13 stycznia 2011

Mól książkowy

Bardzo mi brakuje antykwariatów. Dawno, dawno temu kiedy życie było dużo mniej skomplikowane i dysponowałam ogromem czasu na przyjemności osobną kategorią aktywności były wizyty w antykwariatach. W czasach kiedy książki miały jeszcze drukowaną informację o wielkości nakładu same książki były inne. Miały inną wartość. Monetarną, sentymentalną, kolekcjonerską. Dziś są paradoksem. Z jednej strony są niewątpliwie produktem masowym, z drugiej jednak drukowane są w ilościach minimalnych. Głównie z powodu minimalizowania ryzyka straty, a jak się uda i będzie bestseller – to się dodruk zrobi.

Dawniej książki miały kolejne wydania, które różniły się od siebie. Czasami były opatrzone innym wstępem, czasami zawierały jakieś materiały dodatkowe lub zmiany w treści. Dziś wydanie trzecie czy piąte to najprędzej można zauważyć w podręcznikach szkolnych. W przypadku współczesnych książek orientujemy się, że to kolejne wydanie po okładce, na której prezentowana jest na przykład inna fotografia. Poza tym nic nie wskazuje na fakt, że to wznowienie.

Dwadzieścia pięć, trzydzieści lat temu książki były przedmiotem polowania, bazarowych spekulacji czy zapisów na listę społeczną. W trybie subskrypcji stała się swego czasu dumną właścicielką Encyklopedii Powszechnej PWN. Ale były też małe sklepiki z regałami wypełnionymi używanymi książkami. W powietrzu unosił specyficzny zapach papierowego kurzu a przy regałach można było spotkać zaczytanych ludzi. Książka położona na dłoni stawała się częścią mnie. Ale zanim do tego doszło trzeba było odwiedzić kilkanaście miejsc w mieście, sprawdzić czy nie pojawiło się tam to, czego szukam. Z chwilą przekroczenia progu antykwariatu czas płynął inaczej, jakby obok, jakby powoli. To czas na intymne chwile z drukowanym słowem.

Z czasem podstawą w obrocie stały się książki nowe. Nagle dostępne na wyciągnięcie ręki, coraz ładniej wydane, na lepszym papierze, bardziej kolorowe. I tylko straciły ten urok tajemniczości. I tylko przestały opowiadać swoje historie. Stały się wyłącznie nośnikiem druku. A skoro tak to po cóż spędzać czas w sklepie z książkami? Dziś w empikopodobnych przybytkach spędzam kilka minut raz na miesiąc albo dwa, głównie po to żeby kupić miesięcznik o nurkowaniu.

A książki? Gdzie są książki z tamtych lat? Książki wydane w latach osiemdziesiątych i do dziś nie wznowione, książki zapomniane, książki nie modne, książki nie trendy. Na szczęście ciągle żyją, ciągle zmieniają miejsce pobytu i właścicieli. Co prawda Internet pozwala odnaleźć takowa i kupić czyli realizuje cel ale niestety nie zaspakaja potrzeby nawiązania kontaktu z książką zanim się ją kupi. To trochę jak kupowanie przysłowiowego kota w worku. Nigdy nie wiadomo czy w środku nie będzie brakujących stron albo zabazgranych powierzchni. Ale są sieciowe antykwariaty, w których ciągle można wyszukać smaczki i wejść w ich posiadanie za pięć czy dziesięć złotych. Dziś przyjechała kolejna paczka z nieprzyzwoitymi tekstami z lat osiemdziesiątych. Co ciekawe większość książek kupuję ostatnio w jednym antykwariacie pod Łodzią. A najciekawsze jest to, że zawsze znajduję kilka interesujących mnie tytułów właśnie tam. Moje osobiste źródełko z magicznie zadrukowanym papierem. Kolekcja jest już całkiem pokaźna, a zaczęło się od jednej sztuki…

12 stycznia 2011

Czkawka

Raport tu, sprawozdanie tam, zestawienie jeszcze gdzieś indziej. I tak przez miesiąc. Check lista w garści i enty raz sprawdzanie czy wszystko jest ok. Niestety jak się jest na końcu łańcuch pokarmowego trzeba mieć dwa razy większą pewność, że wszystko w ni m jest jadane. W efekcie człowiek zamyka oczy po ubraniu choinki a jak je otwiera to jest cholera połowa stycznia. I miesiąc zniknął z kalendarza. A jak przemnożyć to przez ilość zamknięć roku w ciągu życia zawodowego to uciekły mi …dwa lata! Szok! Kupa czasu a w tym wypadku z przewagą kupy!

Skoro nie wieje na mnie wiatr zmian to sama zaczynam proces. Jakoś to tak było na zajęciach z meteorologii, że jak ciśnie wysokie to jakieś fronty czy coś w tym rodzaju się tworzą. Ciśnienie już mi skoczyło. Wystarczająco. Udało się nie eksplodować ale to tylko dlatego, że jestem niewyspana. Plan na najbliższe dni prosty do bólu. Po pierwsze odespać ostatni tydzień. Po drugie obejrzeć w film. W kinie. Nie animowany! Po trzecie zobaczyć skąd wieje i rozpocząć podróż pod wiatr. Przejść przez oko cyklonu i odnaleźć Shangri-La.

10 stycznia 2011

Hapnij birsdej

Obiecałam dziś sobie, że to ostatnie urodziny, które spędzam w robocie do późnych godzin nocnych. Jak się na tym złapię za rok to sama siebie kopnę w dupę.

Popatrzyłam na ubiegłoroczną listę życzeń i jestem zadowolona z efektu :)


A tak z innej beczki to znalazłam gadzet, który bardzo mi przypadł do gustu (a i kaliber ma odpowiedni!). Z charakterkiem słuchaweczki, z charakterkiem...





munito

3 stycznia 2011

Kocia dzikość

Nieznajoma, a odniosłam wrażenie, że znam ją od zawsze. Zmysłowe usta, w których mogłabym zatopić własne. Roześmiane oczy. Brunetka rzecz jasna. Ale to wszystko mogę jednym ruchem dłoni zrzucić ze stolika na podłogę i uznać za nieznaczące. Kiedy dotykała swojego przedramienia mówiąc o latexie, kiedy pocierała palce przywołując wspomnienie liny emanowała z niej ta elektryczność, którą posiadają wyłącznie osoby oddychające dotykiem. Jestem przekonana, że w chwili uniesienia zapomina oddychać i wyłącznie przez pory skóry utrzymuje kontakt z rzeczywistością. Silna, drapieżna, prowokująca. A pod czaszką pulsujące pragnienie, żeby posmakować jej skóry. Poczuć jak elektryzuje powietrze kiedy się jej dotyka. I jeszcze to, żeby zamknąć ją w vacbedzie i dotykać. Powoli, przesuwać opuszki palców po każdym centymetrze jej ciała. A między nami jedynie cieniutka warstwa latexu i odrobina płynnego silikonu. Na samą myśl robi mi się miękko-mokro.
Nieznajoma.
Elektryzująca.
Żywa.
Ciekawe jaka jest w dotyku. Mam nieodparte wrażenie, że sypie iskrami jak głaskany pod włos kot. Tyle, że koty chadzają własnymi drogami…

2 stycznia 2011

Gra wstępna

Autor: Tomasz Jastrun

Sześćdziesiąt dwa felietony z erotyką w tle lub w roli głównej. Rozmowy wewnętrzne i cytaty z rzeczywistych dialogów. Retrospekcje zdarzeń i ludzi. W charakterystyczny dla siebie liryczny sposób autor pokazuje kolekcję wspomnień. Każda opowiastka jest jak zapalana zapałka – rozbłyskuje – płonie i gaśnie. Delikatność sąsiaduje tu z dosadnością, łagodność z ironią, dzięki temu tematyka jakże jest różnorodna. Jak wielu autorów zdecydowało się napisać cokolwiek na temat seksualności towarzyszącej upływowi lat? Zmieniającej się powłoce człowieczeństwa i ciągle żywym duchu? Albo poświęcić felieton pośladkom – w różnych ich aspektach – od słowotworu po napięcie skóry.

Jastrun skonstruował muzeum wspomnień gdzie hotelowa miłość z odpowiednim partnerem zyskała miano pięciogwiazdkowego orgazmu a jedna z partnerek została uwieczniona takim oto opisem " Byłem kiedyś z kobietą, która była tak ekspresyjna wokalnie, że sąsiedzi wezwali policję, bo byli pewnie, że ja morduję".


Ta książka jest jak owoc granatu – pełno w niej maleńkich, soczystych, słodko-kwaśnych smaczków. A że jak owoc granatu jest złożona - w tym przypadku z felietonów bardzo dobrze sprawdza się jako dodatek do codzienności. Nie trzeba jej czytać za jednym zamachem. Wręcz przeciwnie – felieton lub dwa do popołudniowej kawy i od razu nastrój się poprawia. Intrygująca treść podana w lekkostrawnej formie, przyprawiona twarzami i nazwiskami czasami bardzo znanych ludzi z odrobiną współczesności czyli tym, co można nazwać tłem socjologicznym. Urzekło mnie podsumowanie w jednym z felietonów. Urzekło celnością spostrzeżenia i prawdziwością sedna:


"Polska jest w dziedzinie erotyki krajem wielce skomplikowanym, pruderyjnym i rozpustnym, tolerancyjnym i obskuranckim, spiętym i rozpiętym – czyli niezły mamy tu bigos. Na szczęście dobrze przyrządzony bigos to interesująca potrawa".


Warto sięgnąć po Grę wstępną choćby jako przerywnik między dwoma mrugnięciami powieki.


1 stycznia 2011

Florystka Cecelia Webber

W przypadku Cecelia Webber wybór motywów flor tycznych na temat swoich prac wydaje się bardziej niż oczywisty. Urodziła się dorastała w małym miasteczku położonym wśród lasów i pól. Nad typową dla rówieśników zabawę przedkładała lekturę i obserwację przyrody. Nie sposób pozostać obojętnym mając na co dzień możliwość obcowania z salamandrami – to zadziwiające zwierzęta i do dziś kojarzące się z czymś nieziemskim i tajemniczym. Ech… te ich płomieniste pomarańczowe znaki na skórze, zupełnie jak ślady po dotknięciu magicznej istoty.

Piękno żywych istot sprowokowało myślenie o pięknie ludzkiego ciała. Sprowokowało pytania o sens zawstydzenia, jakie wpisane jest w myślenie o ludzkiej nagości w kulturze cywilizacji zachodniej. W jej pojmowaniu świata piękno nagości i piękno przyrody przenikały się, uzupełniały, wzajemnie eksponowały.

W takim właśnie stanie duszy i umysłu powstał pierwszy człekokwiat – maksymalnie wierne odwzorowanie istniejącej rośliny ale zbudowanej z misternej układanki maleńkich obrazów ludzkiego ciała. Dobór póz, w których uwiecznione zostały modelki, dobór kolorów poszczególnych elementów stał się technicznym dopełnieniem. Kwintesencją idei było namalowanie kwiatów ludźmi.

Dla mnie obrazy te niezwykle inspirujące przez to, że przełamują stereotyp postrzegania świata. Patrząc na stworzone przez autorkę nowe gatunki powracam myślą do lat dzieciństwa kiedy małe fragmenty kolorowych szkiełek i lustra zamknięte w kartonowej tubie kalejdoskopu ot wiary przed moim umysłem wrota wyobraźni. Autorka podała mi właśnie taki kalejdoskop. Kolorowy drobiazg w jego wnętrzu jest bardziej obły, bardziej żywy ale równie tajemniczy i magiczny jak ten pierwszy.

Uczta dla oka i umysłu…

31 grudnia 2010

Wojna polsko-dresscodowa

Na kolejnym forum nieśmiertelna dyskusja o tym czym jest dresscode i po co to komu. Na świecie impreza w klimacie fetish jest klasyfikowana jednoznacznie i nikt nie toczy bojów o temat stroju. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie wola się pobawić niż bić pianę, z której i tak omletu nie będzie. Rozumiem tych, którzy maja pytania (bo np. nie byli na takiej imprezie). Ale nie rozumiem kontestatorów. To trochę tak jakby zadawali pytanie dlaczego mamy w kraju ruch prawostronny, i dodawali gdyby był lewostronny to zrobiłbym/ zrobiłabym prawo jazdy i jeździłbym/ jeździłabym samochodem. Nie ma opcji od chcenia jednego czy drugiej taka zmiana nie nastąpi. Tak samo jest w przypadku imprez dresscodowych – nie ma głosić "prawdy objawionej" o niepotrzebności dresscodu licząc na to, że w miarę mówienia o tym zaniknie jako wymóg wejścia. Dla oglądaczy są strony klimatycznego porno w Internecie – można oglądac do woli nie tylko nie ubierając się specjalnie do wyjścia ale wręcz siedząc na golasa przed komputerem. Wolna droga – sam ustala sobie taki oglądacz "dresscode" ale jeżeli chce uczestniczyć to sorry ale warunek brzegowy spełnić należy.

Święte oburzenie z ust BDSMowców – ja nie mam fetyszu. I w porządku, nie musisz mieć. Ale wówczas po co chcesz iść na taka imprezę? No po co? Po to żeby pokazać, że masz uległą na końcu smyczy? No wybaczcie ale akurat w takim miejscu to ani nikogo nie zdziwi ani nie zaszokuje. Nie jedna uległa czy uległy na smyczy przyjdzie.

Nie wolno stawiać znaku równości między BDSM a zjawiskiem fetish. To drugie jest dużo szersze i pojemniejsze. Owszem miewają części wspólne ale mogą funkcjonować oddzielnie. Mogą być komplementarne ale ni jak nie będą substytutami. Większość dyskusji nie miała by miejsca gdyby każdy przed rozpoczęciem stukania w klawiaturę zadał sobie jedno pytanie: w jakim celu chciałbym pójść na fetyszową imprezę? Jeśli jedyna odpowiedzią jest zobaczyć co się tam dzieje to odpowiedź jest jedna – kup bilet (w tym także ten dresscodowy) idź i zobacz. To ważne, że nie ma tu ograniczeń, że impreza tylko dla "tru fetyszów" także "stażyści" mogą się na niej pojawić, wystarczy, że wykażą trochę inwencji i inicjatywy. Dresscode jest zazwyczaj określony szeroko.

Dłuuugo jeszcze w kraju nad Wisłą nie doczekamy się imprezy "latex only" czy innej wersji monotematycznej bo grupa docelowa spełniająca tak rygorystyczne warunki jest niewielka. Ale to akurat działa na korzyść samych imprez bo zawsze jest szansa, że pozna się nie tylko nowe osoby ale i nowe ich pasje. Gdyby gumoluby bawiły się wyłącznie w swoim gronie to nigdy nie byłoby mi dane poznać dotyku latexu bo mnie do gumy nie ciągnęło, a tak na imprezie z gatunku " integracyjna" mogłam zobaczyć i zakosztować.

I to jest właśnie to, co dla mnie jest kwintesencją klimatu fetish – poznawanie inności innych i dzielenie się własną z tymi, którzy mają ochotę ją poznać. Czego i Wam życzę w Nowym Roku!

30 grudnia 2010

Masz wiadomość…

Przez ostatnią dekadę nazbierało się trochę miejsc w sieci, w których bywam lub bywałam. Fora istnieją i przechodzą w niebyt, wyrzucam ich adresy z ulubionych, zapominam lub po prostu oznaczam etykietką 'nie, dziękuję". I zasadniczo nie mam z tym problemu. Ale pod koniec roku… No właśnie, pod koniec roku widma z przeszłości ożywają. I oto znajduję w skrzynce pocztowej wiadomość, że mam wiadomość na takim to a takim forum. Czasami kasuję od razu a czasami zaskoczona, że coś zostało reanimowane lub wogóle jeszcze żyje wybieram się z wizytą. A skoro już przekraczam progi to owszem sprawdzam zawartość PW ale i przy okazji robię szybki przegląd sytuacji. Tym razem było standardowo bo PW zawierało życzenia od adminów, ale myszkując po wątkach stwierdziłam, że nadal zdarzenia mają swoje drugie życie w na zamkniętych forach.

I tak dla przykładu poznańska Elektrostymulacja, o której głównie superlatywy ujrzały światło dzienne zaczęła się pojawiać w zupełnie innym świetle. Bo brudno, bo ciemno, bo prowizorka, bo bez pomysłu, bo wyciąganie ochotników do działania, bo…, bo…, bo… No cóż jestem w stanie zrozumieć, że jak się ktoś z Warszawy przejechał do Poznania to miał wielkie oczekiwania, które nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością. Ale aktywność imprezowa klimatyczna nauczyła mnie jednego – im mniejsze oczekiwania tym większe prawdopodobieństwo miłego zaskoczenia lub w odwrotnej sytuacji większe prawdopodobieństwo rozczarowania.

I jeszcze raz sprawdza się powiedzenia, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ktoś kto jest na klimatycznej imprezie po raz pierwszy (bez względu na jej standard) będzie podekscytowany z powodu nowości wydarzenia i możliwości obcowania z niestandardowymi zachowaniami. Ktoś kto ma już kilka imprez na koncie (znowu bez względu na ich standard) widzi więcej i ma punkty odniesienia. Każda z osób z tej drugiej grupy przeszła swoja imprezową inicjację, każda. I być może dziś już nie pamięta jak przesiedziała całą w ciemnym kącie nie zamieniając więcej niż dziesięciu zdań z innymi. Być może nie pamięta, jak czuła się obca mając w głowie myśl przewodnią w rodzaju 'i chciałabym/ chciałbym i boję się). Być może nie pamięta już obrazu tych uczestników, którzy ze swobodą przechadzali się wśród gości, rozmawiali, śmiali się, tańczyli czy też prezentowali swoich uległych. A szkoda, bo wszak nie było to tak dawno… 3, 4, 5 lat temu… Jakaż ta pamięć krótka potrafi być.

Sama byłam zdegustowana październikową FF3 (co prawda nie nastawiałam się na nic ekscytującego ale i tak się rozczarowałam). Śląska dominacja - prostacka i ocierająca się o zwykle katowanie osoby występującej w roli uległego to nie moja bajka. Ale jeżeli czytam (a także słyszę) o poznańskiej chłoście, w której operator bata zatraca się w czynności a chłostany traci przytomność to odejmuje mi mowę. A co mają powiedzieć nowicjusze, którzy dostają taki hardcore na przystawkę?

20 grudnia 2010

Matko chwalą nas!

Mowę mi odjęło więc tylko dialog przytoczę znany nie od dziś:

- Matko, matko chwalą nas!
- Kto córuchno?
- Wy mnie matko a ja was!


Wiele rzeczy mój rozum przyjąć jest w stanie ale na przerosty ego i megalomanię mam ataki śmiechu. Obśmiałam się jak widząc jako atrakcję Fetyszomanii pokaz shibari przygotowany i zaprezentowany na Fetyszozie, jeszcze śmieszniej było kiedy na październikowej edycji jako nowum sięgnięto po body sushi, które także pojawiło się na scenie ponad rok temu. Ale okrzyknięcie Fetyszomanii największą imprezą fetyszową w Polsce spowodowało, że oplułam monitor ze śmiechu. Co prawda na żadnym innym forum poza FetLife ten ozdobnik się nie pojawił… Uuuu grubo i bogato i od razu cieplej w ten zimowy poniedziałek.


No to gdzie na imprezę fetish w styczniu? Hmm… wygląda na to, że gdzieś do obcych, tam gdzie na forach nie toczą się kilometry dyskusji o wyższości dresscodu nad jego brakiem. Tam, gdzie ludzie przychodzą, żeby bawić się a nie stękać. Święty Mikołaj bilety pod choinkę wrzucił więc nucąc pod nosem Who Let the Dogs out? odliczam dni i fly…

7 listopada 2010

Poznańska Elektrostymulacja 11.12.2010

Dziewiątego dnia dziesiątego miesiąca anno domini 2010 było sobie FF3. Odnotowane. Wrażenia? No cóż - najgorzej wydane sześćdziesiąt złotówek na wejściówkę. Gdy nie tych kilka osób, z którymi miło było się spotkać byłyby to jedne z gorzej spędzonych godzin. A jeśli już o godzinach mowa to Poznania będzie ich ze cztery… Wersja mniej marketingu więcej klimatu to
zdecydowanie model bliższy mojemu sercu. Tak czy owak trzymam kciuki za SinClub.


31 października 2010

FETYSZ-O-MANIA 3


Data:    2 października 2010  
Lokal:   No Mercy, Warszawa

Innowacje organizacyjne:    
·         brak


Innowacje artystyczne:        
·        gość specjalny Kasia Kropka („SPA pod Czerwoną Latarnią", "PERWERSJA")
 

Publikacje:


       


30 października 2010

FETISH FUCKTORY 3


Data:   9 października 2010    
Lokal:  M25, Warszawa

Innowacje organizacyjne:    
·       przekaz video ze sceny na duży ekran powyżej

Innowacje artystyczne:        
·        dr Manuela & Eshaya FemDom
·        Pepper Sparles (Finlandia)
·        Kodoq Katie & Nathashah (Finlandia/ Polska)

·        Vodrey & Schultz (Francja)
Publikacje:

30 września 2010

John Lennon

"Życie zdarza się kiedy planujesz coś innego "

John Lennon

Dlatego wbrew zasadom, którym hołdowałam przez lata nie planuję jutrzejszego dnia. Po prostu stanę do starcia w samo południe z makijażem, na obcasach i zobaczymy co z tego wyniknie. Ostatnie dwa miesiące to wielka gonitwa myśli i powstrzymywanie się przez wykrzyczeniem prawdy. Ale to także kojący wpływ Adriatyku, kryształowej wody, gorącego powietrza. Powolne oddzielanie planów od realnych zdarzeń. Trudno tak nagle przestać planować, zaniechać tworzenia listy 'to do' i wykreślania z niej kolejnych pozycji. Przede mną przedefiniowanie spontanu… A na początek zamiast planować i realizować wyjrzę przez okno i zobaczę co przyniesie wiatr.

9 lipca 2010

Sic vi pacem para bellum

Nie sądziłam, że do tego dojdzie, a jednak. Czas ogłosić pospolite ruszenie!

22 czerwca 2010

Błysk wspomnienia


Mogą minąć dni, miesiące i lata ale przychodzi noc krótsza od innych kiedy wyrywa mnie ze snu wspomnienie. Błysk i trzask wewnątrz głowy i dusza ulatuje w bezkres trawy. I umysł wie, że to jutro ale dusza podpowiada, że zaledwie wczoraj

http://czwarta-nad-ranem.blogspot.com/2005/06/i-sowo-stao-si-ciaem.html



18 czerwca 2010

Panienki Madame Cleo



Autor: Lucianne Goldberg


Madame to osoba zaufania publicznego, zwłaszcza dla klientów paryskiego przybytku rozkoszy, a w szczególności gdy ten przybytek jest najbardziej ekskluzywnym z możliwych. Status quo zostaje zaburzone, kiedy wychodzi na jaw, że Madame zamierza opublikować swoje wspomnienia


Zwykło się mawiać, że jedynymi pewnymi rzeczami na świecie są śmierć i podatki. U podstawy opisanej historii tkwi ni mniej ni więc tylko francuski urząd skarbowy. A niesubordynowanym podatnikiem unikającym swych powinności jest właśnie paryska Madame. Decyzja o spisaniu i opublikowaniu historii życia wywołuje nerwowe ruchy wśród wielu możnych tego świata – zarówno klientów jak i byłych pracownic.


Irlandzki pisarz namaszczony do spisania wspomnień ze szczątków opowieści próbuje złożyć historię życia Madame. Powieść napisana z ogromnym wyczuciem i dobrym smakiem obfituje zarówno w retrospekcje jak i wątki kryminalne. Stosunkowo niewiele jest scen, których obecność w książce może sugerować tytuł. Ale brak dosłowności jest w tym przypadku niewątpliwą zaletą. Powieść ma swoją aurę tajemniczości przyprawioną odrobiną perwersji i przede wszystkim erotyzmu. Bohaterki to indywidualności, każda nakreślona bardzo starannie i kompletnie. Charakterystyczne ruchy, pozy a nawet akcent. Ekskluzywność i Tajemnica – takie imiona mogłyby nosić… Wciągająca, lekka, letnia lektura – polecam!

17 czerwca 2010

Leonard Drzewiecki

"Nadzieję trzeba żywić, bo zawsze jest głodna."

I właśnie dlatego mam dobrze zaopatrzoną w marzenia spiżarnię. Jeszcze tylko piwniczka na wino i jesteśmy w domu ;)

We śnie

We śnie jesteś moja i pierwsza

we śnie jestem pierwszy dla ciebie

rozmawiamy o kwiatach i wierszach

psach na ziemi i ptakach na niebie


We śnie w lasach są jasne polany

Spokój złoty i niesłychany

pocałunki zielone jak paproć


Albo jesteś egipska królowa

jak miód słodka i mądra jak sowa

a ja jestem dla ciebie jak światło.


Konstanty Ildefons Gałczyński


Ciepłe promienie słońca nastrajają optymistycznie i jakoś tak unoszą ponad rzeczywistość. Pozwalają myślom przezwyciężać siłę ciążenia i szybować na wiatrowych włosach. Ciepło, cicho, sennie. Książka w ręku lub książka pod głową. Książka, z której słowa wmaszerowują przez uszy i oczy do wnętrza umysłu. I ucztują. Tworzą kolejne światy. I niespodziewanie wyciągnięta kartka z wierszem. Zapisana dawno temu. Pożółkła. Spłowiała. Ale słowa wciąż żywe.

15 czerwca 2010

Wniebowstąpienie na Elphinstone Reef


Nazwa tej rafy musiała się obić o uszy każdemu kto puszczał bąbelki w Morzu Czerwonym. Rafa charakterystyczna i nie możliwa do pomylenia z żadną inną – wąska i długa od góry patrząc o ściankach opadających niemal pionowo. Północny i południowy kraniec rafy zwieńczony schodkowo usytuowanymi plateau. Północny kraniec z charakterystyczną 'rysą' – pionową szczeliną, która na kilka metrów w głąb 'odcina' końcówkę rafy. Rafa stoi sobie w szczerym polu (to jest oczywiście w szczerym morzu) więc prądy bywają tu silne ale dzięki temu można poobserwować dużego zwierza. Właśnie na Elhinstone udało mi się sfotografować mantę :).

Nurkowałam na Elphinstone pięć razy, zawsze z zachwytem i satysfakcją. Ostatnie nurkowanie podczas tegorocznego safari sprawiło, że Elphinstone ma teraz dla mnie zupełnie inną twarz. Dzięki bardzo dobrym relacjom z egipskim przewodnikiem i małą, zdyscyplinowana grupą o wyrównanym poziomie umiejętności oraz delikatnym nagięciem przepisów dotyczących dopuszczalnych w Egipcie głębokości nurkowania udało nam się zajrzeć rafie 'pod ladę'. Na południowym krańcu rafy, gdzie ma ona szerokość zaledwie jakieś 4 m, na głębokości 56m+ znajduje się 'brama'. Jest to duże, zbliżone w kształcie do koła o średnicy ok. 8m przejście.


Przed południem (ale nie bladym świtem!) należy wybrać na zanurzenie zachodnią ścianę rafy, tak żeby po przepłynięciu przez bramę wynurzać się po stronie wschodniej. Gra światła jest nie nieprawdopodobna, żeby nie powiedzieć, że nieziemska. Z każdym metrem wynurzania robi się jaśniej i błękitniej. Skojarzenie z wstępowaniem do nieba narzuca się samoistnie! Podejrzewam, że popołudniowy nurek w promieniach zachodzącego słońca (oczywiście w kierunku ze wschodu na zachód) może być równie ekscytujący ale osobiście tego nie sprawdzałam (jeszcze).

Z racji tego, że brama znajduje się pod nawisem rafy bardzo łatwo jej nie zauważyć nawet płynąc już na głębokości 50m. Bez przewodnika, który zna dokładną lokalizację, w odpowiednim miejscu 'zaparkuje' zodiak i rozpocznie zanurzenie w zasadzie niewykonalne bo czasu na szukanie na 56m nie ma a na deep stop i safety stop trochę wiatru potrzeba. Nie mniej jednak jeżeli ktoś będzie miał szansę zrobić takiego nurka to polecam. Z parametrów głębokości jest to miejsce klasy Blue Hole w Dahab ale zdecydowanie mniej znane.

14 czerwca 2010

St. Johns czerwiec 2010











W końcu żaden wulkan ani inny audyt nie przeszkodziły mi w szybkim wypadzie do egiptowa. Wybrana trasa z kategorii SPA łamane na senatorium zaskoczyła silnymi prądami (ale zaowocowała dużym zwierzem). Sporo nurków w rafach o budowie labiryntowej dołożyło porcję adrenaliny a na koniec przejście przez podwodną bramę na głębokości 56,4 m. Mrrrrrr