8 października 2005

Wiązanie wialoaspektowe - opaski

Na początku mojej przygody z uległością wszystko było a wiele rzeczy prostszych niż dziś. Choćby wiązanie. Niby zwykła rzecz, niby każdy potrafi. I czego się tu doszukiwać. Niby racja. Ale kiedy już zaznało się rozkoszy zniewolenia to i na więzy patrzy się inaczej. I nie koniecznie więzy w rozumienia supełków na sznurze, rzecz jasna.

Najzwyklejsze i chyba jednocześnie najbardziej rozpowszechnione opaski na nadgarstki czy kostki. Czym są? Ano tym, co pozwala na skrępowanie czy unieruchomienie. Myślę opaski widzę paski skóry, sprzączki, karabińczyki, łańcuszki, kółka w ścianie czy meblu. Ale jest także inny aspekt takich opasek. Zdecydowanie mniej inwazyjny, zdecydowanie mniej ograniczający swobodę – zaryzykowałabym określenie komfortowy. Mam na myśli sytuację, w której nie ma żadnych innych ograniczeń poza nadgarstkami i kostkami ubranymi w te skórzane bransoletki. Spięte bynajmniej nie mocno ale wręcz przeciwnie – luźno, za pomocą łańcuszka. Zapewnia to całkiem sporą swobodę ruchu i jest powodem do radości (zwłaszcza po intensywnym shibari). Ale na dłuższą metę może być podobnie jak ono dotkliwe. Najlepiej przekonać się o tym na własnej skórze i wcale nie trzeba być praktykującym bdsmowcem, żeby tego doświadczyć. Taki mały test na to, żeby określić własne predyspozycje do uległości, skonfrontować to co sobie wyobrażamy z rzeczywistością – w bezpiecznej przestrzeni własnego mieszkania. Jeżeli ręce są spięte z przodu ciała to można powiedzieć, że jest się w stanie wykonywać niemal wszystkie czynności (z pewnym utrudnieniem ale jednak) – począwszy od prac domowych a na czynnościach fizjologicznych kończąc).

Przedłużający się taki stan (np. weekend) może doprowadzić do niezłego szaleństwa. Jest to dość prosty sposób na polecenie wydane na przykład z dużej odległości, nie jest potrzebna fizyczna obecność dominującego, takie self bondage. Można się nauczyć chodzić w czymś takim i zakładając brak konieczności opuszczania mieszkania może być dobrym sposobem fizycznej, namacalnej oznaki uległości podczas rozłąki. Przy swojej nieinwazyjności jest to jednak proceder dość uciążliwy. Zwłaszcza podczas… snu. Tak właśnie snu. Wydawałoby się, że wszystkie problemy kończą się kiedy już można się będzie wtulić w miękką i ciepła pościel. Nic bardziej błędnego. Wszystko zależy od pozycji spania a dokładniej zasypiania. Ja lubię zasypiać na boku, z jedną nogą wyprostowaną a drugą ugiętą. I klops. Łańcuszek (choć wystarczająco długi do chodzenia) nie pozwala przyjąć upragnionej pozycji. Zaczyna się przewracanie z boku na bok i zasnąć nie można. Czas płynie a snu ani widu ani słychu. A co z rękoma? Nic łatwiejszego jedna pod poduszkę i pod głowę a druga wyciągnięta swobodnie. I znowu skucha – to także niewykonalne. Próba znalezienia optymalnej pozycji do zaśnięcia jest niemożliwa. Ćwiczenie proste a skutecznie obnażające słabości stanu ‘i chciałabym, i boję się’. Doba dłuży się niemiłosiernie a dociągnięcie do 48 godzin wydaje się być niemożliwe. Doświadczenie niewątpliwie ciekawe.

6 października 2005

Obietnica kolejnej róży

Znowu wystarczył widok tych dwóch słów imienia. Wystarczył, żeby krew zawrzała i oszalał umysł. I kończę rozmowę ledwo zaczętą, rozmowę ważną. Kończę ją bo skupić się nijak nie potrafię, bo jedyne o czym myślę to wystukać ‘witaj Pani’ i czekać, aż przemówi. A na to czekać długo nie potrzebuję. I znowu w jednej chwili powracają wspomnienia, powraca uniesienie i nagły przypływ pożądania. Jedno Jej słowo wystarcza, żebym poczuła się w Jej władaniu. Drobinki magii osiadają na mnie jak drobinki kosmosu, który Ona tak pięknie przybliża. Kilka słów, które jak czarodziejski klucz otwierają podwoje wspomnień. Emocje, które przywołują zdjęcia, nasze zdjęcia. Obietnica kolejnej róży. I słowa ‘proś Pana, bo od tego jak prosić będziesz wszystko zależy’. To prawda. Wszystko zależy od Pana. To także jest w Niej niesamowite. Nigdy nie uzurpuje sobie prawa do zawłaszczenia mnie. Zawsze pamięta o tym, do kogo należę, a i mnie przypomina jeśli się zapomnę. No, może wtedy, kiedy moja spazmatyczna rozkosz otula nas obie jesteśmy w innym świecie, świecie niedostępnym dla nikogo poza nami. Ta cudowna wymienność i komplementarność warta jest wielu wyrzeczeń. Przede wszystkim dlatego, że jest to gigantyczna dawka emocji, rozkoszy i bólu w tak małej jednostce czasu skoncentrowana. Do utraty tchu, do utraty świadomości. Właśnie to co uwielbiam. Intensywne doznania wynoszące na szczyty i z łoskotem rozbijające się u podnóża rzeczywistości. Zbyt wielkie to jednak emocje by ich kosztować często. Niech dojrzewają, niech czekam żeby z tym większą przyjemnością zasiąść do stołu rozkoszy kiedy ona się ziści.

Jedyne, co zrobić mogę to prosić Pana i pokornie czekać na werdykt. A zrobię to już niebawem, bo przecież na taki extrasik trzeba zasłużyć.

5 października 2005

Dwoje ludzieńków

Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,
O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.
Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania
Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.
Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy,
A czas ciągle upływał - bezpowrotny, jedyny.
A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie,
Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Pod jaworem - dwa łóżka, pod jaworem - dwa cienie,
Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.
I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu,
Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.
Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,
Ale miłość umarła, już miłości nie było.
I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,
By powrócić na ziemię - lecz nie było już świata.

Boleslaw Leśmian

Jeśli nie ma już świata stwórzmy nowy. Nie wiem czy będzie lepszy, czy piękniejszy będzie, ale wiem jedno – będzie. Słowa jak dłonie złóżmy do modlitwy o własnej spokój duszy. Napiszmy nowe algorytmy, nowe drogowskazy postawmy na znanych już rozstajach, narysujmy nowe mapy. Odkrywajmy miejsca - te same lecz inne, te same lecz inaczej, te same lecz nowe. Pozwólmy sobie zapłakać, nad własnym zadumać się żywotem. Wciągnąć w nozdrza zapach leśnej ściółki, napełnić bezmiar morską bryzą, ślepymi oczami dotykać nieboskłonu. Choćby on był codziennością.

Na ramię Uśmiech!
Prezentuj Duszę!
Salutuj Życiu!
Carpe diem!

4 października 2005

Fetyszuję bez opamiętania

Dotyk moim fetyszem był. Od zawsze. Ale to co się ze mną dzieje przez ostatnich parę dni to przekracza wszelkie dopuszczalne (przeze mnie) normy. Zaczęło się od materii czerwonej i czarnej, którą do domu przyniosłam w wielkiej ilości. Zaczęło się od ciuchów szycia na imprezę fetyszową. Zaczęło się od przymiarek. Ale tak naprawdę to zaczęło się w piątek, kiedy założyłam czapsy i dotknęłam dłonią ud. Ciepła śliskość materiału wstrząsnęła mną jakby była wrzątkiem. Zupełnie niespodziewanie palce przesuwające się po błyszczącej czerwieni obudziły coś wewnątrz mnie. Bardzo subtelny początkowo ruch motylich skrzydełek w podbrzuszu, z każdym centymetrem dążył do łopotu pierwszomajowej flagi. Palce dosięgły kolan i bezwiednie rozpoczęły powolną wspinaczkę do góry. Opuszki palców, niczym sensory, wychwytywały najdrobniejsze zmarszczki materiału i zmianę temperatury ciała. Usiadłam. Czapsy napięły się i to wystarczyło, żeby zaczęła się orgia zmysłów. Od tego momentu nienasycone opuszki szukają tej gładzi, dotykają szyby, plastików wewnątrz auta, policzków, brzucha, ale to ciągle nie to.

W sobotę było jeszcze gorzej. Każdy kawałek przeszywanego materiału był przeze mnie wygłaskany, wydotykany aż po osnowę. Kiedy już jechaliśmy do klubu siedziałam na tylnym siedzeniu. Grzecznie, z rączkami na kolanach. Nie potrafiłam się oprzeć przemożnej chęci odczuwania dotyku własnych palców, przez materiał właśnie. Czułam podniecenie, które narastało z każdym wygłaskanym centymetrem. Brak bielizny i świeżo ogolona kobiecość osłonięta jedynie cienkimi rajstopami dopełniły obrazu pożądania. Zanim dojechaliśmy na miejsce wilgoć sączyła się po rajstopach. Chłodne powietrze po wyjściu z samochodu na moment pozwoliło przywrócić mi jasność widzenia. Na moment.

Widok, który ukazał się moim oczom po przekroczeniu progu klubu zdławił w gardle jęk zachwytu. Przede mną stał młody mężczyzna w długim czarnym płaszczu, spod którego wyzierała czerń kombinezonu. Jakże ja się musiałam powstrzymywać, żeby nie wyciągnąć dłoni i nie pogłaskać go. Palce niecierpliwe już rwały się, żeby zaspokoić głód swoich żądzy, głód dotyku. Usiedliśmy z dala od obiektu mojej fascynacji, ale moje myśli i palce podążały za nim krok w krok. Dłonie złożone pod stołem niecierpliwie pocierały czapsy. Ale wiedziałam już, że muszę go dotknąć. Zmiana stolika i lądujemy naprzeciwko dużego ekranu, na którym pojawiają się osoby w lateks odziane od stóp do głów (no może nie całkiem bo jednak parę otworków było). To, co działo się na ekranie nakręcało mnie jeszcze bardziej. Cała projekcja była jedną wielką pochwałą dotyku. Dłonie przesuwające się po ciele, kropelki bądź strugi czegoś wylewane i wcierane w tę drugą skórę. Jakże trudno jest zapanować nad sobą. Tym bardziej, kiedy takie reakcje zaskakują człowieka znienacka. Jedyne, co chodziło mi wówczas po głowie to przylgnąć do drugiego ciepłego ciała, albo do wielu ciał i rozkoszować się aksamitem dotyku. Ta jedna myśl wypełniała mi głowę. Nic więcej. Podniecenie sięgało zenitu. Już nie trzepoczące motylki gościły w moim podbrzuszu, wygnały je stamtąd silne skurcze. Ciągłe skurcze stawały się bolesne a perspektywy na zaspokojenie tej przedziwnej żądzy były nikłe. Najbardziej jednak zastanawiał mnie powód tak niesamowitej stymulacji, to zupełnie do mnie nie podobne.

I tym razem Pan odgadł moje myśli. Wstał i kazał mi iść za sobą. Trzymając dłoń na mojej obroży prowadził wprost do Płaszczowego i całkowicie bezceremonialnie zakomunikował, że chcę go pogłaskać. Niemal zapadłam się pod ziemię. Dobrze, że czapsy były ostro czerwone - zagłuszyły mój rumieniec. Nie mniej jednak takiej okazji nie mogłam przepuścić. Szybki bieg w spokojniejszy kąt a dłonie już niecierpliwie przebierały palcami. Był niesamowity w dotyku – ciepły, miękki, żywy. Dotykałam jego ramienia, potem torsu a po głowie kołatała się wciąż jedna myśl wtulić się w to nieziemskie coś, wciągnąć w siebie ten dotyk tępoaksamitny, polizać… No tego już było za wiele, cichy orgazm rozlał się po moim wnętrzu kiedy palce upajały się tym nowym doznaniem. Zaraz potem dotknęłam innego ramienia, innego ubrania i wszystko zaczęło się od początku. Czułam, że płonie mi twarz kiedy stałam tak blisko tych istot w nieziemskich ubraniach. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek i na cokolwiek zareagowała w ten sposób. Ale najpiękniejsze miało dopiero nadejść – vacum bed…Już kiedy obserwowałam mężczyznę pieszczącego połać lateksu rozpostartą na scenie wacikiem nasączonym wonnym olejkiem (nie wiem co to było, nie wiem nawet czy miało zapach ale tak to właśnie wyglądał). Z pietyzmem smarował każdy centymetr, a ten z kolei odwdzięczał się blaskiem w którym odbijało się pożądanie. Moje motylki dały znowu znać o sobie kiedy jeden z uczestników wsunął się pod między dwie połacie tej nieziemskiej materii. Wiedziałam co będzie się działo, od razu przypomniało mi się widziane w necie zdjęcie. Ale tego, jak to na mnie zadziała nie przewidziałam. Kiedy tylko lateks zaczął wklejać się w ciało trzepot stawał się nie do zniesienia. Oto na moich oczach ktoś zapadał się objęcia atłasowych zwojów. Jak bardzo chciałam być na jego miejscu nie potrafię nawet powiedzieć. Kiedy więc z ust prowadzącego pokaz padła taka propozycja w szalonym pędzie pobiegłam błagać Pana o pozwolenie. Poszliśmy razem w kierunku tego źródła rozkoszy…

Kiedy zdejmowałam buty nie widziałam już nic poza czekający na mnie objęciami. Gdzieś w uszach ostatnie instrukcje, określanie dźwięków i sygnałów komunikacyjnych. Ach kończcie już, już nie chcę czekać, nie teraz kiedy rozkosz jest na wyciągnięcie dłoni! W końcu mogłam wtulić się między dwie dłonie delikatne i miękkie, dłonie tak ogromne, że można się w nich zagubić. Wreszcie zatrzaśnięto za mną drzwi do tej rozkosznej krainy. Wreszcie stojący obok ludzie zostali daleko, w innym świecie. I tylko czułam ciągły dotyk mojego Pana. Dotyk, który choć z innego świata był ze mną. Czułam się jak oblubienica czekająca swojego kochanka. Oczy przymknięte, oddech przyspieszony i żądza, pragnienie żeby już wziął mnie w ramiona. Ułożona na wznak, z nogami w bezwstydnym rozkroku, w rękoma uniesionymi ponad głowę, z wnętrzem dłoni zwróconym ku górze czekałam. Czekałam na przyjście tego, który tu i teraz na oczach publiki zechce mnie posiąść. Usłyszałam szum i zaraz potem dotyk tych ogromnych dłoni, które dotykały mnie wszędzie. Obłapiały lubieżnie potęgując moje podniecenie. Czułam jak ubranie miażdżone jest przez lateksową skórę, jak zaczyna stanowić przeszkodę, barierę między mną a przeznaczeniem. Jakże ja żałowałam, że nie jestem naga, że tego dotyku nie mogę poczuć tak, jakbym tego chciała. Rozmowy, pytania, zatykające się uszy i wszechobecne ciśnienie. Poczułam tę samą ekstazę, którą znam spod wody. I nagle uścisk zelżał, ucichł. Ale ja chcę jeszcze, jeszcze!. Jakby odczytując moje błaganie wszystko zaczęło powracać. Oddech przez niewielką rurkę w zupełności wystarczał, żeby doświadczać tego cudu. I nagle uświadamiam sobie, że jestem dotykana. Co najmniej cztery dłonie przesuwają się po moim ciele. Po dłoniach, po twarzy, po nogach. Stłamszone gdzieś wewnątrz mnie motylki trzepotały radośnie. Jakże bardzo chciałam wysunąć biodra do dotyku, który mnie muskał. Dotyku dłoni dobrze znanych ale innych zupełnie. I to co przyszło mi wówczas do głowy było podobne do jednej z pierwszych myśli. Tym razem jednak nie plątaniny ciał zapragnęłam ale dłoni. Tych wszystkich dłoni, które mnie otaczały. Pragnęłam być przez nie dotykana, przez te wszystkie dłonie, które nawet nie wiem do kogo należały. I wtedy dłonie, jak spłoszone ptaki, odfrunęły daleko a ja usłyszałam dźwięk odsuwanego suwaka. To drzwi do realności. Za wcześnie! Za wcześnie! Chcę jeszcze tej niebiańskiej rozkoszy. Przez otwarte drzwi rozkosz czmychnęła gdzieś w przestworza zostawiając mnie płonącą z pożądania o krok od spełnienia. O rozkoszy przedziwna, rozkoszy obłuda. Znajdę cię. Znajdę i na powrót w ciebie się przyodzieję. Pragnę tego dotyku, wciąż go pragnę, płonąc z pożądania.

Dziękuję wszystkim tym, dzięki którym to wszystko stało się moim udziałem…

===============

Jac 2005-11-11 00:30:32 83.25.195.244
Do Nikt: ciekawe czy leczysz swoich pacjentów za pomocą terapii 'rączki na kołderkę' i informujesz ich, że od onanizmu wyrastają włosy na rękach i skóra szarzeje? Z tego, co napisałeś tak właśnie wynika...Do Zooz'y: nigdy nie czytałem czegoś bardziej erotyzującego! Trochę zazdroszczę Tobie odczuć, ale bardziej serdecznie pozdrawiam!!!!

Nikt
2005-10-07 09:28:26 83.23.253.176
Długo myślałem co na pisać, choć jestem lekarzem, trudno mi wyrazić co myślę. To jest choroba zwana fetyszyzmem i powinnaś się zacząć leczyć, bo w innym wypadku zrobisz sobie krzywdę.

sophie
nycprinces@poczta.onet.pl2005-10-04 20:12:39 69.86.141.76
Cudowne,cudowne i jeszcze raz cudowne.Opisujesz to tak,ze samej mi robi sie wilgotno.Marze o tym ,zeby tez tak sprobowac.Pozdrawiam goraco...

3 października 2005

Nurbika_pony na żywo

Kolejna z rzeczy, które zapisałam na swojej liście przeszła do kategorii zrealizowane. Widziałam pokaz pony_play na żywo. Czy było warto? Zdecydowanie tak! Zapewne odbieram to inaczej niż uczestniczka pokazu, ale takie coś robi duże wrażenie. Co prawda widok ten nie działa w żaden sposób jako stymulacja w obszarze seksualnym, ale działa na inne zmysły. Wydaje mi się, że wiem co powoduje chęć oglądania czegoś takiego, co powoduje popularność. Wrażenia estetyczne. Tak naprawdę to dobrze przećwiczony układ jest w stanie zachwycić gracją ruchów, zgraniem partnerów, historią opowiedzianą głównie gestem i choreografią, choć Nurbika zaserwowała nam również zestaw dźwięków (odwołując się do Rejsu były to odgłosy paszczowe). Widowiskowe i ciekawe bez wątpienia. Nie było w tym nic z cyrku, którego się spodziewałam. Raczej należy to traktować w kategorii zbliżonej do oglądania jazdy figurowej na łyżwach czy tańca towarzyskiego. Tak, chyba skojarzenie z tańcem jest najbardziej adekwatne. A, że stroje trochę niestandardowe? No cóż, stroje do tańców latynoamerykańskich też nie nadają się do niczego innego poza tańcem.

Nadal nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie czy taka forma aktywności powinna być traktowana jako element bdsm. Jest to, wbrew moim przypuszczeniom, niezwykle kobiecy spektakl. Począwszy od zakładania uprzęży a na podawaniu kostki cukru skończywszy. Teatr? Możliwe. Zatem podobnie jak dobrze wyreżyserowana i zagrana sztuka może zachwycić. Pozostaje pytanie na ile ćwiczenia (bo nie ma się co oszukiwać trzeba włożyć sporo pracy żeby uzyskać taki efekt) są przyjemnością dla partnerów. W sumie to takie pony_play mogłoby być traktowane w kategorii fitness albowiem niezłej kondycji potrzeba do tego, żeby pomaszerować sobie z wysoko unoszonymi kolanami i do tego w kopytkach! Kopytka robią niesamowite wrażenie, na pierwszy rzut oka nie sposób w nich zrobić kroku (na drugi zresztą też nie) ale przecież dziesięciocentymetrowe szpilki też nie nadają się do chodzenia (w każdym razie dla mnie). No i oczywiście nie była to wersja dwudziestocztero-godzinno-stajenna. Albowiem apetyczne pony (oblizanie od ucha do ucha za takim ciasteczkiem) poza pokazem siedziało sobie swobodnie rozmawiało i sączyło piwko.

Cieszę się, że mogłam to zobaczyć na żywo bo pokaz wart był obejrzenia. Zresztą jak każda rzecz, której można doświadczyć na własnej skórze pozostawia trwalsze wrażenia. A do głowy przychodzą następne pytania. Czy chciałabym coś takiego zobaczyć jeszcze? Zdecydowanie tak! Czy chciałabym czegoś takiego doświadczyć osobiście i fizycznie? Hmm tu już nie ma tak zdecydowanej aprobaty. Dlaczego? Żeby zasmakować tego ‘cukru’ musiałabym powierzyć siebie drugiej osobie, a nie znam nikogo kogo jest w temacie obeznany i jednocześnie ma moje zaufanie. A jedynie przebranie się za pony mogłoby być tylko pożałowania godną farsą (to co widzieliśmy było wyćwiczone perfekcyjnie).

Nie mniej jednak zachwyciło mnie zaangażowanie Nurbiki widać było, że ma przyjemność z tego, co robi. I co tu mówić wyglądała uroczo z wędzidłem w ustach, z maleńkimi uszkami i blond ogonkiem. A kiedy zbierała wargami cukier z wnętrza dłoni nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że pieści tę dłoń ustami i językiem. I jeszcze to oczy wpatrzone w Trzymającego-Wodze – pełne ognia. Więc chyba coś w tym jest…

2 października 2005

Lateks Party mniam mniam

Tyle mogę powiedzieć o sobotniej imprezie, innymi słowy miód z boczkiem. Lokal rewelacja. Nieduży, na uboczy (choć przecież w środku blokowiska), klimatyzowany (daje żyć niepalącym a to cenne), infrastruktura techniczna bez zarzutu (duży ekran do projekcji, scena, światła a nawet trochę dymu), nagłośnienie może nawet za dobre bo ciężko się rozmawiało, szatnia i miejsce do przebrania. Generalnie piątka z plusem. Szóstki nie będzie bo zgodnie z tym co mówili konsumenci piwo chrzczone. Jak widać zdarza się w najporządniejszej rodzinie. Zdecydowanie dobre miejsce na imprezy, które nie potrzebują za dużo dziennego światła.

Jestem pod wrażeniem organizacji imprezy. Duże uznanie dla młodego człowieka (nazwanego przez nas Płaszczowym) w obcisłym wdzianku i matrixowym płaszczu – zachował się jak prawdziwy gospodarz. Człowiek z ikrą! Osobiście witał przechodzących, rozmawiał z ludzikami w trakcie, brał czynny udział w pokazie. Żadnych zdjęć, żadnych niepowołanych osób na sali. Ciekawie dobrane pokazy i dużo wrażeń wizualnych i dotykowych (nie ma to jak testy organoleptyczne!). Nurnika_pony przeszła wszelkie moje oczekiwania (5+) a o vacume bed to jeszcze teraz nie mogę mówić bez ekscytacji. Nie można pominąć pierwszego (mojego) kontaktu na żywo z lateksm w takiej ilości i w kategorii ubioru, który pozostawia niezatarte wrażenia. Ale to wymaga spokojnej głowy, żeby zapisać wyniesione wrażenia, więc może jutro jak odeśpię tę imprezę.

PS. Nie wykluczone, że wspólnie z Płaszczowym porwiemy się na organizację imprezy, która nam chodzi po głowie od paru miesięcy, wstępne rozmowy w tej sprawie już się odbyły. Facet ma i zapał i skuteczności a i lokal lepszy niż ‘no mercy’. Tak więc może, może…

30 września 2005

Fetyszowe kwestie tym razem

Fetyszowe, jak fetyszowa impreza. Ciekawe jaka to będzie impreza. Mam nadzieję, że fajna i choć trochę adekwatna do nakładu pracy związanego z przygotowaniami. W ciągu tego tygodnia przećwiczyłyśmy chyba wszystkie możliwe sposoby połączenia dwóch warstw – hmm materiału. Ale tak to jest jak się człowiek chce ubrać niepowtarzalnie. To najpierw sobie wymyśli w co się ubierze, nabędzie materię stosowną, zmierzy, a potem to już tylko korzysta z dostępnego zasobu słów różnych, na określenie swojego stosunku do materii. Tej nieożywionej rzecz jasna. Nie zna życia kto nie szył czegokolwiek z lacki lub innego PCV, oj nie zna. Toż to się draństwo kroić nie chce (zwłaszcza jak się dysponuje nie do końca ostrymi nożyczkami) a o szyciu nie wspomnę. Ciągnie się toto jak guma, przykleja do siebie i do maszyny.

Ale przede wszystkim obchodzić się z tym trzeba jak z jajkiem. Ani zaprasować ani przypiąć szpilkami, ani sfastrygować. No świat się kończy. I człowiek kombinuje jak kot za szafą, żeby się udało. A to podkłada papier pod igłę (żeby się szyć dało) a to spinaczy biurowych zamiast szpilek używa, a to McGyverowej taśmy, a to malarskiej papierowej. A czas płynie. Do imprezy została doba a dopiero 3/5 ciuchów uszyte. A dziurki metalowe trzeba jeszcze w nich nabić. Jak to A. wczoraj stwierdziła ‘nie dziwię się cenom lackowych ciuchów’. Coś w tym jest.Ale za to jedno jest pewne nikt nie będzie ubrany tak jak my. Ciekawe czy gdybyśmy wyszli w tych ciuchach na ulicę to by nas zamknęli za zakłócanie porządku publicznego czy nie? Jak impreza będzie kiepska to zawsze możemy to sprawdzić. Lista garderoby na jutro: spodnie, sukienka, koszula, czapsy, gorset. I jakieś duperele w postaci skarpetek (bo majtek to raczej nie, w każdym razie nie wszyscy, hihi) pończoch i bucików.

Kolorystyka: czerń kominowa (czytaj: sadza) i czerwień strażacka (czytaj: trudno nie zauważyć). Zestawy jednobarwne, dwubarwne i łączone. Wszystkie możliwe kombinacje. No chyba mnie tam trema zeżre na przystawkę zanim zdążę wejść. Kolejny raz, kiedy zrealizowany jest pomysł z kategorii nie z tej ziemi. Swoją drogą to nasza determinacja jest ogromna. Tyle czasu przy maszynie dla jednej imprezy?! No właśnie. Ale z drugiej strony warto było, choćby po to, żeby Pana Męża zobaczyć w tych spodenkach, mniam śliczny tyłeczek. A jak już jesteśmy przy tyłeczku to ten drugi sznurowany też wyglądać będzie musiał apetycznie. A ja nie dość, że w majtkach to jeszcze spodnie z dziurą na tyłku. Hmm może jednak zmienię zdanie? Spódniczkę zawsze jeszcze zdążę do jutra uszyć. Nocą jak Kopciuszek…

Sesja fotograficzna

Nadeszła długo wyczekiwana sobota. Ten dzień, który mógł się stać moim Waterloo lub moją Odsieczą Wiedeńską. Nie trzeba mi było porażki. Nie teraz. Nie z Nim. Rosnące napięcie było wyczuwalne w powietrzu. Niby wszystko normalnie, spokojnie, ale jednak inaczej niż zwykle. Oboje wiedzieliśmy, że coś ma się stać. Większość dnia poświęciłam na przygotowanie miejsca akcji. W salonie zostało wyłącznie niezbędne wyposażenie, scenografia, która byłaby jedynie tłem, żadnych zbędnych bibelotów.

Nie wiedziałam zupełnie, jaki ma być klimat zdjęć, jaka stylizacja. Salon był teraz czystą kartą, przytulny i ascetyczny zarazem... Czekałam w napięciu, nie przypominałam o swoim istnieniu, czekałam. Wszedł i przesunął wzrokiem po pomieszczeniu. Zatrzymał wzrok na mnie, zmrużył oczy, zastanawiał się chwilę...
- Pójdź na górę i przygotuj się - powiedział spokojnie - włosy, makijaż...
- Czy mam być ubrana? - wiedziałam, że tak, niewiadomą było jedynie w co mam się ubrać.
- To ma być stylizacja w duchu lat dwudziestych - zaczął - sukienka w pastelowym kolorze, bez rękawów, prosta, do kolan, długi sznur pereł, pończochy, buty na obcasie z zakrytymi noskami, wszystko jest przygotowane w sypialni.
- A bielizna - spytałam dla porządku.
- Bielizna biała, zaraz ją zdejmiesz, ale zaczniemy z bielizną - odpowiedź była stanowcza i wyczuwalne było zniecierpliwienie.
- Bieliznę możesz wybrać sama - rzucił jakby od niechcenia - wiesz, jaką lubię.
Wstałam bez słowa i ze wzrokiem wbitym w podłogę udałam się do sypialni. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic.

Strumień wody spływał po moim ciele, spłukując z niego codzienność. Wiedziałam, że nie ma odwrotu. Wiedziałam też, że nie ma we mnie podniecenia, którego się spodziewałam. Zawsze marzyłam o takiej sesji, ale nigdy nie miałam ku temu ani okazji, ani możliwości. Czułam się nieswojo. Nie wiedziałam jak się zachować. Byłam zdenerwowana. Woda, która zazwyczaj koiła moje nerwy teraz nie przynosiła spodziewanej ulgi. Niepokój narastał. Bardzo zależało mi, żeby sesja fotograficzna stała się preludium do cudownego aktu oddania i mojej uległości, którymi chciałam obdarować mojego Pana Męża. Zmuszenie kogoś do uległości i posłuszeństwa jest dużo łatwiejsze niż wyzwolenie postawy dominacji. To trudne, ale jestem zdeterminowana. Chcę to zrobić. Jeżeli okaże się to porażką przyjmę to, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żeby zaniedbać choćby najmniejszy detal. Muszę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy.

Roztarłam w dłoniach olejek o zapachu zielonej herbaty. Moje dłonie rozprowadzały go stopniowo po ciele. Najpierw na karku, szyi, na linii włosów i w okolicy uszu. Dotyk w tych miejscach zawsze wywołuje u mnie przemiłe doznania. Zapach unosił się i pieścił moje zmysły, a moje palce dokonywały reszty. Powoli moje dłonie zsuwały się coraz niżej i nim się spostrzegłam palce pieściły twardniejące sutki. Jak trudno było utrzymać je w śliskich palcach. Przyjemność zaczęła rozpływać się po moim ciele wraz z wodą. Oparłam się piersiami o ścianę, chłód kafelków przyspieszył efekt twardniejących z podniecenia sutków. Dłonie przesunęły się niżej, przez brzuch do mojej kobiecości. Bezwstydnie pieściłam się palcami, pocierając delikatnie wargi, wsuwając palce pomiędzy nie, drażniłam się sama ze sobą omijając łechtaczkę. Podniecenie narastało. Chciałam spełnienia. Bardzo chciałam. Ścisnęłam łechtaczkę kciukiem i palcem wskazującym i mocno naciągnęłam. Poczułam pierwszy skurcz, delikatny, jakby nie mój. Palce pieściły moją drugą dziurkę, wiedziałam, że też będzie dziś użyta. Pieszczota zaczęła ją delikatnie rozchylać, teraz wystarczyło już tylko wsunąć palec. Śliski od olejku wcisnął się w nią bez trudu, a kciuk wsunęłam do cipki, która nie opierała się. Zetknęłam palce, teraz oddzielała je jedynie cienka cielesność, pocierałam palce jednocześnie je wsuwając i wysuwając. Strumień wody skierowany na łechtaczkę dopełnił reszty. Fala skurczów była krótka, ale bardzo intensywna. Teraz byłam gotowa, żeby obnażyć się przed obiektywem. Zakręcając wodę zauważyłam, że w drzwiach łazienki stał On. Patrzył na mnie z uśmiechem. Poczułam się nieswojo, nie lubię pieścić się na oczach kogokolwiek, spuściłam wzrok i sięgnęłam po ręcznik.
- Pokaż mi się - powiedział cicho.
Wyszłam mokra, krople wody spływały po mnie i na podłodze zebrała się już spora kałuża. Wyciągnął rękę i dotknął mojego policzka, zrobił to tak szybko, że uchyliłam się biorąc to za uderzenie. To był odruch. Moja wyobraźnia płata mi figle... Pogładził mnie po twarzy, po szyi, ścisnął sutki i zagłębił palce w cipce. Przyjęła palce bez najmniejszego oporu, była wilgotna, otwarta i ciepła... Widziałam, że podniecił go ten widok, chociaż starał się to ukryć.
- Ubieraj się, a ja popatrzę - powiedział kładąc się na łóżku.Wytarłam ciało i lekko podsuszyłam włosy, On ciągle mnie obserwował. Bez słowa. Zaczesałam włosy i nałożyłam wosk. On patrzył, śledził każdy ruch, czułam jego wzrok na sobie. Kończyłam makijaż, kiedy powiedział głośno:- Zacznij się ubierać, nie mamy całej nocy.Spojrzałam na zegarek, dochodziła dwudziesta druga. Sięgnęłam po bieliznę.
- Najpierw pończochy - powiedział tym swoim rozkazująco-proszącym szeptem.
Siedziałam tyłem do Niego na skraju łóżka, odłożyłam majteczki i wzięłam pończochę.
- Nie tam, chcę widzieć jak je zakładasz - usłyszałam stanowczy, ale z trudem opanowany głos.
Leżał na plecach, widziałam wyraźnie wypukłość w Jego spodniach, starałam się o tym nie myśleć. Uniosłam nogę i postawiłam ją obok Jego twarzy. Teraz widział dokładnie moją kobiecość, a ja starałam się unikać Jego wzroku. Stałam tak a On dotykał mnie wzrokiem. Przerwałam to sięgając po bieliznę, nie protestował. Założyłam resztę garderoby i opuściliśmy sypialnię.

Szedł za mną, kiedy doszliśmy do schodów zatrzymał mnie i zawiązał mi oczy. Prowadził mnie trzymając za ramię. Czułam się nieswojo, ale szłam. To miał być Jego wieczór. Na miejscu posadził mnie na czymś miękkim. Stał nade mną, czułam jego krocze dotykające mojej twarzy. Znieruchomiałam, On ukląkł przede mną i rozszerzył moje kolana. Jego dłonie gładziły wewnętrzną stronę uda, musnął moją kobiecość przez bieliznę i nagle przestał. Nie czułam dotyku, nie wiedziałam gdzie on jest.
- Teraz zrobisz dokładnie to, co powiem.
- Rozchyl usta, bardziej - dobrze.
- Ręce między udami, ale nie zasłaniaj cipki.
Słyszałam tylko, jak przechodził z miejsca na miejsce i trzask migawki. Kolejne polecenia, ustawienia głowy, stóp, dłoni... Jego głos stawał się coraz bardziej podniecony. Podszedł do mnie i zdjął mi apaszkę. Wyglądał na zadowolonego.
- Zdejmij bieliznę - tylko powoli - powiedział przestawiając coś w aparacie. Wstałam, a kiedy podciągnęłam sukienkę, żeby zdjąć majtki usłyszałam serię trzasków wydawanych przez spust. Wiedziałam już - zdjęcia seryjne. Powoli zsunęłam majtki, najpierw do kolan, a później zatrzymałam je na kostkach. Usiadłam i rozszerzając kolana odsłoniłam cipkę. Kolejne kadry uwieczniające moje ciało stały się faktem. Zaczynałam się podniecać tą sytuacją. Czułam się jak w swoich fantazjach, kiedy marzyłam o tym, że jestem podglądana. Kolejny raz przypomniał mi brutalnie, że to Jego wieczór i bawimy się tak, jak On chce.
- Zmień sukienkę - powiedział rzucając ją w moją stronę.Krótka letnia sukienka, rozkloszowana, rozpinana na całej długości. Chętnie ją założyłam, była wygodna. W tym czasie przyniósł krzesło.- Teraz usiądź na nim w ten sposób, żeby było widać cipkę, ale zapnij wszystkie guziki.
- Dobrze, oprzyj brodę na rękach skrzyżowanych na oparciu - trzask... trzask zamiast dobrze.
- Odchyl się do tyłu, głowa odrzucona - nie, zaczekaj, rozepnij dwa górne guziki - chce widzieć twoje piersi - kolejne komendy są coraz szybsze...
Nie myślę, nie analizuję, robię to, co mi kazał. Jestem w siódmym niebie. Chcę jeszcze. Czuję jak wilgoć zaczyna się sączyć z cipki po udach, czuję mokre pończochy, zaczynam odpływać...-
Teraz wejdź na stół - polecenie wyrywa mnie z błogostanu.
Wchodzę na stół, staję na jego krawędzi a On kładzie się z aparatem na podłodze. Kątem oka widzę, że jest bardzo podniecony. Pstryka kilka zdjęć.
- Teraz kucnij, chcę zobaczyć twoje wnętrze - rozkazuje.
Zbliża się aparatem na bardzo małą odległość, niemal dotyka mnie. Ależ tak, On mnie dotyka. Ściska palcami łechtaczkę i ciągnie wargi. Jęczę z rozkoszy, kiedy nagle przestaje. Znowu zostawia mnie taką podnieconą.
- Czy moja suczka chciałaby mieć zdjęcie w swojej obroży? - pyta nagle.
- Bardzo - odpowiadam wstydliwie, z trudem wydobywając głos.
- W takim razie przynieś ją szybciutko. I inne zabawki też. Suczko - słyszę już na schodach.
- Jeżeli masz jakieś... - to już dokończył szeptem, mówiąc jakby do siebie.

Kiedy wróciłam siedział w fotelu, w ręku trzymał aparat. Rozpięte spodnie uwolniły kutasa, który teraz prężył się prowokująco.
- A teraz moja suczka pokaże mi jak wylizuje kutasa - powiedział jakby od niechcenia.Odłożyłam wszystko, co przyniosłam na kanapę i podeszłam do Niego.
- Na kolana suczko i bierz go do buzi - powiedział z wyraźnym zadowoleniem.
Zrobiłam to, czego sobie życzył. Klękając usłyszałam odgłos migawki. Polizałam lśniącego od śluzu kutasa zamykając z lubością oczy.
- Otwórz oczy, chce widzieć oczy mojej suczki. Patrz na niego. Patrz na mnie.
Wiedziałam już, że wydawanie poleceń sprawia mu przyjemność. Z pewnymi oporami spojrzałam Mu w oczy. Uśmiechnął się i nacisnął spust. Kolejne zdjęcia. Złapał mnie za włosy i pociągnął do góry.
- A teraz przynieś obrożę i zapnij ją sobie - wyszeptał całując mnie w usta.To był bardzo namiętny pocałunek, jakby chciał ten sposób odebrać mi smak swojego kutasa. Wstałam, podniosłam obrożę i chciałam ją zapiąć, ale powstrzymał mnie Jego głos.
- Na kolana suczko.
Posłusznie wykonałam polecenie a kiedy zapinałam obrożę na szyi On pstrykał kolejne zdjęcia. Przypiął mi smycz, za którą mocno pociągnął, tym razem na szczęście ciągnął do przodu i obroża nie dusiła mnie. Przyciągnął moją twarz do podłogi, podczas gdy moja pupa sterczała w górze. Nadepnął smycz nogą. Pstryk... pstryk. Kiedy puścił smycz, ja próbowałam się poruszyć, żeby zająć wygodniejszą pozycję.
- Zostań - krzyknął - zostań i czekaj!
Kamienna posadzka dotykająca mojego policzka wywołała dreszcz. A może to sytuacja? Albo Jego krzyk? Nie wiem. Wiem tylko, że podniecenie rosło z każdą chwilą. Podszedł do mnie od tyłu, zadarł sukienkę... pstryk... pstryk. Wymierzył mi potężnego klapsa.
- Auuuu - krzyknęłam, nie spodziewałam się tego.
- Przecież to lubisz - powiedział akcentując 'to'.
- Podziękuj mi zatem.
- Dziękuję - powiedziałam z przekonaniem, pośladek palił niemiłosiernie

Pstryk... pstryk.
- Masz pięknie odbitą dłoń na tyłeczku. Zrobię mu jeszcze kilka zdjęć.
- Pstryk... pstryk.
- Zdejmij sukienkę i uklęknij na ławie, tyłem do mnie.
Zrobiłam to. Poszedł i naciągnął smycz. Znowu poczułam dławiące mnie szarpnięcie.
- Patrz na mnie, kiedy robię ci zdjęcie - krzyknął i znowu szarpnął smycz.
Odwróciłam głowę.
- Płaczesz? - zapytał, a w Jego głosie wyczuwalna była troska.
- Płacz! Chcę widzieć łzy w twoich suczych oczach! - pstryk... pstryk.
Znowu czuję napiętą smycz. Ale jakoś inaczej. Nagły świst wyjaśnia wszystko. Kilka uderzeń końcówką smyczy spada na moją pupę. Pstryk... pstryk.
- Auuuu - słyszę jak łzy kapią na drewnianą ławę, na której klęczę.
- Chcesz jeszcze? - pada pytanie.
- Tak. Chcę jeszcze - odpowiadam chowając wzrok.
Jestem podniecona. Bardzo podniecona. Wstydzę się tego. Podchodzi do mnie. Przywiązuje smycz do stojącego obok fotela. Odchodzi.
- O! Widzę, że masz tu kilka zabawek. Zaraz je wypróbuję - słyszę zadowolenie w Jego głosie.
- Nie wolno ci się odwrócić. Nie ważne, co będę robił. Nie patrz dopóki ci nie pozwolę.

Podchodzi z powrotem do mnie. Głaszcze wychłostane pośladki. Ten dotyk jest bolesny, ale przyjemny. Klęka obok. Czuję Jego oddech. Całuje moje pośladki, a jego palce zagłębiają się w cipce.
- Ty naprawdę to lubisz! - mówi z przejęciem.
- Jesteś mokra, podniecona i chętna. Chcesz jeszcze? - pyta, chociaż zna odpowiedź.
Czuję jak łapie mnie za wargi i naciąga je bardzo mocno. Uwielbiam to uczucie. Nagle silny ból przywołuje moją świadomość.
- Co to? - pytam sycząc z bólu.
- Nic takiego, to klipsy, które przyniosłaś, po to je przecież przyniosłaś.
- Tak, po to. Ale nie wiedziałam, że są takie silne, nie używałam ich jeszcze - odpowiadam szlochając.
- Mam zdjąć? - pytanie jest poważne.
Chwila zastanowienia. Nie, przecież nie mogę teraz zrezygnować. Odpowiadam przecząco. Druga klamerka znajduje swoje miejsce przeznaczenia tuż obok. Boli. Jak bardzo boli. Łzy kapią i nie mogę nad nimi zapanować. Czuję Jego palce w moim wnętrzu. Takie delikatne i ostrożne, ale poruszane dłonią klamerki sprawiają jeszcze większy ból.
- Jesteś - pstryk... pstryk - piękna - pstryk... pstryk.
- Jesteś - pstryk... pstryk - cudowna - pstryk... pstryk.
- Jesteś - pstryk... pstryk - moja - pstryk... pstryk.
- A teraz dostaniesz to, czego pragniesz. Chcesz tego? - Spójrz na mnie! I powiedz, czego chcesz teraz!Odwracam głowę i widzę, że trzyma w ręku szpicrutę. Tę samą, którą kupiłam specjalnie na dzisiejszy wieczór. Waham się. Decyzja należy do mnie. Nawet nie wiem jak mocno uderzy. Nie wiem jak bardzo to będzie bolało. Nie wiem czy to wytrzymam. Ale wiem jedno. Jeżeli nie skoczę w przepaść nie dowiem się czy potrafię latać...

- Chcę... - zaczynam nieśmiało.
- Tak? - Chcę żebyś pieścił moje pośladki szpicrutą, którą trzymasz w dłoni - odpowiadam zmieszana, ale czuję jak adrenalina i podniecenie robią swoje w mojej głowie.
- Chcę tego. Proszę o to.
- Kogo prosisz?
- Ciebie?
- Kogo?
- Mojego Pana!
- Ile?
- Tyle ile uznasz za stosowne, Panie - odpowiadam i czuję skurcze w podbrzuszu.
- Dla ciebie wszystko moja suniu - odpowiada słodko i jednocześnie wymierza mi pierwszy raz.
- Auuuuuuuuuuuuuuu!Kolejny raz spada na moje pośladki.
- Auuuuuuuuuuuuuuu. Już. Już mój Panie. Już wystarczy. Błagam.
Odpowiada mi tylko kolejne pstryk... pstryk. Nagle cisza. Słyszę odkładany aparat. Czuję dotyk na pośladkach. On całuje moje pośladki, które przed chwilą zbił. Liże je czule.
- Moja suczka, moja kochana suczka - czuję łzy spadające na moje pośladki.

Nagle przeszywa mnie koszmarny ból. To jedna z klamerek została odpięta. A odpowiedzią było tylko moje skomlenie. Ten ból jest po wielokroć silniejszy niż przy zakładaniu. Skąd mógł wiedzieć, że napływająca krew potrafi tak boleć. Kolejne łzy spadają na ławę. Zaciskam zęby a On odpina drugą klamerkę. Wyciągam dłoń i masuję obolałe miejsce. On łapie mnie za biodra, wchodzi we mnie kutasem naprężonym do granic możliwości. I wiem, że ja to sprawiłam. Cieszę się, bardzo się cieszę, że sprawiłam taką przyjemność mojemu Panu. Tryska w moim wnętrzu po kilku zaledwie ruchach, krzyczy spazmatycznie. Uwielbiam go. Uwielbiam, kiedy się ze mną kocha. A teraz potrafi mnie kochać także w ten wyjątkowy sposób. Mój Mąż. Mój Pan. Mój Władca. Kocham Cię Mężu.

Kiedy skończył odwiązał smycz i tulił mnie kilka minut głaszcząc i szepcząc czułości. Był poruszony tym, co się stało.
- Kocham cię moja suczko. Moja dzielna, kochana suczko. Zapraszam cię do łóżka. Chcę cię tulić przez resztę nocy, jaka nam została - powiedział.
Czułam Jego bliskość. Tak jakby chciał mnie zamknąć w swoich ramionach. Odgrodzić od całego świata. Zatrzymać na zawsze. Taką obolałą, zbitą, oddaną. Spojrzałam w okno, zaczynało świtać. Poczułam się nagle bardzo zmęczona...Kiedy doszliśmy do sypialni zdjął mi obrożę, położył mnie na łóżku, rozsunął nogi, wtulił między nie usta. Poczułam ciepły oddech i wilgotny język. Ciepły... Miękki... Kochany... Straciłam poczucie czasu i miejsca. Odpłynęłam w krainę snu i rozkoszy...W końcu przestałam czuć się bezpańska, należałam do Niego i On o tym wiedział. Zasnęłam spełniona i bardzo dumna. Dumna z mojego Pana.

******
zooza ©
Jestem suką i jestem z tego dumna!

29 września 2005

Morskie spojrzenie Rafaela Kaletki

Jeden z tych, o których nic nie wiadomo. Rafael Kaletka nie rzuca na kolana swoimi pracami, ale ostatni spacer skalistym wybrzeżem, w zachodzącym słońcu przywołał z zakamarków pamięci serię zdjęć wykonanych w podobnej scenerii. To co spodobało mi się w nich wówczas, kiedy widziałam je po raz pierwszy, pozostało niezmienne do dziś. To przede wszystkim zestawienie struktur. Idealna gładź skóry, młodego, jędrnego pełnego życia ciała z twardą, spękaną, chropowatą powierzchnią skał. Czy na pewno skał? Czy zawsze skał? Tu nie ma co do tego wątpliwości - poziome warstwy, ostre linie rozdzielające poszczególne osady



Ale na tym zdjęciu nie jest to już tak oczywiste. Powierzchnia niby podobna, ale nieregularne bruzdy przywodzą mi na myśl zmarszczki na skórze. Może więc nie jest to skała, ale grzbiet słonia, albo wnętrze dłoni King Konga, a może po prostu zbliżenie skóry starego człowieka…


I te dwa z wodą w tle. Wodą wprowadzającą trzecią fakturę do kompozycji, wodą eliminującą statyczność obrazu. Pomarszczona powierzchnia unosi fale niczym brwi w geście zdziwienia. Zaskoczona tym, co dojrzała na brzegu. Coś, czego z całą pewnością na ten brzeg nie wyrzuciła. Coś obcego, nie należącego do żadnego z żywiołów, ani wody, ani ziemi, ani powietrza… czyżby to był ogień? Nie to raczej niemożliwe, ogień jest nieokiełznany. A to coś na skale układa się miękko, powtarzając krzywiznę krawędzi klifu i opływającej go wody. To coś się dostosowuje… Ale jedynie czasowo. Na kolejnym obrazie odbitym w źrenicy kontestuje prostotę horyzontów zarówno wody jak i ziemi. One mają punkt wspólny, ich linie życia przecinają się… A to coś? To ciało? Ono przekreśla współzależność pozostałych żywiołów. Niby dotyka każdego z nich i ziemi, i wody, i powietrza ale układ jaki tworzą nieodmiennie przywodzi mi na myśl matematykę i przekreślony znak równości.


28 września 2005

Żywot nasz, jak łąka...

Żywot nasz, jak łąka nieustannie przez nas samych ścinana, rośnie nam równocześnie za plecami aromatycznym, siennym stosem.
Odurzający śnie, który nas czekasz, kiedyś po skoszeniu całej tej łąki zielonej! Z głową ukrytą w kopcu tego barwnego siana.
Zsypią nam się na oczy kwiaty naszych dni i nie palące już pokrzywy naszych trosk. Będzie w tym stogu- rezygnacja i pogoda równa może tym, które rozjaśniają złocącą
się już śmiertelnie, zgrabioną trawę, na klombie przede mną.
Nie ma goryczy, fermentu, nie ma śladu buntowniczości pośmiertnej w tych ściętych ziołach, o czym świadczy piękny ich zapach: namiętny i lekkomyślny.
MPJ


Niewiele jest słów. Które bardziej niż te plastycznie opowiadają o życiu. Zastanawiam się czasami jak to możliwe, że w niemal każdym słowie mojej ukochanej poetki widzę jakieś odbicie siebie samej. Ale tak właśnie jest. Nadinterpretacja? Możliwe. Choć bardziej prawdopodobne jest, że poznałyśmy się już ponad dwadzieścia lat temu. Większość wierszy znam na pamięć, uwielbiam niemal wszystkie. Czytając to tak, jakbym swoje czytała, tak bardzo są mi bliskie. Urocza osoba, nieszablonowa, niespokojna, niepokorna, buntownicza. Ale także, w jakiś sposób, samotna. Jest przyjaciółką mojej duszy, sekretów powiernicą. Ona i Jej wiersze, którymi mogłabym okryć się i zasnąć w ich szeleszczącym dotyku liter. Należy się Jej maleńka choćby notka biograficzna ode mnie, którą to powinność z należytym szacunkiem i nabożnością niniejszym spełniam.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, z Kossaków, Bzowska po pierwszym z mężów, Pawlikowska po drugim, po trzecim zaś Jasnorzewska urodziła się 24 listopada 1891 r. w Krakowie. Córka Wojciecha Kossaka, wnuczka Juliusza, siostra Magdaleny Samozwaniec. Debiutowała w 1922 tomem Niebieskie migdały, następnie wydała kolejno zbiory: Różowa magia (1924), Pocałunki (1926), Dancing (1927), Wachlarz (1927), Cisza leśna (1928), Paryż (1928), Profil białej damy (1930), Surowy jedwab (1932), Śpiąca załoga (1933), Balet powojów (1935), Krystalizacje (1937), Szkicownik poetycki (1939), Róża i lasy płonące(1940), Gołąb ofiarny(1941)Zmarła 9 lipca 1945 roku w Manchesterze i tam jest pochowana.

27 września 2005

Prawie klitoridektomia i niemal kanibalizm

Takiego obrotu sprawy nikt się nie spodziewał. W domu wre robota krawiecka, garderoba na fetyszową imprezę rychtowana, całe mnóstwo dłubaniny z krojeniem i szyciem. A tu nagle, ni z tego ni z owego Pan Mąż zapędza nas do łóżka. Tak między bogiem a prawdą to wcale nas nie musiał tak bardzo pędzić – same przyszłyśmy grzecznie na jedno Jego skinienie. I ani się spostrzegłyśmy jak dokonaliśmy klasycznego niemal trójkątnego skonsumowania własnych cielesności. Przećwiczyliśmy chyba wszelkie możliwe kombinacje wczorajszej nocy, każdy z każdym i w każdą stronę. Dwójkami i trójcą całą jak na łańcuszek szczęścia przystało.W ferworze walki o mało nie doszło do wypadku, byliśmy o włos od klitoridektomii wykonanej zębami i kanibalizmu. A wszystko to w trakcie jednego wieczoru. Uff udało się, w każdym razie tym razem. Miejmy nadzieję, że więcej się to nie powtórzy bo wielce nieprzyjemny to przypadek. Można powiedzieć, że logistyka zawiodła i synchronizacja działań. Ale po prawdzie to wszyscy mieli ochotę na małą orgietkę i to natychmiast i stąd taka wpadka. W końcu to dwa tygodnie abstynencji seksualnej i odosobnienia, osiemnaście godzin w samochodzie i bardzo mało snu... Uwaga na przyszłość: po osiemnastu godzinach podróży najpierw się przespać a dopiero później brać się za seksu uprawianie łatwiej będzie zapanować nad ciałem własnym!

26 września 2005

Urlop stał się przeszłością

Znowu w domu. Urlop to kategoria przeszła. Jeszcze jutro chwila oddechu a potem... Wszystko, co miłe szybko się kończy...

25 września 2005

Epitafium

Tę kategorię powinnam chyba już zamknąć. Bo przecież i nardilwen - Płomieniowi oddana dziewczyna i Ruinar - Szkarłatny Płomień spłonęli w ogniu swojej namiętności. Spełnili, co było niemożliwe. Stojąc na ziemi dotknęli nieba i zaznali piekła. Nie mogą używać magii swoich słów, a ostatnio także słów innych pokazywać sobie nie mogą. Muszę pozwolić im odejść. Kolejny ze światów, który tworząc skazałam na zagładę. Ale warto było, warto było. Każde słowo jej wypowiedziane ustami było słowem zrodzonym w mojej duszy. Moimi był jej wyznaczone próby. I może tylko nie usunęłam się tak, jak powinnam była to uczynić. Ale to przeszłość. To rok, którego nie zapomnę. Teraz zaś pozwalam odejść tym dwojgu do świata ognia i mgły, gdzie nie będzie już przed nimi żadnej zasłony, gdzie dopełni się przeznaczenie. Stałam w wodzie, a słone moje łzy spływały obmywając ciało do słonego morza. Czyżby morza i oceany były tym miejscem, gdzie zbierają się wszystkie wypłakane łzy? Możliwe. Jeśli tak jest to zamknęłam cykl, wróciłam do początku. Bo przecież pierwsze moje łzy również po nagim spłynęły ciele, lecz do ziemi spłynęły. Tymi łzami, które spadając czyniły kręgi na wodzie pożegnałam ich oboje - ognistego Demona i kapłankę Jego. Ogień skąpany w wodzie, źdźbło trawy w morskiej toni. Ogień i Woda. Dwa przeciwstawne żywioły, które potrafiły stworzyć płomienny gejzer.

24 września 2005

Co nowego w suczym świecie?

Hmm w sumie może nic, ale jak donosi nasz korespondent z polskiej rzeczywistości jedna z naszych znajomych chodzi na smyczy. Co prawda zaskoczyła mnie informacją kto trzyma drugi koniec tej smyczy… ale. No właśnie – ale. Znowu dochodzę do wniosku, że środowisko jest bardzo małe, oj małe. Trochę tak, jak z polskimi katolikami - większość się deklaruje jako wierzący (ale nie praktykujący, hihi). Tak jest i z wyznawcami bdsm w dużej mierze. Więc siłą rzeczy ilość jest ograniczona, skończona, nie powinny więc dziwić zmieniające się dłonie dzierżące smycz...

Z innej nieco beczki objawiła się pewna sunia z przeszłości (nie mnie ale Panu oczywiście). Objawiła się bo przeniosła się do stolicy. Ciekawe czy skonsumujemy to poznańskie ciasteczko czy nie, w końcu ona jest bi… Pożyjemy zobaczymy. Jedno jest niewątpliwie bezsprzeczne wrażenie, jakie wywarł na niej Pan Mąż musiało być mocne. Są tylko dwa wytłumaczenia tego zachowania. Albo ten czuły i szarmancki mężczyzna, którego poznała jest tak czuły i szarmancki, że nie zagląda w zaułki dominacji a jej uległość dopomina się o swoje prawa (zawsze powtarzam tego nie da się wyrzucić z siebie i powiedzieć już mnie to nie kręci). Albo zmiana miejsca zamieszkania zmieniła optykę relacji z Panem Mężem (czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia). Tak czy owak zna osobę i zna podejście a to daje poczucie bezpieczeństwa.

No i tradycyjnie chodzi mi po głowie moja Dręczycielka i Jej dłonie, które potrafią nieba przychylić i do piekła posłać. Chyba najbardziej miałabym ochotę służyć i Panu, i Pani, jak wówczas, w listopadzie… Kto wie, co życie przyniesie. Może Pan i Pani uzgodnią jakieś małe obchody rocznicy tamtego spotkania.

Zaangażowanie?!

Młodą trudno wyciągnąć z wody, odkąd zaczęła pływać samodzielnie trzeba mieć oczy dookoła głowy. Maskę dobrałam jej dobrą jeszcze jej posłuży chwilę, ale fajkę trzeba będzie sprawić nową i to niemal natychmiast (zrobiła to potrafią zrobić kursanci nurkowi nawet z automatami) – odgryzła ustnik fajki. Robiąc przy tym potworny lament, że zepsuła sprzęcior. No cóż zdarza się w najporządniejszych rodzinach. Jutro dostanie którąś z naszych jeżeli ustnik będzie pasował, są co prawda trochę krótsze, ale wyjdzie w praniu. Tak czy inaczej maska i fajka są już na stałym wyposażeniu, używane także do normalnego pływania a czasami także na lądzie. Co ciekawe, spodziewałam się, że nuranie będzie jednym z tych nielicznych momentów, kiedy Młoda jest bezgłośna. Nic z tego. Ona nawet z głową pod wodą i fajką w zębach nie przestaje gadać, mało tego ona ŚPIEWA (!!!) przez fajkę. Cała nadzieja w przyszłości – z automatem ten numer nie przejdzie na szczęście. To znaczy werbalizować można ale nie ma to żadnego sensu bo nikt nie jest w stanie zrozumieć.

Koniec wakacji się zbliża...

Ostatnie dni urlopu, ostatnie promienie słońca łapane zachłannie w zagłębienia skóry, ostatnie spacery nad morskim dnem, ostatnie cytryny zrywane prosto z drzewa rosnącego pod oknem. Na szczęście aura tym razem odpędza jesienną szarugę i funduje letnie wspomnienia w końcu września. Powrót z wakacji nie będzie więc aż tak drastyczny, nie będzie to wejście w strugi deszczu, ale łagodny powrót do rzeczywistości.Wyciągałam się dziś na słoneczku, co do mnie nie podobne, jak bohaterka wczoraj pisanej Kanikuły. Jak jaszczurka, dla której codzienna dawka promieni słonecznych jest podstawą egzystencji. Wygrzewałam się, jakby słońce miało jutro nie wzejść. Ale widocznie to syndrom końca urlopu, bo zobaczyć mnie smażącą się na słoneczku to rzadkość nad rzadkościami. Osuszyć się, ogrzać po pływaniu a i owszem, ale nigdy nie byłam zwolenniczką leżenia plackiem i prażenia się.

23 września 2005

czas krawiec kulawy

Czas, jak to Czas krawiec kulawy
z chińskim wąsem suchotnik żwawy
Coraz to inne skrawki przed oczy mi kładzie
spoczywające w ponurej szufladzie.
Czarne, bure, zielone i wesołe w kratkę,
to zgrzebne szare płótno, to znów atlas gładki
Raz - coś błysło jak złotem
zamigotało zielonym klejnotem,
zatęczyło na zgięciu,
zachrzęściło w dotknięciu...
Więc krzyknęłam: "Ach! Z tego, z tego chcę mieć suknię!"
Lecz Czas, jak to Czas, zły krawiec tak pod nosem fuknie"
To sprzedane, do nieba - cała sztuka -
szczęśliwy, kto ten skrawek widział
-niech większego szczęścia nie szuka
- To rzekłszy, schował prędko próbkę do szuflady
a mnie pokazał sukno barwy - czekolady
MPJ


Cała prawda o życiu – łapać chwile szczęśliwe i nie wypuszczać ich z dłoni. Zacisnąć mocno palce, żeby nie przeciekały. Rozmienianie się na drobne? Nic z tych rzeczy. Z małych ziarenek piasku wielka pustynia jest złożona. Nie ma szans na duże szczęścia, na spektakularną losu odmianę? Więc poszukam małych błysków radości, niewielkich przyjemności, kamyków szczęścia. Jeśli odpowiednio dużo ich będzie to i naszyjnik z nich zrobić się da. Patrzę więc uważnie pod nogi, żeby przypadkiem któregoś nie rozdeptać przez nieuwagę. Czasami małe szczęścia są naprawdę maleńkie…

Co się wydarzyło szesnastego?

Strasznie jestem ciekawa co zaszło wówczas, jak to się odbyło, ale przede wszystkim ciekawa jestem odczuć. Na ile to spotkanie spełniło oczekiwania jego uczestników? Na ile okazało się być jednorazowym eksperymentem? Czy to jest to czego chcieli? Czy te najbardziej intymne i osobiste miejsca w moim domu zostały dziewiczymi, czy może jednak zostały naznaczone obecnością gościa. Tyle domysłów, tyle spekulacji. A przecież mogę zapytać… Tylko dlaczego mieliby mi odpowiedzieć. Nie wszyscy lubią dzielić się swoimi przeżyciami równie chętnie jak ja.

Kanikuła

Przez ledwo otwarte oczy dostrzega zarys nieznanego wnętrza, szuka jakiegoś znajomego elementu, szuka i nie znajduje. Zalany słonecznym blaskiem, przesączającym się przez zasłony, pokój wita ją dość chłodno. Żadnych osobistych drobiazgów, żadnych kwiatów na parapecie, czysto, miło a jednak obco. Ale czego można się spodziewać po hotelowym pokoju, nawet pięć gwiazdek nie gwarantuje domowego ciepełka. Tylko po co domowe ciepełko, wszak to właśnie z niego wyrwała się na te krótkie chwile niesamotności… Jeszcze przeciągnie leniwie to wymuskane ciało, jakby chciała zatrzymać na skórze dotyk pościeli. Jeszcze przymknie oczy szukając szczątków gorącego snu. I wstanie, żeby zrobić to co musi… Rozmowa z bliźniaczką z lustra, porady co do kreacji i koloru pomadki, przymiarki. No, bo przecież decyzje, które teraz podejmie zaważą na całym dzisiejszym dniu. A dzień zapowiada się interesująco…

Kiedy schodzi po schodach wiatr rozwiewa jej włosy, szepcząc do ucha lubieżne komplementy. A ona idzie, waży każdy krok, bo każdy jest małym dziełem sztuki. Najpierw palce, które odziane w czerwone rzemyki dotykają stopni dają znak ciału, że już czas. Obciągnięte, płyną niesłychanie powoli zanim pozwolą pięcie wspartej na subtelnym, cienkim obcasie dołączyć na podium. Tuż za nimi łydki, zarysowane łagodnie, piękną linią z przewężeniem tuż nad kostką. Kształtne kolano będące zapowiedzią boskości uda… Nie dane było objąć wzrokiem całości tego piękna nim stopy obute w czerwone rzemyki dotknęły ostatniego stopnia. Stoi, waha się czy zrobić ten krok, po którym nic już nie będzie takie jak dotychczas. Wodzi wzrokiem przez dłuższą chwilę, pozwalając wiatrowi bawić się swoimi włosami i łechtać próżność. Ale czas wiatru kończy się równie nagle jak się rozpoczął, oto bowiem oczy kobiety dojrzały to czego z takim zaangażowaniem szukały. Jej oczy są już teraz wpatrzone wyłącznie w Tego-Który-Leży…

Pierwszy krok, ten, którym rozstaje się ze schodami jest kamieniem milowym. Palce już dotykają Tego-Który-Leży, tuż za nimi pięta. Szpilka wciska się ciało Tego-Który-Leży, ale to nic. To nic, on właśnie na to czekał. Dobrze wie, że za chwilę dane mu będzie dotknąć tej jedwabistej skóry. Nagiej. Nie musi nawet długo na to czekać. Rzemyki opadają z łydki i stopa wyswobodzona z więzów, spragniona gorącego pocałunku osiada na Leżącym. On wie doskonale czego się od niego oczekuje. Rozgrzanymi drobinami swojego dotyku otula stopę, która stała się naga. Delikatnie wciska się miedzy palce, dotyka pomalowanych koralową barwą paznokci, muska wierzchnią część stopy. Nawet nie spostrzegł kiedy druga ze stóp dołączyła i zaczęła się domagać należnego hołdu. Krok jeden, drugi, trzeci… palce dotykane coraz bardziej zmysłowo. Chwila wahania i łydka, aż po kolano oddana zostaje we władanie Tego-Który-Leży. Jego apetyt rośnie z każdym darowanym mu skrawkiem aksamitnej skóry. Nie miał zbyt wiele czasu żeby nacieszyć się tym darem. Oto bowiem zaskoczony został kolejną porcją kobiety, której pośladki wyciskają dołeczki w puszystości jego dotyku. Zagarnia zachłannie ramiona i plecy podkładając gorące dłonie pod burzę włosów. Tak oto kobieta oddała się Leżącemu, całym swoim jestestwem przylgnęła do rozgrzanego ciała. Zmysłowo przymknęła powieki, żeby delektować się tą niewymuszoną pieszczotą, którą jej zaoferował. Muskanie pleców i pośladków zaskutkowało rozleniwieniem, podświadomość zaczyna podsycać, chwilowo zaspokojony, apetyt na rozkosze cielesne. A tych nigdy dosyć…

Na taką właśnie chwilę czekał Ten-Który-Patrzy. Czekał cierpliwie, aż kobieta w objęciach kochanka zacznie odpływać we własne marzenia. Właśnie wówczas omiótł jej ciało swoim ognistym wzrokiem wywołując dziwne zawirowanie między kobietą a obejmującym ją kochankiem. Uciekł wzrokiem, jednak nie na długo. Nauczył się panować nad wzrokiem, w końcu to stąd pochodzi jego imię – Ten-Który-Patrzy. Powłóczyste spojrzenie najpierw zatrzymał na stopach kobiety. Powoli oddawał swój żar, karmiąc ją wyobrażeniem niebiańskiego ciepła. Powoli pieścił gorącymi smugami łydki, kiedy dotknął kolan kobieta, instynktownie, rozwarła delikatnie uda otwierając się na ogarniające ją ciepło. A kipiące namiętnością palce wędrowały wyżej i wyżej. Przez dłuższe czas majaczyły na krawędzi bikini. To ogrzewając swoim żarem delikatną skórę pachwiny, to znowu przenosząc go na skąpe, szafirowe majteczki. Oddech kobiety stawał się coraz szybszy, bezwiednie poruszała biodrami starając się uprzedzić ruchy ognistopalcego Tego-Który-Patrzy. Zachęcony dotknął miękkiego brzucha, na moment zajrzał do maleńkiego pępka, żeby już za chwilę obiema gorącymi dłońmi pieścić niewielkie skrawki szafirowej materii zdobiącej kształtna klatkę piersiową. Materii? Nie oszukujmy się, materia stała się jedynie przewodnikiem, żarem ognistych dłoni łapczywie obłapiał skryte pod nią piersi. Sutki, mocno już uwypuklone, były tego żywym dowodem. Kobieta, wciąż z przymkniętymi oczami oddawała się ciepłu pieszczącemu jej ciało. Ten-Który-Patrzy chciał więcej i więcej, dopiero kiedy złożył swój ognisty pocałunek na smukłej szyi, kiedy dotknął rozchylonych warg jego dzieło było niemal ukończone. Widok iście niebiański, kobieta w ekstazie oddająca się dwóm kochankom jednocześnie, kompletna i zatopiona w rozkoszy zmysłów…

Ten właśnie moment, tuż przed spełnieniem, stał się udziałem trzeciego z amantów Tego-Który-Zazdrości. I nie do końca wiadomo kim był. Wiadomo, że rzucił się na odchodzącą od zmysłów trójkę kipiący i mokry z wściekłości, z rykiem, którego nie powstydziłby się król puszczy. Z silnym zamachem wymierzył kobiecie sążnisty policzek. Ociekający żądzą zemsty chłostał jej uda i brzuch silnymi razami zostawiającymi mokre ślady na skórze niczym bicze wodne. Każdy kolejny wyrzut artykułowany w jej stronę skutkował ogłuszającym wyciem i potokiem słów, każdy był falą zazdrości.

Kobieta, spłoszona irracjonalnością sytuacji, z bezgłośnie wykrzyczanym pytaniem o przyczynę tej napaści, wyrwała się z objęć kochanków. Stała mamrocząc cicho, ledwie słyszalnym szeptem „Dlaczego? Dlaczego znowu mi to robisz?”. Ciało miała mokre, mokre od łez, którymi płakała jej dusza i mokre od wyrzutów Tego-Który-Zazdrości. Obróciła się na pięcie, sięgnęła po czerwone rzemyki i poprawiając okulary przeciwsłoneczne odeszła zostawiając trzech osłupiałych amatorów jej ciała.

Musiała odejść...
Znowu wybrała miejsce zbyt blisko wody...
Tak nie da się przecież ani zażywać słonecznych kąpieli...
Ani tym bardziej wygrzewać się w gorącym piasku…

22 września 2005

Kraina wodospadów

Kilka kilometrów od ujścia rzeki rozciąga się niesamowity świat spowity w drobnej mgle wodnej. Jak okiem sięgnąć wąwóz między dwoma wzniesieniami wypełniają mniejsze lub większe kaskady spływającej i spadającej wody. Punkty widokowe zawierzone nad przepaścią, drewniane mosty i kilometry pomostów spacerowych pozwalających niemal dotknąć rozpryskującej się wody. Endemiczne gatunki roślin, polanki pełne różowych cyklamenów nie występujących nigdzie indziej, sitowie o wysokości dwóch metrów i średnicy u podstawy czterech – pięciu centymetrów, trzcina wodna mierząca około sześciu metrów, mnóstwo ryb stojących nieruchomo w wartkim nurcie. W zależności od kondycji i preferencji na miejsce można dotrzeć łodzią lub pieszo, autobusem lub ścieżką rowerową. Rewelacyjne miejsce. Krążąc wokół samej tylko wody można spędzić spokojnie co najmniej dzień a i tak wszystkiego obejrzeć nie sposób