7 września 2005

Loreena McKennitt

Poznałam ją rok temu, przez Przyjaciela, który jest jej wielbicielem. Pokochałam ją od pierwszego utworu. Czaruje swoim głosem wszystko wokół, tworząc w umyśle wizję świata pełnego czarów i tajemnic, gdzie z każdego zaułka wychyla głowę elf. Rudowłosa bogini opowieści o zielonej wyspie, o pani zamku, o łabędziu… Magia zaklęta w dźwiękach…Jej słodki kojący głos stał się częścią mojego życia, a burza płomiennych włosów synonimem spokoju. To ona kołysze moje biodra w miłosnych uniesieniach, to dotyk jej jedwabistych słów koi skórę podczas chłosty, ona wsłuchuje się moje łzy w kąpieli i jest towarzyszką moich rozkoszy. Wróciła z blisko dwumiesięcznej banicji, ale wróciła jak do siebie. Nie, ona wróciła do siebie. Rozgościła się na powrót w sypialni i w salonie, zabieram ją na przejażdżki samochodem, a dziś pokazałam jej moje biuro. Tak, teraz mogę powiedzieć, że jest ze mną wszędzie. Nie znam żadnej innej muzyki i głosu, które tak dobrze komponowałby się z diametralnie różnymi aspektami mojego życia.

Dziękuję za Loreenę McKennitt, Przyjacielu.

6 września 2005

Barometr

Dzień trzeci : Fiolet w pełni – na biodrach, udach i w pachwinie. Za to na piersiach ciągle czysta, żywa czerwień. Ciekawe czy będzie niebieski siniak czy od razu yellow. Ślady na szyi schodzą w oczach. W zasadzie to ślady na duszy także. Już nie pamiętam niemal jak było…

Kwaśne winogrona

Właśnie uświadomiłam sobie, że niedosyt mojego umysłu zaczyna agresywną ekspansję. Na szczęście resztki zdrowego rozsądku ogłosiły obronę Częstochowy, okopały się i podjęły kontratak. Patrzę na siebie, słucham i to co widzę to klasyczny przypadek opisany przez Józefa Kozieleckiego w Koncepcjach psychologicznych człowieka. Działania dywersyjne, krótko mówiąc odzieranie z magii, znajdowanie słabych punktów. Czyli szukanie dziury w całym. A najgorsze jest to, że to wszystko na gwizdek podświadomości. Reakcja obronna organizmu. Fizjologia można powiedzieć. Zadziwiający twór ten umysł. Z jednej strony autodestrukcja z drugiej program naprawczy. Ale dopóki się tego nie analizuje żyje się w nieświadomości.Skoro już „znalazłam” te kwaśne winogrona w kiści to mogę spokojnie je z tego grona zerwać i wyrzucić. A piękną, rozpromienioną kiść wspomnień ułożyć na środku stołu i delektować się jej widokiem, aromatem a może i smakiem… kiedyś… Na razie mój wewnętrzny „dr Freud” zaleca umysłowi dietę bezednorfinową. Powinno pomóc zanim popadnę w szaleństwo.

Kwaśne winogrona

Właśnie uświadomiłam sobie, że niedosyt mojego umysłu zaczyna agresywną ekspansję. Na szczęście resztki zdrowego rozsądku ogłosiły obronę Częstochowy, okopały się i podjęły kontratak. Patrzę na siebie, słucham i to co widzę to klasyczny przypadek opisany przez Józefa Kozieleckiego w Koncepcjach psychologicznych człowieka. Działania dywersyjne, krótko mówiąc odzieranie z magii, znajdowanie słabych punktów. Czyli szukanie dziury w całym. A najgorsze jest to, że to wszystko na gwizdek podświadomości. Reakcja obronna organizmu. Fizjologia można powiedzieć. Zadziwiający twór ten umysł. Z jednej strony autodestrukcja z drugiej program naprawczy. Ale dopóki się tego nie analizuje żyje się w nieświadomości.Skoro już „znalazłam” te kwaśne winogrona w kiści to mogę spokojnie je z tego grona zerwać i wyrzucić. A piękną, rozpromienioną kiść wspomnień ułożyć na środku stołu i delektować się jej widokiem, aromatem a może i smakiem… kiedyś… Na razie mój wewnętrzny „dr Freud” zaleca umysłowi dietę bezednorfinową. Powinno pomóc zanim popadnę w szaleństwo.

Niebezpieczny umysł czyli siła popędów

Kto nie panuje nad swoim umysłem nie panuje nad sobą, nad swoim życiem – staje się niewolnikiem własnej podświadomości. Prawda, która boli. Mój umysł jest nieokiełznany. A niekontrolowany umysł staje się zagrożeniem nawet dla ciała. Własnego ciała.

Jak to możliwe, że przy fizycznym zmęczeniu odbierającym władzę nad kończynami i powiekami, dezaktywującym ośrodek mowy, po czterech zaledwie godzinach snu pierwszą myślą jaka pojawia się w głowie jest – JESZCZE! Zanim otwarte oczy ujrzą krajobraz po bitwie, zanim palce dotkną sinych pręg, zanim mięśnie przypomną o swoim istnieniu najmniejszy nawet neuron rozdziera mózg kolejnym impulsem żądzy. Jak w narkotycznym widzie jeden tylko cel kołacze się pod czaszką. Jeszcze. Znowu. Więcej. Ciągle. Najdziwniejsze jest to, że ten głód w umyśle działa jak znieczulenie. Miejscowe. Purpurowe i rozognione miejsca nie domagają się ukojenia, kwas mlekowy w mięśniach zostaje skonsumowany jak poranna filiżanka kawy, pole widzenia zawęża się. W rezultacie dochodzi do zmiany priorytetów. Kierunek autodestrukcja. Ciało schodzi do poziomu transmitera osiągając stan zbliżony do filmowych zombi. Czy endorfiny mogą aż tak uzależnić? Tak bardzo, że umysł działa przeciwko swojemu żywicielowi? Że stymuluje ciało do szybszej niż naturalna regeneracji albo też pozoruje symptomy tej regeneracji? Prosta droga do autodestrukcji. Na szczęście duża ilość ograniczeń z gatunku socjalno-społecznych i odrobina zdrowego rozsądku nie pozwala na zaspakajanie zachcianek umysłu za wszelką cenę. Ale gdyby nie to…

Przypomniał mi się eksperyment ze szczurami w roli głównej. W dużym skrócie: naciskanie jednej z dwóch dźwigni w klatce skutkowało podaniem pokarmu, druga dźwignia uruchamiała mechanizm przesyłania do mózgu impulsu elektrycznego, który stymulował wydzielanie endorfin. I szczury głodziły się na śmierć serwując sobie ciągle dawkę przyjemności zamiast jedzenia. Hmm jestem głodna i wybieram się do kuchni, żeby upolować jakieś śniadanko (więc chyba jeszcze nie osiągnęłam tego etapu co szczury z eksperymentu).

5 września 2005

Barometr

Dzień drugi: Wszystkie ślady bardzo jeszcze świeże. Kolorystycznie bez zmian. Pojawiła się bolesność miejsc, które już jutro będą pewnie granatowo-sine. Mocno odzywa się prawa pachwina – siniaczek niczego sobie… a to tylko palcat. Zadziwiające ale brak śladów po pejczu w okolicy krocza. Cycactwo obolałe bardzo. Miałam dziś pójść do lekarza po zaświadczenia na nurki, ale poczekam bo nie bardzo mam ochotę rozebrać się do badania. Starsza pani – a nóż zemdleje z wrażenia. Mam jeszcze dwa dni, poczekam. Dziś tylko laryngolog – popatrzyła na ślady za uchem ale słowa nie rzekła. I dobrze.

Pejzaże Karin Rosenthal

Urodzona 7 maja 1945 roku w Hartford w stanie Connecticed Karin Rosenthal jest pierwszą kobietą, która zagościła w mojej osobistej galerii aktów tendencyjnie subiektywnych. Jest ponadto pierwszy fotografem, który nie związał swojego życia z tą dziedziną sztuki, przypadkowo czy połowicznie. Powiem więcej – w swojej rodzinie jest trzecim pokoleniem parającym się fotografią. Swoje uwarunkowania genetyczne poparła solidnym wykształceniem w tym zakresie. Do roku 1973 wolny strzelec, później parała się co nieco fotografią komercyjną. Od 1990 poświęciła się niemal całkowicie fotografii artystycznej, ze szczególnym uwzględnieniem aktów. Od lat siedemdziesiątych stale powiększa kolekcję prac pod wspólnym tytułem Nagość w wodzie. I ten właśnie dorobek jest, moim zdaniem, kwintesencją jej pracy.Zachwycające czarno-białe zdjęcia ciał lub ich fragmentów w połączeniu z wodą, zatrzymany w kadrze moment łączącego rozdzielenia materii, zastępowalności pewnych elementów. Jak bowiem inaczej nazwać emanujące spokojem i naturalnością palce zajmujące miejsce kwiatów nenufaru czy też pośladki, do złudzenia, przypominające ich liście, albo kołyszące się nad nimi jak trzcina stopy.





Czy można oprzeć się skojarzeniu odsłoniętych przez wodę pośladków i zarysu pleców z sennym wylegiwaniem jakiś zwierząt w ich naturalnym środowisku?


Czy zarys zgiętej w kolanie nogi wraz z linią boku, jakby uciekającą z kadru nie przywodzi na myśl sylwetki żaby szykującej się do skoku. Tak, może to właśnie jest królewna zaklęta w żabę…


A pełne spokoju ciało sunące tuż pod powierzchnią wody, nie mącące jest przejrzystości, bezszelestne, nagie, kołysane miarowymi, niemal nie zauważalnymi ruchami akwenu czy ni jest wyjętą wprost z szekspirowskiej powieści ilustracją Ofelii?


Na koniec te wszystkie zdjęcia, gdzie oprócz zarysu ciała-wyspy na tle gładkiej powierzchni wody nie ma nic. Żadnych wodnych roślin, żadnego mącącego ciszę elementu dynamiki… No może jedynie pojawiające się gdzie niegdzie smugi oliwki, którą woda zachłannie zlizuje z bezbronnego ciała, może tylko ta smuga wśród bezludnych wysp ludzkiego ciała…


Niedoścignione pejzaże natury widziane niezwykłym okiem obiektywu, za którym stanęła kobieta.

Było niebo, była wieczność....

Było niebo, była wieczność.
Ekstaza miłości, zachwyt bezcielesny z otwartymi objęciami, bieg o stopę ponad ziemią.
Było niebo, była wieczność.
W centrum młodości, w czasie dojścia do zenitu sił miłosnych, naszej doczesnej wieczności.Wzruszasz dzisiaj ramieniem, wspominając ówczesne szaleństwo twoich młodocianych zmysłów? No to szydzisz z nieba,
z promienistego nieba dzikiej młodości!
Wszyscy, choć raz w życiu, wstępujemy do raju.
Wszystkich nas wypędza z niego grzech, którym jest czas.
Czas to nasz grzech rajski.
Czy zdarzyło ci się, będąc młodym i szczęśliwie zakochanym, słuchać koncertu Bacha? Tak? Byłeś więc w niebie.
Krótko? Dłużej byś nie wytrzymał. Byłeś tyle, na ile cię stać.
Raj jest za tobą, nie przed tobą, nie nad tobą.
Odwróć się i patrz: tam, nisko na horyzoncie, złoci się jeszcze i lazurzy dawne twoje niebo.
MPJ

Finalle Grande

Po tych szczebelkach wspinałam się tej nocy na szczyt rozkoszy. Okupionej bólem i łzami, poniżeniem i upokorzeniem, strachem i wstydem. Ale to, co czekało na mnie na szczycie nie da się opisać słowami ani równaniem matematycznym. Nie da się narysować mapy do tego miejsca ani zapisać receptury na ten specyfik. Tego nawet nie dało się wykrzyczeć zawartością płuc. To coś, co zawrzeć się da w dźwięku zbliżonym do ‘trrrr’. Coś co zabiera wszelką świadomość i przecina kontakt ze światem. Coś, czego nie chce się opuścić z własnej, nieprzymuszonej woli. To sfera rozkoszy wszechogarniającej, zdolnej przesuwać góry. Rozkoszy z tak innego świata, że nie sposób jej doświadczyć bez solidnych więzów. Orgazm, przy którym siła huraganu Katrina wydaje się być iluzoryczna. Coś, po czym ze zmęczenia zasypia się na twardym stole, w obecności ludzi nie będąc w stanie utrzymać powiek w górze. I to właśnie było mi dane, to stało się moim udziałem. I za to dziękuję.Adam Sikorski pisząc dla Budki Suflera tekst piosenki „Cień wielkiej góry” nie mógł przewidzieć, że dla mnie tą górą, tym cieniem będzie fizyczna rozkosz… ale tak właśnie było… Weszłam na ten szczyt. To pieśń o mojej rozkoszy, rozkoszy, która przychodzi…


Ona przychodzi chytrze,
Bez ostrzeżeń i gróźb,
Krzyczy pękniętą liną,
Kamieniem zerwanym spod stóp,
Spod stóp.

Wszystko zaczyna się zwykle,
Jak każdy wspinaczki dzień,
Trudny dzień.

Ściana, droga pod szczyt,
A potem nagle krzyk - oooooo...

Góry wysokie, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej!

Góry wysokie, wiem co z Wami walczyć każe,
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Na rzęsach szron, inni już idą dalej,
Na twarzy śnieg lecz są nowi, śmiali są,
Tylko czasem zamyślenie, tylko czasem zamyślenie.

Sam możesz wybierać los, szczytów, szczytów ślad
Sam możesz wybierać los, zrozum to, wejdź na szczyt!

Góry wysokie, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu lecz następni pójdą dalej
Tylko czasem zamyślenie, tylko czasem zamyślenie.

Sam możesz wybierać los, szczytów, szczytów ślad
Sam możesz wybierać los, zrozum to, wejdź na szczyt

Piedestał a rzeczywistość

Ideał nie sięgnął bruku. Nadal stoi na piedestale, nadal wznoszę oczy ku niemu. Ta nominacja jest dożywotnia. I nawet jeśli nie wszystko było tak jak bym sobie tego życzyła – nie ważne. Nie idealizuję Pani bezwiednie. Mam świadomość wad i ograniczeń. Po prostu jest. Ona i tylko Ona. Jedna jedyna. Żadna z kobiet nie jest w stanie zagrozić tej pozycji. Lecz jest ktoś kto nawet nie musi Jej detronizować, ponieważ jest w moim życiu najważniejszy – Pan Mąż. Jestem mu wdzięczna, że pozwolił mi sięgnąć po moje marzenie, że pozwolił i pomógł je zrealizować. Bez Niego to wszystko nie mogłoby się wydarzyć. Jego miłość jest moją siłą. W zamian mogę Mu ofiarować jedynie siebie, moją wyobraźnię, moje uwielbienie i moją uległość. Tylko tyle…

Proszenie o litość

Jestem silna. Potrafię przyjąć to, o co prosiłam. Jestem suką. Jestem z tego dumna’. Tym razem to nie zawołanie, to nie podpis pod słowami, które zostawiam. To rzeczywistość. Co jednak kiedy rzeczywistość przerasta wyobrażenie? Wtedy trzeba zebrać w dłonie łzy i podać je z błaganiem o litość. Ale to takie trudne. Tak chciałoby się podołać, nie rozczarować siebie i innych. I czasami słabości wystarcza tylko na słowo proszę, a na odpowiedź na pytanie ‘o co prosisz?’ – już nie. Ale nie zawsze. Innym razem artykułuję swoją słabość pełnym zdaniem… Bo wiem, że mogę. Bo wiem, że to moje prawo. Bo wiem, że nikt nie chce zrobić mi krzywdy. Mnie – swojej zabawce. Zresztą Pan Mąż, mój jedyny ukochany Pan, On sam powtarzał mi to nawet przed tym ostatnim spotkanie. Powtarzał słowa, które dźwięczą w zakamarkach głowy, że to ja decyduję kiedy powiedzieć stop. On sam. I tak było. Moje decyzje, moje błaganie o litość. Z jednej strony własny upór i ambicja, z drugiej najzwyklejszy w świecie poziom odporności na ból. Choć nie - jest coś jeszcze. Chęć sięgnięcia poza horyzont. Chęć poznania nieznanego. Chęć przekroczenia własnych granic. Choć o przysłowiowy centymetr. Własna próżność czyli ‘I can do it’. I dlatego tak trudno to powiedzieć. I dlatego czasem w otchłani gardła wyrywa się jedynie proszę… nic więcej… Przekroczyłam kilka swoich granic wczorajszej nocy. Jestem suką. Jestem z tego dumna. Tylko czy to jest powód do dumy dla innych?

Współodczuwanie do potęgi entej

Obcy mężczyzna odbierał chłostę. Tym samym pejczem, który chwilę wcześniej rysował znaki pożądania i tymczasowej własności na mojej skórze. Stał w tym samym miejscu. Ta sama dłoń trzymała narzędzie kaźni. Jego oddech słyszę w głowie do dziś. Nie krzyk, nie jęk, nie prośbą o łaskę, ale właśnie oddech. Szybki, płytki, nasączony wstydem i świadomością nieuniknionego. Dyszenie ociekające uległością, westchnienia spływające pytaniem ‘dlaczego?’. Nie byłam w stanie patrzeć. Mój oddech stawał się jego oddechem. Razy, które spadały na jego ciało słyszałam i czułam na własnej skórze. Bolały. Bolały zupełnie tak jak te z przed kilkunastu minut, te moje. Mięśnie napinały mi się bezwiednie oczekując tej nagłej, bolesnej pieszczoty. Moje mięśnie. On nie uronił łzy. Z moich oczu spłynęło ich całe mnóstwo. Czy po tym mogę jeszcze powiedzieć o nim ‘obcy człowiek’? Objęcia kochanki i czułych dłoni Pana pozwolił mi przezwyciężyć spazmatyczne ruchy własnego ciała. To był mój odpoczynek przez kolejnym preludium do rozkoszy.On ten obcy-nieobcy człowiek odebrał z rąk naszej Dręczycielki to, czego ja nie byłabym w stanie znieść. Może nawet nie wiedział o tym. Ale ja to wiem. Taka była jego rola tego wieczora. Nie jedyna zresztą.

Poziom wstydu

Stałam po środku pokoju, pięć par oczu błądziło po pomieszczeniu, częściej lub rzadziej zatrzymując się na mnie. Stałam trzymając w ustach moją purpurową smycz kiedy usłyszałam sakramentalne ‘rozbierz się’. Wiedziałam, że to nastąpi, ale nie wiedziałam, że będzie tak trudno. Drżącymi ze strachu i wstydu palcami rozpięłam suwak sukienki. Przykrywając płonące oczy powiekami, zsunęłam ją do kostek. Krok. Ten pierwszy nagi krok bolał jak policzek. Ale nadstawiłam drugi – zrobiłam krok, który wyprowadził mnie poza obszar chroniony sukienką. Zrobiłam to. Stałam niemal naga, pozwalając im przyglądać się sobie. Ostatnimi bastionem mnie były pończochy, które kurczowo trzymały się moich nóg i buty, których obcasy podtrzymywały moje stopy na duchu, nie dając im upaść zbyt nisko. Obrazu dopełniał szkarłat obroży na szyi i smyczy oplatającej ciało, spływającej ku stopom. Była jak piętno, jak szkarłatna litera na białej skórze… Widziałam tylko spojrzenie Pani i Jej uśmiech, Panu wstydziłam się spojrzeć w oczy…

Ile kosztuje marzenie?

Ile można poświęcić dla własnej przyjemności? Ile zaryzykować? Ile wystawić na ciężką próbę? Ile kosztuje powrót do rzeczywistości? Kiedy wraca ostrość widzenia? Te i cała masa innych pytań kłębi mi się w głowie od kiedy otworzyłam oczy dziś rano.
Dla własnej przyjemności :
  • zmieniłam plany na sobotni wieczór pięciu osobom
  • postawiłam kogoś w trudnej sytuacji
  • nakłoniłam kogoś do akceptacji takiego stanu rzeczy
  • zapomniałam o całym świecie
  • fizycznie obnażyłam swój ekshibicjonizm
  • wysłałam kilkadziesiąt esemesów
  • odstąpiłam od precyzyjnych planów pozwalając na ich zmianę przez kogoś

Skutkiem tego przez najbliższych:
  • kilkanaście nocy nie będę sypiać nago
  • kilka wieczorów nie zaznam ukojenia gorącej kąpieli
  • kilka dni skazana jestem na golf i rękaw ¾
  • kilka tygodni normą będzie stan nieprzytomnego zadurzenia
  • kilka tygodni wyleję morze łez

Taka jest cena za doganianie wspomnień, za realizacje marzeń, za sięganie po rozkosz. Wysoka. Wiem, że wysoka.

4 września 2005

Barometr

Dzień pierwszy: No nieźle to wszystko wygląda. Gorące i bardzo widoczne ślady po palcacie (idealne prostokąty odciśnięte na skórze). Pręgi po pejczu purpurowe i wypukłe. Głównie na ramionach i biodrach. Wypukłość wyczuwalna pod palcami. Ciągle żywe i ciepłe... Niestety także na szyi i w okolicy ucha. Hmm wystają z pod golfa. Hmm2 - zastanawiam się nad jakimś wyjaśnieniem: alergia? krzaki? spadłam z łóżka? Sama nie wiem, hihihi. Duże zakwasy w mięśniach ramion i obręczy barkowej (musiałam się nieźle szarpnąć na stole, bo innego źródła takiego stanu rzeczy nie znajduję). Na piersiach wyraźnie odbite ślady palców, głęboki czerwony ślad 'niewidzialnej ręki'. Dość tkliwe na dotyk (o leżeniu na brzuchu można na razie zapomnieć). No i jeszcze panna dupencja, ciągle zdziwiona tym, co zaszło. Nie boli, ale czuję się nieswojo. Ciekawe jak długo potrwają te odczucia...

Byłam w raju...

Byłam w raju...
jeśli kiedyś
moja świadomość z niego powróci
być może opowiem jak było...

1 września 2005

Koniec świata telefonu

Telefon ciągle milczy. Jak zaklęty. Złośliwe ustrojstwo. W takich chwilach żałuję, że crush nie jest tym w co się bawię. Wizja rozgniatanego na drobne kawałki metalową szpilką telefonu jest tym, co wywołuje u mnie uśmiech. Właśnie teraz. Nie, to nie byłaby pieszczota. Żadnych dotyków, żadnych pożegnań. Ot po prostu. Ja i chodnik, a między nami znienawidzona elektroniczna bestia, z którą trzeba skończyć. Powoli zagłębiający się weń obcas, trzask łamanego moralnego kręgosłupa, którego nigdy nie miał. Esemesy z archiwum, rzucane jak obelgi pod moim adresem odtrącam kopnięciem. Metodycznie kawałek po kawałku wydobywam z niego to, co skrywał przed światem. Zaciśnięte w pięść dłonie, wzrok wzniesiony do nieba i krzyk złości, który uwalniam z każdym złamanym szczątkiem elektroniki. Niech jeszcze wydaje dźwięki, jeszcze błyska światełkiem kiedy dociskam go do betonowej powierzchni chodnika, niczym niedopałek. Jeszcze obrót na pięcie i odchodzę. Pozostawiając go w niemej niemocy. Jeszcze rzut oka i wykrzyczane słowa „Milcz. Teraz już możesz. Teraz ci wolno” .

To wyrok w zawieszeniu.
Dziś czekam na jedno krótkie słowo.
BĘDĘ.
Cztery litery jak bilet do nieba.
Cztery litery jak bilet do piekła.
Nie ważne dokąd.
Chcę jechać.
Tak bardzo chcę…

Pejzaż jesienny

Niezmiennie nadciąga jesień, jeszcze jej nie czuć w powietrzu ale już widać. Z pól, które mijam każdego ranka zniknęły ukochane zboża. Już nie powiewają na wietrze długie jasne włosy jęczmienia. Odszedł. Już nie ma pyzatej i uśmiechniętej blond pszenicy. Odeszła. Nawet dumne i wyniosłe żyto nie pokazuje mi swojego oschłego oblicza. Odeszło.

Na ziejącej pustką przestrzeni rżyska zalegają jeszcze resztki sukien, sprasowane w mniej lub bardziej zgrabne paczki. Wkrótce i one znikną. Następnego ranka, a może za dwie noce zobaczę krajobraz po bitwie. Jak hotelowy pokój sprzątnięty przez pokojówkę, która zbiera rozrzucone ubrania do kosza z praniem, a czyste układa w szafie. Jak hotelowy pokój… Zboża, kłosy, ziarna… gościły tu czas jakiś, a teraz odlatują jak ptaki do ciepłych krajów. Zaszywają się w zacisznym półmroku spichlerzy czekając na nową szansę, na nową wiosnę, na nowe życie…

Lecz to nie koniec. Przyjdzie dzień, kiedy z chirurgiczną precyzją i równie zimnym, bezdusznym narzędziem, ktoś rozetnie matkę ziemię. Jej rozorane, otwarte łono wystawi na pastwę zimna. Wyrwie resztki tych, które na własnej wyhodowała piersi. I porzuci – wykorzystaną, samotną, wzgardzoną… Zapomniana przez świat będzie łykała łzy niebios, które nad nią zapłaczą. Łzy suszone porywistym wiatrem, łzy rozświetlone błyskawicą. A potem umęczona swoją miłością zaśnie pod puszystą kołdrą śniegu. I śnić będzie o przyszłości. Nie lepszej, nie gorszej, ale o przyszłości. Po prostu. O wiosennym słońcu, które pełzając po skórze obudzi ją do życia. O pełnym pożądania wzroku tego, który przyjdzie żeby uczesać jej skołtunione włosy. O pławieniu się w strugach wiosennego deszczu. O oblubieńcu, który przyjdzie, żeby począć nowe życie…Jestem ziarnem z kłosa, który ścięto.

Jestem ziarnem, które potrafi przetrwać. Jestem ziarnem, w którym drzemie wola życia. Jestem ziarnem czekającym wiosny. Jestem ziarnem…

A może lepiej rzucić się z wysokości wprost pod końskie kopyta i koła wozu, może zostać wśród słomianych resztek. Może przybędzie oracz leniwy lub z fantazją taki, co miast orać ogień zaprószy. I pozwoli spłonąć w ogniu tak szybkim jak myśl? Może… Lecz ziarna nie odradzają się w ogniu, to domena feniksów…

Ile trwa magia?

Od pierwszego słowa do słowa ostatniego, które zamykaja klamrą czas i wydarzenia upłynęło 31.311.900 sekund. Tyle trwała magia...

31 sierpnia 2005

Ciotki

Ciotki nie były piękne, nie miały nic z wróżek.
Były dzielne, szczawiowe, barchanowe żony.
Nie miały złotych włosów ani cienkich nóżek,
ani oczu złowrogich o rzęsach zdziwionych.
Brały serio swe dzieci, kwiaty i owoce,
mężów trzymały krótko, perfum nie lubiły,
zasypiały spokojnie w księżycowe noce,
pełne kurzej tężyzny i jaglanej siły.
Jedynie ciocia Jola wiotka i pachnąca
przypominała wróżkę i paryską lalkę.
Chodziła w piórkach ptasich i tiulach ze słońca,
całowała, podnosząc gwiaździstą woalkę...
Wkrótce ją jakieś wichry żałosne rozwiały
wśród wiosennych błyskawic i szumów ponurych...
Zgrzebne ciotki płakały - lecz nic nie wiedziały,
jaki był smak miłości... trutki na szczury.
MPJ

Żyj szybko, umrzyj młodo jak mówi przysłowie, wówczas wiesz chociaż, że żyjesz. Kiedy pierwszy raz przeczytałam ten wiersz miałam może dwanaście lat. Wydawał mi się zabawny. A dziś? Dziś też się uśmiecham podczas lektury, lecz inny mam zgoła powód po temu. Oto bowiem w kilku słowach opisana jest historia tej, która odmieńcem w swojej rodzinie była. Tej, która ponad zwykłe, zdrowe życie przedkładała uciechy tego świata. Nie pomna zagrożeń, odrzucająca uprzedzenia ciotka-trzpiotka, od początku do końca. I nawet finał niezwyczajny wybrała dla swojego odejścia. O tak! Dziś zwykłych ciotek imion nikt już nie pamięta… A ciocia Jola, jak wstydliwa rodzinna historia, przekazywana z pokolenia na pokolenie – żyje. I żyją jej potępienia godne występki, i gwiaździste woalki, i perfumy, i tiule… Wszystko owiane zapachem tajemnicy i bezwstydu, z poza których wyziera zazdrość. Tak, ciocia Jola poznała smak życia…