10 czerwca 2015

Aeric Meredith-Goujon



Aeric Meredith-Goujon -  jeszcze go oswajam i przyswajam bo niewątpliwie kontrowersyjne są jego prace. Poza modą i portretami fotografuje taniec i przedstawienia exnowojorczyk przede wszystkim uwiecznia ciało w ruchu, ciało w spoczynku bezpośrednio po aktywności. Nie stroni od uwieczniania scen aktów seksualnych, których dynamikę podkreśla nieostrością wywołaną ruchem obiektywu. Często obrazy balansują na granicy kiczu ale kilka przyprawiło mnie o szybsze bicie serca.

Linia życia. Najdelikatniejsze z powiązań, nawet nie kruche a jedynie ulotne. Wystarczy odrobinę silniejszy oddech żeby zburzyć tę idealną równowagę. Krople rosy na pajęczynie lecz czy wytrwaliby w bezruchu aż tyle czasu? Przepiękna kompozycja, tchnąca optymizmem, pachnąca wonią pieszczot.


W tym obliczu mogę się zatracić, wpatrując się w linię brwi i ust oraz zamglone oczy. Nie sposób z nich wyczytać co przeżyła, wzrok utkwiony w przestrzeni, niewidzące oczy. Rozchylone wargi może szepczące, może proszące, a może po prostu odpoczywające. Spokój ale spokój podszyty rozedrganiem. Zmęczenie. A może oczekiwanie. 


Niepokojąco mokra, trochę brudna, wręcz nasuwa się słowo zużyta. A wszystko skąpane w promieniach słońca. Promieniach, które wysuszą i przywrócą do życia. Dla jednych osią kompozycji będzie obcas, dla innych łagodna linia pośladka i uda. Ktoś dostrzeże przede wszystkim pierś. To, co przyciąga mój wzrok i hipnotyzuje to usta. Wycofane, rozchylone, oczekujące.


Tajemnicza konstrukcja z materii, plątanina skrawków jedwabiu, która nie chroni, nie osłania, nie zakrywa. Znak zapytania który spłynąć z najdalszych wilgotnych miejsc. Uchwycony w czasie przegranej walki z grawitacją ale wciąż nieskalany.


Cudowność dotyku, subtelnego i kojącego. Nie ważne co te palce uczyniły przed chwilą, do którego nieba lub piekła zawiodły kochankę. Teraz można im tylko podziękować pocałunkiem i wnętrzem ust.


Rozkołysanie kroku, blask roztaczany wokół. Odchodzi. Nie zważając na wszystko dookoła. Umyka palcom i spojrzeniu. Kobieta. Ona jedna potrafi odejść, tak po prostu wstać i wyjść. Bez słowa, bez spojrzenia, odziana jedynie w swoją godność. 


I finnale grande – szarpnięte spazmatycznie ciało, które zastyga te kilkanaście centymetrów nad podłożem. Mięśnie napięte, zdławiony krzyk. Umęczenie rozkoszą.


9 czerwca 2015

Karol Szpalski



Najkrótszy erotyk - dotyk. 

Zanosi się na wiatr



„(…) Ale wiem z oczu twych
Uśmiech twój mówi mi
Że tej nocy jeszcze raz
Jeszcze raz będzie nam
Fajnie przez jakiś czas (…)”
Maciej Zembaty, Dziś w nocy będzie fajnie.
 
Miejsce dalekie, zmęczenie potężne, niewiadoma ogromna.  Wieczór zapowiadał się wietrzny, kojące podmuchy były gwarantem dobrego snu. Gdzieś musiał się jednak prześlizgnąć oddech halnego,  zmieniając stan materii i ducha.
Przestrzeń niewiele większą od oddechu wypełniał zapach, który nie ma nic wspólnego ze świeżością – duszny i wilgotny ale oprócz niego w powietrzu wisiało coś jeszcze. Jakieś niezdefiniowane napięcie. Nie miałam ani czasu, ani ochoty na wiwisekcję, więc najzwyczajniej zignorowałam to odczucie. Dzień był przecież męczący a samą przestrzeń, tę która łączy i dzieli trudno nazwać romantyczną czy choćby urokliwą. Kiedy nurkuję przestrzeń jest tylko przestrzenią, miejscem odpoczynku i snu, zanuciłam w myślach „Z wielu pieców się jadło chleb, Bo od lat przyglądam się światu”. Miejsca do spania, niemal jak na obozach – zaklepane, przepychanki, już nie fizyczne ale drobne słowne utarczki. Dziecinne, przekorne, zabawne. Kładłam się z uśmiechem i nadzieją na objęcia Morfeusza, mózg już zaczynał przetwarzać po swojemu wydarzenia dnia.
Czułam miejsce, w którym rib odcisnął na żebrach zawór dodawczy w czasie tej upokarzającej procedury powrotnej. Niewdzięczne, niezręczne, żenujące. Duszność i gorąco. A ja oczywiście nie przewidziałam, że może się przydarzyć system grzewczy więc gotuję się w koszulce z długim rękawem. W normalnych warunkach pewnie zdjęłabym ją jak człowiek, zawijając się w prześcieradło. Ale to nie są normalne warunki. Przewracam się z boku na bok, i jak zawsze żałuję, że nie potrafię zasypiać na wznak. Przez półzamknięte powieki nie widzę ale czuję ramię, które ląduje delikatnie w poprzek brzucha i odruchowo nakrywam je własnym. Pas bezpieczeństwa – przemyka przez głowę a ja znowu uśmiecham się własnych myśli. Niespodziewany dotyk nagiej skóry, nie obleczonej materią elektryzuje – zawsze mnie elektryzuje, otwieram oczy ale to tylko palce zostały przesunięte lekko i akurat trafiły na mankiet rękawa. Nic się nie dzieje. Przypadek. Mózg płata mi figle, czuję rzeczy, których nie ma. Ale pod zamkniętymi na powrót powiekami pulsuje zdanie autorstwa Karola Szpalskiego "Najkrótszy erotyk - dotyk".
Palec, który zbłądził pod mankiet koszulki na jedna krótką chwilę mógł być wytworem mojej wyobraźni ale dłoń głaszcząca tył głowy nie była nim z całą stanowczością. Była rzeczywista. Ciepła. Realna. Zamykała powieki swoim dotykiem, jakby chciała powiedzieć ciiii, nic się nie dzieje. Mogła być  jak kołysanka ale nie była. Odchyliłam głowę, niby mimochodem, nieznacznie, może nawet niezauważenie. Odchyliłam tak, żeby palce sięgnęły linii włosów na karku. Wiedziałam, że dotyk w tym miejscu oznacza brak snu, czułam, że właśnie bezczelnie wykorzystuję te palce dla własnej przyjemności. Bezgłośnie kradnąc dotyk. Dla tego dotyku mogłabym trwać całą noc w jednej pozycji, rozlewając ciepło wzdłuż kręgosłupa, aż po końce palców. I tylko oddech musiałam trzymać na wodzy, zęby zaciśnięte. Najtrudniej było zdecydować jak długo mogę bezkarnie i bez konsekwencji trwać w tej błogości. „Nie chcesz o tym teraz myśleć. Pomyślisz o tym jutro, co?” Vivien Leigh szyderczo wysyczała w mojej głowie. Tak, odpowiedziałam jej, tak – pomyślę o tym jutro!
Ale przestrzeń zacisnęła się wokół wyciskając słowa. Pytanie o film. Galopada myśli. Co odpowiedzieć? Najchętniej Pacific Rim dla tych kilku scen z dotykiem, nie koniecznie delikatnym. Nie, nie lubi tego filmu. Mr & Ms Smith – najbardziej podniecająca i destrukcyjna scena gry wstępnej. Nie. Nie każdego nakręca broń i przemoc. 9 i Pół tygodnia? Nie, zbyt oczywiste. Repo Men? Nie, za dużo krwistej perwersji. Królestwo Niebieskie – dla wyjątkowo zmysłowej ścieżki dźwiękowej. Nie! Nie! Nie! To proste pytanie, pytanie o film. Dlaczego mózg mnie opuścił, dlaczego pozwolił panoszyć się tej lubieżnej hedonistce – mojej podświadomości? Waruj bestio! Kalejdoskop obrazów w głowie, a każdy – w najlepszym wypadku - dwuznaczny. Niech to będzie coś nieadekwatnego do sytuacji, coś absurdalnie abstrakcyjnego. Wiem! Autostopem przez galaktykę.
- Autostopem przez galaktykę – odpowiedziałam udając senność.
Ten tytuł jest jak pusta kostka w dominie – można do niej dołożyć dowolną inną. I każda będzie pasować. W najgorszym wypadku mam seans filmowy z dotykiem we włosach i niewypowiedziane przyzwolenie na nieme spełnienie.  A jeśli to tylko psikus podświadomości, to – chwała bogu - niczym nie ryzykuję. Kostka domina w postaci laptopa spoczęła między nami, palce we włosach żyły, przymykałam powieki, żeby nie sypać iskier. Sprawiać musiałam wrażenie śpiącej ponieważ pytające słowa kilkukrotnie przywoływały mnie do rzeczywistości. W końcu poddałam się, potwierdziłam. Świetlistość ekranu odeszła, a między nami zawisło niewypowiedziane. Zostały tylko palce we włosach. Teraz już można było zapaść się całkowicie. A jednak coś trzymało moją świadomość na czatach. Jestem pewna, że Przestrzeń kipiała elektrycznością i czymś jeszcze – żądzą? A może to była tylko duchota?
Druga twarz oddalona ale na tyle bliska, że czułam ciepło skóry. Oddech coraz krótszy, wyobraźnia podsuwająca obrazy. Oddech coraz krótszy, przecież równie dobrze mogłabym wykrzyczeć ‘weź mnie’, zresztą ten niemy krzyk wydobywał się z każdym tchnieniem. Czuję, że ten wątły bastion ciemności między nami wkrótce padnie. Oboje to wiemy, ale ciągle bronię tej Częstochowy, tak, jakby bierność mogła czemukolwiek zapobiec. Odwieczne pytanie, wyczytane u Staffa czy większą mi rozkoszą podróż czy przybycie, na które nigdy nie potrafiłam udzielić odpowiedzi. Powtarzam niczym mantrę wersety „W przededniu”. Powtarzam jak modlitwę i tylko nie wiem czy modlę się o siłę żeby zachować to status quo czy o to, żeby móc ulec.


(…) Lecz nim twe usta, ogniem pożądań bezradne,
Zwyciężone pragnieniem rozkoszy potężnym,
W nieprzytomnym szukaniu mdlejące, bezwładne,
Tkną ust mych całowaniem pierwszym, niedołężnym (…)
Nie słyszę niczego poza własnym oddechem i dudniącym w skroniach echem uderzeń serca. I… stało się nieuniknione, rozkoszny skurcz rozsyła po ciele tryumfalne fanfary a ja próbuję je zatrzymać wewnątrz. Zaciskam powieki i czuję jak podwijają się palce stóp, chcę pozostać bezgłośna, w bezruchu, przeczekać w nadziei, że przebrzmi niezauważony.
Oddech na powiekach obwieścił, że jednak przybycie a nie podróż wybrał on, że to nie moja wyobraźnia.  Wargi delikatnie rozchylone, zapraszające, podarowały namiętny dotyk języka. Zatracam się w nowym dotyku. Chwilo trwaj chciałabym wykrzyczeć. Oddając pocałunek szczytuję ponownie, teraz już pozwalam fali rozbryzgiwać się z łoskotem, nie muszę i nie chcę zachować ciszy.
Orgazm. Przedziwny, odmienny stan świadomości – przychodzi kiedy chce i odchodzi bez ostrzeżenia, wołając na odchodnym świadomość. Nerwowo rozdzielam nasze usta palcami. Czy dla orgazmu gotowa jestem poświęcić partnurstwo i przyjaźń? Jestem hedonistką, potrafię to oddzielić, ale czy on będzie potrafił?  Jeszcze wszystko można naprawić, wszystko można cofnąć, położyć na karb… sama nie wiem czego. Próbuję racjonalizować sytuację, nieudolnie, ale próbuję.
- Znowu nie będę miała z kim nurać – mówię a jego wargi zaciskają się na moich palcach. Język oplata je i sssie. Próbuję mówić, on coś odpowiada, ale wiem, że to chwila mówi, nie my. Rozsądek szepcze nie, ale skóra krzyczy tak. Chwilę jeszcze walczę ze sobą, ale kiedy tripla dobiegła do mety eksplodując w podbrzuszu wiem, że to przegrana walka. Naga skóra. Jest tylko jedno, co przewyższa to doznanie. Może, kiedyś. Teraz jest tu i teraz. Teraz jest dotyk, jeden z najdelikatniejszych jakie znam. Niemal kobiecy. Pozostanę w tej aureoli dotyku na wieczność, teraz nie trzeba mi niczego więcej.
Hipnotycznie podążam za dłońmi, już nie ma linii obrony, bez sprzeciwu pozwalam dotykowi przenieść moją dłoń na jego przyrodzenie. To wciąż delikatny dotyk ale pewny, nie znoszący sprzeciwu, jednoznacznie określający męskość jego ciała. Moja samolubna rozkosz zaciekawiona zatrzymała się w pół kroku. Oto trzymałam w dłoni Jednorożca. To zupełnie zmienia sytuację, zmienia moja rolę w tej etiudzie. Rozkosz przysiadła zaskoczona i bezradna. Wszak Jednorożcom się służy, Jednorożce się wielbi, Jednorożce się zaspakaja za wszelką cenę. Także za cenę własnej rozkoszy. Tylko czy będę potrafiła, przecież zupełnie nie znam Tego Ciała, nie spróbowałam go poznać. Wysoka stawka, wyzwanie.
To trudne, kiedy nie wiem nic, poruszam się po omacku, z trudnością łącząc fakty i myśli. Ale Jednorożce są tego warte. Wspierając się na łokciu dotykam ustami, starając się wyłowić zapach zanim poznam smak. Nie ma. Nie ma zapachu, co gorsza nie ma smaku, które mogę zatrzymać w umyśle. Poprzeczka idzie w górę. Bez kotwicy zmysłowej nie będę w stanie stać się rozkoszą dla niego, nie zatracę się, nie uwolnię uległości. Muszę, muszę mieć coś. Szukam ustami, językiem, dłońmi. Zaciskam mocno powieki, mózg rejestruje kształt, którego nie widzi, nie czuje i nie smakuje. To zupełnie nowe doznanie dla mnie. Wyobrażenie kształtu. Trzymam się tego wyobrażenia, odciskam jego kształt we wnętrzu ust.
Żądza została spuszczona ze smyczy – zachłanna, drapieżna, muszę ją powściągać. Zapraszam Jednorożca głęboko w usta, czuję jak opiera się o granice podniebienia, a językiem nie docieram wciąż do nasady. Tak. To Jednorożec. Zawieszona na granicy kolejnego Rubikonu czekam na znak. Czekam, ale nie nadchodzi. Nie ma dłoni we włosach, dłoni bezceremonialnie trzymających głowę. Nie ma zdecydowanego pchnięcia bioder. Czyżbym się myliła? Nie, to niemożliwe. Przecież… tak! Ledwo wyczuwalnie ale jednak napina uda. Ciemność. Nie widzę twarzy. Nie czuję dłoni. Nie słyszę słów. Czy to możliwe, że jest aż tak subtelnie delikatny? Czy może jednak posunęłam się za daleko?  Czy to możliwe, że nie jest Jednorożcem? Jeśli nawet nie, to stanie się nim. Pulsująca w głowie krew zmusza do zaciśnięcia zębów. Strącam w przepaść tę myśl. Pytania, pytania, pytania i żadnych odpowiedzi. Odpowiedz - krzyczę bezgłośnie! Ciche westchnienie, niemal niezauważalne kiedy przesuwam językiem i zębami od nasady w górę. Łakomie, lubieżnie oblizuję to cudowne jestestwo. Gdzie jesteś ty, która umiesz poradzić sobie z tą sytuacją bez przymusu, bez siły, nacisku, bez dłoni? O uległości! Pomóż mi ulec, bo nie doczekam się wskazówki, której potrzebuję. Teraz wszystko zależy ode mnie.
I podejmuję tę decyzję w ułamku sekundy, już nie czekam. Nie zatrzymuję się tam gdzie kończy się przestrzeń we mnie. Ten moment kiedy zaczynam walczyć z odruchem, chęć wycofania i jeszcze większa chęć doświadczenia tego co za chwilę. I znów pytanie czy większą rozkoszą podróż czy przybycie. To miejsce gdzie gardło staje się już przełykiem, miejsce, które oddziela chłopców od mężczyzn. Coś, czego można doświadczyć wyłącznie z Jednorożcem. Coraz szybciej, coraz zachłanniej. Bo nie wiem jak zareaguje, nie wiem czy nie zatrzyma się wpół drogi widząc moje załzawione oczy. Jak dobrze, że jest ciemno. Ciemność moim sprzymierzeńcem jest. Zapraszam Jednorożna, rozluźniam się na tyle na ile pozwala rola mistrza ceremonii z żądzą ujadającą wokół kostek. Pieści mnie swoim dotykiem, daleko, delikatnie, wilgotno. Gdzie te cholerne dłonie?!? Moja samolubna rozkosz na szczęście ignoruje ich brak. Zaciska się wokół Jednorożca, zatrzymując go, o chwilę za długo, orgazm eksploduje w głowie i macicy nie czekając na jego spełnienie. Mieć Jednorożca na języku i nie doznać jego spazmu to barbarzyństwo. A jeżeli to nigdy więcej nie ma się powtórzyć, jeśli halny wiał tylko dziś?
Każdy zna swoje ciało najlepiej, proszę o jego smak, będę błagać jeśli zechce. Dłonie. Znów się pojawiają, oddzielając mnie od Jednorożca ale czuję zbliżający się finał. Za sprawą jego dłoni. Silne, regularne, przeciągłe skurcze wyczuwalne na języku. Krzyczałabym gdybym mogła ale chciałam zachłannie zabrać wszystko to, co miał mi ofiarować. Do ostatka. Wszystko. Apogeeeum… a po nim  cisza, w której słychać jedynie spazmatyczny oddech – muzyka dla moich uszu. Przy braku słów oddech musi wystarczyć.
Leżałam na wznak kontemplując doznanie kiedy rozchylił moje wargi swoimi. Bez ckliwych słów, bez przysiąg, bez obietnic. Po tym poznaje się prawdziwego Jednorożca. Po tym jednym pocałunku. Jedynym w swoim rodzaju.
Czy będziesz potrafił nadal być moim przyjacielem Jednorożcu?
 

Najkrótsza z nocy

Im bliżej przesilenia tym gorzej sypiam, albo raczej tym intensywniej z podświadomości wypełzają obrazy i dźwięki. Przesilenie niczym magnes wydobywa drobiny wspomnień, przebłyski zdarzeń. O ironio! Wtedy, kiedy umysły stały się cielesne, kiedy dane im było obcować ze sobą, wtedy właśnie Noc była najkrótsza. Teraz z każdą godziną ubywającej ciemności staję się coraz bardziej rozedrgana. Zupełnie bez powodu natykam się na fizyczne znaki tamtych wydarzeń. Skrawki szaty, kosmyk włosów, zapiski, książki. Miłe ale boli. Niebawem spłoną wszystkie te pamiątki. Oddam Płomieniowi to, co fizyczne, co jeszcze istnieje.
Pozostawię to co w umyśle - emocje, wspomnienie dotyku, chłód rosy, zapach ognia.
Tego nikt nigdy nie dotknie, nie zbeszcześci. Aż po kres pamięci.
n.

8 czerwca 2015

Słowa się nie starzeją

Czuję się jak uczniak, który oddał właśnie napisaną klasówkę.
Trochę się niepokoję bo palce niewprawne i nieco zastałe. Ale przyjemność z pisania jakbym nigdy tego nie przestała. Słowa ciepłe i czułe. Jak spotkanie po rozłące. Trochę doroślejsze niż kiedy się rozstawaliśmy ale wciąż zachłanne, wciąż chętne.
Słowa się nie starzeją :)

7 czerwca 2015

Erotyk



Twoje ręce
cierpliwie badają
gładkość mojej skóry,
Twoje usta
śladem "gęsiej skórki "
znaczą drogę pocałunków.
Zachęcasz
do pójścia razem
w zapamiętanie,
a Twój niecierpliwy szept "chodź "
to najlepszy afrodyzjak.

Dorota Lorenowicz

Słowa dłońmi skreślone na skórze. Słowa palcami wypowiadane. Szepty skóry w odpowiedzi. Łagodne uniesienie bioder. Za słowem, za dotykiem powędrować mogę zawsze. Nawet jeśli latami kazałam im czekać. Czekały. Zapachem przywołane, i smakiem. Kształtem mamione i światłem. W ciemności tuliły bez słów. Emocje. Moje emocje. Znów szukam dla nich odzienia z liter i wyrazów. Głowa pełna obrazów, zapisanych w mrugnięciu powieką. Przychodzą we śnie, przychodzą na jawie. Chcą się urodzić. Słowami. I chyba im na to pozwolę. Znowu.

Internet jest wieczny :)

Porządki. W każdym razie miały być porządki. Chwila zastanowienia czy nie skasować wszystkiego, bo przecież trąci to już myszką. Przeglądam, czytam, przypominam sobie. Niektórych słów nie pamiętam wcale. Niektóre nie wiem nawet dla kogo zostały skreślone. Inne przyniosły uśmiech na usta, jeszcze inne wspomnienie przyjemności.

W roboczych sporo nieopublikowanych słów, jeszcze z czasu przeprowadzki ze starego adresu. Te zapewne wrzucę, tak dla porządku. Sporo takich, które zostały zapisane i nigdy miały światła dziennego nie ujrzeć. Zobaczymy jaki będzie ich los.

Póki co porządków ciąg dalszy. Tym bardziej, że niektórym słowom zaoferowano nowe życie. Nie wiem czy słusznie, zwłaszcza w kontekście zalewu postgrejowskiej wytwórczości, ale może się obronią. Tego nie wiadomo.

Wiem jednak, że warto zapisać myśli, choćby po to, żeby wrócić do nich po dekadzie. Laptopy, dyskietki, pendrive - przepadły na przestrzeni lat, a tutaj słowa pozostały. Są. Dla mnie.

Mistrium nocy

"Wystarczy, że moje myśli ukształtują się w formie niewidzialnej dłoni, która przesuwać się będzie po Twojej skórze, nie dotykając jej wcale, od szyi, powoli do tyłu, ponad ramieniem, na plecy. Odchylisz głowę do tyłu, prosząc o dotyk, marząc o tym, by on się urzeczywistnił, a moja dłoń będzie powoli delikatnie przesuwać się wzdłuż kręgosłupa by w końcu dotknąć Twojego biodra. Dotyk niewidzialnej dłoni rozpali Twoją skórę, poczujesz ten dreszcz, który powstaje gdy skupiasz się na tym dotyku, bez fizycznego kontaktu. Dreszcz, który przechodzi od ciała do duszy, który przenika na wskroś i który obezwładnia myśli".
Turgon 6 września 2004r 

Wyszłam z kąpieli odprężona i zrelaksowana. Zawinięta w ogromny, puszysty ręcznik pachnący wiatrem, stanęłam na progu sypialni. Granatowo-chabrowa pościel kusiła swoim bezmiarem, zapraszająco lśniła w blasku świec... Już cieszyłam się na to niesamowite wrażenie, jakie wywoła zetknięcie rozgrzanej skóry z gładką, śliską, niemal metaliczną satyną... Otulić się tym jedwabistym dotykiem, zanurzyć w chłód, oto moje jedyne myśli w tej chwili.

Odchyliłam rąbek kołdry i zobaczyłam na poduszce niewielką, bladobłękitną kopertę. W środku, na maleńkim skrawku papieru, skreślone pośpiesznie kilka słów więcej przyniosło domysłów niż faktów..."zabiorę ci mowę dzisiejszej nocy i oczy, bo tak jedynie możesz w świat rozkoszy wkroczyć"
- Jeśli kiedyś zaczniesz mówić wprost odejdę - wyszeptałam - uwielbiam Twoje zagadki.
Rozkoszny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa, kiedy złożyłam swoje ciało w chabrowe objęcia, wszechobecny chłód zaczął powoli ustępować miejsca delikatnej przyjemności. Zdmuchnęłam świece. Zasypiałam spowita uczuciem uwielbienia dla Niego i wdzięczna za wyrafinowaną intymność, którą dla mnie przygotował.
- Cóż może to być? - zdążyłam jeszcze pomyśleć zanim zasnęłam...

Obudziło mnie... właściwie sama nie wiem co mnie obudziło. Nie był to żaden dźwięk ani ruch, ani nawet światło - światło widziałabym, nawet przez zamknięte powieki. W taki razie co? Bałam się otworzyć oczy i bałam się poruszyć. Postanowiłam poczekać wsłuchując się w otoczenie, szukając najmniejszego choćby dźwięku, który pozwoliłby odgadnąć powód mojego przebudzenia. Powoli utwierdzałam się w przekonaniu, że tym, co mnie obudziło była czyjaś obecność w sypialni.
- To niemożliwe - przemknęło mi przez myśl - przecież On jest daleko... bardzo daleko...A jednak myśl, że znajduje się blisko nie opuszczała mnie ani na moment. Zamiast zastanawiać się co się dzieje, zapragnęłam to przeżyć. W końcu byłam bezpieczna, we własnym łóżku, co mogło mi się stać... Wróciłam pamięcią do bileciku na poduszce - zabiorę ci mowę dzisiejszej nocy i oczy, bo tak jedynie możesz w świat rozkoszy wkroczyć... Jak to dobrze, że pierwszym uczuciem jakiego doznałam był strach, to on nie pozwolił mi otworzyć oczu. A przecież tego właśnie zażądał ode mnie On w swoim liście - nie wolno mi patrzeć. Chciałam zapytać, ale druga część zdania stała się odpowiedzią na niewysłowione pytanie - nie wolno mi mówić. I znowu mój strach przyszedł mi z pomocą. Strach - uczucie, które uwielbiam, które jest mi przyjacielem i towarzyszem - i tym razem pomógł mi zacząć nową przygodę. Obecność mojego tajemniczego gościa stawała się coraz bardziej realna. Wprawdzie nadal nie wydawał żadnych dźwięków, ale odczuwałam ją coraz silniej, coraz bliżej.
- To niemożliwe - pomyślałam znowu - niemożliwe...
W tym samym momencie poczułam, że kołdra, która otulała mnie czule, zaczyna porzucać moje ciało. Jak obrażona dama, kroczyła dystyngowanie i powoli w nieznanym kierunku, coraz bardziej rozluźniając łączącą nas zażyłość. Na koniec wzdrygnęła się niemal, jakby strzepując niewidoczny pyłek z sukni i odeszła, zostawiając mnie samą. Wzgardzoną. Leżałam naga, na brzuchu, lewa dłoń pod poduszką a prawa ręka wyciągnięta wzdłuż ciała. Lewa noga ugięta, a prawa wyprostowana - niemal dotykająca krawędzi łóżka. Czułam na sobie czyjś wzrok. Ktoś przyglądał mi się lubieżnie, czułam jak dotyka mnie tym wzrokiem, którym przebijał się przez mrok. Świadomość własnej nagości i czyjejś obecności pomogła mi przezwyciężyć strach, zaczęłam się delektować tym stanem. Czułam się trochę jak przed obiektywem. Wszystko działo się za moją zgodą, ale i wbrew niej, było ulotne i nieokreślone. Dreszcz wywołany chłodem powietrza rysował przedziwne wzory na mojej skórze, zmuszając kolejne mięśnie do szybkich skurczy.

Nagle odczułam ciepło. Nie dotyk. Ale ciepło. Takie, które jest odczuwalne na ułamek sekundy przed dotykiem. Ale samego dotyku nie poczułam. Trwało to chwilę jakąś, po czym ciepło zaczęło się przemieszczać wzdłuż mojego ciała. Było mi bardzo przyjemnie, powoli zaczynałam odpływać w rozkoszny letarg.
- Jeszcze, jeszcze - szeptałam w myślach, prężąc się jak głaskana kotka.
Pamiętam jeszcze, że źródło tej odrealnionej przyjemności podzieliło się i teraz czułam jak przesuwa się wzdłuż przedramion, w kierunku dłoni. Ułamek sekundy zmienił wszystkie moje odczucia. Przyjemne ciepło niby-dotyku przybrało gwałtownie na sile, parzące pętle zacisnęły się na nadgarstkach. Szarpnięcie i silny ruch w kierunku pleców. Jednostajny, zdecydowany ruch. Byłam zaskoczona. Najpierw prawa ręką, bez większego bólu poczułam ją na lędźwiach. Lewa, wyszarpnięta brutalnie spod poduszki, wykręcona boleśnie i w łokciu i w barku, dołączyła do niej. Czułam jak parzące pęta stapiają się w jedno. Próbowałam się oswobodzić z tego dziwnego uścisku, ale chociaż jedyne co czułam to gorąco, nie byłam w stanie się uwolnić. Każdy ruch przynosił tylko większy żar i większy ból. Siłą woli powstrzymywałam własny krzyk kiedy znowu poczułam przemieszczające się ciepło.
Niezwykle powoli, metodycznie mój tajemniczy gość oplatał mi przedramiona tymi przedziwnymi pętami. Z każdym kolejnym oplotem moje łokcie zbliżały się do siebie, wywołując nieznośny ból. Ból rozchodził się na barki, ściągnięte łopatki dawały znać o sobie. Już nie opierałam się na ramionach, ściągane ognistym powrozem oderwały ciało od podłoża, zmuszając mnie jednocześnie do uniesienia głowy. Teraz już leżałam wsparta na piersiach, które przejęły cały ciężar górnej części ciała.  Gwałtowniejsze szarpnięcie zwiastowało koniec splotu w tym miejscu.

W następnej kolejności otrzymałam kilka oplotów powyżej łokci. Starannie i równiutko zamotanych niczym bransolety u rzymskich nałożnic, a skutkujące większym jeszcze niż dotychczas naciągnięciem barków. Uścisk był bardzo silny, ale najbardziej doskwierało gorąco więzów. I nagle wszystko skończyło się. Przez dłuższą chwilę czułam na sobie jedynie wzrok. Jakby układający dalszą kompozycję. Starałam się przez cały czas poruszać palcami, żeby wymuszać krążenie w związanych rękach, ale każde zaciśnięcie dłoni było kolejnym źródłem bólu. Zaczęłam tracić poczucie czasu i ogarniało mnie zmęczenie. Jednocześnie rosła moja ciekawość dalszego rozwoju sytuacji.

Znowu poczułam ciepło, tym razem zaczęło się na dłoniach i spłynęło niżej - na pośladki i uda. Na moment jedynie zahaczając o moją intymność. To miejsce, bardziej niż którekolwiek inne, pragnęło dotyku. Ale nie dane mi było poczuć tam dotyku dłoni. Ciepło przemknęło szybko na uda, łydki... Przeszedł mnie dreszcz kiedy zbliżyło się do kostek. Spodziewałam się kolejnych więzów i nie pomyliłam się. Ogniste pętle na kostkach zacisnęły się niemal równocześnie. Zgięcie nóg w kolanach było już tylko formalnością. Każda ze stóp została opleciona razem z udem, tuż poniżej pachwiny. Pozycja była mordercza, słyszałam i czułam dźwięki trzaskających włókien mięśniowych, kolana były napięte do granic możliwości. Ta nienaturalna pozycja wycisnęła mi z oczu pierwsze łzy a z gardła przerywany, głęboki szloch. Jak bardzo chciałam prosić Go, żeby przestał, ale nie byłam w stanie.

Ból zdominował moją świadomość i podświadomość. Był w każdej komórce. A ja przestawałam panować nad sobą. Nie mogąc mówić byłam skazana na łaskę mojego oprawcy. I znowu szarpnięcie oznaczające koniec splotu. Czekam co będzie dalej. Twarzy zalanej łzami nawet nie mogę otrzeć, gdyż nie dosięgam do materaca. Łzy rzeźbią wiec korytarze w swojej drodze ku dołowi...Bezruch nie trwał długo. Nagle ciepło przemieściło się na twarz. Czuję wyraźnie dwie jakby dłonie po obu stronach twarzy, chwytają mnie i odchylają moją głowę maksymalnie do tyłu. Zaczynam się szarpać, w przeświadczeniu, że tak właśnie uwolnię się od tego stalowego uścisku. Niestety. Dłonie uniosły moją twarz.

Tym razem jednak czekała mnie niespodzianka i to nie tylko termiczna. Ogniste palce rozchyliły mi szczęki, naciskając boleśnie miejsce ich połączenia. W usta wepchnięty mi został owalny, miękki przedmiot, ale dla odmiany był lodowato zimny, o metalicznym posmaku. Wiedziałam, że to rodzaj knebla, ale nie mogłam zrozumieć dlaczego jest taki zimny i skąd ten dziwny smak. Czułam jak wnętrze moich ust zaczyna cierpnąć, podobne uczucie odczuwalne było na zębach. Wstrętny metaliczny posmak, próbowałam go wypchnąć językiem, ale język nie natrafiał na żaden przedmiot. Przelatywał jak przez powietrze, zatrzymując się dopiero na zębach. To niezrozumiałe, przecież wyraźnie czułam, że coś dużego wypełnia mi buzię, skutecznie blokując wszelkie marzenia o wydaniu jakiegokolwiek dźwięku...Spętana i niema leżałam czekając dalszego ciągu. Uświadomiłam sobie, że nie czuję palców rąk.

Najwidoczniej musiały być już sine, albo też On czytał w moich myślach, poczułam bowiem ciepło zbliżające się do mnie. Szczęk narzędzia, jakby bardzo dużych stalowych nożyc, wywołał dreszcz, spotęgowany dodatkowo nagłym mocniejszym naciągnięciem więzów. Nim przebrzmiał szczęk pętające mnie powrozy zaczęły, jak spłoszone węże, umykać z moich ramion. Czułam coraz większą swobodę w łokciach i przedramionach, więzy rozluźniały się i zsuwały. Starałam się ułatwić im ten wirujący taniec, unosząc ramiona w taki sposób, aby między rękoma a plecami powstała szczelina, aby nic nie blokowało swobody, którą właśnie poczułam. A jednak nie tylko ja starałam się kontrolować to uwolnienie opętanej. W krytycznym momencie, kiedy pozostały już tylko pętle na nadgarstkach, ognisty uścisk przeniósł moje dłonie na kostki. Kilka ruchów wprawnych dłoni i na powrót byłam unieruchomiona. Teraz jednak moje ręce ułożone były niemal w naturalnej pozycji, wzdłuż ciała. Zdziwiło mnie, że wybrał dla mnie wygodniejszą pozycję, taką, która dawała wytchnienie łokciom. Podziękowałam mu w myślach. Nie dał mi jednak czasu, żeby delektować się tym stanem. Gorąco zaczęło punktowo przybierać na sile.

Szybkim, pewnym chwytem za bark i biodro przewrócił mnie na plecy, w ten sposób, że znalazłam się w poprzek łóżka, z głową na jego krawędzi. Jakże bardzo kusiło mnie, żeby na moment uchylić powieki, żeby zobaczyć co się dzieje.Powietrze stało się bardziej duszne i gorące. Łapczywie wciągałam je nosem, starając się uspokoić oddech. Czułam, że nie jestem w stanie opierać się dłużej, to ciepło z każdym kolejnym zbliżeniem było bardziej pociągające. Nawet więzy przestały parzyć, stały się jakby mocnym i czułym uściskiem. Powoli powracał spokój, a wraz z nim rozluźnienie. Bezwiednie poruszyłam biodrami, tak jakbym chciała wskazać miejsce kolejnego niby-dotyku. A jednak, nie miało znaczenia to, czego chciałam. Żadnego znaczenia.

Ciepło zbliżyło się do mojej twarzy. Zanim jednak podjęłam decyzję o otwarciu oczu na twarz spłynęła pierwsza kropla... nie wiem czego... Płynna, ciepła, lepka substancja spływała powoli na zamknięte powieki. Nie była gorąca, ale w tym miejscu nie potrzeba zbyt dużej temperatury, żeby sprawić ból. Tak, z każdą kroplą spływa na mnie kolejna porcja bólu. To coś, jakby roztopiony wosk, ale bardziej gęste i bardziej lepkie. Już po kilkunastu sekundach moje powieki otrzymały niesamowity płynny makijaż, uniemożliwiający ich podniesienie. Oczodoły są wypełnione po brzegi, teraz sama już zaciskam powieki, żeby nic nie dostało się do oczu. Zaciskam je mocno, jakby od tego zależało moje życie. Kolejne, nie krople już ale strużki, dołączają do poprzednich. Czuję to na ustach... czuję, jak podąża śladami łez na policzki, jak spływa na szyję i dalej na kark... na włosy. Czuję jak łaskocząc wpływają mi do wnętrza nosa, jak powoli dociera do gardła, jak spływa na szczyt języka. Ależ... to... jest... Tak! Znam ten smak, znam to uczucie ścinającej się śluzówki w ustach. Cała moja twarz została ochrzczona... skoncentrowaną męskością...ciepłą... pulsującą... żywą... Z tą nowatorską przepaską i w gorejących więzach byłam już całkowicie bezbronna i wystawiona na Jego pastwę. Minęła chwila, która jednak uświadomiła mi, że to nie koniec atrakcji dzisiejszej nocy.

Uda miałam bardzo napięte, starałam się rozchylać je na boki szukając pozycji dającej im wytchnienie. Nie wiem czy nie ten właśnie rozchylający ruch zachęcił Go do dalszych działań. Otrzymałam pomoc ze strony ciepłych dłoni. Rozwarte maksymalnie uda ukazały moje intymności, ociekające już sokami rozkoszy. Czułam wzrok penetrujący zachłannie te zakamarki. Za wzrokiem podążyły ogniste palce. Głaskane ciepłem płatki rozchyliły się zapraszająco, a palce przyjęły zaproszenie. Muskały nabrzmiałe miejsca, a każdy z palców miał inną temperaturę. Niby przypadkiem niektóre wsuwały się do środka niosąc przyjemność w głąb ciała. Gdybym nie była związana, chwyciłabym oburącz te jęzory ognia i zatrzymała na wieczność w przedsionku kobiecości. Więzy jednak trzymały mocno, mogłam jedynie czerpać przyjemność w rytm tańca wykonywanego przez palce. Kolejna wizyta we wnętrzu przeciągała się w nieskończoność. Odniosłam wrażenie, że do środka mnie zawitał ukwiał, którego parzące ramiona pieściły mnie, oplatając momentami macicę i zaciskając się na niej. Drżałam. Drżałam z przyjemności.

Ramiona ukwiału mnożyły się a moje wnętrze robiło się jakby ciaśniejsze. Czułam silny nacisk na krawędziach intymności, coś bardzo chciało dostać się do środka. To coś było nie tylko gorące, ale i duże. Nacisk odczuwalny był na kościach miednicy i przemieszczał się. Z przerażeniem pomyślałam, że poza palcami On chce wsunąć we mnie swoją płomienną dłoń. Chciałam się wyswobodzić, ale jedyne co osiągnęłam tym nagłym ruchem było rozgrzanie moich więzów. Znowu stały się niemiłosiernie palące, zupełnie jakby nakazywały mi spokojnie czekać na moje przeznaczenie. Zbyt byłam zmęczona, żeby walczyć i zbyt podniecona. Ukwiał w moim wnętrzu falował miarowo, wprawiając moje ciało w podobny ruch. Rozluźniłam się wsłuchując się w ten kojący rytm nadawany przez ogniste palce. Z każdym ruchem Jego dłoń zagłębiała się we mnie. Powoli, z ogromną delikatnością zdobywał to, co dotychczas było niedostępne dla dłoni. Ból stawał się nie do zniesienia, ale i nigdy wcześniej nie czułam takiego podniecenia. Straciłam poczucie ciała, zapadłam się do środka. Teraz cała byłam już świątynią kobiecości, w każdej komórce czułam ból i przyjemność. Poczułam opór, wiedziałam, że to jest moment krytyczny. Zaciskając zęby zaczęłam wprost nadziewać się na dłoń. Przez moment miałam wrażenie, że nie wytrzymam tego bólu. Ale to był tylko moment. Zatrzymałam oddech, wsłuchując się w siebie. Wszystko we mnie krzyczało 'dalej'. I poczułam ulgę, napięcie opuściło mnie. Teraz rozkoszowałam się wrażeniami dotykowymi dobiegającymi gdzieś z trzewi. Nie sposób opisać tego niebiańskiego odczucia. Każdy mięsień mojego ciała odbierał echo pochodzące z jądra rozkoszy. I znowu ciepło stało się wrzątkiem, żarem. Ogniem odpornym na ocean miłości, który wypływał ze mnie. Jak niezatapialny okręt górujący nad bezmiarem przyjemności. Ogień. Żar. On. We mnie.Poczułam jak moja kobiecość, mój najdelikatniejszy kawałeczek mnie samej, zachłannie obejmuje te rozżarzone węgle w moim wnętrzu. Jak zaciska swoją różowość w konwulsyjnych niemal ruchach na tym żywym ogniu. Czułam każdy skurcz, każde zetknięcie, każdy milimetr ciała i ognia.- Aż dziwne, że nie słychać syczenia, taka wilgoć i żar muszą przecież do tego prowadzić - przemknęło mi przez myśl na ułamek sekundy przed tym, jak porwał mnie ocean przyjemności. Później były już tylko kaskady ognistej rozkoszy, która zalała najpierw moje wnętrze, a później całą przestrzeń wokół. Niekończąca się rzeka płynnego ognia, przepływająca leniwie pomiędzy kolejnymi stopniami katarakt. Z razu prędkie i chyże, z czasem wygasające w swojej ekspresji, przerywane kolejnymi wybuchami orgazmowych gejzerów. Ciągle, i ciągle z wnętrza mnie płynęło to cudowne spełnienie. Zupełnie, jakby źródłem tego ognia było płynne, wrzące, nieskończone jądro ziemi. Siła zdolna tworzyć i niszczyć. I nie pamiętam już więcej nic... I nie wiem czy postradałam zmysły z rozkoszy czy może zasnęłam... Nie wiem...

Moja świadomość powróciła do umęczonego ciała równie nagle jak nagle odeszła. Czułam swoje ciało, ale bałam się wykonać najmniejszy choćby ruch, bałam się nawet otworzyć oczy. Próba ich otwarcia powiodła się niespodziewanie, co przeraziło mnie jeszcze bardziej. Z przestrachem zacisnęłam powieki. Czego się bałam? Nie wiem. Może tego, że to co się działo ze mną tej nocy jeszcze się nie skończyło? A może wręcz przeciwnie, że nie ma już tego, albo jeszcze gorzej - że było wytworem mojej wyobraźni.Powoli otwierałam oczy, nic nie stało temu na przeszkodzie. Rozejrzałam się, na tyle, na ile pozwalała mi pozycja, w której się znajdowałam.
- Jestem we własnym łóżku, w sypialni, nawet zasłona jest nie do końca zasunięta, taka jaką zostawiłam wczorajszego wieczora - mówiłam w myślach widząc dookoła znajome kształty i kolory. Nie patrzyłam na swoje ciało, bałam się widoku, który mogę dojrzeć. Niezmiernie powoli i delikatnie poruszyłam palcami dłoni - były moje. Z wysiłkiem przesunęłam ręce do przodu, czułam się dziwnie. Zupełnie, jakbym wczoraj wykonała jakiś nadludzki wysiłek.
- Zakwasy - pomyślałam - ale po czym? - skorygowałam tę myśl.
Czułam wszystkie mięśnie od nadgarstków po barki, tak mi się wtedy wydawało. Ale to było coś więcej. Próba podniesienia się z łóżka przyniosła kolejne zaskakujące odkrycie. Ból był odczuwalny w mięśniach żebrowych, na karku, wzdłuż kręgosłupa, na brzuchu, pośladkach, udach i łydkach.
- Niemożliwe - powiedziałam do siebie - niemożliwe.
Opadłam z powrotem na łóżko. Zamknęłam oczy starając się przypomnieć sobie co się tak naprawdę wydarzyło. Wtedy zobaczyłam w myślach erupcję wulkanu. Eureka! Natychmiast otworzyłam oczy i obejrzałam dokładnie swoją skórę. Oczekiwałam śladów oparzeń, ale to co było na niej widoczne zaskoczyło mnie. Na skórze widniała mozaika podłużnych, równoległych linii, od nadgarstków przez przedramiona do łokci. Kolejne, jak złociste bransolety, widoczne były powyżej łokci. Podobne na udach i kostkach. Nie otarcia... nie oparzenia... ale ślady... purpurowo-złote... blednące w oczach... Wpatrywałam się w nie wprost hipnotycznie. Po kilku minutach zanikły zupełnie. Pozostał tylko ból, który z każdym ruchem przypominał mi, że doświadczyłam czegoś nieziemskiego...

- Kąpiel... tak, gorąca kąpiel... - wstałam, żeby napełnić wannę, ale to co ujrzałam zatrzymało mnie w miejscu.Na fotelu, w głębi pokoju siedział On. Cichy widz, napawający się tą dziwną sceną.
- To niemożliwe, niemożliwe - powtarzałam jak mantrę.
- Przecież... jesteś w... co tu... dlaczego...? - zaczynałam pytania nie kończąc ich. Nie mogłam zebrać myśli.
- Jak długo tu jesteś? - wykrztusiłam wreszcie.
- Od wczoraj, przyjechałem w nocy i nie chciałem Cię budzić, siedziałem w fotelu i oglądałem spektakl z moją sunią w roli głównej... patrzyłem cała noc... chyba coś ci się śniło... - szeptał tajemniczo, tym swoim namiętnym i obezwładniającym głosem.
- Miałam dziwny sen... śniłam o Twoim dotyku... on nie był rzeczywisty... ale był taki realny... - szeptałam zawstydzona. Tak bardzo chciałam, żeby mnie objął, przytulił, uspokoił, tak bardzo.
- O moim dotyku? - zapytał wyciągając dłoń w moją stronę.Widziałam jak zbliża dłoń do mojej twarzy, zamknęłam oczy, czekając na dotyk. Ale zamiast tego poczułam Jego bliskość i ciepło. Ciepło...
- Znam to ciepło. Skądś znam to ciepło - pomyślałam i gwałtownie otworzyłam oczy.

Ujrzałam postać z mgły i ognia, na jedną maleńką chwilę, a zaraz potem Jego twarz. Ten kalejdoskop był ostatnim obrazem, jaki ukazał się moim oczom, nim straciłam przytomność...

******
Jestem suką i jestem z tego dumna!
Autor: zooza

10 grudnia 2012

Carlos Ruíz Zafón

Są osoby, które się pamięta, i osoby, o których się śni.

Carlos Ruíz Zafón
"Cień wiatru"


Są jeszcze takie, które będąc cielesnymi potrafią żyć w Nieświecie. Jak to możliwe, że można tak tęsknić, tak bardzo pragnąć, żeby zabijać słowa?
One nie zostały uśmiercone ale zepchnięte na antypody świadomości. Przysypane warstwą codzienności, zwyczajnej krzątaniny, celami, sukcesami i porażkami. Ściśnięte ramami metryki i oglądane przez pryzmat pozycji w świecie realnym wydają się być odległe. To tylko złudzenie.
Jest coś czego nie sposób nazwać jeśli się nie doświadczyło magii idealnego porozumienia mentalnego. Jest coś co tylko dwóm duszom i umysłom pozwala istnieć w pełni. Właśnie ta więź rodzi słowa. Słowa, które cisną się na świat po wpływem obrazu, zapachu, widoku, pory dnia lub nocy, rośliny, materii, dźwięku, zapachu i... dotyku. Każdy ze zmysłów natychmiast sygnalizuje gotowość żeby odebrać mentalną wiadomość.
Niespełnienie jest kluczem, odpowiedzią i pytaniem.W głębi umysłu one nadal istnieją - Słowa. Tylko dziś brakuje Samotności, takiej prawdziwej - nieprzeniknionej i cichej samotności, w której nic realnego nie spłoszy Słów. Niebawem dane mi będzie zanurzyć się w niej, na innej ziemi, pod innymi gwiazdami w jednym ze Światów. Będę napełniać umysł doznaniami i może będą wystarczająco silne, żeby urodzić Słowa.