13 września 2005

Monolog trawy

Święta trawo,
pokorna służebnico ziemi,
najbliższa jak koszula,
najwiosenniejsza, najranniejsza.
Zwierzęta Ewangelii i Anioły Pańskie
szły po tobie ledwie że muskając.
Tonęły w tobie ostrza i kopyta koni,
żłobiły buty twarde jak szlifierski kamień.
Z przytulonymi dziećmi – nasiennymi kłoskami
zapadałaś w wytarte skiby, w podziemne ciemnice
i trwałaś tam, rodząc uparte potomstwo,
które uczyłaś zawsze iść do słońca.
Córko Jaira, naucz wytrwałej nadziei,
której nie ugnie zwątpienie.
Ewa Najwer


Trawą chciałabym być. Trawą, która potrafi docenić wolę wiatru i powolna jest jego pieszczocie.
Trawą chciałabym być od tamtej nocy, kiedy trawy stały się świadkami magii. Kiedy były mi siostrami zapatrzonymi w płomienie. Kiedy były mi posłaniem pod stopy pościelonym. Kiedy ich pióropusze powiewały majestatycznie kierowane wiatru kaprysem. Od tamtej jednej nocy, każda trawa, na której spoczywa mój wzrok jest jedną z TYCH traw, a w zasadzie jedną z TAMTYCH traw. Każdy ukłon oddechem wiatru wywołany przypomina mi własną głowę skłonioną przed przeznaczeniem. Każdy taniec w rytm wietrznej melodii mojego ciała ruchem się staje. Ruchem dotykiem dłoni powołanym do życia. I nie jest ważne czy to maleńka kępka kupkówki drżączki, niebiesko-sina kostrzewa czy też rosły miskant. Każdy z blisko jedenastu tysięcy gatunków występujących na ziemi jest tym, którym chciałabym być, a już z całą pewnością każdy z tych stu pięćdziesięciu, które zadomowiły się w kraju ojczystym.O drżenie przyprawiają mnie łany zbóż… dlatego tak trudne były poranne podróże przez pola pełne złotych kłosów. Ale jeszcze trudniejsze okazały się te wśród porzuconych rżysk. Pozbawione sensu swojego istnienia, wykorzystane, wzgardzone. Ale nawet wówczas moja jedność z tymi trawami pozostała silna, także i ja przeżywałam to, co je spotyka. Zadziwiające – współodczuwanie roślinne? Nieprawdopodobne. A jednak.

Zasiadam wśród traw a ich taniec przenosi mnie do chwil jakże miłych sercu. Dotykam ich delikatnych kłosów a czuję pod palcami inny zupełnie dotyk. Powraca dotyk ciepłej skóry, miękkiej i jedwabistej. Dotykam szorstkich, ostrych liści a opuszki wyczuwają twarde, napięte płótno, paznokcie chcą przywołać dźwięk, który wówczas na tamtej materii zagrały. Ale to tylko szczegóły, które pieczołowicie skrywam na sekretnej półce ze wspomnieniami. Ciągle ciepłe, ciągle od łez rosy wilgotne i ciągle przywoływane widokiem każdego, najmniejszego choćby źdźbła pomiatanego przez porywiste podmuchy wiatru, żeby za moment zapaść się w bezmiar jego przepastnych ramion dających rozkosz dotyku. Dla tego dotyku, dla tej pieszczoty nieopisanej i niewysłowionej chciałbym być trawą. Może właśnie dlatego tak bardzo zasmuciła mnie opowieść o pszenicznej pani, wszak to ja byłam Trawą dla tego Wiatru… Tak, w tym właśnie jest moja siła, ja byłam Trawą dla tego Wiatru, poznałam dotyk, który pieścił i ten, który bliski był przełamania źdźbła. Byłam trawą, która rozkoszą zrosiła dłoń Wiatru - dłoń, która przyniosła niespełnienie. Ale jest coś jeszcze – zawsze mogę być znowu tą trawą, wystarczy, że stanę pośród sióstr moich trawiastych i jak one pozwolę na pieszczotę wiatrem niesioną. I jak one przyjmę ten dar z wdzięcznością.

Trawą byłam, trawą jestem, trawą będę… Zawsze kiedy tego zapragnę…

12 września 2005

Podwójne odbicie Gavina O’Neilla

Nowozelandczyk z mojego rocznika, zaczął fotografować mając 21 lat a od 1997 roku zajmuje się tym zawodowo. Fotografował dla Vogue, Marie Claire, Cosmopolitan, ale i z równym powodzeniem dla Mens Heath. Jeden z nielicznych parających się męskimi aktami. Z bardzo dobrym rezultatem zresztą. Sam o sobie mówi, że spędza dużo czasu na fotografowaniu czysto komercyjnym. Dlatego uwielbia te zdjęcia, które ‘popełnia’ w przypływie weny i impulsu, bez scenariusza, koncepcji, zdjęć próbnych. Sesje, w których podąża za swoją wyobraźnią, gdziekolwiek zechce go zaprowadzić. Wówczas stara się odrzucić możliwie dużo udogodnień technicznych, z których korzysta na co dzień. Wówczas oddaje się temu, co lubi najbardziej – podpatrywaniu, obserwowaniu wybranego obiektu i zatrzymywaniu w kadrze tego, co dojrzało jego oko.Na pytanie o to co lubi wymienia jednym tchem pracę, podróże, obserwowanie ludzi i czekoladę. Wśród ulubionych filmów jest Amelia i Prawdziwy romans, Szósty zmysł i W imię ojca. Ciekawa postać, ciekawe spojrzenie, ciekawe prace – Gavin O'Neill
Interesujące efekty uzyskał fotografując zarówno postać jak i jej ducha - czy to w lustrzanej powierzchni czy w wodzie, w naturalnej scenerii czy w sterylnym wnętrzu studia, kobiece czy męskie ciało. Czasami jak pozytyw i negatyw z idealnym oddaniem ostrości. Innym razem odbicie rozmyte w drgającej powierzchni wody w taki sposób, że porównać daje się jedynie zarys.





Wspaniałe kompozycje wykorzystujące naturalne tło lub jego elementy, układy ciała podkreślające ukształtowanie terenu jak na fotografii poniżej lub wręcz przeciwnie detale rekwizytów determinujące kompozycję jak w przypadku zdjęcia z rogami antylopy.




Kolejna sceneria warta podkreślenia to scenografie wykorzystujące naturalne elementy drewniane, dla których ludzkie ciało staje się odpowiednio dopasowanym wypełnieniem lub dopełnieniem. Kobieta jednocząca się z plątaniną namorzynowych korzeni lub mężczyzna wieńczący ścięty pień ogromnego drzewa. Każde z nich wydaje się pasować, być na miejscu w tej kompozycji.




Na koniec jeszcze dwa studyjne męskie akty. Taka mała przyjemność dla oka, a po części zapowiedź nagich męskich ciał w niedalekiej przyszłości.



aczął fotografować

10 września 2005

Plany dziś, jutro, pojutrze...

Powoli usypiam moja biurową rzeczywistość, z nadzieją, że wczoraj odebrałam ostatni w tej kategorii telefon. Zamykam oczy i widzę lazur wody aż po horyzont. Już niebawem, już za momencik, już za chwileczkę. Zmiana otoczenia zawsze działała na mnie dobrze, tym razem nie będzie inaczej. Wczoraj, kiedy wzięłam do ręki maskę chciałam wraz z Młodą zanurzyć głowę w wannie i pooddychać przez fajkę. No ale nie bardzo wypada dorosłej kobiecie. Spokój, senne przelewanie się przerzedzonych grup turystów w wąskich uliczkach, zachłanne oglądanie architektury, słońce i woda. Tak, już za kilkadziesiąt godzin... A wieczorami niezakłócona niczym, prócz pieśni cykad i blasku gwiazd, kojąca cisza, kołysana wiatrem od morza. Pamiętam wieczory z przed roku, kiedy siedziałam na tarasie z laptopem na kolanach i szklanicą zimnego soku, kiedy wokół lampy rozsiadały cię maleńkie gekony ucztujące wśród zlatujących do światła owadów. To wówczas spisałam większość z moich opowieści. Ciało zmęczone fizycznie i jednocześnie niezmącony czymkolwiek umysł, któremu słów składanie przychodzi z lekkością. A tyle jest do opisania... historia podróży samochodem, dwa słowa o broni, foliowe perypetie, wieczór trzech fistów, coś z kategorii babiniec też się znajdzie... Tak dużo tego w mojej głowie, tyle tylko, że zepchnięte w zakamarki niepamięci, czekają na swój moment... Przede wszystkim jednak to sytuacja, w której chce coś na pisać a nie muszę coś napisać.

Tak dawno nie byłam na wakacjach... należą mi się... Czas zacząć pakowanie...

9 września 2005

Gdy czytać będziesz...

Gdy czytać będziesz wieczorem te słowa
I skroń pochylisz nad zadumą zwrotki,
Wiedz, że w ich szarej prostocie się chowa
Czar tobie obcy, dla mnie dziwnie słodki.
Jak echa zgłuchłe, cienie chłodem skrzepłe,
Biorą na siebie wspomnień płaszcz żebraczy
Me łzy wstydliwe, mej krwi krople ciepłe,
Lecz wyglądały inaczej, inaczej...
Leopold Staff

Czasami bardziej od ukochanej składaczki słów przemawiają do mnie słowa innego autora. Na dzisiejszy wieczór i na noc dzisiejszą wybrałam sobie ten oto słowozbiór. Stonowany, chłodnawy, choć nie bez emocji skreślony myśli przebieg. Słowa dobrane starannie, okryte uczuciem przeszłym, wspomnieniem przepasane, na logice wsparte. Słowa to będą mężczyzny, który zasiada obok MPJ w zacisznym saloniku dla gości… Moich gości, którzy słowo jak oręż podnoszą do góry, którzy słowem łzę wycisnąć potrafią, żeby kolejnym ją osuszyć… Panie Leopoldzie a może na kawy czarnej jak smoła i jak smoła gorącej filiżankę da się pan zaprosić? Chętnie zasiądę w kąciku, żeby posłuchać jak pan mówi… może o wysokich drzewach a może o czekaniu? Czy mogę? Panie Leopoldzie…

Szymelek

Kiedy żyję jakimś wydarzeniem, jakąś sprawą to jest to rzecz, w danym momencie, najważniejsza. Wszystkie inne oglądane są przez pryzmat tego, co się aktualnie dzieje. Czasami ten pryzmat przybiera postać różowych okularów, czasami czarno-białego filmu. Wtedy, w środku wydarzeń, czuję się wyjątkowa, specjalna, jedyna w swoim rodzaju. Domniemuję, że to, co się dzieje jest specjalne i przydarza się tylko mnie. Ale, cytując znaną piosenkę „nic nie może przecież wiecznie trwać…” Kiedy zdejmuję filtr, przez który patrzyłam na świat zauważam nowe szczegóły. Wówczas to, co brałam za własne odkrycie i coś bardzo osobistego potrafi przybrać zupełnie inny kształt – zwyczajny, powtarzalny, pospolity… Ktoś, kto uczestniczył w mojej magii uprawia ją dalej, z kimś innym. I tylko słowa pozostają te same, fascynacje, rytuały. Imion nadawanie, specjalne, pełne znaczeń tajemniczych to wszystko się powtarza… I nagle coś, co wyjątkowe było staje się zwykłe, przypominać zaczyna wypełnianie kwestionariusza z tymi samymi pytaniami… tylko imiona się zmieniają, zmieniają się osoby. I w głowie pytanie powstaje czy ja byłam wyjątkowa? Czy też byłam tylko kolejnym wypełnieniem formularza? Kształtowanym przez wprawne palce ankietera...

Życie płynie dalej, bez względu na to, na jak długo zamykam się w sobie, izoluję duszę. I tylko czasami potrzebne jest pytanie od kogoś kto zawsze jest obok. Pytanie proste i trudne zarazem. Nie zwyczajne ‘co dalej?’ ale ‘ zastanawiam się czym teraz zajmiesz swoją duszę?’ No właśnie moja dusza, ta sama, która ostatnio kołacze się niezdecydowana. Dusza potępiona, której ni do raju ni do piekła wejść nie można. Dusza trochę chora i bardzo zmęczona. Nienasycona dusza. Niepowtarzalna. Niezgłębiona. Znajdzie sobie jakąś nową pasję, zawsze sobie znajdowała. Dusza, którą zabija rutyna. Nie wiem jeszcze co to będzie tym razem, ale wiem, że będzie… Na razie wysyłam moją duszę na wakacje… ciepłe, słoneczne wakacje, z dużą ilością wody, z dala od wszystkiego tutaj…

================

Mistrz Imion 2005-09-10 10:09:09 158.75.237.179
Ursula K. LeGuin - cykl "Ziemiomorze" - przeczytaj kiedyś w wolnej chwili

8 września 2005

Barometr

Dzień piąty:
Blednące ślady…
Blednące wspomnienia…
I tylko powracające uczucie niedosytu...

7 września 2005

Barometr

Dzień czwarty: Śladów na ramionach prawie już nie ma, za to piersi przestają być czerwone a robią się żółte. Zadziwiające jak różnie reagują różne miejsca. Objawy mięśniowo-bólowe ustąpiły całkowicie. Ech, wszystko co dobre szybko się kończy... Byłam u pani doktor obyło się bez osłuchiwania płuc tylko wyniki badań (swoją drogą dobrze, że znalazłam zdjęcie rtg z przed roku i nie musiałam robić nowego). Zaświadczenie mam.

Dziwny jest ten świat...

Switch'e - najdziwniejsza nacja pod słońcem. Niezrozumiała, zadziwiająca, a nawet powiem wprost - szokująca. No bo jak to inaczej nazwać? Dla mnie istnieje tylko jedna droga - droga uległości. A oni (switch'e znaczy) dzisiaj tu jutro tam. Gdzie w tym sens, gdzie logika? Nie znajduję. Pierwsze krok do schizofrenii. Jestem księgową o zbyt małym rozumku żeby to pojąć. Rozumiem biseksualność, ale nie potrafię pojąć uległej dominacji czy dominującej uległości. Ale tak naprawdę to nawet nie będę próbować. Niech tam sobie żyją i niech im bdsm lekkim będzie - zwłaszcza tym, którzy będąc na topie chcą zaznać jak smakuje uległość. Ciekawość to pierwszy stopień do... uległości.Postoję z boku i popatrzę co z tego wyniknie bo wygląda na to, że dookoła mnie jakaś epidemia niezdecydowanych wybuchła. Uległość się buntuje i butnie podnosi rękę na... a dominacja zdejmuje pokornie ubranie i siada w nogach... Ciekawe jak skończą? Dziwny jest ten świat...

Loreena McKennitt

Poznałam ją rok temu, przez Przyjaciela, który jest jej wielbicielem. Pokochałam ją od pierwszego utworu. Czaruje swoim głosem wszystko wokół, tworząc w umyśle wizję świata pełnego czarów i tajemnic, gdzie z każdego zaułka wychyla głowę elf. Rudowłosa bogini opowieści o zielonej wyspie, o pani zamku, o łabędziu… Magia zaklęta w dźwiękach…Jej słodki kojący głos stał się częścią mojego życia, a burza płomiennych włosów synonimem spokoju. To ona kołysze moje biodra w miłosnych uniesieniach, to dotyk jej jedwabistych słów koi skórę podczas chłosty, ona wsłuchuje się moje łzy w kąpieli i jest towarzyszką moich rozkoszy. Wróciła z blisko dwumiesięcznej banicji, ale wróciła jak do siebie. Nie, ona wróciła do siebie. Rozgościła się na powrót w sypialni i w salonie, zabieram ją na przejażdżki samochodem, a dziś pokazałam jej moje biuro. Tak, teraz mogę powiedzieć, że jest ze mną wszędzie. Nie znam żadnej innej muzyki i głosu, które tak dobrze komponowałby się z diametralnie różnymi aspektami mojego życia.

Dziękuję za Loreenę McKennitt, Przyjacielu.

6 września 2005

Barometr

Dzień trzeci : Fiolet w pełni – na biodrach, udach i w pachwinie. Za to na piersiach ciągle czysta, żywa czerwień. Ciekawe czy będzie niebieski siniak czy od razu yellow. Ślady na szyi schodzą w oczach. W zasadzie to ślady na duszy także. Już nie pamiętam niemal jak było…

Kwaśne winogrona

Właśnie uświadomiłam sobie, że niedosyt mojego umysłu zaczyna agresywną ekspansję. Na szczęście resztki zdrowego rozsądku ogłosiły obronę Częstochowy, okopały się i podjęły kontratak. Patrzę na siebie, słucham i to co widzę to klasyczny przypadek opisany przez Józefa Kozieleckiego w Koncepcjach psychologicznych człowieka. Działania dywersyjne, krótko mówiąc odzieranie z magii, znajdowanie słabych punktów. Czyli szukanie dziury w całym. A najgorsze jest to, że to wszystko na gwizdek podświadomości. Reakcja obronna organizmu. Fizjologia można powiedzieć. Zadziwiający twór ten umysł. Z jednej strony autodestrukcja z drugiej program naprawczy. Ale dopóki się tego nie analizuje żyje się w nieświadomości.Skoro już „znalazłam” te kwaśne winogrona w kiści to mogę spokojnie je z tego grona zerwać i wyrzucić. A piękną, rozpromienioną kiść wspomnień ułożyć na środku stołu i delektować się jej widokiem, aromatem a może i smakiem… kiedyś… Na razie mój wewnętrzny „dr Freud” zaleca umysłowi dietę bezednorfinową. Powinno pomóc zanim popadnę w szaleństwo.

Kwaśne winogrona

Właśnie uświadomiłam sobie, że niedosyt mojego umysłu zaczyna agresywną ekspansję. Na szczęście resztki zdrowego rozsądku ogłosiły obronę Częstochowy, okopały się i podjęły kontratak. Patrzę na siebie, słucham i to co widzę to klasyczny przypadek opisany przez Józefa Kozieleckiego w Koncepcjach psychologicznych człowieka. Działania dywersyjne, krótko mówiąc odzieranie z magii, znajdowanie słabych punktów. Czyli szukanie dziury w całym. A najgorsze jest to, że to wszystko na gwizdek podświadomości. Reakcja obronna organizmu. Fizjologia można powiedzieć. Zadziwiający twór ten umysł. Z jednej strony autodestrukcja z drugiej program naprawczy. Ale dopóki się tego nie analizuje żyje się w nieświadomości.Skoro już „znalazłam” te kwaśne winogrona w kiści to mogę spokojnie je z tego grona zerwać i wyrzucić. A piękną, rozpromienioną kiść wspomnień ułożyć na środku stołu i delektować się jej widokiem, aromatem a może i smakiem… kiedyś… Na razie mój wewnętrzny „dr Freud” zaleca umysłowi dietę bezednorfinową. Powinno pomóc zanim popadnę w szaleństwo.

Niebezpieczny umysł czyli siła popędów

Kto nie panuje nad swoim umysłem nie panuje nad sobą, nad swoim życiem – staje się niewolnikiem własnej podświadomości. Prawda, która boli. Mój umysł jest nieokiełznany. A niekontrolowany umysł staje się zagrożeniem nawet dla ciała. Własnego ciała.

Jak to możliwe, że przy fizycznym zmęczeniu odbierającym władzę nad kończynami i powiekami, dezaktywującym ośrodek mowy, po czterech zaledwie godzinach snu pierwszą myślą jaka pojawia się w głowie jest – JESZCZE! Zanim otwarte oczy ujrzą krajobraz po bitwie, zanim palce dotkną sinych pręg, zanim mięśnie przypomną o swoim istnieniu najmniejszy nawet neuron rozdziera mózg kolejnym impulsem żądzy. Jak w narkotycznym widzie jeden tylko cel kołacze się pod czaszką. Jeszcze. Znowu. Więcej. Ciągle. Najdziwniejsze jest to, że ten głód w umyśle działa jak znieczulenie. Miejscowe. Purpurowe i rozognione miejsca nie domagają się ukojenia, kwas mlekowy w mięśniach zostaje skonsumowany jak poranna filiżanka kawy, pole widzenia zawęża się. W rezultacie dochodzi do zmiany priorytetów. Kierunek autodestrukcja. Ciało schodzi do poziomu transmitera osiągając stan zbliżony do filmowych zombi. Czy endorfiny mogą aż tak uzależnić? Tak bardzo, że umysł działa przeciwko swojemu żywicielowi? Że stymuluje ciało do szybszej niż naturalna regeneracji albo też pozoruje symptomy tej regeneracji? Prosta droga do autodestrukcji. Na szczęście duża ilość ograniczeń z gatunku socjalno-społecznych i odrobina zdrowego rozsądku nie pozwala na zaspakajanie zachcianek umysłu za wszelką cenę. Ale gdyby nie to…

Przypomniał mi się eksperyment ze szczurami w roli głównej. W dużym skrócie: naciskanie jednej z dwóch dźwigni w klatce skutkowało podaniem pokarmu, druga dźwignia uruchamiała mechanizm przesyłania do mózgu impulsu elektrycznego, który stymulował wydzielanie endorfin. I szczury głodziły się na śmierć serwując sobie ciągle dawkę przyjemności zamiast jedzenia. Hmm jestem głodna i wybieram się do kuchni, żeby upolować jakieś śniadanko (więc chyba jeszcze nie osiągnęłam tego etapu co szczury z eksperymentu).

5 września 2005

Barometr

Dzień drugi: Wszystkie ślady bardzo jeszcze świeże. Kolorystycznie bez zmian. Pojawiła się bolesność miejsc, które już jutro będą pewnie granatowo-sine. Mocno odzywa się prawa pachwina – siniaczek niczego sobie… a to tylko palcat. Zadziwiające ale brak śladów po pejczu w okolicy krocza. Cycactwo obolałe bardzo. Miałam dziś pójść do lekarza po zaświadczenia na nurki, ale poczekam bo nie bardzo mam ochotę rozebrać się do badania. Starsza pani – a nóż zemdleje z wrażenia. Mam jeszcze dwa dni, poczekam. Dziś tylko laryngolog – popatrzyła na ślady za uchem ale słowa nie rzekła. I dobrze.

Pejzaże Karin Rosenthal

Urodzona 7 maja 1945 roku w Hartford w stanie Connecticed Karin Rosenthal jest pierwszą kobietą, która zagościła w mojej osobistej galerii aktów tendencyjnie subiektywnych. Jest ponadto pierwszy fotografem, który nie związał swojego życia z tą dziedziną sztuki, przypadkowo czy połowicznie. Powiem więcej – w swojej rodzinie jest trzecim pokoleniem parającym się fotografią. Swoje uwarunkowania genetyczne poparła solidnym wykształceniem w tym zakresie. Do roku 1973 wolny strzelec, później parała się co nieco fotografią komercyjną. Od 1990 poświęciła się niemal całkowicie fotografii artystycznej, ze szczególnym uwzględnieniem aktów. Od lat siedemdziesiątych stale powiększa kolekcję prac pod wspólnym tytułem Nagość w wodzie. I ten właśnie dorobek jest, moim zdaniem, kwintesencją jej pracy.Zachwycające czarno-białe zdjęcia ciał lub ich fragmentów w połączeniu z wodą, zatrzymany w kadrze moment łączącego rozdzielenia materii, zastępowalności pewnych elementów. Jak bowiem inaczej nazwać emanujące spokojem i naturalnością palce zajmujące miejsce kwiatów nenufaru czy też pośladki, do złudzenia, przypominające ich liście, albo kołyszące się nad nimi jak trzcina stopy.





Czy można oprzeć się skojarzeniu odsłoniętych przez wodę pośladków i zarysu pleców z sennym wylegiwaniem jakiś zwierząt w ich naturalnym środowisku?


Czy zarys zgiętej w kolanie nogi wraz z linią boku, jakby uciekającą z kadru nie przywodzi na myśl sylwetki żaby szykującej się do skoku. Tak, może to właśnie jest królewna zaklęta w żabę…


A pełne spokoju ciało sunące tuż pod powierzchnią wody, nie mącące jest przejrzystości, bezszelestne, nagie, kołysane miarowymi, niemal nie zauważalnymi ruchami akwenu czy ni jest wyjętą wprost z szekspirowskiej powieści ilustracją Ofelii?


Na koniec te wszystkie zdjęcia, gdzie oprócz zarysu ciała-wyspy na tle gładkiej powierzchni wody nie ma nic. Żadnych wodnych roślin, żadnego mącącego ciszę elementu dynamiki… No może jedynie pojawiające się gdzie niegdzie smugi oliwki, którą woda zachłannie zlizuje z bezbronnego ciała, może tylko ta smuga wśród bezludnych wysp ludzkiego ciała…


Niedoścignione pejzaże natury widziane niezwykłym okiem obiektywu, za którym stanęła kobieta.

Było niebo, była wieczność....

Było niebo, była wieczność.
Ekstaza miłości, zachwyt bezcielesny z otwartymi objęciami, bieg o stopę ponad ziemią.
Było niebo, była wieczność.
W centrum młodości, w czasie dojścia do zenitu sił miłosnych, naszej doczesnej wieczności.Wzruszasz dzisiaj ramieniem, wspominając ówczesne szaleństwo twoich młodocianych zmysłów? No to szydzisz z nieba,
z promienistego nieba dzikiej młodości!
Wszyscy, choć raz w życiu, wstępujemy do raju.
Wszystkich nas wypędza z niego grzech, którym jest czas.
Czas to nasz grzech rajski.
Czy zdarzyło ci się, będąc młodym i szczęśliwie zakochanym, słuchać koncertu Bacha? Tak? Byłeś więc w niebie.
Krótko? Dłużej byś nie wytrzymał. Byłeś tyle, na ile cię stać.
Raj jest za tobą, nie przed tobą, nie nad tobą.
Odwróć się i patrz: tam, nisko na horyzoncie, złoci się jeszcze i lazurzy dawne twoje niebo.
MPJ

Finalle Grande

Po tych szczebelkach wspinałam się tej nocy na szczyt rozkoszy. Okupionej bólem i łzami, poniżeniem i upokorzeniem, strachem i wstydem. Ale to, co czekało na mnie na szczycie nie da się opisać słowami ani równaniem matematycznym. Nie da się narysować mapy do tego miejsca ani zapisać receptury na ten specyfik. Tego nawet nie dało się wykrzyczeć zawartością płuc. To coś, co zawrzeć się da w dźwięku zbliżonym do ‘trrrr’. Coś co zabiera wszelką świadomość i przecina kontakt ze światem. Coś, czego nie chce się opuścić z własnej, nieprzymuszonej woli. To sfera rozkoszy wszechogarniającej, zdolnej przesuwać góry. Rozkoszy z tak innego świata, że nie sposób jej doświadczyć bez solidnych więzów. Orgazm, przy którym siła huraganu Katrina wydaje się być iluzoryczna. Coś, po czym ze zmęczenia zasypia się na twardym stole, w obecności ludzi nie będąc w stanie utrzymać powiek w górze. I to właśnie było mi dane, to stało się moim udziałem. I za to dziękuję.Adam Sikorski pisząc dla Budki Suflera tekst piosenki „Cień wielkiej góry” nie mógł przewidzieć, że dla mnie tą górą, tym cieniem będzie fizyczna rozkosz… ale tak właśnie było… Weszłam na ten szczyt. To pieśń o mojej rozkoszy, rozkoszy, która przychodzi…


Ona przychodzi chytrze,
Bez ostrzeżeń i gróźb,
Krzyczy pękniętą liną,
Kamieniem zerwanym spod stóp,
Spod stóp.

Wszystko zaczyna się zwykle,
Jak każdy wspinaczki dzień,
Trudny dzień.

Ściana, droga pod szczyt,
A potem nagle krzyk - oooooo...

Góry wysokie, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej!

Góry wysokie, wiem co z Wami walczyć każe,
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Na rzęsach szron, inni już idą dalej,
Na twarzy śnieg lecz są nowi, śmiali są,
Tylko czasem zamyślenie, tylko czasem zamyślenie.

Sam możesz wybierać los, szczytów, szczytów ślad
Sam możesz wybierać los, zrozum to, wejdź na szczyt!

Góry wysokie, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu lecz następni pójdą dalej
Tylko czasem zamyślenie, tylko czasem zamyślenie.

Sam możesz wybierać los, szczytów, szczytów ślad
Sam możesz wybierać los, zrozum to, wejdź na szczyt

Piedestał a rzeczywistość

Ideał nie sięgnął bruku. Nadal stoi na piedestale, nadal wznoszę oczy ku niemu. Ta nominacja jest dożywotnia. I nawet jeśli nie wszystko było tak jak bym sobie tego życzyła – nie ważne. Nie idealizuję Pani bezwiednie. Mam świadomość wad i ograniczeń. Po prostu jest. Ona i tylko Ona. Jedna jedyna. Żadna z kobiet nie jest w stanie zagrozić tej pozycji. Lecz jest ktoś kto nawet nie musi Jej detronizować, ponieważ jest w moim życiu najważniejszy – Pan Mąż. Jestem mu wdzięczna, że pozwolił mi sięgnąć po moje marzenie, że pozwolił i pomógł je zrealizować. Bez Niego to wszystko nie mogłoby się wydarzyć. Jego miłość jest moją siłą. W zamian mogę Mu ofiarować jedynie siebie, moją wyobraźnię, moje uwielbienie i moją uległość. Tylko tyle…

Proszenie o litość

Jestem silna. Potrafię przyjąć to, o co prosiłam. Jestem suką. Jestem z tego dumna’. Tym razem to nie zawołanie, to nie podpis pod słowami, które zostawiam. To rzeczywistość. Co jednak kiedy rzeczywistość przerasta wyobrażenie? Wtedy trzeba zebrać w dłonie łzy i podać je z błaganiem o litość. Ale to takie trudne. Tak chciałoby się podołać, nie rozczarować siebie i innych. I czasami słabości wystarcza tylko na słowo proszę, a na odpowiedź na pytanie ‘o co prosisz?’ – już nie. Ale nie zawsze. Innym razem artykułuję swoją słabość pełnym zdaniem… Bo wiem, że mogę. Bo wiem, że to moje prawo. Bo wiem, że nikt nie chce zrobić mi krzywdy. Mnie – swojej zabawce. Zresztą Pan Mąż, mój jedyny ukochany Pan, On sam powtarzał mi to nawet przed tym ostatnim spotkanie. Powtarzał słowa, które dźwięczą w zakamarkach głowy, że to ja decyduję kiedy powiedzieć stop. On sam. I tak było. Moje decyzje, moje błaganie o litość. Z jednej strony własny upór i ambicja, z drugiej najzwyklejszy w świecie poziom odporności na ból. Choć nie - jest coś jeszcze. Chęć sięgnięcia poza horyzont. Chęć poznania nieznanego. Chęć przekroczenia własnych granic. Choć o przysłowiowy centymetr. Własna próżność czyli ‘I can do it’. I dlatego tak trudno to powiedzieć. I dlatego czasem w otchłani gardła wyrywa się jedynie proszę… nic więcej… Przekroczyłam kilka swoich granic wczorajszej nocy. Jestem suką. Jestem z tego dumna. Tylko czy to jest powód do dumy dla innych?

Współodczuwanie do potęgi entej

Obcy mężczyzna odbierał chłostę. Tym samym pejczem, który chwilę wcześniej rysował znaki pożądania i tymczasowej własności na mojej skórze. Stał w tym samym miejscu. Ta sama dłoń trzymała narzędzie kaźni. Jego oddech słyszę w głowie do dziś. Nie krzyk, nie jęk, nie prośbą o łaskę, ale właśnie oddech. Szybki, płytki, nasączony wstydem i świadomością nieuniknionego. Dyszenie ociekające uległością, westchnienia spływające pytaniem ‘dlaczego?’. Nie byłam w stanie patrzeć. Mój oddech stawał się jego oddechem. Razy, które spadały na jego ciało słyszałam i czułam na własnej skórze. Bolały. Bolały zupełnie tak jak te z przed kilkunastu minut, te moje. Mięśnie napinały mi się bezwiednie oczekując tej nagłej, bolesnej pieszczoty. Moje mięśnie. On nie uronił łzy. Z moich oczu spłynęło ich całe mnóstwo. Czy po tym mogę jeszcze powiedzieć o nim ‘obcy człowiek’? Objęcia kochanki i czułych dłoni Pana pozwolił mi przezwyciężyć spazmatyczne ruchy własnego ciała. To był mój odpoczynek przez kolejnym preludium do rozkoszy.On ten obcy-nieobcy człowiek odebrał z rąk naszej Dręczycielki to, czego ja nie byłabym w stanie znieść. Może nawet nie wiedział o tym. Ale ja to wiem. Taka była jego rola tego wieczora. Nie jedyna zresztą.