nie osiągam takiego stanu, wówczas zazwyczaj miotam się podczas chłosty. Nie lubię tego - odbieram wtedy chłostę jak coś na kształt natrętnej, nieznośnej pieszczoty. Dopiero możliwość odbierania bodźców poprzez propriocepcję pozwala mi przeżyć ją w sposób, który daje mi doznania z pogranicza innego świata. Nie jestem pewna czy wyrażam się precyzyjnie, bardzo trudno jest mi nazwać to co czuję podczas chłosty. Błagałam Pana o karę. O karę za to, że nie potrafiłam utrzymać na wodzy mojej uległości, że nad nią nie zapanowałam. Psychicznie już się z tym uporałam, nie jestem bezbronna. Ale odczuwam potrzebę odebrania kary. Cielesnego, fizycznego ukarania mojego ciała za jego samowolę.
Błagałam Pana o karę, On wiedział, że tylko tak będę mogła uwolnić się od zmory manekina, jak nazwał tę sytuację. I będąc Panem sprawiedliwym karę mi wymierzył. Najprostszą. Najpiękniejszą. I najbardziej trafną – chłostę właśnie, wymierzoną moim pośladkom. I stało się to, co musiało się stać kiedyś. Razy pejcza kąsały moje ciało, metodycznie, powoli… zdecydowanie za wolno, żeby były przyjemne. Przerwy między kolejnymi uderzeniami były na tyle długie, że świadomość nieznośnego bólu wypierała przyjemne uczucia. Trochę jak stop klatka, powoli ale ciągle i ciągle. Doskwierały mi te rzemienie, ale w końcu to właśnie miała być kara a nie przyjemność. Nagle odczułam uderzenie gdzieś bardzo, bardzo głęboko we wnętrzu siebie. Niemal zapomniałam to uczucie, tak dawno nie było moim udziałem… Kolejne sięgnęło jeszcze głębiej. Wiedziałam, że jeszcze dwa, może trzy i osiągnę ten cudowny stan, który pozwala czuć całą sobą. Wielkimi krokami i drżeniem zbliżałam się do Punktu Przegięcia Bólu. Taaaaak! To już teraz! I….. koniec. To było ostatnie uderzenie, jakie dostałam od Pana. Chciałam zapaść się pod ziemię, uciec, rzucić się Mu do gardła za odebraną rozkosz. Ale to była moja kara. Doprowadził mnie na skraj przepaści i nie pozwolił skoczyć. Skronie pulsowały, ciało domagało się spełnienia, dotyku… jakiegokolwiek! Patrzył na mnie zafascynowany, trwał bezgłośnie ze świadomością tego, że jest teraz jedynym władcą mnie, mojego ciała i mojej duszy. Jedyną osobą zdolną zdecydować o mojej rozkoszy albo bólu.
Nie otrzymałam rozkoszy.
Nie otrzymałam bólu.
Otrzymałam karę.
Dziękuję Ci Panie, za tę karę, tak bardzo była mi potrzebna… tak bardzo…
17 marca 2005
Obserwator
Hmm moje życie wzbogaca się o kolejna znajomość. Dziwną i intrygującą. Zastanawiam się czasem nad istnieniem przypadków i dochodzę do wniosku, że ich nie ma, po prostu nie zawsze umysł jest wystarczająco jasny, żeby wychwycić subtelne nitki zależności między zdarzeniami. Moje teksty wzbudzają emocje, czasami pozytywne, czasami negatywne, ale nie pozostawiają czytelnika obojętnego. Często te wrażenia zapisane w kliku słowach wpadają do mojej skrzynki. Zawsze sprawiają mi radość. Głównie dlatego, że są naznaczone moimi emocjami, takie sprzężenie zwrotne. Kilka razy jednak takie słowa trafiły gdzieś dużo głębiej niż tylko do skrzynki, trafiły do duszy. I zostały tam na długo, czasami na zawsze.
Zwykłam mówić i myśleć o sobie kapłanka słowa… tak słowa są dla mnie bardzo ważne, słowa są tym co we mnie tylko mniej ulotne. Nie potrafię malować choć chciałabym… talentów muzycznych także nie posiadam, dlatego tak wielką przyjemność daje mi pieszczota słowami. Wychowałam się na klasyce literatury, wcześnie zaczęłam zaczytywać się poezją. Miałam cudowną polonistkę, jeszcze w podstawówce – pani Danuta Koncewicz – do dziś pamiętam i zawsze będę pamiętać. Pamiętam jak pierwszy raz wkroczyła do klasy… rozpromieniona młoda kobieta… usiadła na blacie ławki w pierwszym rzędzie… zaczęła mówić… Kochałam Ją. To się zdarza. Zwłaszcza w wieku 12 lat. Kochałam Ją a Ona pokazała mi świat słowa takim, jakim go zapamiętałam. Nauczyła czytać wiersze, pokazała czym może być pasja i namiętność zaklęta w słowach. Otworzyła mi oczy. Jestem Jej za to wdzięczna… Dziś nie pamiętam już żmudnych lekcji gramatyki i składni. Ale pamiętam wyraz Jej twarzy kiedy czytała Staffa czy Asnyka. Pamiętam jej energię przy pracy nad spektaklem poświęconym Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Pamiętam jak uczyła mnie czytać Gombrowicza, jak spierałam się z Nią o Hłaskę. Wiele jest momentów, które pamiętam. W zasadzie Jej duch towarzyszy każdemu słowu które piszę. To ona pierwsza powiedziała mi, że "mogę" jeśli tylko będę chciała. Zaszczepiła mi wolę walki w obronie swojego zdania. Pokazała, że droga pod prąd nie jest łatwa ale jest ciekawsza. Tak to był moja Pierwsza Nauczycielka. Najwspanialsza jaką kiedykolwiek miałam.
Wczoraj, kiedy mój tajemniczy Obserwator obdarzył mnie kolejnym listem, wróciłam wspomnieniami do tamtych lat. To takie podobne. Zafascynowana jestem językiem jakiego używa i doborem słów. Czuję emocje skrywane za zasłoną dobrego wychowania i nienagannych manier. Czuję coś co przypomina mi moją Pierwszą Nauczycielkę.
Ty, Który Patrzysz wiedz, że nie możesz stać obok, nie teraz, już nie… Jeżeli napisałeś do mnie to wiesz, że strumień moich myśli zmienił trajektorię. Czy tego chcesz czy nie stałeś się częścią mojego życia. Ludzie, których spotykamy odciskają swoje ślady na ciele i duszy nas samych, bezwiednie. Niektórzy przemykają jak zefirek inni przewalają się jak nawałnica… Ale zawsze zostawiają ślady. Masz słuszność, jestem odpowiedzialna za światy, które tworzę. Nie staram się nikogo zmieniać. Pokazuję tylko inną perspektywę, pokazuję to, co ja widzę i co czuję. Czasami wkładam w to tyle pasji, że niektórzy podążają za mną… Jedni zafascynowani, inny zdziwieni, a jeszcze inni ze złością w oczach. Nikt nie jest tylko Obserwatorem, życie to interaktywna gra… Czasami jestem charyzmatycznym liderem, czasami zamykam peleton ale… żyję! Ciągle, zawsze, uparcie wydeptuję swoją ścieżkę. Chwilami tylko zamyślam się i spoglądam przez ramię… uśmiecham się lub marszczę brwi… Czasami budzę się w środku nocy żeby spojrzeć na śpiącego obok człowieka, który jest całym moim życiem. Przyczynkiem mojego bytu… Kocham Cię Życie...
Zwykłam mówić i myśleć o sobie kapłanka słowa… tak słowa są dla mnie bardzo ważne, słowa są tym co we mnie tylko mniej ulotne. Nie potrafię malować choć chciałabym… talentów muzycznych także nie posiadam, dlatego tak wielką przyjemność daje mi pieszczota słowami. Wychowałam się na klasyce literatury, wcześnie zaczęłam zaczytywać się poezją. Miałam cudowną polonistkę, jeszcze w podstawówce – pani Danuta Koncewicz – do dziś pamiętam i zawsze będę pamiętać. Pamiętam jak pierwszy raz wkroczyła do klasy… rozpromieniona młoda kobieta… usiadła na blacie ławki w pierwszym rzędzie… zaczęła mówić… Kochałam Ją. To się zdarza. Zwłaszcza w wieku 12 lat. Kochałam Ją a Ona pokazała mi świat słowa takim, jakim go zapamiętałam. Nauczyła czytać wiersze, pokazała czym może być pasja i namiętność zaklęta w słowach. Otworzyła mi oczy. Jestem Jej za to wdzięczna… Dziś nie pamiętam już żmudnych lekcji gramatyki i składni. Ale pamiętam wyraz Jej twarzy kiedy czytała Staffa czy Asnyka. Pamiętam jej energię przy pracy nad spektaklem poświęconym Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Pamiętam jak uczyła mnie czytać Gombrowicza, jak spierałam się z Nią o Hłaskę. Wiele jest momentów, które pamiętam. W zasadzie Jej duch towarzyszy każdemu słowu które piszę. To ona pierwsza powiedziała mi, że "mogę" jeśli tylko będę chciała. Zaszczepiła mi wolę walki w obronie swojego zdania. Pokazała, że droga pod prąd nie jest łatwa ale jest ciekawsza. Tak to był moja Pierwsza Nauczycielka. Najwspanialsza jaką kiedykolwiek miałam.
Wczoraj, kiedy mój tajemniczy Obserwator obdarzył mnie kolejnym listem, wróciłam wspomnieniami do tamtych lat. To takie podobne. Zafascynowana jestem językiem jakiego używa i doborem słów. Czuję emocje skrywane za zasłoną dobrego wychowania i nienagannych manier. Czuję coś co przypomina mi moją Pierwszą Nauczycielkę.
Ty, Który Patrzysz wiedz, że nie możesz stać obok, nie teraz, już nie… Jeżeli napisałeś do mnie to wiesz, że strumień moich myśli zmienił trajektorię. Czy tego chcesz czy nie stałeś się częścią mojego życia. Ludzie, których spotykamy odciskają swoje ślady na ciele i duszy nas samych, bezwiednie. Niektórzy przemykają jak zefirek inni przewalają się jak nawałnica… Ale zawsze zostawiają ślady. Masz słuszność, jestem odpowiedzialna za światy, które tworzę. Nie staram się nikogo zmieniać. Pokazuję tylko inną perspektywę, pokazuję to, co ja widzę i co czuję. Czasami wkładam w to tyle pasji, że niektórzy podążają za mną… Jedni zafascynowani, inny zdziwieni, a jeszcze inni ze złością w oczach. Nikt nie jest tylko Obserwatorem, życie to interaktywna gra… Czasami jestem charyzmatycznym liderem, czasami zamykam peleton ale… żyję! Ciągle, zawsze, uparcie wydeptuję swoją ścieżkę. Chwilami tylko zamyślam się i spoglądam przez ramię… uśmiecham się lub marszczę brwi… Czasami budzę się w środku nocy żeby spojrzeć na śpiącego obok człowieka, który jest całym moim życiem. Przyczynkiem mojego bytu… Kocham Cię Życie...
16 marca 2005
Kilka słów a cieszy
Dostałam dziś przepięknego mail'a, wprawił mnie w zadumę i doskonały humor. Może ten, kto go napisał trafi tu kiedys i powie coś jeszcze... Na razie zapisze sobie te słowa:
Zooza, ośmielam się raz jeszcze powitać Cię!Dziękuję za poświęcony mi czas i nową historię.Dziękuję za wszystko co się w niej wydarzyło i za to że tak wspaniale to opisałaś.Dziękuję za to wszystko co wyłącznie dzięki Tobie się jeszcze wydarzyć może, choćby nawet nikt nigdy się o tym nie dowiedział.Dziękuję to za mało powiedziane. To niegodne Twoich osiągnięć i doznań.Wiem że słowo magia w Twoich ustach nie jest ani trochę na wyrost.Magią i cudem jest Twoje życie.
Dziękuję za te słowa Nieznajomy :)
Zooza, ośmielam się raz jeszcze powitać Cię!Dziękuję za poświęcony mi czas i nową historię.Dziękuję za wszystko co się w niej wydarzyło i za to że tak wspaniale to opisałaś.Dziękuję za to wszystko co wyłącznie dzięki Tobie się jeszcze wydarzyć może, choćby nawet nikt nigdy się o tym nie dowiedział.Dziękuję to za mało powiedziane. To niegodne Twoich osiągnięć i doznań.Wiem że słowo magia w Twoich ustach nie jest ani trochę na wyrost.Magią i cudem jest Twoje życie.
Dziękuję za te słowa Nieznajomy :)
SMS
Pan tak daleko... i na tak długo... dobrze, że chociaż technika daje namiastkę bliskości. Co może sprawić wiekszą radość niż przeczytanie z samego rana takiej wiadomości?"Podnieca mnie myśl o Twojej cipie, miekkiej, delikatnej, uległej. Kocham Cię suko, moja suko. I marzę o Twoim oddaniu, całkowitym, do utraty woli, ciała, duszy"Świat wygląda inaczej, warstwę brudno szarej śniegowj brei przebijają młode, zielone listki. Ta zima musi się kiedys skończyć! Słoneczko pożądania wzywa wiosnę :)
10 marca 2005
Po raz pierwszy była tylko ze mną…
Pan pracował w gabinecie, w półmroku, z własnymi myślami i stosem papierów, na których kreślił liczby i schematy. Pochłonięty innymi sprawami nie zwracał na nas najmniejszej uwagi… Wieczór był jeszcze całkiem młody, kiedy podeszła do mnie. Nie ocierała się, nie tuliła do mnie, stała tylko z wyciągniętą dłonią i powtarzała ‘nooo chodź…”. Nie miałam ochoty, zupełnie jej we mnie nie było, wszystko uleciało, rozmyło się w szarej rzeczywistości. Z niechęcią wstałam i zaczęłam zdejmować z siebie ubranie. Ona, wówczas już naga, leżała na środku łóżka i gestem zapraszała mnie do siebie. Kiedy tylko znalazłam się w zasięgu jej ramion siłą wdarła się między moje nogi sięgając intymności językiem. Jak na uległą to za dużo w niej dominacji, zresztą powtarzam to od pierwszego naszego spotkania, ona jest switchem czy to się komuś podoba czy nie. Czasami odczuwam przyjemność, kiedy gwałtownym ruchem dłoni wsuniętej we włosy ustawia moje usta sobie do pocałunku. W zasadzie to zawsze to lubię. Ale ona wie, że nie chcę, żeby próbowała mnie zdominować. Ona to wie, i chociaż czasami ją trochę ponosi - respektuje to ustalenie. Zresztą te chwile są takie rzadkie… Ona jest przede wszystkim suką naszego Pana, a ja …hmm jestem trochę jak Jego namiastka. Zawsze to czuję, że nie ma mnie w jej głowie… przyzwyczaiłam się.
Jestem rozdrażniona, jej pieszczoty są dla mnie niemiłe. Uciekam. Uciekam i proszę ją, żeby odsłoniła dla mnie swoja kobiecość. Nie jestem w stanie znieść pieszczoty, ale chętnie ją ofiaruję. Uwielbiam ją pieścić. Pozwala mi to robić tak, jak sama lubię… tak trochę mocniej… Dotykam policzkiem wzgórka, tam dosięga mnie jej zapach. Mogłabym tarzać się tym zapachu jak drapieżnik przed polowaniem, ubrać się w niego. Wtulam cała twarz i chłonę ten aromat rozkoszy tej mojej-nie mojej kochanki. Drży, a przecież jeszcze nawet nie dotknęłam jej najdelikatniejszych miejsc. Ledwo muskam ustami i policzkiem wzgórek i zamknięte wrota do królestwa rozkoszy. Lubię jak się pręży, jest bezgłośna, nie widzę jej twarzy, jedynie mięśnie drgające mówią mi czy idę we właściwym kierunku… Pozwala mi zagryzać zęby na swojej kobiecości, zasysać ją na granicy bólu. Kocham te pieszczoty, jest pierwszą kobietą, która pozwala mi tak się pieścić, tak dziko. Po stokroć wolę pieścić ją niż oddawać się takiej pieszczocie. Boję się, że mnie kiedyś odepchnie, że zapomnę się, że ugryzę zbyt mocno. Sama wiem jak zapamiętuję się podczas tego aktu. Świat zamyka się wówczas między jej udami. Czasami sunę powoli zębami po łechtaczce na granicy wytrzymałości i muszę się bardzo powstrzymywać, żeby nie zrobić jej krzywdy w tej namiętności. Taaak uwielbiam ją lizać i gryźć… Czasami kiedy leżę tak między jej nogami marzę o tym, żeby poczuć pejcz na swoich intymnościach… ale to tylko taka szybka myśl galopująca… I przychodzi ten moment, kiedy zabiera mi wszystko. Kiedy nie jest w stanie znieść mojego dotyku już więcej. Kiedy zasłania dłonią swoja kobiecość nawet przed moim oddechem. Ach wtulić się w nią, w to cudowne pulsujące ciepłem miejsce…
Zobaczyłam w jej oczach to, co tak bardzo lubię, dziki błysk, szybkie spojrzenie na paznokcie, strzepnięcie dłoni niczym trzask z bicza… Tak układam się na plecach, jeszcze dysząc, nie uspokoiwszy oddechu. Ona taka dzika rozsiada się między moimi ugiętymi udami. Podnosi dłoń do ust. Lubieżnie oblizuje palce… jeden… dwa… trzy… przymykam oczy. Słyszę jeszcze otwieraną buteleczkę oliwki… ale jest to ostatni dźwięk z otoczenia jaki do mnie dociera. Czuję krople rozpryskujące się na wzgórku… czuję palce wędrujące do mojego wnętrza. Powoli , delikatnie wsuwa się w mnie. Opuszkami palców dotyka macicy, drżenie… nic tylko drżenie… Przez moment czuję pazurki wsuwające się we mnie… jeszcze jeden może dwa ruchy i wsunie w mnie dłoń. To oczekiwanie to zasłuchiwanie się w sobie… to… to jest takie niesamowite. Przecież wiem, że wsunie tę swoją szczupła dłoń, robiła to już nie raz. Ale zawsze jest inaczej, to zawsze jest nowa historia. Czuję kostki przechodzące przez punkt krytyczny, czuję piąstkę wypełniającą moje wnętrze. Cudowne uczucie. Dotyka mnie od środka. Najpierw powoli, obracając pięść na boki, pociera, drażni… Potem co raz szybciej. I nagle zaczyna wychodzić chcę krzyczeć… nie ja podobno krzyczę więc to coś więcej niż tylko chęć krzyku. Próbuje wyciągnąć zwinięta pięść, zmysły szaleją… cofa ją i znowu chce zabrać i tak bez końca. To nieprawdopodobne uczucie. Coś tak nieziemskiego co tylko można sobie wyobrazić. Świat nie istnieje. Zapadam się w coś lepkiego… czuję jak zamykam się na jej nadgarstku, jak otulam dłoń sobą. Jeszcze! Chce jeszcze! Ona to wie… Nie zabiera mi swojej dłoni… zaczyna wszystko od początku. Mogłabym tak trwać bez końca. Nic nie jest w stanie dać mi takiej przyjemności jak pieszczota dłonią. NIC. Jest niezmordowana, daje mi kolejne szczyty… korona Himalajów jest moja!. Cudowny, boski odlot w krainę nieprzytomności…Krzyk tęsknoty i ulgi kiedy zabiera dłoń. Ja nie potrafię powiedzieć dość… nie potrafię. Jeszcze kwadrans, może dłużej zanim wszystko ucichnie, zanim przewali się przeze mnie nawałnica orgazmów, które teraz dopiero przyjdą… Podciągam kolana do piersi napinam krocze i … zaczyna się. Mruczę i tarzam się w pościeli, w każdym razie takie są relacje, a ona jest przy mnie. Tuli mnie, głaszcze moje włosy. Okrywa, jest ze mną kiedy epilog rozkoszy dokonuje się we mnie. Po raz pierwszy jest tylko ze mną… nie wstała, nie odeszła, jest tutaj ze mną… Zagryzam zęby na dłoni, którą głaszcze moja twarz… Dziękuję. Tak bardzo dziękuję, kochana… Po raz pierwszy byłyśmy tylko i aż kochankami, wyłącznie kochankami…
Kiedy otwieram oczy widzę ją z uśmiechem na twarzy, z oczekiwaniem. Wiem, że chciałaby to przeżyć. Jej oczy śmieją się do mnie i wołają spróbujmy. Chciałabym móc jej ofiarować taką rozkosz, może kiedyś się to nam uda ale jeszcze nie dziś nie jutro i pewnie nie moje dłonie… Ona potrzebuje bardzo szczupłych dłoni, bardzo smukłych… Tak bardzo chciałabym dać jej to cudowne doznanie, jeżeli nie sama to innymi dłońmi. LA mogłaby tego dokonać – ma niemal dziecięce dłonie… ale nie, moja kochanka nigdy nie zgodzi się na to, żeby ulegać kobiecie. Nawet za cenę tej nieziemskiej rozkoszy. Och jaka ona jest uparta. A przecież jeżeli zakosztuje tego choć raz nie będzie w stanie się oprzeć – wiem to.
Jestem rozdrażniona, jej pieszczoty są dla mnie niemiłe. Uciekam. Uciekam i proszę ją, żeby odsłoniła dla mnie swoja kobiecość. Nie jestem w stanie znieść pieszczoty, ale chętnie ją ofiaruję. Uwielbiam ją pieścić. Pozwala mi to robić tak, jak sama lubię… tak trochę mocniej… Dotykam policzkiem wzgórka, tam dosięga mnie jej zapach. Mogłabym tarzać się tym zapachu jak drapieżnik przed polowaniem, ubrać się w niego. Wtulam cała twarz i chłonę ten aromat rozkoszy tej mojej-nie mojej kochanki. Drży, a przecież jeszcze nawet nie dotknęłam jej najdelikatniejszych miejsc. Ledwo muskam ustami i policzkiem wzgórek i zamknięte wrota do królestwa rozkoszy. Lubię jak się pręży, jest bezgłośna, nie widzę jej twarzy, jedynie mięśnie drgające mówią mi czy idę we właściwym kierunku… Pozwala mi zagryzać zęby na swojej kobiecości, zasysać ją na granicy bólu. Kocham te pieszczoty, jest pierwszą kobietą, która pozwala mi tak się pieścić, tak dziko. Po stokroć wolę pieścić ją niż oddawać się takiej pieszczocie. Boję się, że mnie kiedyś odepchnie, że zapomnę się, że ugryzę zbyt mocno. Sama wiem jak zapamiętuję się podczas tego aktu. Świat zamyka się wówczas między jej udami. Czasami sunę powoli zębami po łechtaczce na granicy wytrzymałości i muszę się bardzo powstrzymywać, żeby nie zrobić jej krzywdy w tej namiętności. Taaak uwielbiam ją lizać i gryźć… Czasami kiedy leżę tak między jej nogami marzę o tym, żeby poczuć pejcz na swoich intymnościach… ale to tylko taka szybka myśl galopująca… I przychodzi ten moment, kiedy zabiera mi wszystko. Kiedy nie jest w stanie znieść mojego dotyku już więcej. Kiedy zasłania dłonią swoja kobiecość nawet przed moim oddechem. Ach wtulić się w nią, w to cudowne pulsujące ciepłem miejsce…
Zobaczyłam w jej oczach to, co tak bardzo lubię, dziki błysk, szybkie spojrzenie na paznokcie, strzepnięcie dłoni niczym trzask z bicza… Tak układam się na plecach, jeszcze dysząc, nie uspokoiwszy oddechu. Ona taka dzika rozsiada się między moimi ugiętymi udami. Podnosi dłoń do ust. Lubieżnie oblizuje palce… jeden… dwa… trzy… przymykam oczy. Słyszę jeszcze otwieraną buteleczkę oliwki… ale jest to ostatni dźwięk z otoczenia jaki do mnie dociera. Czuję krople rozpryskujące się na wzgórku… czuję palce wędrujące do mojego wnętrza. Powoli , delikatnie wsuwa się w mnie. Opuszkami palców dotyka macicy, drżenie… nic tylko drżenie… Przez moment czuję pazurki wsuwające się we mnie… jeszcze jeden może dwa ruchy i wsunie w mnie dłoń. To oczekiwanie to zasłuchiwanie się w sobie… to… to jest takie niesamowite. Przecież wiem, że wsunie tę swoją szczupła dłoń, robiła to już nie raz. Ale zawsze jest inaczej, to zawsze jest nowa historia. Czuję kostki przechodzące przez punkt krytyczny, czuję piąstkę wypełniającą moje wnętrze. Cudowne uczucie. Dotyka mnie od środka. Najpierw powoli, obracając pięść na boki, pociera, drażni… Potem co raz szybciej. I nagle zaczyna wychodzić chcę krzyczeć… nie ja podobno krzyczę więc to coś więcej niż tylko chęć krzyku. Próbuje wyciągnąć zwinięta pięść, zmysły szaleją… cofa ją i znowu chce zabrać i tak bez końca. To nieprawdopodobne uczucie. Coś tak nieziemskiego co tylko można sobie wyobrazić. Świat nie istnieje. Zapadam się w coś lepkiego… czuję jak zamykam się na jej nadgarstku, jak otulam dłoń sobą. Jeszcze! Chce jeszcze! Ona to wie… Nie zabiera mi swojej dłoni… zaczyna wszystko od początku. Mogłabym tak trwać bez końca. Nic nie jest w stanie dać mi takiej przyjemności jak pieszczota dłonią. NIC. Jest niezmordowana, daje mi kolejne szczyty… korona Himalajów jest moja!. Cudowny, boski odlot w krainę nieprzytomności…Krzyk tęsknoty i ulgi kiedy zabiera dłoń. Ja nie potrafię powiedzieć dość… nie potrafię. Jeszcze kwadrans, może dłużej zanim wszystko ucichnie, zanim przewali się przeze mnie nawałnica orgazmów, które teraz dopiero przyjdą… Podciągam kolana do piersi napinam krocze i … zaczyna się. Mruczę i tarzam się w pościeli, w każdym razie takie są relacje, a ona jest przy mnie. Tuli mnie, głaszcze moje włosy. Okrywa, jest ze mną kiedy epilog rozkoszy dokonuje się we mnie. Po raz pierwszy jest tylko ze mną… nie wstała, nie odeszła, jest tutaj ze mną… Zagryzam zęby na dłoni, którą głaszcze moja twarz… Dziękuję. Tak bardzo dziękuję, kochana… Po raz pierwszy byłyśmy tylko i aż kochankami, wyłącznie kochankami…
Kiedy otwieram oczy widzę ją z uśmiechem na twarzy, z oczekiwaniem. Wiem, że chciałaby to przeżyć. Jej oczy śmieją się do mnie i wołają spróbujmy. Chciałabym móc jej ofiarować taką rozkosz, może kiedyś się to nam uda ale jeszcze nie dziś nie jutro i pewnie nie moje dłonie… Ona potrzebuje bardzo szczupłych dłoni, bardzo smukłych… Tak bardzo chciałabym dać jej to cudowne doznanie, jeżeli nie sama to innymi dłońmi. LA mogłaby tego dokonać – ma niemal dziecięce dłonie… ale nie, moja kochanka nigdy nie zgodzi się na to, żeby ulegać kobiecie. Nawet za cenę tej nieziemskiej rozkoszy. Och jaka ona jest uparta. A przecież jeżeli zakosztuje tego choć raz nie będzie w stanie się oprzeć – wiem to.
8 marca 2005
Sucze kwestie: Rozmyślania o własnych błędach
Wydawało mi się, że wszystko, każdy najdrobniejszy nawet szczegół mojej drogi do uległości przemyślałam tysiąckrotnie. Sądziłam, że przewidziałam wszystko co mogło mnie spotkać, że jestem przygotowana na każdą ewentualność. Nic bardziej błędnego jak się okazało.
Oto bowiem moja uległość, mój oręż, moja duma i chluba, stała się moją słabością. Jestem bezbronna. Bezbronna wobec dominacji, nawet obcej. To silniejsze ode mnie. Momentalnie przyjmuję pozycję uległości wobec konfrontacji z emanującą dominacją. Bez słowa. Bez gestu. Sam wzrok wystarczył, żeby dać mi do zrozumienia gdzie jest moje miejsce. To nie tak miało być. Moja uległość nie jest dla każdego. Nie można tak po prostu podejść do mnie i zażądać jej, choćby i niewerbalnie. Właśnie obnażono znaczącą niedoskonałość moje bastionu… Ta świadomość bardzo mnie uwiera. Staram się coś z tym zrobić, ale nie jest łatwo. Wiem, że swoim zachowaniem sprawiłam przykrość mojemu Panu. Ale to było silniejsze ode mnie. Nie myślałam. To był odruch. Moje ciało i moja psychika zrobiły to co maja tak głęboko zakorzenione. Podporządkowały się. Muszę z tym walczyć. Muszę to zwalczyć. Muszę. Inaczej czy będę godna, żeby nazywać siebie suka mojego Pana.
Jeszcze dzień, jeszcze noc i uporam się z tym, niczego bardziej teraz nie pragnę… niczego. Najpierw muszę to przeanalizować, rozłożyć na atomy, zrozumieć, znaleźć zależności przyczynowo skutkowe. Taka osobista wiwisekcja. Rozmawiam z nim, staram się zrozumieć, ale jak mogę zrozumieć, jeżeli nawet literkami wywołuje u mnie dziwne uczucie…
xxxx (08-03-2005 14:11:58)
i żałuj że nie widzisz moich oczu
zooza (08-03-2005 14:12:31)
nie muszę ich widzieć, żeby się rumienić i spuszczać wzrok
zooza (08-03-2005 14:12:40)
nie muszę... pamiętam je...
xxxx (08-03-2005 14:12:43)
:)
xxxx (08-03-2005 14:13:03)
a ja dokładnie pamiętam jak to robisz.. jak kulisz ramiona
xxxx (08-03-2005 14:13:10)
jak ściągają ci się brwi..
xxxx (08-03-2005 14:13:19)
jesteś urocza w swoim poddaństwie
Jestem silna! Poradzę sobie! Zrozumiem i zmienię swoje zachowanie! Co mnie nie zabije musi mnie wzmocnić. I kropka.
Oto bowiem moja uległość, mój oręż, moja duma i chluba, stała się moją słabością. Jestem bezbronna. Bezbronna wobec dominacji, nawet obcej. To silniejsze ode mnie. Momentalnie przyjmuję pozycję uległości wobec konfrontacji z emanującą dominacją. Bez słowa. Bez gestu. Sam wzrok wystarczył, żeby dać mi do zrozumienia gdzie jest moje miejsce. To nie tak miało być. Moja uległość nie jest dla każdego. Nie można tak po prostu podejść do mnie i zażądać jej, choćby i niewerbalnie. Właśnie obnażono znaczącą niedoskonałość moje bastionu… Ta świadomość bardzo mnie uwiera. Staram się coś z tym zrobić, ale nie jest łatwo. Wiem, że swoim zachowaniem sprawiłam przykrość mojemu Panu. Ale to było silniejsze ode mnie. Nie myślałam. To był odruch. Moje ciało i moja psychika zrobiły to co maja tak głęboko zakorzenione. Podporządkowały się. Muszę z tym walczyć. Muszę to zwalczyć. Muszę. Inaczej czy będę godna, żeby nazywać siebie suka mojego Pana.
Jeszcze dzień, jeszcze noc i uporam się z tym, niczego bardziej teraz nie pragnę… niczego. Najpierw muszę to przeanalizować, rozłożyć na atomy, zrozumieć, znaleźć zależności przyczynowo skutkowe. Taka osobista wiwisekcja. Rozmawiam z nim, staram się zrozumieć, ale jak mogę zrozumieć, jeżeli nawet literkami wywołuje u mnie dziwne uczucie…
xxxx (08-03-2005 14:11:58)
i żałuj że nie widzisz moich oczu
zooza (08-03-2005 14:12:31)
nie muszę ich widzieć, żeby się rumienić i spuszczać wzrok
zooza (08-03-2005 14:12:40)
nie muszę... pamiętam je...
xxxx (08-03-2005 14:12:43)
:)
xxxx (08-03-2005 14:13:03)
a ja dokładnie pamiętam jak to robisz.. jak kulisz ramiona
xxxx (08-03-2005 14:13:10)
jak ściągają ci się brwi..
xxxx (08-03-2005 14:13:19)
jesteś urocza w swoim poddaństwie
Jestem silna! Poradzę sobie! Zrozumiem i zmienię swoje zachowanie! Co mnie nie zabije musi mnie wzmocnić. I kropka.
6 marca 2005
Moja wielka porażka
Oto stało się coś, czego nigdy nie przewidziałabym, nawet w najśmielszych fantazjach. I wszystko teraz ma inny wymiar. Byliśmy w Manekinie – takie nieduże klimatyczne spotkanie. Miło. Pan – spokojnie dyskutujący z innymi – i my obie, w Jego bliskości i bliskie sobie nawzajem. Obdarzające się powłóczystymi spojrzeniami, dotknięcia dłoni, palce sunące po koronce pończoch, ukradkowe pocałunki i tulenie... Tak, wiem, że stanowiłyśmy swoistą atrakcję wieczoru, nie było osoby, która mniej lub bardziej badawczo się nie przyglądała.
A my? No cóż swobodne w miarę upływu czasu coraz bardziej. Siłą woli walczące z podnieceniem i pożądaniem i Pan, który zdawał się nie zwracać na nas uwagi... Potem ona – związana – zabawiała Pana i towarzystwo swoimi sztuczkami pod dyktando pańskiej dłoni. Z rękoma zasznurowanymi na plecach, w pozycji jak do modlitwy gasząca pragnienie spijając krople piwa z łyżeczki podanej przez Pana. Ale nie było zbyt efektywne. Pan jednak wie czym jest pragnienie. Nalewa piwo na spodeczek i przywołującym gestem nakazuje jej uklęknąć. Z miłością w oczach chowa się pod stołem i zachłannie chłepce płyn ze spodeczka. Nie powinno, a jednak dziwiło niektórych obecnych. Błyskają flesze. Pan jednak miał ochotę bardziej jeszcze pochwalić się swoja sunią. Zapalone świece obdarzają ją gorącymi łzami. Każda kropla wywołuje grymas na mojej twarzy, każde zetknięcie parafiny z jej skóra skutkuje nagłym drżeniem. Nie ma znaczenia, którą z nas Pan obdarza swoimi afektami, ta druga reaguje bez względu na to, czy bodźce są dla niej przeznaczona czy nie...I nie wiem na czym koncentrowali się obecni, na reakcjach jej czy na moich, miałam łzy w oczach, tak bardzo chciałam ją ochronić, ale niestety Pan miał inne zamiary. Nie pozwalał mi na jakiekolwiek przejawy aktywności, miałam Mu towarzyszyć – to wszystko. Czułam się trochę odsunięta, ale nic to, nie zwykłam polemizować z pańskimi decyzjami.
I taką pogrążoną w rozmyślaniach zastał mnie mężczyzna, który właśnie wszedł... Nasze spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy, wystarczająco jednak długo, żeby zmusić mnie do spuszczenia wzroku. Poczułam się nagle bardzo malutka, niepewna swego. A przecież Pan był obok, powinnam się zwrócić do Niego z tym, ale wiedziałam, że nie chciał bym zaprzątała Mu głowę drobiazgami. Postanowiłam unikać wzroku tego mężczyzny. Nie było łatwo, był wszędzie tam, gdzie zerknęłam. W Manekinie było zimno... stanęłam blisko piecyka, dyskretnie uniosłam rąbek krótkiej spódniczki, żeby obdarować ciepłem moje intymności. Poczułam ciepło rozlewające się po pośladkach... na myśl przyszło mi inne ciepło – to, którym obdarowują mnie dłonie Pana. I wtedy, unosząc twarz, znowu napotkałam to spojrzenie. Spłonęłam rumieńcem po dwakroć, nie dość, że bardzo mnie deprymował to jeszcze teraz obserwował moje wyczyny przy piecyku...
Z każda chwilą było gorzej i gorzej. Mężczyzna dosiadł się do Pana i rozpoczęli ożywioną dyskusję. A my stałyśmy tuż obok, tuż za Panem, przy barze. Mężczyzna mówił tak, żebyśmy słyszały rozmowę. Kochanka, bardzo już roznamiętniona, wsuwała mi dłoń pod spódnicę i całowała lubieżnie. Stałam przytulona do jej pleców, obejmując jej ramiona. Nagle tuż obok znalazł się ten mężczyzna.
- Jak bym widział moje suki – powiedział cicho.Teraz do wzroku, który wymuszał na mnie pozycję uległości doszedł głos – chłodny ale miękki, nie znoszący sprzeciwu. Czułam, że nie mam siły, żeby sprzeciwić się temu człowiekowi.
- Oprzyj się – powiedział do mojej kochanki – a ty całuj jej kark - zwrócił się do mnie.A my? Jak te dwa cielątka bez słowa, bez sprzeciwu wykonałyśmy polecenie. Byłam na siebie wściekła, ale to się działo. Ten mężczyzna podporządkował sobie mnie i nie potrafiłam nad tym zapanować.Uświadomiłam sobie, jak złe to zachowanie, jak bardzo ranię mojego Pana. Chciałam uciec, zapaść się pod ziemię, żeby tylko skończyło się już to spotkanie. Ale czym są moje chcenia? Po opuszczeniu lokalu udaliśmy się do mieszkania jeden z uczestniczek. Pan nadal trzymał mnie na dystans. To ona mogła klęczeć przed Panem podając mu kanapkę, to ja dotykał czule w policzek. A ja? Ja ciągle z boku... Najgorsze jednak było to, że Pan i mężczyzna rozmawiali na osobności... mijała godzina... druga... trzecia... Nie wiem o czym, ale byłam pełna najgorszych przeczuć. Przecież to, co zrobiłam było karygodne... podważyłam autorytet Pana – publicznie! To niewybaczalny grzech. Wiedziałam, że czeka mnie kara. Nie wiedziałam tylko kiedy i jaka. No cóż taki już los – trzeba wypić piwo, którego się nawarzyło.
Wracamy do domu, ja prowadzę, a Pan wraz z nią wtuloną śpią spokojnie na tylnym siedzeniu. Jest bardzo ślisko, dochodzi szósta rano. Spotykamy solarkę – jedną. Trochę za mało jak na takie miasto. Za mało. Wszystkiego dziś za mało... za mało suczenia, za mało oddania... tak, mojego oddania dziś było zdecydowanie za mało... Zaczynam oswajać się z myślą o czekającej mnie karze...
A my? No cóż swobodne w miarę upływu czasu coraz bardziej. Siłą woli walczące z podnieceniem i pożądaniem i Pan, który zdawał się nie zwracać na nas uwagi... Potem ona – związana – zabawiała Pana i towarzystwo swoimi sztuczkami pod dyktando pańskiej dłoni. Z rękoma zasznurowanymi na plecach, w pozycji jak do modlitwy gasząca pragnienie spijając krople piwa z łyżeczki podanej przez Pana. Ale nie było zbyt efektywne. Pan jednak wie czym jest pragnienie. Nalewa piwo na spodeczek i przywołującym gestem nakazuje jej uklęknąć. Z miłością w oczach chowa się pod stołem i zachłannie chłepce płyn ze spodeczka. Nie powinno, a jednak dziwiło niektórych obecnych. Błyskają flesze. Pan jednak miał ochotę bardziej jeszcze pochwalić się swoja sunią. Zapalone świece obdarzają ją gorącymi łzami. Każda kropla wywołuje grymas na mojej twarzy, każde zetknięcie parafiny z jej skóra skutkuje nagłym drżeniem. Nie ma znaczenia, którą z nas Pan obdarza swoimi afektami, ta druga reaguje bez względu na to, czy bodźce są dla niej przeznaczona czy nie...I nie wiem na czym koncentrowali się obecni, na reakcjach jej czy na moich, miałam łzy w oczach, tak bardzo chciałam ją ochronić, ale niestety Pan miał inne zamiary. Nie pozwalał mi na jakiekolwiek przejawy aktywności, miałam Mu towarzyszyć – to wszystko. Czułam się trochę odsunięta, ale nic to, nie zwykłam polemizować z pańskimi decyzjami.
I taką pogrążoną w rozmyślaniach zastał mnie mężczyzna, który właśnie wszedł... Nasze spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy, wystarczająco jednak długo, żeby zmusić mnie do spuszczenia wzroku. Poczułam się nagle bardzo malutka, niepewna swego. A przecież Pan był obok, powinnam się zwrócić do Niego z tym, ale wiedziałam, że nie chciał bym zaprzątała Mu głowę drobiazgami. Postanowiłam unikać wzroku tego mężczyzny. Nie było łatwo, był wszędzie tam, gdzie zerknęłam. W Manekinie było zimno... stanęłam blisko piecyka, dyskretnie uniosłam rąbek krótkiej spódniczki, żeby obdarować ciepłem moje intymności. Poczułam ciepło rozlewające się po pośladkach... na myśl przyszło mi inne ciepło – to, którym obdarowują mnie dłonie Pana. I wtedy, unosząc twarz, znowu napotkałam to spojrzenie. Spłonęłam rumieńcem po dwakroć, nie dość, że bardzo mnie deprymował to jeszcze teraz obserwował moje wyczyny przy piecyku...
Z każda chwilą było gorzej i gorzej. Mężczyzna dosiadł się do Pana i rozpoczęli ożywioną dyskusję. A my stałyśmy tuż obok, tuż za Panem, przy barze. Mężczyzna mówił tak, żebyśmy słyszały rozmowę. Kochanka, bardzo już roznamiętniona, wsuwała mi dłoń pod spódnicę i całowała lubieżnie. Stałam przytulona do jej pleców, obejmując jej ramiona. Nagle tuż obok znalazł się ten mężczyzna.
- Jak bym widział moje suki – powiedział cicho.Teraz do wzroku, który wymuszał na mnie pozycję uległości doszedł głos – chłodny ale miękki, nie znoszący sprzeciwu. Czułam, że nie mam siły, żeby sprzeciwić się temu człowiekowi.
- Oprzyj się – powiedział do mojej kochanki – a ty całuj jej kark - zwrócił się do mnie.A my? Jak te dwa cielątka bez słowa, bez sprzeciwu wykonałyśmy polecenie. Byłam na siebie wściekła, ale to się działo. Ten mężczyzna podporządkował sobie mnie i nie potrafiłam nad tym zapanować.Uświadomiłam sobie, jak złe to zachowanie, jak bardzo ranię mojego Pana. Chciałam uciec, zapaść się pod ziemię, żeby tylko skończyło się już to spotkanie. Ale czym są moje chcenia? Po opuszczeniu lokalu udaliśmy się do mieszkania jeden z uczestniczek. Pan nadal trzymał mnie na dystans. To ona mogła klęczeć przed Panem podając mu kanapkę, to ja dotykał czule w policzek. A ja? Ja ciągle z boku... Najgorsze jednak było to, że Pan i mężczyzna rozmawiali na osobności... mijała godzina... druga... trzecia... Nie wiem o czym, ale byłam pełna najgorszych przeczuć. Przecież to, co zrobiłam było karygodne... podważyłam autorytet Pana – publicznie! To niewybaczalny grzech. Wiedziałam, że czeka mnie kara. Nie wiedziałam tylko kiedy i jaka. No cóż taki już los – trzeba wypić piwo, którego się nawarzyło.
Wracamy do domu, ja prowadzę, a Pan wraz z nią wtuloną śpią spokojnie na tylnym siedzeniu. Jest bardzo ślisko, dochodzi szósta rano. Spotykamy solarkę – jedną. Trochę za mało jak na takie miasto. Za mało. Wszystkiego dziś za mało... za mało suczenia, za mało oddania... tak, mojego oddania dziś było zdecydowanie za mało... Zaczynam oswajać się z myślą o czekającej mnie karze...
4 marca 2005
Menage a trois
Właśnie trafiłam na jakimś protalu medycznym na coś o dziwnie brzmiącej nazwie - Menage a trois. Nie znam ftancuskiego ale na 'oko' trąciło trójkątem więc poszłam dalej tym śladem. I oto jaką definicję znalazłam. Francuskie określenie małżeństwa we troje. Zjawisko polegające na tym, że małżonkowie mieszkają wspólnie z kochanką lub kochankiem jednego z nich. Pojęcie to nie jest równoznaczne ze współżyciem seksualnym trzech osób. Spotkaliście sie kiedyś z czymś takim? Przyznam się (bez bicia, hihi), że dla mnie to nowum. A już w żadnym wypadku się nie spodziewałam, że zjawisko jako takie ma nawet swoją nazwę. Swoją drogą ciekawe jak długo taki związek może trwać bez 'trójkątnej konsumpcji seksualnej'? zooza zastanawiająca się
3 marca 2005
Jego sekretne życie
Bob Berkowitz namówił setki mężczyzn do wyznań intymnych a zebrawszy to w zgrabną całość wydał w formie książkowej. Fantazje są pogrupowane tematycznie, usystematyzowane i okraszone delikatnym komentarzem (ale nie moralizatorstwem). Fantazje dotyczą kobiet inicjujących sex, fantazje o różnicy wieku partnerów, sexu z nieznajomą czy z prostytutkami; sexu grupowego oraz miejsc publicznych, fantazje dotyczące oralu i masturbacji a także te o krępowaniu i biciu oraz cybersexie). Publikacja dostarcza porcję całkiem intrygujących informacji na temat tego o czym fantazjują mężczyźni. Literatura raczej lekka, dobrze się czyta, choć czasami trochę... hmm... monotematyczna.2 marca 2005
Ciężka to praca przygotowć glebę pod siew...
Walka z wyglądem tego miejsca przypomina walkę z wiartakami - jedno poprawię, parę innych rzeczy przestaje działać. No tak... ale przecież nie mogę wymagać od prostej księgowej, żeby znała się na tych robaczkach, które pokazują się w zakładce edytor html wrrrr... gdybyż to były liczby... inaczej bym się z nimi rozprawiła. A tak cierpliwości muszę poszukać w sobie, cierpliwości i wytrwałości.Na razie chyba zostawię to wspaniałe zdjęcie kłosa... dojrzałego... ciepłego... emanującego cudownym spokojem i magią... Tak magią przemiany, skoncentrowanym życiem czekającym jedynie na możliwość wykiełkowania. Siłą, która niczym potężna sprężyna gotowa jest rozerwać uciskający ją pancerz żeby... żyć. Tak. Ziarno jest pargnieniem życia zebranym w jednym okruchu. Tak ulotne a jednak tak potężne - siły natury.Mądrej głowie dość dwie słowie jak mawiał poeta, ale mojej jak widać nie dość. Oto bowiem staczają w niej walkę dwie zasadnicze kwestie moralnej natury. Czy wolno mi umieścić tutaj wszystkie moje słowa? Czy choćby ścieżki ku nim prowadzące? Czy wolno mi emanować kobiecym ciepłem wraz z jego wilgotnymi i mrocznymi zakamarkami? Czyż nie powinnam zamknąć ich przed tymi, których umysły jeszcze nie skażone są fizycznym wymiarem własnej seksualności? Nie wiem... jak na razie nie udało mi się odgrodzić tego miejsca przed niepowołanymi oczyma. Zanim jednak rozstrzygnę w swoim sumieniu co zrobić nie załączę tu ścieżek przenoszących czytelnika w świat mojego mrocznego ja... jeszcze nie, jeszcze nie teraz.
1 marca 2005
Moja magia
Czas już po temu, żeby zebrać w jednym miejscu opowieści o tym wszystkim, co się wydarzyło. A jest tego trochę... Rozrzucone po ogromnej przestrzeni netu... Albo ciągle czające się gdzieś w zakamarkach umysłu czy mrocznych zaułkach duszy… Wyzierające z najgłębszych czeluści pamięci… Przywoływane dźwiękiem, obrazem, zapachem, smakiem czy wreszcie wspomnieniem… moje życie…Tak, napisałam już dużo słów, dla siebie, dla innych. Dla tych, których kochałam i dla tych których obdarzyłam innymi uczuciami, dla kobiet i dla mężczyzn… Były już „Listy do…”, były „Monologi kapłanki”, były opowiadania i wypowiedzi na forach. Teraz pozbieram te najbardziej znaczące albo najpiękniejsze, najbardziej emocjonujące czy najmilsze sercu w tym jednym miejscu… niech staną się wprowadzeniem do słów, które przeszły potem… słów, które przyjdą… słów, które są we mnie… Moja skarbnica emocji zapisana słowami, moja tajemna siła, moja magia…
Subskrybuj:
Posty (Atom)