12 lutego 2011

Shiny people

Nie wiem czy w spisie dewiacji wszelakich znajduje się latexowe dotykalstwo ale ja mam tę przypadłość. Kiedy spoglądam wstecz na swoją gumową historię zawsze jest tam jedna osoba. Ten-Który-Był-Moim-Pierwszym-W-Lateksowym-Świecie. Pierwsze ciało obleczone w druga skórę, które dotknęłam. Pierwsza osoba, która uchyliła dla mnie zamek vacbeda. Pierwszy umysł, który opisał przyjemność dotykania. Pierwszy facet, który wziął mnie za rękę i przyodzianą w kombik doprowadził dotykiem do bezgłośnego spełnienia – na stojącą w sali pełnej ludzi.

Kiedy spotkaliśmy się w Dublinie miał na sobie fioletową skórę. Chlorowany latex, którego gładkość elektryzuje nawet bez silikonowego poślizgu. Hipnotyzuje mnie. Nie pytam o pozwolenie, po prostu wyciągam palce i dotykam.

I w sposób najbardziej naturalny, niemal nie przerywając konwersacji z innymi osobami przekraczam magiczną linię przyjemności dotyku. O przepraszam – przekraczamy bo przecież po drugiej stronie membrany jest ktoś kto także odczuwa przyjemność. Kumulacja doznań i balansowanie na granicy eksplozji, permanentnego podniecenia.

Kątem oka rejestruję mężczyznę, który przeistacza się w kobietę ale wciąż zachowując kontakt dotykowy buduję kolejne piętro przyjemności. Sięgam coraz dalej w miarę jak padają kolejne tamy. Aż do momentu kiedy pada hasło - wychodzimy. Jest za zimno żeby iść w samym kombiku, niechętnie wciągam jeansy – materiał toporny i asensoryczny. Na szczęście to tylko tymczasowa powłoka bo tuz po wejściu do klubu zaczyna się proces przepoczwarzania i wraz z grupą innych zrzucam kokon. Tyle pomocnych dłoni, tyle lśniącego lateksu i śliskiego silikonu, że aż dech zapiera. Ale prawdziwe wow następuje dopiero po wejściu na samą imprezę. Nigdy jeszcze nie przebywałam w towarzystwie tak dużej liczby gumofilów – na oko jakieś 35-40 osób – bajeczny widok. Odrealnione postacie odcinające się od tła i innych osób, bliki świateł tańczące na latexowej skórze. Aż chce się wyć z wizualnej przyjemności. Shiny people – usłyszałam to określenie po raz pierwszy ale nie dość, że od razu przypadło mi do gustu to jeszcze stwierdzam, że nie ma bardziej pasującej nazwy dla maniaków gumowych ciuchów.

A później już był tylko dotyk , kaskady gładkości i wodospady dreszcze. Pierwsze apogeum miało miejsce na parkiecie podczas pokazu bondage. Drugie kiedy mną a fioletowym obiektem mojego pożądania wyrosła stalowa klatka. Kontrast zimnego kanciastego metalu z ciepłym gumowym ciałem działał jak afrodyzjak. I jeszcze ten ograniczony dostęp, ta bariera, którą trzeba było pokonać. On rozpięty we wnętrzu klatki w nienaturalnej wręcz pozycji, unieruchomiony, ograniczony metalem ale poddający się dotykowi. Nadstawiający się dłoniom wbrew pasom i karabińczykom. Plastyczny, powolny, przeciekający wręcz przez palce.

Łyk zimnej coli i złapanie oddechu – tylko tyle, żeby poczuć na nadgarstkach zapięte skórzane opaski a w ustach knebel. Siedząc między dwojgiem staję się zabawką ale i przyjmuję lawę dotyku. Zamykam oczy, żeby nie rozpraszać umysłu zbędnymi zmysłami. Dłoń jedna, druga, trzecia, czwarta i już można zacząć wspinaczkę ku szczytowi. Niewygodna pozycja – tym razem to ja muszę walczyć z ograniczeniami – ręce spięte i unieruchomione gdzieś za głową, stopy zaparte o coś pod stołem, rozchylone kolana i jestem gotowa na tsunami. Drażniąca nieregularność dotyku, jej dłonie, jego dłonie asynchronicznie poruszające stawiają zmysły na baczność dwa razy częściej – uzupełniają się ale jednocześnie ciągle realokują źródło przyjemności. I co najgorsze odbierają przyjemność tuż przed spełnieniem. Podbrzusze zaciśnięte wokół niewidzialnej ciężkiej kulki zasysa mnie do wewnątrz. Paznokcie na sutkach przywołują do rzeczywistości na moment ale w tym samym czasie dotyk na wewnętrznej stronie uda oferuje zupełnie inne wrażenia. Sprzeczność doznań. Ból pomieszany z ukojeniem, w różnych miejscach, z różnym natężeniem i odmiennych reakcjach. Myśl, że za dużo swobody ruchu, zapragnęłam skórzanych pasów, którymi skrępowanie uniemożliwia inicjatywą własną ciała pozwalając przeżywać wyłącznie to, co pochodzi z zewnątrz. Tak… nie kanapa ale twardy stół i brązowe skórzane pasy podbite białym filcem… i te dłonie… Mała retrospekcja jako dodatek do istniejących warunków doprowadza mnie na szczyt. Knebel skutecznie tłumi jęk.

Kolejna porcja dotyku sprawia, że po wyprężeniu niczym napięta do granic struna spływam miękko na podłogę pod stołem. Zatapiam się we wnętrzu własnego ciała, kontempluję fale rozkoszy przelewające się przeze mnie. Podobno nad moim ciałem pracowite dłonie wzniosły toast pełnymi szklankami. Podobno usta z ukontentowaniem odnotowały moje 'zejście'. Podobno… Ja tego nie pamiętam. Ja mam swoje własne wspomnienie tej chwili.

Czas wracać do klubu, do domu, do rzeczywistości. Wracam zatem. Ale po raz kolejny wiem, że ja chcę jeszcze (nie)raz! I po raz kolejny mam wizję – wariacja na temat ostatniej sceny z Pachnidła… Kiedyś zrealizuje i to J a na razie będę pielęgnować dotykalstwo z tą garstką shiny people, którzy żyją w kraju nad Wisłą. I tym optymistycznym akcentem pożegnać trzeba gościnne Wyspy.

5 lutego 2011

(…) wiedzą o nim


wiedzą o nim
moje nabrzmiałe piersi
pocałunkiem obudzone o zmroku

ramię draśnięte
pamięć
drzemiąca w zagłębieniu dłoni

we wnętrzu moim
okwitł
jak kolczasty krzak głogu

zmarznięte ptaki
moich nocy
sfrunęły wszystkie
jedzą

Halina Poświatowska

Gdzieś w głębi mnie budzi się krzyk, odpowiedź na zew słyszany ciemną nocą. Krzyk będący pragnieniem bólu i zapomnienia. Gdzieś głęboko dochodzi do głosu moja uległość dopraszając się swego prawa do istnienia. Stłamszona rzeczywistością, zagłodzona niemal na śmierć, żywiąca się resztkami wspomnień. I ciało, które pamięta. Zawsze pamięta. Tym razem mój wewnętrzny feniks przyszedł na świat nie w ogniu ale w cieple dłoni. W dotyku przejmująco delikatnym i balansującym na granicy nierealności. Mój szczyt był odlotem Feniksa. Mój Feniks się zmienia.

4 lutego 2011

Gilberto Giardini człowiek renesansu

Niezbadane są ścieżki, którymi krążą myśli, zakamarki między synapsami gdzie rodzi się idea. Tym razem ciężko powiedzieć co było najpierw książka czy rysunki albowiem w jednym czasie, z dwóch różnych źródeł i przez inne media wdarła się do umysłu informacja, że odkryłam kolejnego artystę do mojej osobistej galerii. Tradycyjnie po kilku obrazkach rozpoczęłam śledzenie autora rysunków.




Urzekła mnie swoboda kreski, zaczarowała bezpośredniość. Męskie akty , naturalistyczne do najmniejszego włoska ale nie pozbawione aury voyeryzmu przypomniały mi fotografie Dylana Ricci. Zdjęcia a rysunek to jakby dwie warstwy tego samego obiektu, rysunek jest czymś w rodzaju szkieletu odcinającego się od tła ostrymi pociągnięciami ołówka, które wygładzane są przez barwne plany farby. Zdjęcie natomiast jest odwzorowaniem powłoki, skory, cielesności. Zupełnie inne a jednak tak bardzo się przenikające obrazy.

Tropiąc prace Gilberto Gardiniego trafiłam początkowo na stronę, która między wierszami szeptała, że to nie wszystko co wyszło z pod jego ręki. Pojedyncze akty zdawały się mrużyć oczy w porozumiewawczym spojrzeniu i kazały mi szukać dalej. I tak znalazłam ilustracje do powieści "Za drzwiami" Aliny Reyes, a potem na znaki zodiaku i cykl słynni kochankowie. I karuzela z obrazkami ruszyła a ja poczułam się jak we wnętrzu kalejdoskopu – odrobina retro, trochę przerysowania i sporo ołówka. Dziś taka mieszanka wydaje się być archaiczna – w dobie komputerowej grafiki i fotografii cyfrowej obrabianej w photoshopie. Jakże miło zatrzymać wzrok na akrylu na płótnie czy pastelach na kolorowym kartonie, czy choćby ołówku na białym papierze. Spokojnie delektować się kreską i kolekcjonować emocje wywołane własną projekcją wizji autora.
W dwudziestym pierwszym wieku Gilberto jawi się jako człowiek renesansu – mieszanka różnorodności. Urodzony w Warszawie w polsko-włoskiej rodzinie, dorastał w Niemczech i we Włoszech. Od najmłodszych lat otoczony artystycznym duchem, za sprawą matki – śpiewaczki operowej – poznawał teatralne kulisy, dziś projektuje scenografie i kostiumy. Zafascynowany ludzkim ciałem odwzorowuje je wieloma technikami, które doskonalił choćby w rzymskiej "The Academy of Fine Art."

3 lutego 2011

Erotic Art Exibition

Podobno żadne tabu nie zostanie pominięte przez The Gallery Liverpool w jej drodze do zgłębiania twórczej erotyki. Oczekiwać należy zarówno rzeźbienia sznurem czyli jak sądzę instalacji z pod znaku bondage, jak i sztuki waginalnej (czymkolwiek ona jest), przyprawione jakimś performance na żywo i tańcem na rurze w męskim wykonaniu. Pewnie gdybym wcześniej wiedziała można było bryknąć z Dublina do Liverpool'u a tak trochę za mało czasu.


Nie mniej jednak jeśli komuś po drodze i ma wolną chwile niech za mnie odwiedzi przybytek otwarty od poniedziałku do piątku w godzinach 10-16.30, do 11 lutego jeszcze parę dni zostało J

2 lutego 2011

Ciała, wiele ciał

Autor: Philip José Farmer

Tytuł sugestywny więc nie sposób było się powstrzymać przed sięgnięciem po niego. Gatunkowo to historyczno-futurystyczne fantasy, bo rzecz się dziej co prawda na ziemi ale w przyszłości, z tym, że populacja ludzka jest trochę cofnięta ewolucyjnie. Dokładny opis krańcowo promiskuitystycznego, rozwiązłego społeczeństwa z jednej strony a brak opisów działań bohaterów. W dużej mierze autor odwołuje się do wyobraźni czytelnika grając niedopowiedzeniem i aluzją.

Życie bohaterów powieści oparte jest o cykliczność zdarzeń, trąci pogańskimi korzeniami, z których pozostały rytuały – odprawiane choć nie wiadomo dlaczego, ich genealogia została zatracona gdzieś w mrokach przeszłości. Trochę magiczno-narkotycznych wizji po napojach i jedzeniu. Trochę zwierzęcej żądzy przejawiającej się choćby przeszczepianiem jelenich rogów człowiekowi, który tym samy staje się bóstwem (a dokładnie dawcą nasienia) – taki rogacz wszechojciec.

Tekst nie powala jakością słowa, fabuła także. Bardziej pornografia niż erotyka jeśli chodzi o język i obraz stworzony przez autora. W mojej ocenie klasa harlequin tyle, że z orgią zamiast romansu.

1 lutego 2011

Fetish Flae Market

Zanim noc roztoczyła swoje przyjazne skrzydła spacerkiem do Dublinie dotarłyśmy pod wskazany adres. Większa nazwa niż sam market ale i tak fajnie, że komuś się chce. Przepiękne wnętrza mocno zrujnowanej kamienicy, sztukaterie, wytarte drewniane schody, duże okna z wewnętrznymi okiennicami, które odgrodzą od świata w razie potrzeby, ceramiczna podłoga w czarno białe romby.


Sala wystawiennicza na piętrze, wejście przez kafejkę, za barem przesympatyczny starszy pach chętnie wskazujący drogę, przy stolikach pary męsko-męskie i damsko-damskie, kwiatki wręczane z uśmiechem na twarzy, herbata w filiżankach. Domowa atmosfera.

A na pięterku stoliki z wydawnictwami albumowymi bondage, sporo skórzanych ubrań (bardziej dla motocyklistów niż uczestników fetish party ), oficerki i wojskowe buty obok koronkowych gorsetów i knebli, kajdanki zaplątane w pęczki sznurka we wszystkich kolorach tęczy. Sprzedających niewielu, kupujących także, ale ci akurat wchodzą i wychodzą więc liczę trudno oszacować. Piętro wyżej pokój gdzie zawrzeć można małżeństwo dwóch żon lub dwóch mężów a piętro niżej kupić coś na noc poślubną J.

I znowu nie skala, nie lokal ale ludzie tworzą atmosferę tego wydarzenia. I fakt, że można się spotrkać z kimś a kilka godzin później nie poznać go na imprezie. Tego samego dnia odbywały się w Dublinie także warsztaty bondage ale tam już nie dotarłyśmy, nie tym razem.

31 stycznia 2011

FETYSZ-O-MANIA 4


Data:    22 stycznia 2011  
Lokal:   No Mercy, Warszawa

Innowacje organizacyjne:    
·         brak

Innowacje artystyczne:        
·         rotacyjny VacBed 3D (Yoshimura)
·         prezentacja oferty Absynt (www.sklepabsynt.pl )
·         playroom by Leather Design Mastero (www.mastero.com )

 

Publikacje:


Czym się różni impreza?

Bo ma jedną nóżkę bardziej chciałoby się odpowiedzieć cytując jeden ze starych, abstrakcyjnych dowcipów. Ale dokładnie tak jest bo różni się wszystkim i niczym za razem.


Jest dużo dalej i trzeba wznieść się ponad chmury żeby spaść na samo dno ludzkich dziwnych upodobań. Paradoksalnie spaść na samo dno żeby być w niebie. Tym co różni nasze rodzime piekiełko od tamtejszego nieba nie jest wcale przewypasiony lokal czy skrajnie wyuzdane czy nowatorskie pokazy ani nawet niebotyczne ceny drinków w euro.


To co robi prawdziwą różnicę to ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Tam nikogo nie dziwi para stałych bywalców w wieku sześćdziesiąt plus ani spora grupa ich rówieśników. Tam nie szokuje ani osoba na wózku inwalidzkim ani rozmiar xxxl. Tam na porządku dziennym jest komplement od nieznajomej czy nieznajomego bo zachwycił ich czyjś ubiór. Tam osoba w latex odziana może o dotyk poprosić i dotyk zaoferować nieznajomemu i nie będzie to nie na miejscu. Tam zamknięcie lokalu zbyt wcześnie jest przyczynkiem do tego, żeby w pełnym świetle sycić oczy strojami wypełnionymi ciałami i ciałami owianymi skrawkami materii. Jest pretekstem do rozmów bez muzyki, umawianiem na aft erki bądź kolejne razy.

Tym co robi różnicę jest fakt, że jak chcę to mogę. Kiedy potrzebuję to mogę. W tym samym miejscu co miesiąc, z regularnością owulacji czy płatności czynszu - jest ten czas i to miejsce gdzie ludzie gromadzą się wokół tego co kochają. Bez specjalnych udziwnień, bez celebracji, bez akredytacji, bez zaproszeń i przedpłat. Po prostu zakładam na siebie to, co akurat mam ochotę założyć i spacerkiem na Abbey St. Potem wystarczy kupić bilet w kasie i przekroczyć próg magicznego miejsca gdzie czas płynie inaczej i ludzie wiedzą po co przychodzą. To zupełnie inna bajka niż stałe grono kilkudziesięciu osób, to samo od zawsze (nie takie znowu to zawsze odległe), te same zabawki, pokazy, miejsca, atrakcje. Tam nikt nie prowadzi dysputy o potrzebie dresscodu – przychodzą ci, którzy chcą i akceptują zasady gospodarzy. Tam nie ma moderacji, nikt nie ogłasza, że oto będzie teraz to i czy tamto pokazywane. Po prostu ludzie zanurzeni w dźwiękach, obrazach i dotykach przemieszczają się w klubie, rozmawiają bądź zabawiają się i jeżeli akurat trafią przed scenę patrzą. Albo sami stają się obiektem pożądania, atrakcją, pokazem. Nie potrzebują moderacji i nie oburzają się, że nie ma rozpiski godzinowej pokazów.

To co się tam dzieje jest naturalne i nie potrzebuje ręcznego sterowania. I to właśnie stanowi o atrakcyjności miejsca. To właśnie jest jak zew – woła, przyciąga, wyzwala, inspiruje, uzależnia. Pozwala czekać, kumuluje pragnienia i wyobrażenia żeby pozwolić im eksplodować w samym sercu pulsującego życiem tłumu.

I myśl kiełkująca nieśmiało w ślepym zaułku umysłu żeby sięgnąć po więcej, przeżyć to bardziej, głębiej, każdą komórką skóry wchłaniać aurę wyrafinowanego wyuzdania. Poszukać miejsca o mniej restrykcyjnych zasadach i większej liczbie ludzi. No cóż, trzeba będzie wsiąść do samolotu żeby tego doświadczyć ale już wiem gdzie będzie kolejny raz, wiem dokładnie!



14 stycznia 2011

Potencjał erotyczny mojej żony

Autor: David Foenkinos

Książka z równym powodzeniem mogłaby nosić tytuł Historia pewnego Hektora. To właśnie Hektor jest jej bohaterem. A jest to człowiek ze wszech miar dziwny, który w ciągu życia zajmował się głównie zbieraniem, ale na miarę manii kolekcjonerskiej. A jego zainteresowania były czasami wprost absurdalne. Jak często trafia się kolekcjoner patyczków do przekąsek, chorwackich przysłów, wróżb z chińskich ciasteczek czy pierwszych stron książek albo wisielczych sznurów? Do tego dochodzą tradycyjne przedmioty zbieractwa ja np. znaczki pocztowe czy kinder niespodzianki.


Hektor w ramach zrywania z nałogiem rozpoczyna znajomość z Brigitte. Był przekonany, że to prosta droga do wyleczył się z manii. Pozory, pozory i jeszcze raz pozory. Co prawda w momencie kiedy ujrzał Brigitte balansującą na drabince w trakcie mycia okien zapomniał skutecznie o wszelkich kolekcjach jakimi w życiu się zajmował. Przekornie jednak postanowił w tym samym momencie, że teraz poświęci się już tylko jednemu celowi, jednemu zbiorowi. Będzie kolekcjonował chwile, w których jego żona myje okna...


Ale nie chodzi tylko o oglądanie tych scen, to kolekcjonowanie to polowanie. To wielbienie kobiecości właśnie w czasie tej jednej czynności. To konieczność uporania się z nieprawdopodobnym podnieceniem i napięciem seksualnym. Nie ma co ściemniać Hektor stał się fetyszystą w najbardziej słownikowym znaczeniu tego słowa. Osiągał satysfakcję seksualną wyłącznie obserwując żonę myjącą okna. We własnych czterech ścianach nie stanowiło to problemu, ale Brigitte potrafiła umyć cudze okno ot na przykład będą z wizytą. Co więcej osoby, które widział ją w akcji były tym zjawiskiem zauroczone podobnie jak Hektor.


Lekkie pióro, ciekawie rozwijająca się fabuła, humor a to wszystko w erotycznych kontekstach. Przyjemna lektura o sporym ładunku pozytywnej energii.

13 stycznia 2011

Paulo Coelho

"Zawsze trzeba wiedzieć kiedy kończy się jakiś etap w naszym życiu.

Jeżeli uparcie chcemy w nim tkwić dłużej niż to konieczne,

tracimy radość i szansę poznania tego co przed nami."

Właśnie rysuję grubą kreskę, która kończy pewien rozdział. Nowego jeszcze nie napisałam. Jeszcze tylko zwyczajem feniksów doczekam dnia spalenia, żeby narodzić się z popiołów. Na nowo, po raz kolejny. Wówczas będę wiedziała co dalej. Teraz aż do dnia spalenia będę tracić pióra.

Mól książkowy

Bardzo mi brakuje antykwariatów. Dawno, dawno temu kiedy życie było dużo mniej skomplikowane i dysponowałam ogromem czasu na przyjemności osobną kategorią aktywności były wizyty w antykwariatach. W czasach kiedy książki miały jeszcze drukowaną informację o wielkości nakładu same książki były inne. Miały inną wartość. Monetarną, sentymentalną, kolekcjonerską. Dziś są paradoksem. Z jednej strony są niewątpliwie produktem masowym, z drugiej jednak drukowane są w ilościach minimalnych. Głównie z powodu minimalizowania ryzyka straty, a jak się uda i będzie bestseller – to się dodruk zrobi.

Dawniej książki miały kolejne wydania, które różniły się od siebie. Czasami były opatrzone innym wstępem, czasami zawierały jakieś materiały dodatkowe lub zmiany w treści. Dziś wydanie trzecie czy piąte to najprędzej można zauważyć w podręcznikach szkolnych. W przypadku współczesnych książek orientujemy się, że to kolejne wydanie po okładce, na której prezentowana jest na przykład inna fotografia. Poza tym nic nie wskazuje na fakt, że to wznowienie.

Dwadzieścia pięć, trzydzieści lat temu książki były przedmiotem polowania, bazarowych spekulacji czy zapisów na listę społeczną. W trybie subskrypcji stała się swego czasu dumną właścicielką Encyklopedii Powszechnej PWN. Ale były też małe sklepiki z regałami wypełnionymi używanymi książkami. W powietrzu unosił specyficzny zapach papierowego kurzu a przy regałach można było spotkać zaczytanych ludzi. Książka położona na dłoni stawała się częścią mnie. Ale zanim do tego doszło trzeba było odwiedzić kilkanaście miejsc w mieście, sprawdzić czy nie pojawiło się tam to, czego szukam. Z chwilą przekroczenia progu antykwariatu czas płynął inaczej, jakby obok, jakby powoli. To czas na intymne chwile z drukowanym słowem.

Z czasem podstawą w obrocie stały się książki nowe. Nagle dostępne na wyciągnięcie ręki, coraz ładniej wydane, na lepszym papierze, bardziej kolorowe. I tylko straciły ten urok tajemniczości. I tylko przestały opowiadać swoje historie. Stały się wyłącznie nośnikiem druku. A skoro tak to po cóż spędzać czas w sklepie z książkami? Dziś w empikopodobnych przybytkach spędzam kilka minut raz na miesiąc albo dwa, głównie po to żeby kupić miesięcznik o nurkowaniu.

A książki? Gdzie są książki z tamtych lat? Książki wydane w latach osiemdziesiątych i do dziś nie wznowione, książki zapomniane, książki nie modne, książki nie trendy. Na szczęście ciągle żyją, ciągle zmieniają miejsce pobytu i właścicieli. Co prawda Internet pozwala odnaleźć takowa i kupić czyli realizuje cel ale niestety nie zaspakaja potrzeby nawiązania kontaktu z książką zanim się ją kupi. To trochę jak kupowanie przysłowiowego kota w worku. Nigdy nie wiadomo czy w środku nie będzie brakujących stron albo zabazgranych powierzchni. Ale są sieciowe antykwariaty, w których ciągle można wyszukać smaczki i wejść w ich posiadanie za pięć czy dziesięć złotych. Dziś przyjechała kolejna paczka z nieprzyzwoitymi tekstami z lat osiemdziesiątych. Co ciekawe większość książek kupuję ostatnio w jednym antykwariacie pod Łodzią. A najciekawsze jest to, że zawsze znajduję kilka interesujących mnie tytułów właśnie tam. Moje osobiste źródełko z magicznie zadrukowanym papierem. Kolekcja jest już całkiem pokaźna, a zaczęło się od jednej sztuki…

12 stycznia 2011

Czkawka

Raport tu, sprawozdanie tam, zestawienie jeszcze gdzieś indziej. I tak przez miesiąc. Check lista w garści i enty raz sprawdzanie czy wszystko jest ok. Niestety jak się jest na końcu łańcuch pokarmowego trzeba mieć dwa razy większą pewność, że wszystko w ni m jest jadane. W efekcie człowiek zamyka oczy po ubraniu choinki a jak je otwiera to jest cholera połowa stycznia. I miesiąc zniknął z kalendarza. A jak przemnożyć to przez ilość zamknięć roku w ciągu życia zawodowego to uciekły mi …dwa lata! Szok! Kupa czasu a w tym wypadku z przewagą kupy!

Skoro nie wieje na mnie wiatr zmian to sama zaczynam proces. Jakoś to tak było na zajęciach z meteorologii, że jak ciśnie wysokie to jakieś fronty czy coś w tym rodzaju się tworzą. Ciśnienie już mi skoczyło. Wystarczająco. Udało się nie eksplodować ale to tylko dlatego, że jestem niewyspana. Plan na najbliższe dni prosty do bólu. Po pierwsze odespać ostatni tydzień. Po drugie obejrzeć w film. W kinie. Nie animowany! Po trzecie zobaczyć skąd wieje i rozpocząć podróż pod wiatr. Przejść przez oko cyklonu i odnaleźć Shangri-La.

10 stycznia 2011

Hapnij birsdej

Obiecałam dziś sobie, że to ostatnie urodziny, które spędzam w robocie do późnych godzin nocnych. Jak się na tym złapię za rok to sama siebie kopnę w dupę.

Popatrzyłam na ubiegłoroczną listę życzeń i jestem zadowolona z efektu :)


A tak z innej beczki to znalazłam gadzet, który bardzo mi przypadł do gustu (a i kaliber ma odpowiedni!). Z charakterkiem słuchaweczki, z charakterkiem...





munito

3 stycznia 2011

Kocia dzikość

Nieznajoma, a odniosłam wrażenie, że znam ją od zawsze. Zmysłowe usta, w których mogłabym zatopić własne. Roześmiane oczy. Brunetka rzecz jasna. Ale to wszystko mogę jednym ruchem dłoni zrzucić ze stolika na podłogę i uznać za nieznaczące. Kiedy dotykała swojego przedramienia mówiąc o latexie, kiedy pocierała palce przywołując wspomnienie liny emanowała z niej ta elektryczność, którą posiadają wyłącznie osoby oddychające dotykiem. Jestem przekonana, że w chwili uniesienia zapomina oddychać i wyłącznie przez pory skóry utrzymuje kontakt z rzeczywistością. Silna, drapieżna, prowokująca. A pod czaszką pulsujące pragnienie, żeby posmakować jej skóry. Poczuć jak elektryzuje powietrze kiedy się jej dotyka. I jeszcze to, żeby zamknąć ją w vacbedzie i dotykać. Powoli, przesuwać opuszki palców po każdym centymetrze jej ciała. A między nami jedynie cieniutka warstwa latexu i odrobina płynnego silikonu. Na samą myśl robi mi się miękko-mokro.
Nieznajoma.
Elektryzująca.
Żywa.
Ciekawe jaka jest w dotyku. Mam nieodparte wrażenie, że sypie iskrami jak głaskany pod włos kot. Tyle, że koty chadzają własnymi drogami…

2 stycznia 2011

Gra wstępna

Autor: Tomasz Jastrun

Sześćdziesiąt dwa felietony z erotyką w tle lub w roli głównej. Rozmowy wewnętrzne i cytaty z rzeczywistych dialogów. Retrospekcje zdarzeń i ludzi. W charakterystyczny dla siebie liryczny sposób autor pokazuje kolekcję wspomnień. Każda opowiastka jest jak zapalana zapałka – rozbłyskuje – płonie i gaśnie. Delikatność sąsiaduje tu z dosadnością, łagodność z ironią, dzięki temu tematyka jakże jest różnorodna. Jak wielu autorów zdecydowało się napisać cokolwiek na temat seksualności towarzyszącej upływowi lat? Zmieniającej się powłoce człowieczeństwa i ciągle żywym duchu? Albo poświęcić felieton pośladkom – w różnych ich aspektach – od słowotworu po napięcie skóry.

Jastrun skonstruował muzeum wspomnień gdzie hotelowa miłość z odpowiednim partnerem zyskała miano pięciogwiazdkowego orgazmu a jedna z partnerek została uwieczniona takim oto opisem " Byłem kiedyś z kobietą, która była tak ekspresyjna wokalnie, że sąsiedzi wezwali policję, bo byli pewnie, że ja morduję".


Ta książka jest jak owoc granatu – pełno w niej maleńkich, soczystych, słodko-kwaśnych smaczków. A że jak owoc granatu jest złożona - w tym przypadku z felietonów bardzo dobrze sprawdza się jako dodatek do codzienności. Nie trzeba jej czytać za jednym zamachem. Wręcz przeciwnie – felieton lub dwa do popołudniowej kawy i od razu nastrój się poprawia. Intrygująca treść podana w lekkostrawnej formie, przyprawiona twarzami i nazwiskami czasami bardzo znanych ludzi z odrobiną współczesności czyli tym, co można nazwać tłem socjologicznym. Urzekło mnie podsumowanie w jednym z felietonów. Urzekło celnością spostrzeżenia i prawdziwością sedna:


"Polska jest w dziedzinie erotyki krajem wielce skomplikowanym, pruderyjnym i rozpustnym, tolerancyjnym i obskuranckim, spiętym i rozpiętym – czyli niezły mamy tu bigos. Na szczęście dobrze przyrządzony bigos to interesująca potrawa".


Warto sięgnąć po Grę wstępną choćby jako przerywnik między dwoma mrugnięciami powieki.


1 stycznia 2011

Florystka Cecelia Webber

W przypadku Cecelia Webber wybór motywów flor tycznych na temat swoich prac wydaje się bardziej niż oczywisty. Urodziła się dorastała w małym miasteczku położonym wśród lasów i pól. Nad typową dla rówieśników zabawę przedkładała lekturę i obserwację przyrody. Nie sposób pozostać obojętnym mając na co dzień możliwość obcowania z salamandrami – to zadziwiające zwierzęta i do dziś kojarzące się z czymś nieziemskim i tajemniczym. Ech… te ich płomieniste pomarańczowe znaki na skórze, zupełnie jak ślady po dotknięciu magicznej istoty.

Piękno żywych istot sprowokowało myślenie o pięknie ludzkiego ciała. Sprowokowało pytania o sens zawstydzenia, jakie wpisane jest w myślenie o ludzkiej nagości w kulturze cywilizacji zachodniej. W jej pojmowaniu świata piękno nagości i piękno przyrody przenikały się, uzupełniały, wzajemnie eksponowały.

W takim właśnie stanie duszy i umysłu powstał pierwszy człekokwiat – maksymalnie wierne odwzorowanie istniejącej rośliny ale zbudowanej z misternej układanki maleńkich obrazów ludzkiego ciała. Dobór póz, w których uwiecznione zostały modelki, dobór kolorów poszczególnych elementów stał się technicznym dopełnieniem. Kwintesencją idei było namalowanie kwiatów ludźmi.

Dla mnie obrazy te niezwykle inspirujące przez to, że przełamują stereotyp postrzegania świata. Patrząc na stworzone przez autorkę nowe gatunki powracam myślą do lat dzieciństwa kiedy małe fragmenty kolorowych szkiełek i lustra zamknięte w kartonowej tubie kalejdoskopu ot wiary przed moim umysłem wrota wyobraźni. Autorka podała mi właśnie taki kalejdoskop. Kolorowy drobiazg w jego wnętrzu jest bardziej obły, bardziej żywy ale równie tajemniczy i magiczny jak ten pierwszy.

Uczta dla oka i umysłu…

31 grudnia 2010

Wojna polsko-dresscodowa

Na kolejnym forum nieśmiertelna dyskusja o tym czym jest dresscode i po co to komu. Na świecie impreza w klimacie fetish jest klasyfikowana jednoznacznie i nikt nie toczy bojów o temat stroju. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie wola się pobawić niż bić pianę, z której i tak omletu nie będzie. Rozumiem tych, którzy maja pytania (bo np. nie byli na takiej imprezie). Ale nie rozumiem kontestatorów. To trochę tak jakby zadawali pytanie dlaczego mamy w kraju ruch prawostronny, i dodawali gdyby był lewostronny to zrobiłbym/ zrobiłabym prawo jazdy i jeździłbym/ jeździłabym samochodem. Nie ma opcji od chcenia jednego czy drugiej taka zmiana nie nastąpi. Tak samo jest w przypadku imprez dresscodowych – nie ma głosić "prawdy objawionej" o niepotrzebności dresscodu licząc na to, że w miarę mówienia o tym zaniknie jako wymóg wejścia. Dla oglądaczy są strony klimatycznego porno w Internecie – można oglądac do woli nie tylko nie ubierając się specjalnie do wyjścia ale wręcz siedząc na golasa przed komputerem. Wolna droga – sam ustala sobie taki oglądacz "dresscode" ale jeżeli chce uczestniczyć to sorry ale warunek brzegowy spełnić należy.

Święte oburzenie z ust BDSMowców – ja nie mam fetyszu. I w porządku, nie musisz mieć. Ale wówczas po co chcesz iść na taka imprezę? No po co? Po to żeby pokazać, że masz uległą na końcu smyczy? No wybaczcie ale akurat w takim miejscu to ani nikogo nie zdziwi ani nie zaszokuje. Nie jedna uległa czy uległy na smyczy przyjdzie.

Nie wolno stawiać znaku równości między BDSM a zjawiskiem fetish. To drugie jest dużo szersze i pojemniejsze. Owszem miewają części wspólne ale mogą funkcjonować oddzielnie. Mogą być komplementarne ale ni jak nie będą substytutami. Większość dyskusji nie miała by miejsca gdyby każdy przed rozpoczęciem stukania w klawiaturę zadał sobie jedno pytanie: w jakim celu chciałbym pójść na fetyszową imprezę? Jeśli jedyna odpowiedzią jest zobaczyć co się tam dzieje to odpowiedź jest jedna – kup bilet (w tym także ten dresscodowy) idź i zobacz. To ważne, że nie ma tu ograniczeń, że impreza tylko dla "tru fetyszów" także "stażyści" mogą się na niej pojawić, wystarczy, że wykażą trochę inwencji i inicjatywy. Dresscode jest zazwyczaj określony szeroko.

Dłuuugo jeszcze w kraju nad Wisłą nie doczekamy się imprezy "latex only" czy innej wersji monotematycznej bo grupa docelowa spełniająca tak rygorystyczne warunki jest niewielka. Ale to akurat działa na korzyść samych imprez bo zawsze jest szansa, że pozna się nie tylko nowe osoby ale i nowe ich pasje. Gdyby gumoluby bawiły się wyłącznie w swoim gronie to nigdy nie byłoby mi dane poznać dotyku latexu bo mnie do gumy nie ciągnęło, a tak na imprezie z gatunku " integracyjna" mogłam zobaczyć i zakosztować.

I to jest właśnie to, co dla mnie jest kwintesencją klimatu fetish – poznawanie inności innych i dzielenie się własną z tymi, którzy mają ochotę ją poznać. Czego i Wam życzę w Nowym Roku!

30 grudnia 2010

Masz wiadomość…

Przez ostatnią dekadę nazbierało się trochę miejsc w sieci, w których bywam lub bywałam. Fora istnieją i przechodzą w niebyt, wyrzucam ich adresy z ulubionych, zapominam lub po prostu oznaczam etykietką 'nie, dziękuję". I zasadniczo nie mam z tym problemu. Ale pod koniec roku… No właśnie, pod koniec roku widma z przeszłości ożywają. I oto znajduję w skrzynce pocztowej wiadomość, że mam wiadomość na takim to a takim forum. Czasami kasuję od razu a czasami zaskoczona, że coś zostało reanimowane lub wogóle jeszcze żyje wybieram się z wizytą. A skoro już przekraczam progi to owszem sprawdzam zawartość PW ale i przy okazji robię szybki przegląd sytuacji. Tym razem było standardowo bo PW zawierało życzenia od adminów, ale myszkując po wątkach stwierdziłam, że nadal zdarzenia mają swoje drugie życie w na zamkniętych forach.

I tak dla przykładu poznańska Elektrostymulacja, o której głównie superlatywy ujrzały światło dzienne zaczęła się pojawiać w zupełnie innym świetle. Bo brudno, bo ciemno, bo prowizorka, bo bez pomysłu, bo wyciąganie ochotników do działania, bo…, bo…, bo… No cóż jestem w stanie zrozumieć, że jak się ktoś z Warszawy przejechał do Poznania to miał wielkie oczekiwania, które nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością. Ale aktywność imprezowa klimatyczna nauczyła mnie jednego – im mniejsze oczekiwania tym większe prawdopodobieństwo miłego zaskoczenia lub w odwrotnej sytuacji większe prawdopodobieństwo rozczarowania.

I jeszcze raz sprawdza się powiedzenia, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ktoś kto jest na klimatycznej imprezie po raz pierwszy (bez względu na jej standard) będzie podekscytowany z powodu nowości wydarzenia i możliwości obcowania z niestandardowymi zachowaniami. Ktoś kto ma już kilka imprez na koncie (znowu bez względu na ich standard) widzi więcej i ma punkty odniesienia. Każda z osób z tej drugiej grupy przeszła swoja imprezową inicjację, każda. I być może dziś już nie pamięta jak przesiedziała całą w ciemnym kącie nie zamieniając więcej niż dziesięciu zdań z innymi. Być może nie pamięta, jak czuła się obca mając w głowie myśl przewodnią w rodzaju 'i chciałabym/ chciałbym i boję się). Być może nie pamięta już obrazu tych uczestników, którzy ze swobodą przechadzali się wśród gości, rozmawiali, śmiali się, tańczyli czy też prezentowali swoich uległych. A szkoda, bo wszak nie było to tak dawno… 3, 4, 5 lat temu… Jakaż ta pamięć krótka potrafi być.

Sama byłam zdegustowana październikową FF3 (co prawda nie nastawiałam się na nic ekscytującego ale i tak się rozczarowałam). Śląska dominacja - prostacka i ocierająca się o zwykle katowanie osoby występującej w roli uległego to nie moja bajka. Ale jeżeli czytam (a także słyszę) o poznańskiej chłoście, w której operator bata zatraca się w czynności a chłostany traci przytomność to odejmuje mi mowę. A co mają powiedzieć nowicjusze, którzy dostają taki hardcore na przystawkę?

20 grudnia 2010

Matko chwalą nas!

Mowę mi odjęło więc tylko dialog przytoczę znany nie od dziś:

- Matko, matko chwalą nas!
- Kto córuchno?
- Wy mnie matko a ja was!


Wiele rzeczy mój rozum przyjąć jest w stanie ale na przerosty ego i megalomanię mam ataki śmiechu. Obśmiałam się jak widząc jako atrakcję Fetyszomanii pokaz shibari przygotowany i zaprezentowany na Fetyszozie, jeszcze śmieszniej było kiedy na październikowej edycji jako nowum sięgnięto po body sushi, które także pojawiło się na scenie ponad rok temu. Ale okrzyknięcie Fetyszomanii największą imprezą fetyszową w Polsce spowodowało, że oplułam monitor ze śmiechu. Co prawda na żadnym innym forum poza FetLife ten ozdobnik się nie pojawił… Uuuu grubo i bogato i od razu cieplej w ten zimowy poniedziałek.


No to gdzie na imprezę fetish w styczniu? Hmm… wygląda na to, że gdzieś do obcych, tam gdzie na forach nie toczą się kilometry dyskusji o wyższości dresscodu nad jego brakiem. Tam, gdzie ludzie przychodzą, żeby bawić się a nie stękać. Święty Mikołaj bilety pod choinkę wrzucił więc nucąc pod nosem Who Let the Dogs out? odliczam dni i fly…

7 listopada 2010

Poznańska Elektrostymulacja 11.12.2010

Dziewiątego dnia dziesiątego miesiąca anno domini 2010 było sobie FF3. Odnotowane. Wrażenia? No cóż - najgorzej wydane sześćdziesiąt złotówek na wejściówkę. Gdy nie tych kilka osób, z którymi miło było się spotkać byłyby to jedne z gorzej spędzonych godzin. A jeśli już o godzinach mowa to Poznania będzie ich ze cztery… Wersja mniej marketingu więcej klimatu to
zdecydowanie model bliższy mojemu sercu. Tak czy owak trzymam kciuki za SinClub.