12 września 2011

Rozgrzeszanie SinCity


Z kronikarskiego obowiązku zeznaję, że i ja tam byłam. Co prawda miodu nie piłam tylko tonic z kropelką ginu ale, że pamięć dobra lecz krótka wrażenia skrzętnie notuję.
Poznań dostał drugą szansę po Body Art. Performance z 2007 roku tym razem pod szyldem SinCity. Nie nastawiałam się na fontannę z wodotryskiem bo życie nauczyło, że przyjemniej człowiek się czuje będąc mile zaskoczonym niż rozczarowanym.  Ale po kolei, wszystko po kolei (i nie mam – na szczęście na myśli PKP).

Klub Elektrownia – jedno z bardziej porąbanych architektonicznie wnętrz w jakich kiedykolwiek przebywałam J. Po otwarciu drzwi tego przybytku strome schody w dół, wprost do czeluści piwnicznych, zakończone regularną kratą i równie regularnym odźwiernym w osobie Drag Queen. Na początek rzucone z za kraty, że impreza zamknięta starło się z wykrzyczanym ‘tak wiemy’ i przestąpiliśmy próg. W zasadzie weszliśmy bez weryfikacji bo „cerber” miał wprawdzie jakąś listę w ręku ale nawet nie próbował znaleźć na niej mojej z przyległościami. W odpowiedzi na nasze wypowiedziane gładko nicki nie przedstawił się niestety. Powiało chłodem. Podłużne pomieszczenie – bar, kilka stolików, toalety, mała salka i schody w… górę!. Tak, tak – teraz kręcone schody prowadzące na piętro… to jest na parter… znaczy na poziom ulicy – a tam drugi bar i ‘stoisko’ DJ oraz kanapy (zajęte rzecz jasna). Ogarnąwszy wzrokiem tłoczącą się ciżbę i nie znalazłszy Ludzi_Wyglądających_Na_Gospodarzy powróciliśmy na wcześniej mijane pozycje czyli w okolice dolnego baru. 

Pierwsze wrażenie, które w dużej mierze stało się też ostatnim, że impreza nie ma gospodarza. Jakoś tak się utarło, że gospodarze witają swoich gości – ale nie w tym przypadku. Rozumiem doskonale, że organizator na własnej imprezie się nie bawi bo nie ma kiedy, ale elementarne formy dobrego wychowania wypada przejawić. Niestety pod tym względem im dalej w imprezę tym większe zdziwienie gościło na mojej twarzy.
Zidentyfikowaliśmy (prawdopodobnie) Głównego Orga jedynie po tym, że monopolizował dostęp do mikrofonu. Co niestety nie było najlepszą wizytówką ani jego samego ani imprezy bo sposób w jaki zwracał się gości pozostawiał wieeele do życzenia. Najlepszy pokaz dał podczas przedbiegów do aukcji kiedy grzmiał przez mikrofon niczym ojciec-dyrektor w trybie rozkazującym zdania proste i równoważniki zdań w rodzaju: odsunąć się do tyłu; no już, do tyłu powiedziałem; zrobić miejsce licytującym; nie licytujesz jazda do tyłu. 

Zatem pozostała zabawa z podgrupach, którą zaczęliśmy realizować i tu też ciekawe spostrzeżenie. W pewnym momencie dołączył do nas człowiek z obcym akcentem zagajając rozmowę. Wymieniliśmy kilka zdań pytając o to i owo, rozmowa się toczyła gładko. To dało nadzieje, że inni goście mają normalne podejście do ludzi. Niestety teza okazał się nieuprawniona. Próba zadzierzgnięcia znajomości z obsadą stolika obok poprzez neutralne zagajenie o FetLife zakończyła się obcesową odzywką, żeby zakończyć próbę identyfikowania osób. Upsss. Czyżby znamienne  było to, że nasz pierwszy interlokutor, którego imienia nie pamiętam (sorry ale niemieckobrzmiące było i nie zapadło w pamięć) był obcokrajowcem a goście przy stoliku obok rodakami?  Nie wiem, lepiej żeby nie.

Na pięterku-parterze stolik do rozbieranego pokera ujrzeliśmy  w pełnej obsadzie i ten stan miał się już nie zmienić do końca imprezy. Widziałam kilka osób próbujących się załapać na partyjkę ale niestety – najwidoczniej trzeba było przybyć odpowiednio wcześniej, żeby zająć dogodną miejscówkę albo należeć do grona należącego do kręgu zbliżonego do organizatorów. Jeden czort na szczęście karty było ostatnią z rzeczy, którymi planowałam się zajmować na imprezie. Dość odnotować, że, którzy dostąpili dopuszczenia do stołu bawili się setnie.

PinUpRoom PUR)  - zapowiedziany w informacji i zaznaczony na planie klubu (tak, tak każdy dostał welcome pack a w nim między innymi plan klubu – wspomniałam na wstępie, że wnętrze porąbane) rządził się swoimi prawami np… żeby tam wejść należało uprzednio zdjąć buty. No klub to obyczaj parafrazując przysłowie. Do PURu (nie mylić z płynem do mycia naczyń) wchodziło się grupkami, parami i pojedynczo. Było na czym oko zawiesić bo płeć piękna śmigała w symbolicznym odzieniu bądź jedynie w ozdobach czy butach. Tu przyznać trzeba, że śmiałości w ludziach nie brakowało bo takiej ilości ciała w czystej formie na żadnej z krajowych imprez jeszcze nie widziałam a i za granicą nie należy to do standardów na większych imprezach. Z zaobserwowanych praktyk w ruch poszły urządzenia chłoszczące i męskie dłonie, języki wylizujące na wysoki połysk wypastowane pantofle (słyszałam także o jakimś oralu ale w czasie mojej wizytacji PURu tej aktywności nie stwierdziłam). Użycie sznurków mogło doprowadzić do rękoczynów no bo czego się spodziewać kiedy trzech czy czterech sznurowało jedną uległą w tym samym czasie? Nie pobili się chyba tylko dlatego, że mieli „związane ręce”  ;). Nie całkiem odgaduję intencję stworzenia PURu bo to ani loch, ani playroom, ani darkroom ani VIProom. Nazwijmy to przestrzenią wydzielona, częściowo odpublicznioną o różnorakim przeznaczeniu. 

Wkrótce po oględzinach PURu wyjaśniła się kwestia obecnego od progu zapachu gotowanej kapusty. Na barze zagościły sałatki i dania ciepłe w postaci pieczonego kurczaka i bigosu. Z jednej strony szacun dla organizatorów, że wygospodarowali z niewysokiej ceny wejściówek budżet na przekąski, z drugiej zaskakujący dobór dań. Kompozycja mało atrakcyjna zapachowo nie mniej cieszyła się sporym zainteresowaniem. Tu zadałam sobie pytanie czym jest impreza o nazwie SinCity? Czyżby obok słynnej kategorii grania do kotleta narodziła się nowa grzeszenie do kotleta bigosu? Jak dla mnie słabo pasuje takie połączenie. I znowu – co kraj to obyczaj.

Było o pokerze i o bigosie, o niewitających gospodarzach czas więc na gwóźdź wieczoru – aukcję niewolników. Wszak nie jedna już grupa działaczy mająca za sobą doświadczenie organizacji klimatycznej imprezy zjadła zęby na tym temacie. Co więcej – żadna ekipa nie zdecydowała się zmierzyć z tym wyzwaniem. Po raz kolejny ruszyłam na parterowe pięterko, żeby przyjrzeć się z bliska temu wydarzeniu. Brać udziału w licytacji nie planowałam bo jak powszechnie wiadomo religia mojej strony bata pozostaje w sprzeczności z takowymi praktykami ale człowiek uczy się prze całe życie (a organizator na każdej imprezie) więc motywacja była. Jak się okazało nie tylko ja miałam ochotę popatrzeć (co było do przewidzenia) jednakże na miejsce przeprowadzenia aukcji organizatorzy wybrali najgorsze z możliwych miejsc w klubie. Na szczycie wąskiego pomieszczenia, między barem a DJką „parkiet’ o szerokości max 4 m. Innymi słowy wszyscy którzy chcieli cokolwiek zobaczyć mogli się stłoczyć jedynie na 4 m szerokości. Efekt przewidywalny – 4 rządki ludzi coś widzą reszta wyłącznie plecy. I tu wkracza na scenę Główny Org z mikrofonem nakazują wycofanie się. Stłoczeni niczym śledzie w beczce czekamy rozpoczęcia a zamiast tego ciągle słychać tylko „posunąć się”. I tak najlepiej widoczne miejsce w klubie zajął stolik do pokera a aukcję widzieli doskonale DJje, barman i może 20 gości. 

Warunki lokalowe jakie są każdy organizator widzi – są takie jakie udało się zorganizować – ale nie  można zapominać, że determinują dobór atrakcji. W tym przypadku kiedy nie ma podwyższonej sceny, lustrzanej tafli bądź dostępy z więcej niż jednej strony do umownej sceny należy zastanowić się nad inna organizacją przestrzeni. 

Kolejną słaba stroną aukcji była osoba prowadząca – Główny Org do końca nie oddał mikrofonu powtarzając słowa prowadzącej, a ona sama nie miała niestety predyspozycji do podsycania licytacji. Do tej funkcji potrzebna jest charyzmatyczna osoba, z dobrą dykcją, potrafiąca szybko mówić i głosem przenosić aktualne serce aukcji z jednego licytującego na drugiego. Tego zdecydowanie zabrakło. Monotonne odczytywanie zakresu służby, na który gotowi byli ulegli, wycieczki osobiste, dialog na tematy poboczne to wszystko sprawiło, że aukcja była nudna. Szkoda – zmarnowany został doskonały temat na mocno angażujący pokaz. Nie stosowano się do ustalonych zasad licytacji takich np. jak kwota podbicia. Jak widać nie bez powodu ‘wyjadacze’ nie porywają się z motyką na słońce – baaardzo łatwo strzelić sobie w kolano aukcją. Nie mniej jednak w annałach fetyszowej sceny należy odnotować po stronie innowacji fakt, że odbyła się aukcja niewolników.

Na koniec coś co także przejdzie do historii – urządzenie i udostępnienie „kącika młodego elektryka” czyli mniej lub bardziej wygodny fotel potocznie zwany samolotem i zabawki do elektrostymulacji. Z jednej strony fajnie, że było z drugiej spora cześć ludzi, która miałaby ochotę spróbować rezygnowała w związku z pełnym wystawieniem na widok publiczny. Tu zawsze staje przed organizatorami pytanie czy zapewnić intymność czy zrobić z tego atrakcję także dla tych, którzy patrzą albo chcieliby i boja się.  Wydaje się, że organizatorzy wybrali salomonowe rozwiązanie stawiając fotel w jednej z wnęk bocznego pomieszczenia na dolnym poziomie. Co prawda osoba zajmująca fotel miała w ramkach własnych ud widok na kanapę pełną ludzi ale na staży minimum intymności stał jeden z członków grzesznej załogi. Po części w celu udzielania instrukcji obsługi (bezcenne dla tych, którzy nigdy wcześniej nie mili styczności z prądem) po części jako osoba wyznaczając „granicę podejścia” dla oglądających. To, co najciekawsze w możliwości obserwowania elektryzujących doznać osoby „prądowanej” nie mieści się bowiem w kroku ale na twarzy, a tę widać doskonale z odległości kilku metrów. Dzięki temu, że możliwość korzystania z elektronarzędzi nie stanowiła jednego pokazu ale była rozłożona w czasie nigdy nie było przy fotelu takiego nagromadzenia ludzi jak przy aukcji. Jednocześnie należy stwierdzić, że odważnych nie brakowało bo fotel rzadko stał pusty, a jak się już ktoś na nim rozsiadł to nie bardzo miał ochotę go opuszczać. Za zabawki na prąd szacun dla Elektronika – owacja na stojąco!

Elektryczność do mnie nie przemawia ale warto było popatrzeć na mężczyznę w latexowym kaftanie, który na własną prośbę wystawił swoje intymności na elektrowstrząsy. Jego słowa, ruchy, wyraz oczu i mimika były spektaklem samym w sobie. Początkowo skrępowany obecnością innych mężczyzn z każdym impulsem zatracał się w odczuciach to krzycząc stop to znów prosząc o jeszcze. Nie znałam go od tej strony. Cieszę się, że mógł doświadczyć czegoś nowego. Zresztą nie tylko on.
Reasumując  – „plusy dodatnie” przeważają nad „plusami ujemnymi” w całkowitym rozrachunku. Do tych pierwszych niewątpliwie natęży zaliczyć fakt, że impreza się odbyła oraz wysoki poziom działań marketingowo-wizerunkowych (strona, formularz, korespondencja regulaminowa itp.). Historyczne znaczenia mają aukcja niewolników i elektrostymulacja. Plusami z jedną kreską jest mało klimatyczny klimat gangstersko-pokerowy doprawiony bigosem (czy są na sali fetyszyści Ala Capone z tacką bigosu w zestawie??) a nade wszystko  irytujący rozkazujący ton „gospodarza”.

Może następnym razem dołożyć jeszcze dwieście pięćdziesiąt kilometrów autostradą i zahaczyć o berlińską imprezę? Sprawdzę co tam na FetLife propnuje w tej lokalizacji i kiedy. Towarzystwo mile widziane ;)

11 września 2011

Kindersztuba(nie)


Ludzie.
Potrafią jednak zaskoczyć.
Nie koniecznie pozytywnie.
320 kilometrów po to żeby… zobaczyć ludzi z innej strony. Ponieważ jednak równowaga w przyrodzie musi być więc jedno miłe zaskoczenie zostało całkowicie rozwałkowane przez to sygnowane znakiem buractwa. Nie musi być chlebem i solą jak nakazuje staropolski zwyczaj ale wystarczy zwyczajne cześć – tym bardziej jeśli się występuje w roli gospodarza. Ciśnie się na usta porzekadło o wole co zapomniał o swoich cielęcych latach albo inne o wodzie sodowej i obrastaniu w piórka.
Na zdrowie powiem tylko, na zdrowie „prze_pani”.


15 sierpnia 2011

Wakacje za pięć dwunasta

Jesień za oknami, mokrość i komarowatość aż mdli. A mnie w głowie dwa tysiące kilometrów, ciepła plaża, soczyście marynistyczny widoczek z tarasu, puszczanie bąbelków w morskim parku i to, co Córex nazywa szwendaniem się po ruderach czyli mniej lub bardziej znane starożytne ruiny. Innymi słowy pakowanie i szykowanie w toku bo urlop zbliża się wielkimi krokami. Inne morze, inny kraj ale mam nadzieję, że zakręci nam w głowach jak wybrzeże Adriatyku, które niechętnie ale jednak odpuszczam latoś.

Do trzech razy sztuka i jeśli tym razem nie uda się połączyć plażo-zwiedzania z nuraniem to więcej na rodzinny urlop nie pakuję szpeju (w końcu to dwadzieścia kilo sprzętu i to całkiem gabarytowego).

W ramach testowania różnych ciekawostek potencjalnie użytecznych w warunkach turystycznych w tym sezonie na tapecie trzymadełko do flaszki z wodą. Testy w warunkach domowych dowodzą, że patent może być trafiony. Konstrukcja prosta do bólu – kawałek taśmy zakończony karabińczykiem z jednej strony i elastycznym, gumowym czymś z dziurką, w której zawiesza się butelką z drugiej. Pasuje do tych ze standardową szerokością korka. Jak się sprawdza w użyciu czas pokaże a wygląda tak:


9 sierpnia 2011

Georges Bataille

„Moralność to zgrzybiałość”

Georges Bataille

I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam poszukiwania niemoralnego stroju, który z wielką przyjemnością obnosić zamierzam w niemoralnym towarzystwie i takim właśnie klimacie. I tylko kciuki trzymać należy, żeby nie przyszło się obejść smakiem. Hmm a może tak na wszelki wypadek ułożyć plan B.

8 sierpnia 2011

Jej wysokość Impra

Dublińska ziemia odpuszczona będzie. Na warszawskiej nic się nie dzieje (bo GLAMowych nieszczęść nawet do kategorii baaaardzo słabych imprez klimatycznych zaliczać nie będę). Wszystko wskazuje na to, że wyskok na pyry z gzikiem się zmaterializuje. Dlaczego tam? Hmm – przez rok przyglądałam się poczynaniom i postanowiłam dać im szansę. Co prawda poznański Festiwal Nienormalni nie należał do udanych więc cień niejaki padł na miasto. Ale to wszak stare dzieje i ekipa całkiem inna. Ubiegłoroczna Elektrostymulacja była głównie sukcesem marketingowym i PRowym. Pożyjemy zobaczymy – w najgorszym wypadku będąc poszukamy innego miejsca jeśli Elektrownia nam nie podejdzie. W końcu nie ważne gdzie – ważne z kim, a grupka jest znana-zgrana-zabawowa.

Innymi słowy

6 sierpnia 2011

Służbowo czy jakoś tak

Jest czas udręki i jest czas detoxu. A potem przychodzi spokój. Formalnie dwa, praktycznie trzy miesiące resetu. To najdłuższa przerwa zawodowa jaką sobie zafundowałam od 1990. Ale po dwudziestu paru latach zwykła wymiana płynów ustrojowych nie wystarcza do pracy na pełnej mocy.

Słodkie nieróbstwo zawodowe. Żadnych podatków i raportów. Zero list płac i audytów. Izolatka. Zakaz zbliżania. I duuuużo wody żeby wypłukać toksyny z krwioobiegu.

Ale po prawdzie to po dwóch miesiącach miałam dość. I zaczęłam nawet wyczekiwać tego pierwszego dnia w ‘nowej szkole’. Kontrolowana przerwa ma swoje dobre strony. Przede wszystkim dlatego, że dokładnie wiadomo ile potrwa oraz kiedy i jak się zakończy.

Nowi ludzie. Hmm straszliwie młodzi. Ale co mi tam – zawsze to jakieś potencjalne dusze do zdeprawowania ;). Dwa najistotniejsze elementy zostały zaimplementowane: w strukturze jest główna księgowa co znacząco wpływa na mój komfort pracy a w przedsiębiorstwie obowiązują określone godziny pracy. Ergo – w niektórych knajpkach już mnie znają – nie pamiętam kiedy miałam czas żeby od późnego popołudnia do późnego wieczora udzielać się towarzysko dwa-trzy razy w tygodniu. Całkiem miłe to.

Generalnie cieszy mnie uczestniczenie w życiu organizacji rozumianym jako relacje z ludźmi a nie tylko rycie w cyferkach i takie modelowanie rzeczywistością, że duże było jeszcze większe. No to czas zaplanować kalendarium na resztę roku…

25 czerwca 2011

31 maja 2011

FETYSZ-O-MANIA 5


Data:    25 maja 2011  
Lokal:  Fabryka Kotłów , Warszawa

Innowacje organizacyjne:    
·         brak

Innowacje artystyczne:        
·        gość specjalny Sophia Disgrace


Publikacje:

11 marca 2011

Pisanie na żądanie

Przymus i termin są mordercami weny. Zobowiązałam się zrecenzować książkę, dostałam z wydawnictwa egzemplarz i rozpoczęłam lekturę. Niestety wolny duch weny poszedł spać i nie zamierza unosić się nad moją głową. Książka źle się czytała, z przerwami na inne lektury. Ale najgorsze jest to, że nie mogę się zebrać, żeby popełnić recenzję. To gorsze niż szkolne wypracowanie – pisanie na zamówienie a nie z wewnętrznej potrzeby. Składanie myśli pod dyktando cudzych oczekiwań jest mi obce. Zaczekam aż panna wena da znać o sobie i poskładam literki tak jak mi w duszy zagra. I dopiero wtedy, kiedy to nastąpi.

9 marca 2011

Napuszanie surowo wzbronione

Zazwyczaj wisi w powietrzu niemy zakaz konsumowania cudzych drugich połówek. I zazwyczaj jest to ogólnie przyjętą normą. Ale 'zazwyczaj' to takie miejsce w czasie i przestrzeni, które często jest mi nie po drodze. I właśnie tamtego wieczora przed skrętem na 'zazwyczaj' był objazd. A nawet więcej – niemal obowiązujący kierunek jazdy na 'doit'. O nie! Nic z tych rzeczy. Takiej zmiany organizacji ruchu nie było w mojej rozpisce.

Z jednej strony jest we mnie przekora, wewnętrzny nakaz do postępowania wbrew oczekiwaniom osób trzecich. Z drugiej strony konsekwencja, która pozwala mi zrealizować zamierzone (przeze mnie!) przedsięwzięcia.

Cudowny sensorycznie wieczór był celem. I orgia opuszków. I poczęstowanie kogoś drugą stroną lustra. I spełniło się co do milimetra. I jestem usatysfakcjonowana po czubki uszu.

Czy mogłam więcej dać? Zapewne tak. Czy mogłam więcej wziąć? Niewątpliwie tak. Czy chciałam wziąć i dać więcej? Możliwe. Czy zrobiłam to? Nie. Czy żałuję, że nie poszłam dwa kroki dalej? Nie. Było idealnie. Perfekcja to taki stan umysłu kiedy poziom satysfakcji z doznań jest maksymalny ale jednocześnie pozostaje niedosyt. Niezaspokojony apetyt, który będzie siłą napędową wewnętrznego projektora pozwalającego na odtwarzanie wspomnienia, jego dopieszczanie i rozwijanie w kolejny ekscytujący scenariusz.

Wewnętrzny metronom nadaje tempo ruchom dłoni i ust. Nic poza interakcją 'tu i teraz' nie ma władzy nad nim i nie zaburzy jego rytmu. A z całą pewnością nie oczekiwanie osób trzecich. Jeżeli pod sanktuarium kobiecych relacji podkradają się wścibskie oczy i umysły nic im po tym, niczego nie zobaczą, na nic nie wpłyną. Kobiece relacje mają w moim umyśle 'bus pasy' na które męskim użytkownikom ruchu wstęp wzbroniony. Bez względu na to jak bardzo im się spieszy. Nie mogą także kupić u kierowcy biletu dla swoich wybranek. Tu nie ma przystanków na żądanie.


1 marca 2011

Nowa jakość

Kiedy tak siedzieliśmy nocą aż po świt w cieple kominka, przytulnym wnętrzu, z dobrym alkoholem wielce perwersyjnymi rozmowami i działaniami utwierdziłam się w przekonaniu, że może być inaczej. Że przecież są ludzie, którzy podobnie jak my zamiast mniej lub bardziej zimnych a czasami obskurnych miejsc woleliby spędzać czas klimatycznie we wnętrzach o zupełnie innym charakterze. A kolacja – w pełnym tego słowa znaczeniu – może upływać przy stole zastawionym nie tylko potrawami gdzie blask ognia łagodzi obyczaje i dodatkowo podgrzewa atmosferę. Zdjęcia w takiej scenerii zrobione także mają inny wymiar – estetyczny i sentymentalny.

Ale ludzie musieliby nieco zmienić swoje nastawienie do charakteru takiej imprezy. Tandetne kabaretki i image ala tirówka królujące od jakiegoś czasu na imprezach z przyrostkiem bądź przedrostkiem "fetish" w nazwie należałoby zamienić na wieczorową suknię a panów odziać w smoking lub choćby garnitur. Peleryna i wenecka maska jakże miłym są dopełnieniem klimatu. Koszty takiego lokalu znacząco podwyższają koszty uczestnictwa, ale jakość ma swoją cenę. I jeszcze jeden ważny aspekt – brak przypadkowych gości bo poza zaproszonym przez organizatorów wstęp mają wyłącznie osoby rekomendowane przez nich. To zupełnie inny wymiar klimatu i perwersji. I to jest właśnie ten kierunek, któremu będę kibicować, i który chcę kultywować.

21 lutego 2011

Kot(ka) w worku

Czy sprawił to błysk w jej oku czy blik na metalicznym fiolecie – tego nie wiem. Ale kiedy przekroczyła próg sypialni wyglądała jak dziewczynka przytulona do wystawowej szyby sklepu z zabawkami lub słodyczami. To coś, co tak uwielbiam wyciekało jej przez opuszki palców i ulatywało z oddechem. Kiedy dotknęła płaszczyzny fioletu jej skóra stała się elektryczna a ja wciąż nie mogłam się zdecydować czy wole zjeść czy mieć to ciastko. Walka pożądania z powściągliwością. Przecież to takie proste, dwa kroki i wyciągnięcie ręki, złożenie oddechu na odsłoniętym karku. Ale przecież ta elektryczność nie jest jeszcze tym, czy mogłaby być. Czekam. Ona także czeka. I chociaż czekamy na to samo, to jednak oczekujemy czegoś innego.

Pierwsza tama puszcza kiedy odsłania tatuaż na łopatce. Mam tę słabość i każdy tatuaż, którego mogę dotknąć staje się po części moim własnym. Chylę czoła przed każdym z nich bo wiem, że nigdy takie cywilizacyjne znamię nie zakwitnie na mojej skórze. Powstrzymuję jednak niecierpliwe palce, nie to bowiem ma być dzisiejszą ucztą. Chciałabym powtórzyć za Zembatym "(…) lubię patrzeć jak ona się dla mnie rozbiera (…)" choć wiem, że nie dla mnie odsłania skórę zdejmując z niej wszystkie ozdoby i okrycia. Pozostaje naga z jedną tylko ozdobą - jak Dama z łasiczką – ale nie ręku tylko na łopatce. I znowu narastające pragnienie, żeby zasmakować sinych konturów.

I tylko głos w tyle głowy przywołuje mnie do rzeczywistości i wtłacza w rolę przewodnika, podaję dłoń i czuję jak wkracza do mojego sanktuarium. Drżąca, niecierpliwa. Pachnie przedsmakiem podniecenia i strachu – najpiękniejszą z woni. Torturą byłoby zatrzymać ją właśnie w tej chwili, a jednak to właśnie ten zatrzymany w umyśle kadr drżącej nagiej postaci dołączam do osobistej galerii emocji.

Kiedy przekracza magiczną granicę umyka mi. Zaczyna żyć własnym życiem, odkrywać ciemność i prężyć się z niecierpliwości. Wargi i zęby zaciskające się rurce oddechowej kiedy zasuwam zamek. To ten moment kiedy nie wiem co będzie dalej bo zupełnie nie znam jej reakcji ale jednocześnie fizycznie czuję co stanie się za moment. Kiedy szum zasysanego powietrza wypełnia uszy moim oczom ukazuje się kształt wyczarowany z lateksu. Powoli napina się na każdej wypukłości, podkreśla każdą krzywiznę biodra i smukłość łydki. Obciągnięte niczym u baletnicy palce stóp wyglądają perwersyjnie.

Nie powinna zostać sama w tym nowym otoczeniu zbyt długo. Wyciągnąwszy dłoń dotknęłam jej nowej fioletowej skóry, a moje palce śliniły się lubieżnie silikonem. Pierwsze dotknięcie zawsze jest elektryzujące. Nieziemska gładkość latexu a pod nią ciepłe, żywe ciało. Uwielbiam dotykać twarzy, przesuwać palce po zamkniętych powiekach, policzkach i szyi. I dalej przez mostek –zatrzymując się przez chwilę na unoszącej się i opadającej klatce piersiowej – dotykam brzucha. Rozpalony, aksamitny, kuszący. Kiedy palce sięgają uda zaczyna tańczyć. Pręży się – niczym nomen omen kot – podążając za wędrującymi dłońmi. Tak to właśnie ten moment kiedy już wiem, że miejsce strachu zajęła przyjemność. Kiedy widzę, jak nieruchomienie przeszkadza w osiągnięciu moich palców wiem co się musi dziać w jej podbrzuszu. Buzujący gejzer energii. Widok niesamowity. Przez dłuższą chwilę walczę ze sobą, tak niewiele trzeba, żeby zrzucić ciuchy usiąść na wijącym się ciele okrakiem. Żeby przykryć sobą, zjednoczyć będąc oddzielonym. Na to potrzebowałabym godzin nie minut, żeby dotykając stopami łydek, brzuchem brzucha lizać zamknięte powieki i przygryzać brodawki. Trans, z którego tak trudno powrócić. Ale wówczas zaspokoiłabym głównie swoje potrzeby. Ona miała dziś dostać więcej dotyku niż tylko mój, nie ja byłam mistrzem ceremonii.

Z premedytacją omijałam uwypuklone sutki i kuszące łono. Głaszcząc wewnętrzną stronę ud widziałam i czułam jak wypycha biodra w stronę gdzie były dłonie. Symetryczne ruchy burzone przez szybkie pociągnięcia jednej dłoni utrzymywały ją w ciągłej gotowości, żeby popchnąć ciało w kierunku upragnionego dotyku. Wiem jak się czuła – to nieznośne pragnienie osiągnięcia celu wbrew ograniczeniom. Pieszczotę opuszków zamieniałam czasami na paznokcie. Od razu widoczne były inne skurcze mięśni, inne impulsy przenoszone tuż pod powierzchnia latexu. Niby przypadkiem palec zahaczył o wzgórek i pomknął dalej po oleistej ślizgawce na ciele. Potem kolejny raz i jeszcze jeden. Kiedy zamknęłam go w dłoni kipiał, a z rurki do oddychania z oddechem wydobywały się dźwięki – muzyka, której się nie zapomina.

Trudno było oderwać się i zejść piętro niżej. Jeszcze trudniej było dzielić się tą żywą zabawką z innymi dłońmi. Ale tak miało być. Chwila na dostrojenie i zaczynamy koncert na cztery ręce. To nie lada wyzwanie dla jej mózgu, który nagle musi odbierać zwielokrotnione i różne bodźce. Trudno jest się skoncentrować dotyk każdej osoby odczuwa się inaczej. Miałam tę przewagę, że mój dotyk poznała jako pierwszy więc stanowił punkt odniesienia. Ale teraz cała skóra była sensorycznie aktywna i głodna dotyku. Palce stóp miała zimne, krew została zatrudniona do krążenia w bardziej strategicznych miejscach. On miał nade mną przewagę znajomości jej ciała i jej reakcji. Kiedy stymulował łechtaczkę muzyka stawał się głośniejsza. Po dłuższej chwili zeszła ponownie na dół z zaproszeniem dla Pana Męża. Więcej dłoni, więcej różnorodności, więcej dotyku.

Uwielbiam kiedy cała uwaga i działanie kilku osób jest nakierowane na przyjemność jednej osoby. Ale nie potrafię nie uszczknąć nic dla siebie. Stojąc tuż za jej głową przykucnęłam z zaciśniętymi udami i rozkoszowałam się własnym spełnieniem. W tym przypadku nie mogłam odciągać uwagi od Kotki odbierając jej przyjemność więc szczytowałam niemo. Najbardziej perwersyjne było to, że głaszcząc jej twarz czułam jakbym głaskała własna łechtaczkę. To nieprawdopodobne jak bardzo latex eskaluje moje współodczuwanie. Emocji nie daje się przy vacbedzie odczytać z twarzy ale wystarczy dotknąć, żeby poczuć. I dotykałam, i czułam, i syciłam się tym. Co więcej dotykając jej ciała odbierał dotyk tych męskich dłoni, które ją pieściły.

Wszystko wokół stawało się dotykiem. Kiedyś mogłam osiągnąć ten stan wyłącznie będą wewnątrz, dziś wystarcza mi dotyk bez względu po której stronie się znajduję. Latex otwiera w moim systemie nerwowym jakieś dodatkowe kanały, ciało zachowuje się jak synapsa do której skierowano wszystkie bodźce.

Kiedy ustał szum przez uchylony suwak zobaczyłam rozbiegany wzrok, rozmazany makijaż i drżenie. Wracała z dalekiej podróży, otulona ciepłym szlafrokiem, siedząc na stole. Na jedno tylko krótką chwilę sięgnęła wargami moich ust. Były dokładnie takie jak się spodziewałam – ciepłe, silne, drapieżne. Ale i płochliwe. Cudownie kobiece. Musiałam bardzo się starać, żeby nie zacisnąć na nich zębów. Ma nieprawdopodobnie zmysłowe usta, które sama mi podała. Doskonałe Finale Grande.

19 lutego 2011

Dlaczego?

Nie mówi ć źle o zmarłych. Dogmat. Mówić dobrze o zmarłych bez względu na to co się myślało o nich za życia. Hiperpoprawność? Hipokryzja? Dlaczego? Parafrazując Gombrowicza odpowiedź jedna ciśnie się na usta – bo wielkim człowiekiem był.

Ale dlaczego? Jeśli ktoś mi zalazł za skórę to zalazł. Jeśli kogoś lubiłam to lubiłam. A jeśli był mi obojętny to był obojętny. Śmierć nie powoduje zmiany faktów z przeszłości. Bo niby dlaczego miałaby to czynić - co się stało to się nie odstanie.

Mierzi mnie umieszczanie metodą 'kopiuj wklej' tego samego zestawu zdań w różnych miejscach w sieci. Jak ktoś koniecznie chce coś przekazać to powinien mieć na tyle rozumu, żeby różnicować komunikaty. Powielając te same wypowiedzi sam je dewaluuje. Zastanawia mnie ilu z tych internetowych żałobników odwiedziło w szpitalu osobę, którą pośmiertnie nazywają przyjacielem. Ilu z nich pojawi się, żeby towarzyszyć mu w ostatniej drodze. Ilu odwiedzi najbliższych żyjących wciągu najbliższego roku. A może nie znają jego najbliższych? Czy to możliwe? Przecie zmarły był ich przyjacielem…

Jeśli kogoś nazywam przyjacielem traktuję go jak przyjaciela za życia, a nie honoruję go przyjacielem pośmiertnie. "Nie zrobię już tego…", "Nie powiem tamtego…" - rozdzierają szaty i zawodzą nad sobą. Teraz? Teraz o tym myślą? A gdzie byli wcześniej? Zabiegani. Zajęci swoimi sprawami. Spotykający się z innymi ludźmi, którzy wówczas wydawali się ciekawsi czy których towarzystwo było po prostu milsze. Co ludźmi powoduje, że w obliczu śmierci starają się publicznie usprawiedliwić swoje zachowania przywdziewając szaty pokutne? Bo tak wypada? Bo tak się robi?

Do cholery jeśli odchodzi Przyjaciel to żyjący przyjaciele wiedzą jak uczcić jego pamięć. Grudką ziemi rzuconą na trumnę w cichej zadumie. Toastem wzniesionym ulubionym jego trunkiem. Wspominkami w gronie tych, którzy pozostali. Albo dobrą imprezą – jeżeli zmarły życzyłby sobie tego. A jak się nie wie to nie zostaje nic innego jak tylko dostosowanie się do istniejących "jedynych słusznych wzorców społecznych" i powtarzanie: bo wielkim człowiekiem był, bo wielkim człowiekiem był, bo wielkim człowiekiem był…

Odszedł człowiek, pozostaje wspomnienie – takie wspomnienie na jakie sobie zapracował za życia. Takie jakie każdy kto go znał ma w pamięci. Dla niektórych był pewnie przyjacielem, dla innych znajomy, a dla jeszcze innych irytującym typem z ostrym językiem. Śmierć tego nie zmieni. Hipokryzja także nie.

"Żyj tak, aby znajomym zrobiło się nudno , gdy umrzesz"

Julian Tuwim

18 lutego 2011

Lidia Jasińska

Marzyć, oznacza pragnąć gwiazdki z nieba.

Działać - to wiedzieć której.

Lidia Jasińska

17 lutego 2011

Szef kuchni poleca

Z luźnej rozmowy wyklarował się plan na jeden z tych dni kiedy dzieci nie ma w domu i jesteśmy niegrzeczni. Co prawda agenda uległa znacznej modyfikacji w odniesieniu do pierwotnego założenia ale sądzę, że może być ciekawie.

Czym innym jest bowiem socjalizowanie w przestrzeni publicznej a czymś zupełnie innym otwarcie drzwi własnego domu dla cudzych perwersji. Nasz salon był już niemym światkiem kilku spełniających się ludzkich fantazji, był miejscem, w którym ludzie odkrywali swoje mniej lub bardziej mroczne strony. Był takim miejscem i stryszek na wieży, a teraz ma do nich dołączyć sypialnia.

Tym razem w menu latex z silikonem podawany na łóżku i kameralny koncert na harfie z towarzyszeniem trzasku ognia w kominku. W pierwszym daniu będę pełnić role wirtuoza dostarczając wrażeń dotykiem. W drugim daniu uczestniczyć będę z bezpiecznej odległości bo jednak kłujące zabawki nie są moją bajką – dziękuję postoję (i popatrzę).

12 lutego 2011

Shiny people

Nie wiem czy w spisie dewiacji wszelakich znajduje się latexowe dotykalstwo ale ja mam tę przypadłość. Kiedy spoglądam wstecz na swoją gumową historię zawsze jest tam jedna osoba. Ten-Który-Był-Moim-Pierwszym-W-Lateksowym-Świecie. Pierwsze ciało obleczone w druga skórę, które dotknęłam. Pierwsza osoba, która uchyliła dla mnie zamek vacbeda. Pierwszy umysł, który opisał przyjemność dotykania. Pierwszy facet, który wziął mnie za rękę i przyodzianą w kombik doprowadził dotykiem do bezgłośnego spełnienia – na stojącą w sali pełnej ludzi.

Kiedy spotkaliśmy się w Dublinie miał na sobie fioletową skórę. Chlorowany latex, którego gładkość elektryzuje nawet bez silikonowego poślizgu. Hipnotyzuje mnie. Nie pytam o pozwolenie, po prostu wyciągam palce i dotykam.

I w sposób najbardziej naturalny, niemal nie przerywając konwersacji z innymi osobami przekraczam magiczną linię przyjemności dotyku. O przepraszam – przekraczamy bo przecież po drugiej stronie membrany jest ktoś kto także odczuwa przyjemność. Kumulacja doznań i balansowanie na granicy eksplozji, permanentnego podniecenia.

Kątem oka rejestruję mężczyznę, który przeistacza się w kobietę ale wciąż zachowując kontakt dotykowy buduję kolejne piętro przyjemności. Sięgam coraz dalej w miarę jak padają kolejne tamy. Aż do momentu kiedy pada hasło - wychodzimy. Jest za zimno żeby iść w samym kombiku, niechętnie wciągam jeansy – materiał toporny i asensoryczny. Na szczęście to tylko tymczasowa powłoka bo tuz po wejściu do klubu zaczyna się proces przepoczwarzania i wraz z grupą innych zrzucam kokon. Tyle pomocnych dłoni, tyle lśniącego lateksu i śliskiego silikonu, że aż dech zapiera. Ale prawdziwe wow następuje dopiero po wejściu na samą imprezę. Nigdy jeszcze nie przebywałam w towarzystwie tak dużej liczby gumofilów – na oko jakieś 35-40 osób – bajeczny widok. Odrealnione postacie odcinające się od tła i innych osób, bliki świateł tańczące na latexowej skórze. Aż chce się wyć z wizualnej przyjemności. Shiny people – usłyszałam to określenie po raz pierwszy ale nie dość, że od razu przypadło mi do gustu to jeszcze stwierdzam, że nie ma bardziej pasującej nazwy dla maniaków gumowych ciuchów.

A później już był tylko dotyk , kaskady gładkości i wodospady dreszcze. Pierwsze apogeum miało miejsce na parkiecie podczas pokazu bondage. Drugie kiedy mną a fioletowym obiektem mojego pożądania wyrosła stalowa klatka. Kontrast zimnego kanciastego metalu z ciepłym gumowym ciałem działał jak afrodyzjak. I jeszcze ten ograniczony dostęp, ta bariera, którą trzeba było pokonać. On rozpięty we wnętrzu klatki w nienaturalnej wręcz pozycji, unieruchomiony, ograniczony metalem ale poddający się dotykowi. Nadstawiający się dłoniom wbrew pasom i karabińczykom. Plastyczny, powolny, przeciekający wręcz przez palce.

Łyk zimnej coli i złapanie oddechu – tylko tyle, żeby poczuć na nadgarstkach zapięte skórzane opaski a w ustach knebel. Siedząc między dwojgiem staję się zabawką ale i przyjmuję lawę dotyku. Zamykam oczy, żeby nie rozpraszać umysłu zbędnymi zmysłami. Dłoń jedna, druga, trzecia, czwarta i już można zacząć wspinaczkę ku szczytowi. Niewygodna pozycja – tym razem to ja muszę walczyć z ograniczeniami – ręce spięte i unieruchomione gdzieś za głową, stopy zaparte o coś pod stołem, rozchylone kolana i jestem gotowa na tsunami. Drażniąca nieregularność dotyku, jej dłonie, jego dłonie asynchronicznie poruszające stawiają zmysły na baczność dwa razy częściej – uzupełniają się ale jednocześnie ciągle realokują źródło przyjemności. I co najgorsze odbierają przyjemność tuż przed spełnieniem. Podbrzusze zaciśnięte wokół niewidzialnej ciężkiej kulki zasysa mnie do wewnątrz. Paznokcie na sutkach przywołują do rzeczywistości na moment ale w tym samym czasie dotyk na wewnętrznej stronie uda oferuje zupełnie inne wrażenia. Sprzeczność doznań. Ból pomieszany z ukojeniem, w różnych miejscach, z różnym natężeniem i odmiennych reakcjach. Myśl, że za dużo swobody ruchu, zapragnęłam skórzanych pasów, którymi skrępowanie uniemożliwia inicjatywą własną ciała pozwalając przeżywać wyłącznie to, co pochodzi z zewnątrz. Tak… nie kanapa ale twardy stół i brązowe skórzane pasy podbite białym filcem… i te dłonie… Mała retrospekcja jako dodatek do istniejących warunków doprowadza mnie na szczyt. Knebel skutecznie tłumi jęk.

Kolejna porcja dotyku sprawia, że po wyprężeniu niczym napięta do granic struna spływam miękko na podłogę pod stołem. Zatapiam się we wnętrzu własnego ciała, kontempluję fale rozkoszy przelewające się przeze mnie. Podobno nad moim ciałem pracowite dłonie wzniosły toast pełnymi szklankami. Podobno usta z ukontentowaniem odnotowały moje 'zejście'. Podobno… Ja tego nie pamiętam. Ja mam swoje własne wspomnienie tej chwili.

Czas wracać do klubu, do domu, do rzeczywistości. Wracam zatem. Ale po raz kolejny wiem, że ja chcę jeszcze (nie)raz! I po raz kolejny mam wizję – wariacja na temat ostatniej sceny z Pachnidła… Kiedyś zrealizuje i to J a na razie będę pielęgnować dotykalstwo z tą garstką shiny people, którzy żyją w kraju nad Wisłą. I tym optymistycznym akcentem pożegnać trzeba gościnne Wyspy.

5 lutego 2011

(…) wiedzą o nim


wiedzą o nim
moje nabrzmiałe piersi
pocałunkiem obudzone o zmroku

ramię draśnięte
pamięć
drzemiąca w zagłębieniu dłoni

we wnętrzu moim
okwitł
jak kolczasty krzak głogu

zmarznięte ptaki
moich nocy
sfrunęły wszystkie
jedzą

Halina Poświatowska

Gdzieś w głębi mnie budzi się krzyk, odpowiedź na zew słyszany ciemną nocą. Krzyk będący pragnieniem bólu i zapomnienia. Gdzieś głęboko dochodzi do głosu moja uległość dopraszając się swego prawa do istnienia. Stłamszona rzeczywistością, zagłodzona niemal na śmierć, żywiąca się resztkami wspomnień. I ciało, które pamięta. Zawsze pamięta. Tym razem mój wewnętrzny feniks przyszedł na świat nie w ogniu ale w cieple dłoni. W dotyku przejmująco delikatnym i balansującym na granicy nierealności. Mój szczyt był odlotem Feniksa. Mój Feniks się zmienia.

4 lutego 2011

Gilberto Giardini człowiek renesansu

Niezbadane są ścieżki, którymi krążą myśli, zakamarki między synapsami gdzie rodzi się idea. Tym razem ciężko powiedzieć co było najpierw książka czy rysunki albowiem w jednym czasie, z dwóch różnych źródeł i przez inne media wdarła się do umysłu informacja, że odkryłam kolejnego artystę do mojej osobistej galerii. Tradycyjnie po kilku obrazkach rozpoczęłam śledzenie autora rysunków.




Urzekła mnie swoboda kreski, zaczarowała bezpośredniość. Męskie akty , naturalistyczne do najmniejszego włoska ale nie pozbawione aury voyeryzmu przypomniały mi fotografie Dylana Ricci. Zdjęcia a rysunek to jakby dwie warstwy tego samego obiektu, rysunek jest czymś w rodzaju szkieletu odcinającego się od tła ostrymi pociągnięciami ołówka, które wygładzane są przez barwne plany farby. Zdjęcie natomiast jest odwzorowaniem powłoki, skory, cielesności. Zupełnie inne a jednak tak bardzo się przenikające obrazy.

Tropiąc prace Gilberto Gardiniego trafiłam początkowo na stronę, która między wierszami szeptała, że to nie wszystko co wyszło z pod jego ręki. Pojedyncze akty zdawały się mrużyć oczy w porozumiewawczym spojrzeniu i kazały mi szukać dalej. I tak znalazłam ilustracje do powieści "Za drzwiami" Aliny Reyes, a potem na znaki zodiaku i cykl słynni kochankowie. I karuzela z obrazkami ruszyła a ja poczułam się jak we wnętrzu kalejdoskopu – odrobina retro, trochę przerysowania i sporo ołówka. Dziś taka mieszanka wydaje się być archaiczna – w dobie komputerowej grafiki i fotografii cyfrowej obrabianej w photoshopie. Jakże miło zatrzymać wzrok na akrylu na płótnie czy pastelach na kolorowym kartonie, czy choćby ołówku na białym papierze. Spokojnie delektować się kreską i kolekcjonować emocje wywołane własną projekcją wizji autora.
W dwudziestym pierwszym wieku Gilberto jawi się jako człowiek renesansu – mieszanka różnorodności. Urodzony w Warszawie w polsko-włoskiej rodzinie, dorastał w Niemczech i we Włoszech. Od najmłodszych lat otoczony artystycznym duchem, za sprawą matki – śpiewaczki operowej – poznawał teatralne kulisy, dziś projektuje scenografie i kostiumy. Zafascynowany ludzkim ciałem odwzorowuje je wieloma technikami, które doskonalił choćby w rzymskiej "The Academy of Fine Art."