25 grudnia 2007

Wspomnienie twoich rąk

Kiedy wspomnę pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki
na sosnowej półce
Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona
Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręką usta
Nie mogę przecież krzyczeć

Małgorzata Hillar

Są takie wspomnienia, które chciałabym na wieczność zatrzymać w zakamarkach pamięci. Są takie dotyki, które równie mocno chciałabym wyrwać z korzeniami z miejsc, w których tkwią. Te same dłonie potrafią wykreować tak różne doznania…
Czy gdybym pozbyła się niechcianych przebłysków czasów minionych byłabym szczęśliwsza? A co, gdybym wraz z nimi utraciła te, których tchnienie po prostu mieć muszę? Nie warto. Tylko dlaczego tak trudno jest zapomnieć…
Staje czasami wśród ludzi mijających mnie i zasłaniam usta. To takie ludzkie. A może bez tego, co boli byłabym mniej ludzka?
Niech wspomnienia tych wszystkich dotyków, które rozpalały żądze zasłonią te mniej pożądane. Właśnie tak – do pierwszego szeregu poproszę Palce, Dłonie i Usta, które potrafią przenosić góry, zatrzymać czas i tworzyć magię. Gdziekolwiek się znajdą. Karuzela wspomnień niech wiruje.

22 grudnia 2007

Pobożne...

Od Mikołaja, bynajmniej nie świętego, poproszę duże pudło wolnego czasu i kochankę pod choinkę. No dobra, niech będzie jeszcze rózga do pełni szczęścia.
Perspektywa końca roku trochę mnie zniechęca do życia, chciałabym włączyć pauzę, albo przelecieć ten kawałek na zwolnionych obrotach. Zanim się otrząsnę z nawału pracy miną i święta, i sylwester, i moje urodziny. Tak, tak, złapię pierwszy oddech gdzieś koło walentynek dopiero.

21 grudnia 2007

Christmas party

Fraza, która za czasów korporacji nabrała odcienia obowiązku, a za czasów fabryki obowiązku do kwadratu (tyle, że w fatalnym kiczowato-wieśniackim wyglądzie). Wczoraj przywrócony został jej pierwotny charakter. Oczyszczona ze sztuczności, blichtru przerośniętego ego organizatorów, pompatyczności i łaski zarządzających została tym, czy była pewnie kiedyś w pierwotnym zamyśle. Z pracowniczej/ firmowej wigilii czy anglezowanego christmas party zostało to, co najlepsze – party. Zamiast sztywnej i nadętej ‘zasiadanej’ kolacji z przemowami, pseudokonkursów organizowanych przez wyspecjalizowanych ‘wodziryjów’ trzy razy W – Wolny parkiet – Wolny mikrofon – Wolny bar. Ludzie potrafią się bawić, oj potrafią – wystarcz im nie przeszkadzać.

No, nie powiem była część oficjalna, ale tak przyjaznej oficjalności życzyłabym sobie zawsze. Było wręczanie nagród (taka branża – wciąż jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam), ale były też słowa uznania, wywołanie z ‘imia i nazwiska’, cmok w mankiet i róża dla tych, o których się zazwyczaj nie myśli czy tak zwanych służbach pomocniczych kosztotwórczych – księgowe, sekretarki, recepcjonistki. Dziewczyny wzruszone do niemożliwości, Prezio urośnięty też do niemożliwości. Grunt, że było miło.

A potem już tylko pogaduchy, drinusie, tańce i śpiewance. Serio doskonała impreza. Lokal – palce lizać (nie wiem tylko dlaczego w toalecie były ostrzeżenia proszę się nie wychylać wiszące na atrapach okien, no ale co kraj to obyczaj). Ubawiłam się serdecznie. A gremialnie chóralne wykonanie „Baranka” w charakterze karaokowych szranków przejdzie chyba do historii. Tak czy owak zachrypnięta jestem, a i owszem. Do biura dotarłam około 10 a i tak byłam jedną z pierwszych. Delikatny ‘afterek’ przy kuchennym stole, na którym królowały wynalazki uzupełniające elektrolity trwał prawie do dwunastej. Ale w miłym towarzystwie to i kac nie straszny. Czego i innym życzę.

15 grudnia 2007

Pędzel miłości

"Pędzel miłości. Penis – życie i twórczość" autorstwa Bo Coolsaet’a

Jeden z nielicznych przypadków, kiedy o sprawach ogólnie nazywanych „tymi sprawami” autor opowiada nie tylko w sposób przyswajalny dla zwykłego człowieka, ale wręcz bardzo zajmująco. Ciekawa jest już formuła książki – nie monolog przeładowany terminologią medyczna, nie felietony, ale korespondencja faksowo-listowa oraz zapisy rozmów. Tak, właśnie dialog między dwoma mężczyznami, z których jeden jest klasycznym posiadaczem i użytkownikiem penisa, a drugi dodatkowo uznanym urologiem. Forma pytań zadawanych przez użytkownika, jego drążenie tematu sprawia, że temat wciąga zarówno udzielającego odpowiedzi, jak i czytelnika.

Kopalnia wiedzy na temat anatomii. Nigdy nie przypuszczałam, że do erekcji ‘przykłada palce’ aż tyle mięśni. Bo to i dźwigacz jądra, i mięsień opuszkowo-jamisty, i kulszowo-jamisty, i opuszkowo-gąbczasty. Przede wszystkim jednak informacja na temat ćwiczeń mięśni przepony miednicy (taki odpowiednik kobiecego Kegla). Krótko mówiąc jak wykorzystać korki na ulicach do efektywniejszego korzystania z własnego sprzętu , a docelowo zwiększenia zadowolenia z seksu zarówno penisoposiadacza jak i jego partnerki czy partnera. Opowieści o fascynującej (moim zdaniem) fizjologii wytrysku – odruchy warunkowe i bezwarunkowe zadające kłam teoriom powstrzymywania wytrysku siła woli (zwłaszcza metodą myślenia o czymś innym i aseksualnym). Co można, to można, ale na odruchy bezwarunkowe nie ma mocnych – czysta żywa fizjologia. Garść informacji na temat tego komu i do czego prostata potrzebna. I wiele innych ciekawostek.

Formuła książki pozwala połknąć ją niemal za jednym zamachem ze względu na swoją lekkostrawność. Interesująca z punktu widzenia kobiety, ale facet znający swojego penisa ‘od małego’ znajdzie tu informację, które go zaskoczą.



14 grudnia 2007

Prezentem w blog

No i zaczyna się nauka na nowo, bo się adminom usprawnień zachciało. Niby wiem, że postęp i te rzeczy, ale jeśli chodzi o techniczną stronę pisacielstwa to wolę wiedzieć co się gdzie znajduje i jak działa. A tak będę zmuszona parę razy kliknąć tu i ówdzie zanim się rozeznam w nowej wirtualnej rzeczywistości. Mam tylko cichą nadzieję, że w tym przypadku lepsze nie będzie wrogiem dobrego. Nie ma co narzekać – zakasać rękawy i do zapoznania się z nową materią odmaszerować. Na razie widze, zednia czcionak nie jest możliwa do używania niestety, a jednicześnie w ramach udogodnień za każdą notką konieczne jest ustawianie czcionki. No dla mnie bomba - przepadam za uszczęsliwianiem na siłę. Zamiast takich pierdół dołożyliby edytor wyłapujący brakujące ogonki w ęćkach i ąćkach. Wrrrr.

6 grudnia 2007

Dzięcioł raz!

Co zrobić kiedy w wieczór przed imprezą człowiek staje przed wyzwaniem jak zrobić strój dzięcioła w dwie godziny i to z niczego? Recepta jest prosta. Wystarczy wyciągnąć wszelkie ścinki lacki w kolorach czarnym i czerwonym oraz innych gumowanych tkanin i pokombinować. Przy pomocy maszyny do szycia, gumy, zszywacza i białej bluzki z kapturem wyjdzie dzięcioł jak się patrzy. Całe szczęście, że nie spadł na mnie dziób bo tego się raczej z fetyszowych materii popełnić nie da (miałam koncept, żeby wykorzystać coś z różowego winylu, ale jakoś tak za bardzo przypominało to inną część ciała, w dodatku taką, której dzięcioły raczej nie posiadają w tym rozmiarze). Ciekawam bardzo jak się ptaszysko udało i jak na scenie wyglądać będzie.

============

utaszz 2007-12-11 22:43:36 83.16.76.2 unknown
Jezusicku, fetyszowy blyszczacy dzieciol! Marzenie kazdego fotografa przyrody. Pozdro.

29 listopada 2007

Niedoczas

Prawie mi to przez gardło przejść nie chce, ale chyba w końcu muszę to powiedzieć. Ugryzłam więcej niż mogę zjeść i chyba zaczynam się lekko dławić. Doba za cholerę nie chce się rozciągnąć a szanowny ‘oryganizm’ zbuntował się nie chce funkcjonować w modelu 4/24. A mnie szkoda jest czasu na sen. Zwyczajnie zasypiając czuję jak tracę czas, bo przecież tyle jest jeszcze do zrobienia. Reaktywowałam wannoczytanie, książek całkiem spora porcja czeka na przeczytanie (nauczka – nie nabywać w jednym czasie wielu książek, bo zaczynam każdą po trochu). Ostatnio wpisałam na listę kolejnych parę pozycji i zamierzam w związku z tym nawiedzić bibliotekę. Przerywnikiem jest literatura tematyczna reklamowo-netowo-optymalizacyjna (akurat na szybką kąpiel w wannie). A swoją drogą to jakby mi kiedyś przyszło do głowy popełnić jakość pracę naukową o tematyce erotyczno-seksualnościowo-fetyszowo-artystyczno to mogę to zrobić niemal z marszu. Moja osobista biblioteczka (w tradycyjnym rozumieniu tego słowa) oraz zbiory elektroniczne wszelakich materiałów są pokaźne. Nie, żeby stwierdzić mam już wszystko ale raczej mam już listę wszystkiego, co napisane na temat zostało. Bibliografia jak ta lala (łącznie z pozycjami opatrzonymi komentarzem – nie dotykać gniot!). Gdyby przymus ekonomiczny nie determinował konieczności świadczenia pracy najemnej w wymiarze czterdziestu procent doby to oddawałabym się studiom dla przyjemności samego zgłębiania tematów. Tak to już jest z tą moją ‘skazą’ lubię się uczyć. Wiedzieć więcej. Człowiekiem renesansu być, oj tak… Może kiedyś, w następnym życiu.

27 listopada 2007

Zamek uciech z pejczem i obrożą - po polsku

Wiele hałasu o nic - impreza się nie odbyła, była zaplanowana na lato 2005 roku a dziś się niektórzy podniecają bo ktoś, gdzieś, przypadkiem znalazł w sieci stronę z informacją o klimatycznej imprezie. Zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu.Żenujące robienie sensacji i to bez powodu. I jeszcze jakiś niezrozumiały "patriotyzm lokalny", że takie "świństwo" odbywać się miało w "naszej" miejscowości. W efekcie całkiem przyjemne wnętrza zostały starcone na wieki dla klimatycznych celów :(. A oto i powód całego "skandalu" - polska strona z informacją o imprezie Sadomasoneria Party.W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że później wynajęcie dobrego lokalu na klimatyczną imprezę graniczy z cudem. Dla świętego spokoju właściciele odmawiają. A jeśli impreza jest zamknięta to nikomu nic do tego, co się na niej dzieje. Nie ma przypadkowych gapiów, goście wiedzą w jakim celu na taką imprezę się wybierają. Niestety, wygląda na to, że długo jeszcze w tym kraju nie doczekamy się jawnie reklamowanej, dużej imprezy w klimacie fetysz/ bdsm choćby takiej jak londyński doroczny Skin Two Rubber Ball.

9 listopada 2007

Bajkowo...

Przyszło mi do głowy, żeby jednak reaktywować koncepcję bajek dla dorosłych, którą obmyśliłam przy okazji planowania pokazów imprezowych. Co prawda w innej nieco konwencji i technice innej ale zamysł pierwotny pozostaje bez zmian. Co więcej – aktualna brana pod uwagę technika pozwoli na eliminację tych ograniczeń, które wynikały z pokazu na żywo, a przede wszystkim dzięki montażowi pozbędzie się dłużyzn. Pozostaje jeszcze pytanie czy koncepcja się spodoba realizatorom, ale tego dowiem się niebawem. Tak czy owak bajkowa koncepcja wydaje się być przywrócona do życia.

8 listopada 2007

Jacques Callot - szesnastowieczny perwers

Jacques Callot urodził się w 1592r. w Nancy, w Lotaryngii, gdzie także zmarł w wieku 43 lat. Pochodził z prominentnej rodziny, jego ojciec był mistrzem ceremonii na dworze księcia. Tę znajomość protokołu wykorzystywał często w opisach własnej osoby towarzyszących jego pracom. Podczas pobytu we Florencji w latach 1612-1621 uczył się technik malarskich. Wkrótce stał się niezależnym malarzem, rysownikiem i grafikiem pracującym na dworze Medyceuszy. W 1612r. powrócił do Nancy, gdzie pozostał do końca życia. Publikował głownie w Paryżu, ale jego prace były znane w całej Europie. Jednym z kolekcjonerów prac Callota był Rembrandt.

Callot jest zasłużony dla sztuki graficznej, zasłynął przede wszystkim swoimi rysunkami i akwafortami przedstawiającymi sceny fantastyczne, odrealnione i zaskakujące. W swoich pracach oddawał realia czasów mu współczesnych uwieczniając sceny zwykłego życia wiejskiego, pijaków, żołnierzy, Cyganów czy żebraków. Nie stronił także od scen dworskich, które choć pełne realizmu oddającego cielesność zaskakiwały swoją kompozycją. Trudno jednoznacznie ocenić czy prace miały charakter potępiający w stosunku do rozpustnego życia jakie pokazywały, czy wręcz przeciwnie – wyrażały fascynację, a może i zachwyt. Jedno jest pewne trudno o równie obszerną i różnorodną kronikę epoki.
Jego dorobek jest przekrojom przez chyba niemal wszystkie kategorie opisane w katalogu dewiacji i wszelkich możliwych kombinacji płci i ilości uczestników. Od klasycznego jeden na jeden, przez figle z osobą duchowną po grupensex.












Do tego całkiem pokaźny zestaw s/m z chłostą w roli głównej







Sceny grupowe nie poprzestają na klasyce, uwiecznione ołowkiem zostały damsko-męskie przekładańce i ciągi w rodzaju szeregu wzajemnie kopulujących królików. Nie stroni także autor od stosunków międzyudowych z młodymi mężczyznami, a także elementów związanych ze śmiercią. Autor nie przejawiał zahamowań jeśli chodzi dobór tematyki swoich prac, nieprawdaż? Nie łatwo jest dotrzeć do tch bardziej kontrowersyjnych prac, ale jest to możliwe.

2 listopada 2007

Adoracja

Z mych pocałunków szata twej nagości,
Z warg moich na niej purpurowe róże,
W które cię stroić nigdy się nie znużę,
Tknąć ciebie kwiatom broniąc w ust zazdrości!

Z zachwytów moich kadzidła wonności,
Co owiewają cię w uwielbień chmurze!
Z dumy mej tobie stopień i podnóże,
I hołdowniczy kobierzec miłości!


Na swojej skroni twoje stopy noszę
Jako niewolnik pełne kwiatów kosze...
Ugięty klęczę i powstać się boję!

Na czole stopy twoje obnażone
Dzierżę jak żywych klejnotów koronę,
Bo na twych stopach chodzi szczęście moje!

Leopold Staff



Jest Staff jednym z tych facetów, którzy, w moim mniemaniu, posiedli dar czarowania słowem. Ze słów prostych i znanych potrafi wyczarować ażurowe cacko z kunsztownym wzorem, w którym każdy, co zechce, zobaczy. Doprawdy słodko jest wspinać się po stopniach słów odkrywając z każdym krokiem ich nowe znaczenia. Kiedyś, dawno Adoracja była pięknym erotykiem. Po prostu. I tyle. Chwilą uniesienia zapisaną literami, chwilą uniesienia odczytywaną z liter, chwilą uniesienia, którą sobie zagarnęła moja zachłanna dusza. Dziś, kiedy bagaż doświadczeń większy już na moim grzbiecie się uskładał umysł każe mi inaczej odczytać dwie ostatnie strofki. A stopy na czole postawione i klęczącą postać nie tylko w kategoriach metafory odczytać, ale i wprost. Ciekawe doświadczenie czytać dziś, coś, co pamięta się z dawnych lat. Czytać i odczytywać zaskakująco inne treści.

1 listopada 2007

Kobiety widziane okiem Barbary Cole

Kim jest Barbara Cole? Po pierwsze modelka, w każdym razie jako nastolatka. Rzuciła szkołę po to, żeby poszukać tego, co chciałaby w życiu robić. Znalazła ją fotografia. Tak, to dobre określenie dla kogoś, komu zaproponowanie redaktorowanie w związanym z modą magazynie. Tak, czy owak szlifowała warsztat, żeby już niebawem móc powiedzieć - po drugie fotograficzka. Własne studio, praca dla telewizji, reklama (pokaźna lista poważnych klientów na koncie), ale jednocześnie ciągła potrzeba zmian warsztatu. Tak więc łączy fotografię z malarstwem – w formy zarówno odseparowane od siebie jak i przenikające się na jednej pracy. Urzekły mnie jej prace z aktualnie trwającej w wystawy w Iris Galery, Great Barrington w Massachusetts a zatytułowanej Painted Ladies.

Kobiety w tych pracach są takie jakie bywały na przestrzeni wieków – eterycznie piękne. Są takie jakie bywają dziś – chłodno niedostępne. Po prostu kobiece. Nagość odziana w przezroczyste muśliny i organzy, zatrzymane wspomnienie lub marzenie. Niecodzienne i zaskakujące zestawienia – choćby kobieta przy barze…



Gorąc ciała zestawiony z zimną, chropowatą powierzchnią ściany…



I tylko ciepła w barwie i fakturze drewniana podłoga łagodzi to poczucie chłodu, bo przecież nie ółprzezroczysta suknia…


Krocząc po miodowym drewnie gubi gdzieś swoją śnieżną szatę. Ta, którą próbuje się okryć ma teraz barwę wina i jak wino spływa po ciele, ucieka…



Ale wystarczy położyć się i przymknąć powieki, żeby niczym wino owładnęła całym ciałem, rozgrzewająco pulsując pozwala śnić podświadomości przytulonej do wyrazistej, ciepłej tapety…




Śnić o objęciach przepastnej sofy, bezpiecznej jak ramiona, których jeszcze brak…



A które pojawić się mogą wprost niespodzianie…

29 października 2007

Prowadź mnie...

Emocje pulsujące w słowach. Bez zbędnych wulgaryzmów i natłoku nieprawdopodobnych zdarzeń. Płynnie i z gracją poprowadzona narracja. Umiejętnie użyte echo reminiscencji. W przeciwieństwie do kilku innych tekstów tej autorki, nie ma tu wprost opisów zdarzeń przeszłych, a jedynie odniesienie wskazujące na to, że coś dzieje się w podobny czy identyczny sposób, jak wówczas. Ta wspominana przeszłość nie jest dokładnie oznaczona, jedynie ogólne określenie wskazujące na coś, co łączyło bohaterów jakieś dwa lata temu. Dzięki temu unika się powtórnych opisów. A jednak zachowania, reakcje, pozy wskazują na daleko idącą zażyłość w przeszłości, podobnie jak fakt, że oboje, w sposób naturalny wcielili się w role, które kiedyś już obrali. Zaryzykuję twierdzenie, że tekst ten jest parafrazą wyświechtanego nieco porzekadła – stara miłość nie rdzewieje. Czasami wystarczy słowo, gest, osoba, żeby wspomnienia stały się rzeczywistością. Są emocje, o których się nie zapomina. Emocje, które można zagłuszyć, wcisnąć na dno duszy i umysłu, ale one nigdy nie odchodzą, nigdy nie umierają. Dla mnie to właśnie jest najważniejsze przesłanie, które z tego tekstu. Dla takich chwil warto kolekcjonować wrażenia, choćby takie, które naznaczone są śladem obroży i rysunkiem rzemieni. Doskonale zbudowany nastrój, aż się chce powtórzyć Prowadź mnie...

28 października 2007

Albert Einstein

"Jest dla mnie zaiste zagadka, dlaczego ludzie traktują swą pracę tak piekielnie poważnie. Dla kogo? Dla siebie? Przecież wkrótce nas tu nie będzie. Dla rodziny? Dla potomności? Nie. Zatem zagadka pozostaje zagadką."

Albert Einstein

I tu przyłączam się do uczonego - także nie rozumiem. Mimo, że doświadczam tego, wciąż i wciąż na nowo.

============
Bornagainst 2007-10-30 15:55:51 195.33.129.150
Ja moją przestałem traktować w ten sposób. Nie ma to zupełnie sensu. Szkoda energii i czasu na stawianie jej na piedestale.

Obudzić się z ręką w…

Wyspana. Dwanaście godzin plus jedna ekstra z przestawiania zegarka. To tyle, ile było mi potrzeba. Właśnie tyle, żeby nad ranem (czy może lepiej przed południem) zagościł w mojej głowie sen piękny i mokry. Resztki snu zmagające się z kroplami jawy, przepięknie „wyświetlony” w podświadomości film, który przynosi podniecenie. W końcu dałam możliwość tworzenia mojej podświadomości. Już zapomniałam, jakie to może być przyjemne. Nie planować, nie układać po prostu być i czuć. Czuć jak narasta, jak pręży się do skoku, jak wypływa pulsująco – moje pożądanie. I śpiąca dłoń Pana Męża zaciągnięta w to grzęzawisko namiętności, ciepłe i zachłannie mokre. I zwierzęce zaspokojenie. Prędkie, dzikie, pierwotne. Bezgłośne i władcze. Rozkoszne wprost. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy takim stanem wyspania witałam każdy weekend. A teraz? Teraz za dużo pracuję. Zdecydowanie za dużo.

18 października 2007

Biurowce i kobiety

O fascynacji jednymi i drugimi wcale nie trzeba mi przypominać. Wystarczy, że przekraczam próg szklanych ścian i zmienia się optyka świata. Uwielbiam kobiety w windach. W krótkich spódniczkach i dopasowanych żakiecikach, filigranowe niczym porcelanowe laleczki. Mniam. Czasami jeszcze do tego pachną tak, jak lubię.Wczoraj, w wąskim korytarzyku toalety spotkałam lalkę, która dwa tygodnie temu rozpaliła mi zmysły do czerwoności. Kurtuazyjna rozmowa – rozpoznałyśmy się momentalnie. Przechodząc obok delikatnie ocierała się o mnie z powodu ciasnoty korytarzyka zapewne (choć wolałabym inny powód), aż miałam ochotę skubnąć ją w karczek. Mrrrauu. I jak ja mam potem prowadzić rozmowy? I to do tego z facetem?? Zdecydowanie mały problem logistyczny jest w realizacji zamierzenia pod tytułem filigranowa brunetka w biurowcu w godzinach, kiedy mam odrobinę wolnego czasu (tak mniej więcej między o1.30 a 02.30). Pozyskam trochę wolnego czasu ekstra, może być lekko używany (najchętniej w godzinach biurowych). W takiej sytuacji łatwiej i o biurowiec, i o ciasteczko na deser. Czego sobie i innym życzę.

12 października 2007

Chemia i fizyka w relacjach międzyludzkich

Dobrze, że to już piątek – ledwo dotrwałam do niego. Tydzień zdecydowanie zbyt obfity w zdarzenia. No podsumujmy. Jedna awantura piętrowa z poleceniem nielojalności i okraszona mieszaniem z błotem mojego pryncypała (klasyka gatunku jak nie należy rozmawiać z podwładnym w dodatku cudzym). Fontanna pobożnych życzeń i odpryski przerośniętego ego, a przede wszystkim klasyczny przypadek upadku moralności i dowód na zerowe umiejętności kreowania relacji międzyludzkich. „Menadzeryzm” na poziomie mniej niż zero. Błeee, jeszcze mnie trzęsie na wspomnienie tego spotkania. Potem jeszcze kubełek zażenowania kiedy człowiek się zjawia na spotkaniu w sprawie A i od obecnych dowiaduje się, że ‘spotkaliśmy się dzisiaj, żeby omówić sprawę… B…” Szok! Zapomniałam nadmienić, że sprawca zamieszania… nie pojawił się na spotkaniu. Wpuszczona w kanał. Nic dodać nic ująć.

Bezpośrednio z państewka wojny podjazdowej popędziłam na inne zupełnie spotkanie. Termin i miejsce umówione od tygodnia. I… muka proszę szanownych, mistrzostwo świata. Wszystkim, którzy planują jakiekolwiek spotkania w warszawskim hotelu InterContinental zdecydowanie odradzam, może się zdarzyć, że druga strona otrzyma w recepcji informację – taka osoba/ firma u nas nie występuje. Szokujące, ale prawdziwe. Na moją prośbę o poinformowanie osoby o moim przybyciu dowiedziałam się, że taka osoba nie przebywa w hotelu. Szok numer dwa. Jeśli dodać do tego fakt, że ‘przegenialna’ sieć Era po raz kolejny obdarowała mnie serią dziwacznych komunikatów w trakcie próby dodzwonienia się na angielską komórkę (abonent czasowo niedostępny/ abonent nie korzysta z tej usługi/ w połączeniach międzymiastowych nie należy poprzedzać numeru cyfrą zero itp.) to groza zajrzała mi w oczy. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój interlokutor stojąc na galerii dwa piętra wyżej rozpoznał mnie i pofatygował się do holu. Jak wykazał praktyka dla chłopca w recepcji jedynymi gośćmi hotelu są ci, którzy wynajmują pokoje. Jeśli zaś wynajmujesz salę konferencyjną to NIEISTNIEJESZ w świadomości recepcji głównej, ani jako nazwisko ani jako firma. Reasumując odradzam umawianie spotkań biznesowych w tym hotelu istniej duże ryzyko, że druga strona może nie dotrzeć z powodu niekompetencji recepcjonisty.Po tak nerwowym wstępnie samo spotkanie miało rewelacyjna atmosferę, doskonałą chemię i na dodatek realnie przybliżyło mnie do celu. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu.

Nazajutrz kolejne spotkanie (na ubiegłotygodniowe rozmówca nie dotarł bo utknął w korku). Tym razem choć oferta całkiem atrakcyjna nie wzbudziła we mnie emocji. Zabrakło chemii, a na samej fizyce pojechać się nie. Znaczy jestem na shortliście i pewnie spotkam się z wierchuszką u klienta, ale jakoś nie czuję tego, nie widzę siebie w tej organizacji. W sumie ta rozmowa nie wniosła żadnej wartości dodanej, w przeciwieństwie do wczorajszej. Ot – headhunter jeden z wielu.

Jeżeli wszystkie plany przyszłotygodniowe wypalą to czeka mnie kalendarz naładowany po brzegi. Pożyjemy zobaczymy. I tym optymistycznym akcentem witam obrzydliwie pochmurny i deszczowy dzień, jego jedyna zaletą jest fakt, że na imię mu piątek.

6 października 2007

Interview

Miałam smaczny sen o wczorajszej brunetce. Bardzo smaczny. No, co ja poradzę, że ten kolor włosów mnie urzeka. Nawet pokój był ten sam, w którym ją widziałam w rzeczywistości. Ech, żeby tak mieć ją na wyciągnięcie języka – nie dałabym mu próżnować. A sceneria rozmowy o przyszłości jak się okazuje może być ekscytująca. Idę spać, może dziś też ją spotkam we własnej głowie, w mieszance wspomnienia i marzenia sennego…
Kochanka potrzebna od zaraz, wrrrrrr mniam.

4 października 2007

Październik miesiącem…

Był kiedyś październik miesiącem oszczędzania zwany, dziś parafrazując tamten slogan miesiącem headhunterowania nazywam go. Wystarczył jeden mały komunikat w kierunku rynku, żeby telefon rozgrzać niemal do czerwoności. W efekcie nawet dwa spotkania dziennie. Spotkanie z Wiedeńczykiem urocze i przemiłe, niestety i szybkiej decyzji startowej wymagało. Szkoda – zapowiadało się ciekawie. Pańcia Zamiejscowa – hmm sztampowo, przewidywalnie, z zerkaniem na zegarek. A co pani lubi, a czego nie, a jakie są mocne, a jakie słabe. Błee… zero polotu, klasyka gatunku i to bynajmniej nie kategorii A. O szklanym suficie nigdy nie słyszała (a z racji wykonywanego zawodu raczej powinna). Ciekawie, bo budowanie od zera, mniej ciekawie, że produkt jakiś taki… no nie wiem… nie przekonuje mnie. Pożyjemy – zobaczymy.

Wczorajsze spotkanie zaś to historia wręcz nieprawdopodobna. Zacznijmy od tego, że na rozmowę zaprosił mnie mężczyzna, przybywam na miejsce gdzie znajduję miotającą się w panice asystentkę (spotykacz utknął w korku i się spóźnia). Trochę to dziwne, bo właśnie przejechałam przed chwilą przez pół stolicy stwierdziwszy zaskakująco mały ruch. No, może wszyscy pojechali stać w korku w innym miejscu. W każdym razie po krótkim oczekiwaniu zawitała do mnie kobieta. Uśmiechnięta kobieta. Brunetka. Szczupła i nieduża. Wystarczyło na pierwszy raz. Kiedy otworzyła usta, żeby się przywitać i rozchyliła wargi byłam zgubiona. Nie potrafiłam oderwać oczu od tych zmysłowych ust. Długie włosy spływające na ramiona aż się prosiły, żeby wsunąć w nie palce. Wpadła jak po ogień, lekko zdyszana z wydrukowanym naprędce materiałem, którego nie przeczytała. Gaszenie pożaru. Miała cudowny miękki akcent, na brzmienie którego robi mi się miękko w środku. Miałam ochotę schrupać ją na stole.

Na szczęście moja porządniejsza połowa umysłu zadbała o to, żebym nie traciła wątku i starałam się prowadzić rozmowę jakby przede mną nie siedział ideał cielesności wg mnie. Nie mówię, że to posągowa piękność była, ale była pełna tym pięknem, które mnie rozpala. Druga połowa mózgowia snuła fantazje o czynach lubieżnych (niam). Tak się te moje połówki zajęły swoimi sprawami, że nie raczyły zauważyć jak Aleksandra przeszła w rozmowie z angielskiego na rosyjski. Nie zauważyły i nie przegrupowały sił. W efekcie rozmowa miała kuriozalny ‘wygląd’ ona zadawał pytania po rosyjsku, a ja odpowiadałam po angielsku. Na dokładkę zupełnie tego nie zarejestrowałam. Najwidoczniej mojemu chuciami opętanemu rozumkowi wystarczyło na tyle czujności, że zdiagnozowało brzmienie jako ‘nie ojczyste’ i pozostało przy angielskim. Niezła plama.

W drodze do domu jeszcze jeden telefon, tym razem gość z Londynu, a dokładniej jego asystentka potwierdzająca środowe spotkanie. Będzie ciekawie, tym bardziej, że to dopiero czwarty dzień października.

=============

olo 2007-11-18 02:09:42 62.233.204.178
czasem sobie myślę, że chciałbym tak umieć wyrażać swój zachwyt dla kobiet. Ja, mężczyzna.

Refleksja poranna

Szklany sufit. Mur. Roszczeniowa obojętność.

Znowu???Miało być tak pięknie… a tu białe skarpetki z pod garnituru wyglądają. Jaka szkoda…