Zupełnie niespodziewanie nadeszła wiadomość o imprezie w strojach organizacyjnych. Człowiek-W-Płaszczu i tym razem stanął na wysokości zadania dzieląc się informacją o przedsięwzięciu. Czasu niewiele na przygotowanie, ale za to entuzjazm nie słabnący. Tradycyjne pytanie co mam na siebie włożyć jest w naszym przypadku całkiem uzasadnione. Działalność pracowni krawieckiej-kaletniczej uważam za otwartą. Niech więc ścielą się po podłodze połacie lacki, niech oplątują nasz sznurki i wstążki. Modele wybrane, teraz już tyko nożyczki w dłoń i do dzieła. Dodatki i makijaże i gotowe, no może jeszcze jakieś butki…
Co ciekawe na Fashion Party szliśmy samodzielnie, dziś wybieramy się całkiem sporą grupą. Krótko mówiąc wkleiliśmy się w gumisiowe towarzystwo. A tak w ogóle to metodą dwa w jednym impreza poprzedzona będzie spotkaniem w mniejszym gronie. I mam nadzieję, że Gospodyni pozwoli nam pobuszować w swojej szafie bo już nam się oczka świecą, ślinka cieknie i przebieramy niecierpliwie nóżkami na samą myśl o szafie pełnej gumowych cudeniek. Swoją drogą ciekawie się zapowiada to przedspotkanie, zwłaszcza, że niektórzy uczestnicy przybywają z daleka.
Czego się spodziewam po imprezie? No cóż, na podstawie doświadczeń po poprzednim party spodziewam się spotkania ciekawych ludzi. A w każdym razie takich, których można określić jako ‘wierzący i praktykujący’ a nie teoretyków bijący pianę na temat własnych marzeń. A że przy okazji mamy przyjemność z możliwości wystąpienia w stroju, który zazwyczaj leży skrzętnie upchnięty na szafie. A tak, właśnie tak. Mam dużą frajdę, kiedy myślę o tym, że ‘już za parę dni, za dni parę, wezmę…’ no właśnie wezmę czapsy swoje i przyodzieję się w nie. Jeszcze na górkę jakąś lśniącą czerwoną górkę i gotowe. Mrauuuu…. Jak tylko pomyślę o tej gładkości to palce mi chodzą niecierpliwie. Zastanawiam się nad tym co pod czapsy… ale co do tego to decyzja nie do mnie należy. Zobaczymy czego zażąda Pan, co wywoła ogniki w Jego oczach….
17 listopada 2005
15 listopada 2005
Oswajanie wg von Rainer K.
Człowiek widmo. Tropiąc go po bezdrożach netu ciągle napotykam jedynie ślady jego bytności. Jego spojrzenia zatrzymane w kadrze, odblask flesza, rozświetloną przestrzeń i już. Znika bez śladu. Ma na swoim kocie sporo fetyszowych fotografii, niektóre bardzo typowe dla gatunku, jest spora porcja klasycznego kiczu odzianego w lateks i skórę. Ale niektóre zdjęcia zupełnie się od tego odcinają. Moją ulubioną modelką Von Rainera jest Judith – drobna, szczupła blondyneczka odziana jedynie w odrobinę lateksu.Fotografowanie lateksu to kategoria sama w sobie (niestety często to jedynie odbłysk flesza na powierzchni gumy). Ale nie w tym wypadku. Zdjęcia pochodzą z jednej sesji, modelka nie zmieniała ubioru, a efekty – jakże są różne…
Na przystawkę jedwabna Judith. Utrzymana w chłodnej, jakby sterylnej kolorystyce, którą potęguje delikatny fiolet otulający postać. Ciało niemal rozpływające się w tle, a wyraziste linie nóg i powtarzających je układ rąk dominują nad resztą ciała. Jasne włosy, niemal wtulona w ramiona głowa są jak pokryte pudrem rysy twarzy wstydliwie chowanej. Skrzyżowane nogi broniące dostępu do intymnych zakamarków, dłonie jakby obrysowane kopiowym ołówkiem przywodzą na myśl, stare zdjęcie lub plakat, na którym ktoś poprawił zatarte kontury. Nagość, której nie ma, erotyka, która niewątpliwie jest…
Jako danie główne ta sama modelka ale znacznie już bardziej otwarta. Nieregularną linię przedziałka we włosach powtarza linia przeplatający się nóg. Kształt ciała zarysowany w górze wychodzącymi z tła jasnymi kosmykami włosów, przechodzi w trójkąty nagich ramiom, żeby spłynąć miękko aż do stóp. Wystarczy zmrużyć oczy, żeby dostrzec szlachetny kształt nadany tej postaci, kształt wyoblony, kojarzący się z pięknymi antycznymi naczyniami. Nieznanie uniesiona głowa odsłania detale kobiecego ciała…

I w końcu deser – kobiecość w pełnej okazałości. Nieco drapieżna poza skradającej się pantery. Uniesiona głowa i odważny, pełen pewności siebie wzrok. Kontury ciała prześwietlone, rozmywające się w powietrzu, efemeryczne można powtórzyć za Małym Księciem kontrastują z wyrazistą czernią pończoch i rękawiczek. Majtki – bardziej przypominające piętno niż bieliznę. Piętno? A może raczej rodzaj kagańca, smyczy, symbol więzów, z których dziki kot próbuje się oswobodzić… Ugięte w łokciach ręce, ciało zatrzymane w pół kroku… Ciągle jeszcze może wrócić do swojej…(nie)woli. Czujność… ale z rozchylonych warg nie wydobywa się żaden dźwięk. Może to właśnie jest wahanie – prychnąć czy zamruczeć – oto jest pytanie…

==========
Syndrom Pierwszych Razów
Przed laty wpadł mi do ręki poradnik pod tytułem „Dla tych, którzy pierwszy raz…”, dziś nie pamiętam treści ale tytuł – zostanie w głowie na zawsze. Dlaczego? Chyba dlatego, że uwielbiam pierwsze razy czegokolwiek nie niosłyby ze sobą. Kiedy tylko choćby cień rutyny i monotonii trzymających się za ręce wygląda z za węgła od razu obserwuje u siebie objawy syndromu pierwszych razów. Moje myśli zaczynają wówczas kręcić się wokół bliżej nie zdefiniowanego punktu, robią kilometry niczym Felicjan Dulski spacerując po salonie na Kopiec Kościuszki. I kiedy identyfikacja nie nadchodzi oddaję się myślą swobodnym I wówczas zawsze przychodzi do głowy wspomnienie jakiegoś pierwszego razu albo… pomysł na kolejny pierwszy raz. Uwielbiam ten dreszcz niepewności, to nieznane, które mnie przyzywa. To jak pierwotny zew, jak pieśń za którą iść nakazuje mi moje ciekawskie, wewnętrzne ja. Dlatego tak lubię pozbawiać się wrażeń, które dostarczają wszystkie zmysły, dlatego pozwalam mojemu umysłowi tworzyć wizję, która jest tylko dla mnie. Każda z nich staje się pierwszym razem.
Pierwsze razy się pamięta. I tylko czasami zaskakuje fakt, że tak dobrze zachowały się w pamięci obrazy ale brakuje jednego choćby dźwięku. Taka właśnie widokówka dokumentuje moje pierwsze kochanie, bardzo szczegółowa fotografia wnętrza, ubiorów, kolorów, ale żadnego słowa. A pierwszy prawdziwy pocałunek (taki z języczkiem znaczy)? Jak smakował? Nie pamiętam. Nie widzę też scenerii. Jedynie w uszach pobrzmiewa czołówka Gwiezdnych Wojen. Tak. Mój pierwszy pocałunek jest dźwiękiem. Smak żółtego sera z musztarda nieodmiennie kojarzy mi się z sexem. Zapach płomieni i brązowy cukier z magią. A moje oddanie zawsze będzie słowem suka w ustach mojego Pana. Nie pamiętam tak dobrze żadnego innego słowa, nawet sakramentalnego ‘tak’.
Każdy następny raz jest pierwszym, trzeba tylko znaleźć w nim to, co odróżnia go od innych pierwszych razów. Nic dwa razy się nie zdarza. Każdy raz jest inny. Każdy jest pierwszy.
Pierwsze razy się pamięta. I tylko czasami zaskakuje fakt, że tak dobrze zachowały się w pamięci obrazy ale brakuje jednego choćby dźwięku. Taka właśnie widokówka dokumentuje moje pierwsze kochanie, bardzo szczegółowa fotografia wnętrza, ubiorów, kolorów, ale żadnego słowa. A pierwszy prawdziwy pocałunek (taki z języczkiem znaczy)? Jak smakował? Nie pamiętam. Nie widzę też scenerii. Jedynie w uszach pobrzmiewa czołówka Gwiezdnych Wojen. Tak. Mój pierwszy pocałunek jest dźwiękiem. Smak żółtego sera z musztarda nieodmiennie kojarzy mi się z sexem. Zapach płomieni i brązowy cukier z magią. A moje oddanie zawsze będzie słowem suka w ustach mojego Pana. Nie pamiętam tak dobrze żadnego innego słowa, nawet sakramentalnego ‘tak’.
Każdy następny raz jest pierwszym, trzeba tylko znaleźć w nim to, co odróżnia go od innych pierwszych razów. Nic dwa razy się nie zdarza. Każdy raz jest inny. Każdy jest pierwszy.
14 listopada 2005
Postrzyżyny
Wizyta u fryzjera. Czym jest? Zawsze niepewnością. Zawsze strachem przed tym co będzie po. Ale zawsze jest też przyjemnością. Lubię dotyk we włosach. Dotyk dłoni, dotyk grzebienia, dotyk nożyczek. Salon fryzjerski to taki wehikuł czasu niewielki. Często przypominają mi się wówczas jakieś wcześniejsze strzyżenia. Jakieś osoby, miejsca, zdarzenia. Tym razem jednak miało być zupełnie inaczej…
Wyszłam z pod prysznica, wilgotna jeszcze o owiana zapachem świeżości. Owinięta w ręcznik stanęłam przed Kochanką, która teraz przeistoczyła się w Kobietę-z-Nożyczkami. A ja odrzuciwszy ręcznik usiadłam naga na krześle. To trochę tak, jak siadanie na tronie, albo w miejscu egzekucji. Zamykam oczy i oddaję się we władanie Kobiety-z-Nożyczkami. Czuję zęby grzebienia przeczesujące opadające na twarz kosmyki. Woda chłodnymi kroplami ucałowała moją skórę wygoniona z pośród włosów przez wszędobylski grzebień. Dotyk palców, ciche słowa i skłaniam głowę odsłaniając bezbronnie kark. Słyszę szczęk metalu i pierwszy z mokrych kosmyków opada na bezszelestnie na skórę. Stało się. Kolejny raz wkroczyłam do krainy niepewności. Tym razem jednak tak odmiennej niż wszystkie inne. Kolejne chłodne strzępki włosów opadają na piersi. Ześlizgują się po skórze zostawiając po sobie niezapomniane wrażenie pieszczoty. Właśnie tak. Tym razem postrzyżyny stały się pretekstem do pieszczoty. Każdy kosmyk włosów w dłoniach Kobiety-z-Nożyczkami kończy swój żywot na pieszczocie mojej skóry. Nigdy nie miałam długich włosów, nie na tyle długich żeby móc się delektować ich dotykiem na ciele. Nie na tyle długich żeby poczuć ich ruch na piersiach. I nagle tego właśnie doświadczyłam. Poczułam jaką przyjemność może dać pieszczota włosami. A wszystko przez strzyżenie. Z każdym kolejnym obciętym centymetrem odczuwałam większą przyjemność i narastające podniecenie. Najdziwniejsze jest to o czym zamarzyłam. Zamarzyłam mianowicie o bardzo długich włosach. Ale nie po to, żeby je mieć, tylko po to, żeby mieć więcej przyjemności z ich obcinania. Skracane po centymetrze zamieniałyby się w spływającą po mnie rozkosz… Już nigdy nie usiądę obojętnie na fotelu fryzjerskim, już nigdy…
Wyszłam z pod prysznica, wilgotna jeszcze o owiana zapachem świeżości. Owinięta w ręcznik stanęłam przed Kochanką, która teraz przeistoczyła się w Kobietę-z-Nożyczkami. A ja odrzuciwszy ręcznik usiadłam naga na krześle. To trochę tak, jak siadanie na tronie, albo w miejscu egzekucji. Zamykam oczy i oddaję się we władanie Kobiety-z-Nożyczkami. Czuję zęby grzebienia przeczesujące opadające na twarz kosmyki. Woda chłodnymi kroplami ucałowała moją skórę wygoniona z pośród włosów przez wszędobylski grzebień. Dotyk palców, ciche słowa i skłaniam głowę odsłaniając bezbronnie kark. Słyszę szczęk metalu i pierwszy z mokrych kosmyków opada na bezszelestnie na skórę. Stało się. Kolejny raz wkroczyłam do krainy niepewności. Tym razem jednak tak odmiennej niż wszystkie inne. Kolejne chłodne strzępki włosów opadają na piersi. Ześlizgują się po skórze zostawiając po sobie niezapomniane wrażenie pieszczoty. Właśnie tak. Tym razem postrzyżyny stały się pretekstem do pieszczoty. Każdy kosmyk włosów w dłoniach Kobiety-z-Nożyczkami kończy swój żywot na pieszczocie mojej skóry. Nigdy nie miałam długich włosów, nie na tyle długich żeby móc się delektować ich dotykiem na ciele. Nie na tyle długich żeby poczuć ich ruch na piersiach. I nagle tego właśnie doświadczyłam. Poczułam jaką przyjemność może dać pieszczota włosami. A wszystko przez strzyżenie. Z każdym kolejnym obciętym centymetrem odczuwałam większą przyjemność i narastające podniecenie. Najdziwniejsze jest to o czym zamarzyłam. Zamarzyłam mianowicie o bardzo długich włosach. Ale nie po to, żeby je mieć, tylko po to, żeby mieć więcej przyjemności z ich obcinania. Skracane po centymetrze zamieniałyby się w spływającą po mnie rozkosz… Już nigdy nie usiądę obojętnie na fotelu fryzjerskim, już nigdy…
13 listopada 2005
Kawał dobrej, nikomu nie potrzebnej roboty
Znajomy znajomego dzwoni z prośbą. Trzeba zrobić wykład z analizy finansowej. Trzeba nie trzeba, człowiek w potrzebie. Dostaję materiały. Oglądam. Mówię – da się zrobić. Czasu niewiele ledwie trzy dni, ale co tam, nie takie rzeczy się robiło w trzy dni. Jest jeden mały problem - to ma być wersja dla niefinansistów. Więć ślęczę, żeby z otrzymanego materiału zrobić prezentację, na której ludzie nie usną z nudów. Struktury z mindmappera, kolorowe rysunki poglądowe, mało tekstu dużo pisma obrazkowego. Dopowiadać będę. Bo przecież nie ma sensu zasypywać ludzi wzorami i wartościami wskaźników. Wybieram te, na które zwrócą uwagę na przykład banki podczas oceny zdolności kredytowej. Opowiadam o bilansie, o rachunku wyników, o sprawozdawczości managerskiej. I nie czuję kontaktu z publika. Mało tego w połowie Sali młody student dwoi się i troi żeby moje opowieści przełożyć na rosyjski dla grupy Ukraińców. No załamka na całej linii. Sama nie wiem na co zwracać uwagę bardziej, na tłumacza czy mętne spojrzenia ludzi z pierwszego rzędu.
Pierwsza przerwa obnaża straszną prawdę. Ludzie nie mają bladego pojęcia o pełnej księgowości, to prowadzący sklepy przedsiębiorcy, prowadzący uproszczone księgi. Szok. Widmo linczu jest bardzo wyraźne. Uzgodniony przez organizatora i przesłany mi program jest zupełnie od czapy. Szok po raz drugi. Zerkam na wydrukowane materiały, żeby upewnić się czy to, o czym mówię jest tym samym co dostali uczestnicy. Tak to jest to samo. No ale bądźmy profesjonalistami do końca. Mija przetrwa a ja wracam do opowieści, próbuję wciągną ludzi w rozmowę. Koszmar. Po co mówić o tym jak przekładają się problemy z nieściągalnymi należnością na wynik skoro oni nie tylko nie robią bilnasów ale przede wszystkim nie maja takich problemów. To są sklepy! Sprzedaż detaliczna! Wymiana towar za pieniądz!
Dotrwałam do końca, ale myślałam, że umrę ze wstydu. Nigdy więcej żadnych spontanicznych zastępstw. Cholera zrobiłam z siebie idiotkę próbując pomóc komuś kogo nawet nie znam. Równie dobrze mogłabym opowiedzieć o bdsm pewnie mieli takie samo pojęcie jak o analizie finansowej, ale zapewne słuchaliby z zainteresowaniem. Kurcze dałam się nieźle wmanewrować. Wrr. Poświęciłam dwa wieczory dobrego seksu żeby przygotować tę prezentację. Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. W najczystszej formie.
Pierwsza przerwa obnaża straszną prawdę. Ludzie nie mają bladego pojęcia o pełnej księgowości, to prowadzący sklepy przedsiębiorcy, prowadzący uproszczone księgi. Szok. Widmo linczu jest bardzo wyraźne. Uzgodniony przez organizatora i przesłany mi program jest zupełnie od czapy. Szok po raz drugi. Zerkam na wydrukowane materiały, żeby upewnić się czy to, o czym mówię jest tym samym co dostali uczestnicy. Tak to jest to samo. No ale bądźmy profesjonalistami do końca. Mija przetrwa a ja wracam do opowieści, próbuję wciągną ludzi w rozmowę. Koszmar. Po co mówić o tym jak przekładają się problemy z nieściągalnymi należnością na wynik skoro oni nie tylko nie robią bilnasów ale przede wszystkim nie maja takich problemów. To są sklepy! Sprzedaż detaliczna! Wymiana towar za pieniądz!
Dotrwałam do końca, ale myślałam, że umrę ze wstydu. Nigdy więcej żadnych spontanicznych zastępstw. Cholera zrobiłam z siebie idiotkę próbując pomóc komuś kogo nawet nie znam. Równie dobrze mogłabym opowiedzieć o bdsm pewnie mieli takie samo pojęcie jak o analizie finansowej, ale zapewne słuchaliby z zainteresowaniem. Kurcze dałam się nieźle wmanewrować. Wrr. Poświęciłam dwa wieczory dobrego seksu żeby przygotować tę prezentację. Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. W najczystszej formie.
11 listopada 2005
Piętnaście lat głupoty
Są takie noce kiedy spokojny sen przyjść nie chce. Są takie dni, kiedy zamiast spokojnej stonowanej muzyki włączam coś na całą dostępną moc. Kiedy klatka piersiowa przejmuje funkcje pudła rezonansowego, kiedy drgają wszystkie komórki ciała. Ktoś powiedział ‘to basy’. Możliwe. Ale to co gra we mnie to stres tańczący opętańcze wywijasy z bezsilności. Skąd to się bierze? Sama nie wiem I kończy się utwór a ja zamiast zciszyć, zamiast zmienić muzykę zaczynam od początku. Dookoła mnie setki ludzi w setkach samochodów stoją w tym samym korku. A ja? Ja zapadam się w siebie i nie widzę nic, co działoby się dookoła mnie. Korek? No trudno – mogę z nim żyć? Pacan zajeżdżający drogę? Trudno – dziś miał więcej szczęścia niż rozumu. Z każdym słowem oddalam się od świata, w którym żyję. Z każdym bum. Jak długo? Tyle ile potrzeba. I tylko kiedy dojeżdżam na miejsce trzeba wyłączyć to wszechogarniające dudnienie. Trzeba wysiąść, wyuczonym teatralnym niemal gestem obciągnąć spódnicę, wziąć do ręki torbę z laptopem i nałożyć na twarz służbowy uśmiech. Coś się we mnie buntuje, coś pyta dlaczego? Jak małe dziecko, dla którego pytanie ‘dlaczego’ jest podstawową drogą poznawania świata. Dlaczego więc nie może być inaczej? Dlaczego nie założę na siebie czegoś w czym czuję się dobrze? Dlaczego nie napiszę na drzwiach głupcom wstęp wzbroniony? Dlaczego wreszcie nie mam na tyle siły, żeby powiedzieć do widzenia i nigdy więcej nie wrócić w to miejsce?Mam siłę. Najgorsze jest to, że mam siłę, ale zdrowy rozsądek zamknął ją w ciemnym lochu i nie pozwala wyjść. Życiowy bagaż także jest dla tej siły niezłą barykadą i kneblem. Są takie dni, że żałuję, że mój rozsądek jest tak czujny, tak bardzo panujący nad sytuacją. Może gdybym miała na swoim koncie jakieś ekscesy czasów wczesnej młodości dziś byłoby mi łatwiej. A tak? Mam świadomość, że potrzeba mi kontestacji i zachowań czysto anarchistycznych ale nie bardzo już wypada, nie bardzo mogę sobie na to pozwolić.
Po co brnąć w coś czego się nawet nie lubi? Dziś wypowiedziałam coś co mnie tłamsiło od dawna. Powiedziałam w końcu komuś, że moja kariera zawodowa jest jedną wielką pomyłką. Przez piętnaście lat wykonuję pracę, której nie znoszę. To nie to, że nie daje mi satysfakcji. Ja jej nie cierpię. Jest nudna bardziej niż flaki z olejem, monotonna jak linia ciągła na autostradzie, rutynowa jak czynności fizjologiczne. Jest niewdzięczna, nieszanowana, takie zło konieczne. Wszyscy wiedzą, że trzeba ją zrobić ale bardzie z tej przyczyny, bo to zło konieczne, po ustawa, bo skarbowy, bo… błeeeeeeeeeeeeeeeeeeee.
I pomyśleć, że chciałam robić coś zupełnie innego. Jak miło było studiować botanikę i fizjologię roślin. Do dziś pamiętam wykłady z botaniki, kiedy profesor o budowie komórki opowiadał tak, jakby opowiadał historię kryminalną, a sala siedziała słuchając go z rozdziawionymi ustami. Pamiętam wykłady z dendrologii, na które trzeba było przetelepać się przez całe miasto. Dla dwóch godzin wykładu, pamiętam, że to były czwartki. Co z tego, że gleboznawstwo było chemią. A uprawa i nawożenie, albo laborki z mikrobiologii niezpaomniane. I rzucić to wszystko dla cholernych debetów i kredytów. Trzeba być bardzo młodym i wyrachowanym żeby dokonać takiego wyboru. Ale cóż. Lata płyną a człowiek tylko dokłada do swojej torby z doświadczeniami. Tylko po to, żeby piętnaście lat później powiedzieć mam dość. Kora właśnie śpiewa ‘żądza pieniądza’ i to chyba jest właśnie odpowiedź na pytanie dlaczego taka droga. Koszmarnie małostkowe wytłumaczenie.
===============
Raven woman_man@poczta.onet.pl2005-11-16 00:43:33 83.24.15.242
a ja kocham księgową.. mimo, że vanilia jest i avnilią zostanie.. a może właśnie dlatego.. bo wierzy, bo ufa.. bo ma wrodzoną uczciwość i poszanowanie dla zasad.. bo ma etykę.. Hahahahahhaha.. ot i apoteoza etyki księgowego.. Jesteście boskie.. i bez dendrologii;)
Po co brnąć w coś czego się nawet nie lubi? Dziś wypowiedziałam coś co mnie tłamsiło od dawna. Powiedziałam w końcu komuś, że moja kariera zawodowa jest jedną wielką pomyłką. Przez piętnaście lat wykonuję pracę, której nie znoszę. To nie to, że nie daje mi satysfakcji. Ja jej nie cierpię. Jest nudna bardziej niż flaki z olejem, monotonna jak linia ciągła na autostradzie, rutynowa jak czynności fizjologiczne. Jest niewdzięczna, nieszanowana, takie zło konieczne. Wszyscy wiedzą, że trzeba ją zrobić ale bardzie z tej przyczyny, bo to zło konieczne, po ustawa, bo skarbowy, bo… błeeeeeeeeeeeeeeeeeeee.
I pomyśleć, że chciałam robić coś zupełnie innego. Jak miło było studiować botanikę i fizjologię roślin. Do dziś pamiętam wykłady z botaniki, kiedy profesor o budowie komórki opowiadał tak, jakby opowiadał historię kryminalną, a sala siedziała słuchając go z rozdziawionymi ustami. Pamiętam wykłady z dendrologii, na które trzeba było przetelepać się przez całe miasto. Dla dwóch godzin wykładu, pamiętam, że to były czwartki. Co z tego, że gleboznawstwo było chemią. A uprawa i nawożenie, albo laborki z mikrobiologii niezpaomniane. I rzucić to wszystko dla cholernych debetów i kredytów. Trzeba być bardzo młodym i wyrachowanym żeby dokonać takiego wyboru. Ale cóż. Lata płyną a człowiek tylko dokłada do swojej torby z doświadczeniami. Tylko po to, żeby piętnaście lat później powiedzieć mam dość. Kora właśnie śpiewa ‘żądza pieniądza’ i to chyba jest właśnie odpowiedź na pytanie dlaczego taka droga. Koszmarnie małostkowe wytłumaczenie.
===============
Raven woman_man@poczta.onet.pl2005-11-16 00:43:33 83.24.15.242
a ja kocham księgową.. mimo, że vanilia jest i avnilią zostanie.. a może właśnie dlatego.. bo wierzy, bo ufa.. bo ma wrodzoną uczciwość i poszanowanie dla zasad.. bo ma etykę.. Hahahahahhaha.. ot i apoteoza etyki księgowego.. Jesteście boskie.. i bez dendrologii;)
Dzień Podległości
Jakie to miłe, że moje osobiste święto jest świętem narodowym, że dzień wolny z tego tytułu ustanowiony jest. Zbieg okoliczności. Możliwe, ale może raczej przeznaczenie. W końcu ja nie wierzę w przypadki. Tak czy owak Dzień Niepodległości jest moim Dniem Podległości. Niestety z planowanych wstępnie obchodów takowego niewiele pewnie się ziści, ale może… nie tracę nadziei.
W ogóle listopad miesiącem rocznicowym jest. I chciałoby się uczcić je wszystkie. Bo to przecież oprócz Dnia Podległości , który wraz z Panem świętować bym chciała jest jeszcze rocznica Nocy z Panią, a zaraz potem rocznica Podwójnej Sesji. Taaak, sentymenty mnie dopadły znienacka. Ale jakoś próbuję odreagować stresy, których mam ostatnio po kokardy, staram się myśleć o tych kilku wolnych dniach, o małych przyjemnościach. O tym jak dobrze jest móc oddać siebie i poddać się woli ukochanego Pana. To tak bardzo kontrastuje z moją postawa, którą prezentuję na co dzień. Zawsze pozostaje duma z tego co robię, ale ta sucza duma jest taka inna, tak bardzo wewnętrzna i tak bardzo mi potrzebna do życia. To nie jest odreagowania, zakładanie maski - to mój drugi równoprawny byt, który domaga się swojego miejsca w życiu.
I to nie dziwi. Jest bowiem dla mnie cudownym przeżyciem czas, kiedy świat zamyka się dłoniach bawiącym się moim ciałem, w oczach, których wyraz mówi wszystko. Bardzo za tym tęsknię. Za emocjami uległości. Za łzami szczęścia i bólu. Za przekraczaniem własnych granic. Za rozkoszą, która tak inna jest od wszystkiego co zwykłe. Zatracam się w tym. Teraz kiedy tak bardzo mi tego brakuje, kiedy mam tego tak mało, niemal wcale, tęsknota jest tym większa. Pragnę znowu być tam, gdzie wynosi mnie rozkosz. Pragnę zasypiać ze zmęczenia, z krzykiem na ustach i łzami w oczach. Będzie trudno… wiem… to jak przejście na drugą stronę lustra. Przerażające ale pociągające. Podniecające…
Suuuuuuuczyć mi się chce! Suuuuuuuczyć!
W ogóle listopad miesiącem rocznicowym jest. I chciałoby się uczcić je wszystkie. Bo to przecież oprócz Dnia Podległości , który wraz z Panem świętować bym chciała jest jeszcze rocznica Nocy z Panią, a zaraz potem rocznica Podwójnej Sesji. Taaak, sentymenty mnie dopadły znienacka. Ale jakoś próbuję odreagować stresy, których mam ostatnio po kokardy, staram się myśleć o tych kilku wolnych dniach, o małych przyjemnościach. O tym jak dobrze jest móc oddać siebie i poddać się woli ukochanego Pana. To tak bardzo kontrastuje z moją postawa, którą prezentuję na co dzień. Zawsze pozostaje duma z tego co robię, ale ta sucza duma jest taka inna, tak bardzo wewnętrzna i tak bardzo mi potrzebna do życia. To nie jest odreagowania, zakładanie maski - to mój drugi równoprawny byt, który domaga się swojego miejsca w życiu.
I to nie dziwi. Jest bowiem dla mnie cudownym przeżyciem czas, kiedy świat zamyka się dłoniach bawiącym się moim ciałem, w oczach, których wyraz mówi wszystko. Bardzo za tym tęsknię. Za emocjami uległości. Za łzami szczęścia i bólu. Za przekraczaniem własnych granic. Za rozkoszą, która tak inna jest od wszystkiego co zwykłe. Zatracam się w tym. Teraz kiedy tak bardzo mi tego brakuje, kiedy mam tego tak mało, niemal wcale, tęsknota jest tym większa. Pragnę znowu być tam, gdzie wynosi mnie rozkosz. Pragnę zasypiać ze zmęczenia, z krzykiem na ustach i łzami w oczach. Będzie trudno… wiem… to jak przejście na drugą stronę lustra. Przerażające ale pociągające. Podniecające…
Suuuuuuuczyć mi się chce! Suuuuuuuczyć!
10 listopada 2005
Na pohybel
Na pohybel audytorom, na pohybel urzędnikom, na pohybel byłym pryncypałom, na pohybel niekompetencji, na pohybel bezsilnej złości, na pohybel wszystkim i wszystkiemu co dezorganizuje życie, szarpie nerwy i wyciska łzy. Jedno duże wrrrr. Najgorzej kiedy już wydaje się, że dno zostało osiągnięte, a tu znienacka wyskakuje półtora metra mułu pod dnem. A nazajutrz kolejny metr i jeszcze jeden dzień później. Całe szczęście, że jutro dzień wolny, mój organizm domaga się odpoczynku. Długiego, spokojnego snu mi trzeba a potem duuuużo tego, co suki lubią najbardziej, oj tak duuużo tego mi trzeba.Byle do piętnastego, byle do piętnastego, byle do piętnastego powtarzam jak mantrę….
31 października 2005
FETISH NATION PARTY
Data: 1 października 2005
Lokal: Metal
Cave, Warszawa
Innowacje organizacyjne:
- obligatoryjny dresscode
- zakaz fotografowania
Innowacje artystyczne:
- VacBed (LatexGuru)
- Pony Dressage (Nurbika)
- filmy z latexem w roli głównej wyświetlane przez cała imprezę
- pokazy o tematyce BDSM
Abstrakt:
pierwsza publiczna klimatyczna impreza w kraju
30 października 2005
SKIK - Subiektywna Kronika Imprez Klimatycznych
Zebrane w jednym miejscu plakaty, relacje,
spostrzeżenia dotyczące szeroko rozumianej wąskiej sceny fetyszowej
w Polsce. Poza metryczką "co? gdzie? kiedy?" odnotowane będą kamienie milowe czyli co
dana impreza wniosła nowego do tworzącego się standardu zarówno w kwestii
organizacyjnej jak i artystycznej ale także wydarzenia „towarzyszące” nie
koniecznie zamierzone przez organizatorów. Jeżeli jakaś atrakcja występuję na
wielu imprezach w Kronice zostanie odnotowana raz wraz z imprezą na której
debiutowała. Głównie warszawskie imprezy będą bohaterami jako najbliższe
geograficznie, ale nie znamy dnia ani godziny kiedy fetyszowe wydarzenia
pojawiać się będą w innych lokalizacjach.
Ty to ja
Ty to ja,
to wynik mnie samej,
to wszystkiemoje upodobania, wartości idee, porywy
i uparte pragnienia.
MPJ
Czy można bardziej, mocniej, głębiej powiązać swoje losy? Bardziej niż niż mój z Twoim są związane? Bardziej niż dusza rozdzielona co potrafi sie odnaleść i w jedno ciało na powrót przyoblec? Bardziej niż ciała, którym raz jeden dotyk mistyczny stał się dotykiem ciała? Nie można już bardziej, albo inaczej można bardziej, wręcz bezgranicznie, wciąż idąc ku sobie. We śnie. W nieświecie. W słowie.
29 października 2005
Rabarbar i wanilia
Odkryłam smak, który doprowadza moje kubki smakowe do szaleństwa. Istna orgia w ustach. To duże landrynki o smaku rabarbarowo-waniliowym. Absolutna rewelacja. Mniam.
Prawo pięści
Staram się nie myśleć o tym, co nieosiągalnym jest. Staram się zapomnieć. A nie potrafię. I czasami wydaje mi się, że potrafię dosięgnąć tego nieba inaczej, inna dłonią, inna pięścią. I oszukuję sama siebie. Jestem skazana, przeklęta jestem. Poznałam raj, do którego nie mam już wstępu. I na nic moje uwielbienie, na nic słowa, które ze łzami w oczach wystukuję na klawiszach. Ta pieśń już jest wyśpiewana, a ja czuję się jak rzucony w kąt instrument. Instrument, na którym nikt nie potrafi zagrać. A ja mam w sobie niezmierzone pokłady muzyki, jestem nią wypełniona po brzegi. Jestem jak czara, którą jedna kropla przepełni. I chociaż nie wierzę, nie to nawet nie jest kwestia wiary, chociaż wiem, że to już nie nastąpi to jednak nie potrafię tego zaakceptować. I w głębi duszy ciągle mam nadzieję, że może kiedyś… Że może… Że Ona… Że zechce… Beznadziejny przypadek skrajnego zadurzenia z góry skazanego na…
Parzyste górą
W sposób zupełnie do mnie nie podobny coś stało się bez najmniejszego planowania, zupełnie spontanicznie. Do naszego trójkąta zajrzała kolejna kobieta. Jak? Tego dokładnie nie wiem. Pojawiła się najpierw gdzieś obok, potem trochę bliżej, ale ciągle z dystansem. I nagle przekroczyła nasz próg wchodząc do salonu. Czy robiąc ten symboliczny krok mogła wiedzieć jak potoczą się losy tego wieczoru? Nie wiem czy wiedziała, w każdym razie ja tego nie wiedziałam.
To ona wyciągnęła dłoń jako pierwsza, a ja nie protestowałam. Potem zaś był już kalejdoskop ciał. Trzy kobiety, których ciała przeplatały się ze sobą, usta z ustami złączone, palce muskające skórę, języki zachłannie piszczące wilgotne zakamarki. I Pan gdzieś w środku tego wszystkiego. Wedle sobie tylko znanych kryteriów wybierający to, na co akurat miał ochotę. Widziałam zadowolenie na Jego twarzy, zadowolenie z powolności i pożądania jakie unosiło się nad nami. Tak, układy parzyste są po prostu bardziej pełne, nikt nie pozostaje obok. Nie ma znaczenia czy służę Panu sobą, czy wgryzam się w łono Kochanki. Jestem wśród wszechogarniającej przyjemności. I tylko zmieniające się konfiguracje pozwalają dojrzeć w tej plątaninie ciał poszczególne osoby. Dotyk jest łącznikiem, dotyk jest magnesem. Dotyk wnętrza miesza się z tym, co na zewnątrz. Zapach, przejmujący, podniecający zapach rozpalonych kobiecości, którego dosiada woń mężczyzny.
Nigdy nie myślałam, że to nastąpi, że obok mnie zajmą miejsce dwie inne kobiety gotowe służyć mojemu Panu. A jednak stało się. Na domiar wszystkiego wszystkie gotowe dawać rozkosz nie tylko Jemu, ale i sobie wzajemnie. Niesamowite uczucie, zachwycające. Ciekawe ile ludzi ma za sobą takie przeżycia? Ja takich nie znam, a szkoda, bo chciałoby się czasami porozmawiać z kimś, kto rozumie sytuację. Porozmawiać o emocjach, o uczuciach, o spotęgowanej przyjemności. Bo to jest właśnie to – więcej przyjemności, różnorodnej na dodatek.
To ona wyciągnęła dłoń jako pierwsza, a ja nie protestowałam. Potem zaś był już kalejdoskop ciał. Trzy kobiety, których ciała przeplatały się ze sobą, usta z ustami złączone, palce muskające skórę, języki zachłannie piszczące wilgotne zakamarki. I Pan gdzieś w środku tego wszystkiego. Wedle sobie tylko znanych kryteriów wybierający to, na co akurat miał ochotę. Widziałam zadowolenie na Jego twarzy, zadowolenie z powolności i pożądania jakie unosiło się nad nami. Tak, układy parzyste są po prostu bardziej pełne, nikt nie pozostaje obok. Nie ma znaczenia czy służę Panu sobą, czy wgryzam się w łono Kochanki. Jestem wśród wszechogarniającej przyjemności. I tylko zmieniające się konfiguracje pozwalają dojrzeć w tej plątaninie ciał poszczególne osoby. Dotyk jest łącznikiem, dotyk jest magnesem. Dotyk wnętrza miesza się z tym, co na zewnątrz. Zapach, przejmujący, podniecający zapach rozpalonych kobiecości, którego dosiada woń mężczyzny.
Nigdy nie myślałam, że to nastąpi, że obok mnie zajmą miejsce dwie inne kobiety gotowe służyć mojemu Panu. A jednak stało się. Na domiar wszystkiego wszystkie gotowe dawać rozkosz nie tylko Jemu, ale i sobie wzajemnie. Niesamowite uczucie, zachwycające. Ciekawe ile ludzi ma za sobą takie przeżycia? Ja takich nie znam, a szkoda, bo chciałoby się czasami porozmawiać z kimś, kto rozumie sytuację. Porozmawiać o emocjach, o uczuciach, o spotęgowanej przyjemności. Bo to jest właśnie to – więcej przyjemności, różnorodnej na dodatek.
28 października 2005
Narodziny słońca
Jest coś, co sprawia, że kocham październiki, zwłaszcza te, które nie są deszczowe. To wschody słońca, którymi mogę rozkoszować się co rano. To dla mnie jedno z najpiękniejszych zjawisk, choć w powszechnym mniemaniu przegrywa z zachodem (niesłusznie!). Ale to chyba wynika raczej z trybu życia bo łatwiej jest się umówić na romantyczny spacer o zachodzie niż zerwać się przed świtem.
Dzisiejszy wschód był przepiękny. Spektakl rozpoczął się jeszcze zanim złota twarz pojawiła się nad horyzontem. Trawy i inna przyziemna roślinność pokryte były srebrno-szarym brokatem szronu. A może szadzi? Nie wiem, nie byłam nocą na łące, choć sądząc po smugach mgły unoszącej się nad ziemią to mogła być szadź. Mgła rozścielona była wąskimi pasmami oddzielonymi od siebie przepaskami przejrzystego powietrza. Wyglądała jak rozpostarte na ziemi anielskie włosy, jak zamarznięte tchnienie ziemi. Jej, niczym nie skalana, biel przywodziła mi na myśl biele mojego życia… pościel, której podarowałam swoje dziewictwo… tren ślubnej sukni… koperty… śnieg… mglistą szatę kapłanki… Wszystkie moje biele rozsypane na łące, w zaciszu ściany złoto-czerwonego lasu. Czekały tam na mnie. I wtedy pojawiła się jasna poświata, to słońce chciało spojrzeć na moje pamiątki. Zrazu rozlał się blask niebieskawy z delikatnym odcieniem różu. Blady, subtelny, jakby nieśmiały. Z każdą chwilą nasycał się bardziej złotem i czerwienią. Kiedy uśmiechnięta złota tarcza uniosła się ponad drzewami nastał dzień. Jasny, słoneczny dzień. Ale skończył się spektakl narodzin słońca. Dziś już się skończył.
Możliwe, że nie tylko dziś, że to ostatni ze wschodów, jakimi dane mi było się cieszyć w tym roku. Jutro zamierzam odespać ten tydzień i nie wstaję przed dziesiątą. A potem przesunięcie czasu i… No właśnie i wychodzić będę z domu czarna nocą, narodziny słońca będą mnie omijać. Świt nadejdzie wtedy, kiedy osiągnę brzegi miasta, kiedy zamiast zachwytu nad cudem natury przyjdzie złość na innych użytkowników drogi. No i przecież nie sposób zatrzymać się na środku zakorkowanej trzypasmówki żeby obejrzeć wschód słońca. A potem zima, kiedy słońce zawita ledwie na godzin kilka w ciągu dnia, długie ciemne poranki i szybkie ciemne wieczory.
Te narodziny słońca we mgle zatrzymam w pamięci na długie zimowe miesiące… Całe szczęście, że miejsce słońca zajmie ogień. Żywe, pulsujące ciepłem i żarem słoneczko żyjące w moim domu. Długie wieczory przed kominkiem i słoneczko, które nie zachodzi. Płonący wiecznie ogień…
Dzisiejszy wschód był przepiękny. Spektakl rozpoczął się jeszcze zanim złota twarz pojawiła się nad horyzontem. Trawy i inna przyziemna roślinność pokryte były srebrno-szarym brokatem szronu. A może szadzi? Nie wiem, nie byłam nocą na łące, choć sądząc po smugach mgły unoszącej się nad ziemią to mogła być szadź. Mgła rozścielona była wąskimi pasmami oddzielonymi od siebie przepaskami przejrzystego powietrza. Wyglądała jak rozpostarte na ziemi anielskie włosy, jak zamarznięte tchnienie ziemi. Jej, niczym nie skalana, biel przywodziła mi na myśl biele mojego życia… pościel, której podarowałam swoje dziewictwo… tren ślubnej sukni… koperty… śnieg… mglistą szatę kapłanki… Wszystkie moje biele rozsypane na łące, w zaciszu ściany złoto-czerwonego lasu. Czekały tam na mnie. I wtedy pojawiła się jasna poświata, to słońce chciało spojrzeć na moje pamiątki. Zrazu rozlał się blask niebieskawy z delikatnym odcieniem różu. Blady, subtelny, jakby nieśmiały. Z każdą chwilą nasycał się bardziej złotem i czerwienią. Kiedy uśmiechnięta złota tarcza uniosła się ponad drzewami nastał dzień. Jasny, słoneczny dzień. Ale skończył się spektakl narodzin słońca. Dziś już się skończył.
Możliwe, że nie tylko dziś, że to ostatni ze wschodów, jakimi dane mi było się cieszyć w tym roku. Jutro zamierzam odespać ten tydzień i nie wstaję przed dziesiątą. A potem przesunięcie czasu i… No właśnie i wychodzić będę z domu czarna nocą, narodziny słońca będą mnie omijać. Świt nadejdzie wtedy, kiedy osiągnę brzegi miasta, kiedy zamiast zachwytu nad cudem natury przyjdzie złość na innych użytkowników drogi. No i przecież nie sposób zatrzymać się na środku zakorkowanej trzypasmówki żeby obejrzeć wschód słońca. A potem zima, kiedy słońce zawita ledwie na godzin kilka w ciągu dnia, długie ciemne poranki i szybkie ciemne wieczory.
Te narodziny słońca we mgle zatrzymam w pamięci na długie zimowe miesiące… Całe szczęście, że miejsce słońca zajmie ogień. Żywe, pulsujące ciepłem i żarem słoneczko żyjące w moim domu. Długie wieczory przed kominkiem i słoneczko, które nie zachodzi. Płonący wiecznie ogień…
26 października 2005
Fetyszyzm jaki jest każdy widzi?
Przyjęło się do jednego worka wrzucać fetyszyzm i bdsm. W sumie tak długo, jak się tego nie rozbierze na czynniki pierwsze nie ma problemu – wszak i jedno i drugie jest odbiegające od normy. Ta wspólna etykietka powoduje, że bardzo często fetyszyzm traktowany jest jak składowa bdsm. Ale czy takie postrzeganie go jest słuszne? Chyba nie…Najczęściej występującą w przyrodzie formą fetyszyzmu jest szeroko rozumiany fetysz stóp (w tym wysokoobcasowych butów, kozaczków, pończoch itp.). O ile w przypadku femdom eksplorowanie tego obszaru ma nie tylko przeszłość ale i przyszłość, o tyle w przypadku męskiej dominacji raczej nie. Nie spotkałam przypadku kobiety fetyszującej w męskim obuwiu czy skarpetkach. Owszem, motyw całowani i lizania butów pana istnieje i jest dość rozpowszechniony, ale podłoże tej adoracji jest zupełnie inne niż w przypadku mężczyzn wielbiących panine szpileczki. O ile bowiem dla tychże mężczyzn sam akt takiej adoracji jest źródłem przyjemności o tyle w przypadku kobiet nie wykracza to poza akceptowalną formę upokorzenia, poniżenia, aktu uległości. Takie są fakty. Jeżeli zatem ten sam motyw jest lub nie jest przejawem fetyszyzmu w zależności od płci, nie można fetyszyzmu traktować jako elementu bdsm.Jeżeli przyjrzeć się uważnie temu, co jest przedmiotem kobiecego fetyszyzmu okaże się, że nie są to elementy męskiej garderoby (wyjątek: garnitur) ale elementy męskiego ciała. Kobiety bowiem ewidentnie wynoszą na fetyszowy piedestał męskie dłonie, plecy czy pośladki.
Z drugiej jednak strony jeśli spojrzeć na fetysz pod kątem lateksu to bez względu na płeć mamy doczynienia z przyjemnością wywołaną kontaktem fizycznym z materiałem. I nie ma znaczenia czy chodzi o noszenie lateksowych ciuchów po cichu czy o pokazywanie się w nich, czy wreszcie o uprawianie w nich sexu bądź innych uciech fizycznych. Tu nie ma rozróżnienia na płeć – fetysz jest fetyszem.
Bdsm i fetyszyzm są dwiema odrębnymi dziedzinami aktywności, które czasami mają pewne obszary wspólne. I chociaż istnieją przypadki skutecznego adaptowania zarówno w jedną jak i w drugą stronę to są to dwa samodzielne byty, z których żaden nie jest nadrzędny. No i dobrze, dzięki temu mamy większą różnorodność. No i rozwija się ludzka pomysłowość i wynalazczość. Stąd lateksowe kombiki z dziurkami czy zamkami w strategicznych miejscach żeby można było partnera trochę pomęczyć. Stąd lateksowe pejcze czy maski nader często stosowane w praktykach dominacyjnych. Stąd kombinacje takie jak choćby vacbed – połączenie drugiej skóry z unieruchomieniem.
Każdy nowy element daje możliwość stworzenia kolejnej kombinacji doznań, kolejnego modelu zachowań, kolejnej drogi do rozkoszy. Hmm niech więc ktoś skonstruuje vacbed z opcją fistu a będę w siódmym niebie.
Z drugiej jednak strony jeśli spojrzeć na fetysz pod kątem lateksu to bez względu na płeć mamy doczynienia z przyjemnością wywołaną kontaktem fizycznym z materiałem. I nie ma znaczenia czy chodzi o noszenie lateksowych ciuchów po cichu czy o pokazywanie się w nich, czy wreszcie o uprawianie w nich sexu bądź innych uciech fizycznych. Tu nie ma rozróżnienia na płeć – fetysz jest fetyszem.
Bdsm i fetyszyzm są dwiema odrębnymi dziedzinami aktywności, które czasami mają pewne obszary wspólne. I chociaż istnieją przypadki skutecznego adaptowania zarówno w jedną jak i w drugą stronę to są to dwa samodzielne byty, z których żaden nie jest nadrzędny. No i dobrze, dzięki temu mamy większą różnorodność. No i rozwija się ludzka pomysłowość i wynalazczość. Stąd lateksowe kombiki z dziurkami czy zamkami w strategicznych miejscach żeby można było partnera trochę pomęczyć. Stąd lateksowe pejcze czy maski nader często stosowane w praktykach dominacyjnych. Stąd kombinacje takie jak choćby vacbed – połączenie drugiej skóry z unieruchomieniem.
Każdy nowy element daje możliwość stworzenia kolejnej kombinacji doznań, kolejnego modelu zachowań, kolejnej drogi do rozkoszy. Hmm niech więc ktoś skonstruuje vacbed z opcją fistu a będę w siódmym niebie.
25 października 2005
Czy można narysować lateks?
Nie byłabym sobą gdybym nie znalazła obrazków, które słowa moje mogły dopełnić. Nie chodzi mi jednak o zdjęcia jakich całe mnóstwo dostępne jest na niemal każdej fetyszowej stronie, ale o to, co sprawia, że tracę oddech. O moją osobistą, absolutnie subiektywną ocenę prac artystów. Może na początek kilka obrazów, które do złudzenia przypominają czarnobiałe fotografie. Są to prace ukraińskich artystów rysunki węglem, pastele… obrazy olejne, wszystko tylko nie zdjęcia. Trzy piersze powstały w technice malowania suchym pędzlem (bardziej praco i czasochłonej metody to chyba już wymyślić sie nie da, ale za to efekt jest powalający). Obraz jest tak realny, że bardziej to już chyba nie można...Na początek ten, który ukrywa się pod pseudonimem Vlad. Nie mam pojęcia w jaki sposób udało mu się oddać ten niesamowity blask, którym emanuje lateks, ale – bezsprzecznie – udało się. Mistrzostwo w każdym pociągnięciu, bez względu na to czy maluje nagą skórę pośladka czy gładkość gorsetu. Już mnie ręce świerzbią żeby pogłaskać…

Drugie jego zdjęcie w sumie nie odsłania za wiele (gdyby nie materiał z którego skrojono ciuszki rzec można byłoby – tekstylne aż po palce dłoni). A jednak… ten rozsunięty zamek, te zmarszczki lateksu, wyobrażenie sutków, które skrywa… To wszystko nakazuje wręcz zachwycić się kompozycją . A chęć pogłaskania rośnie…

nycprinces 2005-10-25 23:29:31 69.86.141.76
Piekne,az chcialoby sie poglaskac,skonfrontowac wyobrazenie z rzeczywistoscia ... I do tego bardzo erotyczne...Po obejrzeniu tych rysunkow nabralam ogromnej ochoty, zeby poznac lateks od strony praktycznej.I oczywiscie wielkie uznanie dla Ciebie Zooza,bo nikt tak jak ty nie potrafi oddac tego smaczku i klimatu.
Na początek ten, który ukrywa się pod pseudonimem Vlad. Nie mam pojęcia w jaki sposób udało mu się oddać ten niesamowity blask, którym emanuje lateks, ale – bezsprzecznie – udało się. Mistrzostwo w każdym pociągnięciu, bez względu na to czy maluje nagą skórę pośladka czy gładkość gorsetu. Już mnie ręce świerzbią żeby pogłaskać…

Drugie jego zdjęcie w sumie nie odsłania za wiele (gdyby nie materiał z którego skrojono ciuszki rzec można byłoby – tekstylne aż po palce dłoni). A jednak… ten rozsunięty zamek, te zmarszczki lateksu, wyobrażenie sutków, które skrywa… To wszystko nakazuje wręcz zachwycić się kompozycją . A chęć pogłaskania rośnie…

Na koniec jeszcze dwa rysunki węglem. Czarno-biały ze sznurami Anny Davidchenko oraz nie pomna przepisów bhp (wszak lateks łatwopalny jest) kobieta paląca papierosa autorstwa niejakiej Evy. Na obu kusząco wyeksponowane pośladki, na obu przepiękny lateksowy błysk.


No czyż lateks nie jest genialny? Nawet na rysunku węglem wygląda jak żywy i błyszczy…Sporą kolekcję takich właśnie rysunków erotycznych(choć nie tylko z nutką lateksowego fetyszu)można pooglądać właśnie tu.
================
nycprinces 2005-10-25 23:29:31 69.86.141.76
Piekne,az chcialoby sie poglaskac,skonfrontowac wyobrazenie z rzeczywistoscia ... I do tego bardzo erotyczne...Po obejrzeniu tych rysunkow nabralam ogromnej ochoty, zeby poznac lateks od strony praktycznej.I oczywiscie wielkie uznanie dla Ciebie Zooza,bo nikt tak jak ty nie potrafi oddac tego smaczku i klimatu.
24 października 2005
Aksamitne tchnienie
Nie mogę się uwolnić od myśli o tym aksamicie, który mógłby opinać moje ciało. Z każdym obejrzanym zdjęciem ochota jest coraz większa. Na początek coś niedużego. Coś, co można pod ubraniem nosić. Najwidoczniej jednak pragnienie zrealizowania tego zamiaru jest tak uzewnętrznione, że udziela się innym. I nie chodzi o sam lateks ale o to, żeby móc do woli i bez przeszkód, w zaciszu sypialni, dotykać mnie obciągniętej tym czarnym futerałem. Mniam, aż ślinka cieknie na samą myśl. Podejrzewam, że niezły ubaw będzie, kiedy zacznę przywdziewać taką bieliznę. Już to sobie wyobrażam Pan Mąż i Kochanka udzielający rad (w końcu najlepiej się radzi komuś w temacie, o którym nie ma się pojęcia), wszechobecny serdeczny śmiech i ja miotająca się między skrawkami lateksu. No i zapewne błysk flesza bo nikt nie odpuści sobie przyjemności uwiecznienia tego pierwszego razu. Oj, będzie się działo, będzie. Ciekawe czy wystarczy mi odwagi, żeby wybrać się w tym do pracy… jakby nigdy nic… zobaczymy.
Drugi element garderoby, który chodzi mi po głowie to maska. Tak, sama się sobie dziwię, ale właśnie tak jest. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że daje pewną anonimowość, tajemniczość. I chociaż na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak rodem z kreskówki to i tak mi się podoba. A może to także pochodna vacbed’a? W końcu tam moja twarz była opięta lateksem. Co prawda maska to nie to samo, ale zawsze… zwłaszcza taka, przez którą nic nie widać. No, ale jako strój imprezowy to bardziej nadająca się byłaby taka z dziurkami na patrzałki.
Mam nadzieję, że M&M powrócą (gdziekolwiek są w tej chwili) do siebie i odezwą się albowiem baaardzo osobisto-cieleśnie przyjęłam ich zaproszenie i nie ukrywam, że ckni mi się za ta przyjemnością, którą chcą mi podarować. Mniam…
Na razie jednak czekają mnie gigantycznie ciężkie trzy tygodnie w pracy. Jeśli dociągnę do połowy listopada i będę jeszcze żywa to znaczy, że nic mnie nie jest w stanie zabić. Ale wówczas to choćby dla równowagi w przyrodzie będę potrzebowała równie gigantyczną dawkę emocji i endorfin zakropionych adrenaliną. Inaczej nie znajdę motywacji do dalszej harówki.
Drugi element garderoby, który chodzi mi po głowie to maska. Tak, sama się sobie dziwię, ale właśnie tak jest. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że daje pewną anonimowość, tajemniczość. I chociaż na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak rodem z kreskówki to i tak mi się podoba. A może to także pochodna vacbed’a? W końcu tam moja twarz była opięta lateksem. Co prawda maska to nie to samo, ale zawsze… zwłaszcza taka, przez którą nic nie widać. No, ale jako strój imprezowy to bardziej nadająca się byłaby taka z dziurkami na patrzałki.
Mam nadzieję, że M&M powrócą (gdziekolwiek są w tej chwili) do siebie i odezwą się albowiem baaardzo osobisto-cieleśnie przyjęłam ich zaproszenie i nie ukrywam, że ckni mi się za ta przyjemnością, którą chcą mi podarować. Mniam…
Na razie jednak czekają mnie gigantycznie ciężkie trzy tygodnie w pracy. Jeśli dociągnę do połowy listopada i będę jeszcze żywa to znaczy, że nic mnie nie jest w stanie zabić. Ale wówczas to choćby dla równowagi w przyrodzie będę potrzebowała równie gigantyczną dawkę emocji i endorfin zakropionych adrenaliną. Inaczej nie znajdę motywacji do dalszej harówki.
Nie będzie świata – Nieświat będzie. Wiem to na pewno. To była trudna decyzja, ale jednocześnie jedyna możliwa. Czy mogą bowiem dwie duszy połowy samotnie snuć się nad światem? Nie, nie wolno im, nie TYM duszom. A jeśli brakuje dla nich świata nich mają Nieświat w swoim niepodzielnym władaniu. W Nieświecie są u siebie, w Nieświecie są sobą, w Nieświecie żyją tak, jak gdzie indziej żyć nie potrafią, nie mogą…Losy fizyczność zbyt poplątane, powiązane, nie mniej niż żywoty tych połówek duszy. Inaczej się nie da. Próba oszukania samych siebie na nic się zdała. Można życie przeżyć nie wiedząc, można je przejść szukając, ale znalazłszy pozwolić odejść – byłoby zbrodnią. Nie ważne jak bardzo bolało to, żeby zdać sobie sprawę z prawdy. Z tego, co od początku być może było bardzo oczywiste. Jesteśmy dwoma dłońmi tego samego jestestwa – każda trochę inna, obie na wieczność związane ze sobą. Spłynął na mnie spokój.
Wczorajszej nocy odzyskałam Połowę Mojej Duszy.
Wczorajszej nocy odzyskałam Połowę Mojej Duszy.
23 października 2005
Oto, co robią Gumisie…
Nic innego niż to co cała reszta czyli krótko mówiąc robią sobie dobrze. I jak niemal w każdym przypadku ile ludzi tyle metod. Z tego, co udało mi się ustalić w mailach, wiadomościach prywatnych na forach tematycznych oraz w rozmowach telefonicznych każdy robi to co sprawia mu najwięcej frajdy. Są więc tacy, których kręci noszenie lateksowych ciuchów z powodów nazwijmy to organoleptycznych czyli odczuć z noszeniem związanych właśnie. Są tacy, dla których przyjemnością jest noszenie się lateksowo w towarzystwie, czyli kawka w stroju organizacyjnym na przykład. Ale serio całkiem spora grupa, dla której impreza typu tej z początku miesiąca jest wystarczającym powodem do nabłyszczenia kombika i wbicia się weń. Kolejny typ to taki, któremu bardziej niż co innego podoba się szeroko rozumiana gimnastyka w gumiaczku. Począwszy od wszelkiej aktywności ruchowej z gatunku aerobikowej a na seksie skończywszy. Im dalej w las tym więcej drzew jak mówi przysłowie. Pojawiają się frakcje tych co to bardziej ciągną w kierunku szeroko rozumianej kontroli oddechu (patrz maski wszelkiej maści) oraz tacy, którzy bardziej w kierunku bdsm podążają. Zwłaszcza ci ostatni pozostając w obszarze gumowym rozszerzają asortyment zabawek o pompowane kneble i korki. Tak, tak ciągnie do tego co takie przyjemne w bdsm, ciągnie do tego, żeby być pomęczonym przez partnera, trochę inaczej niż klasycznie ale jednak. Sam lateks okazuje się być do różnych zastosowań dedykowany. Cieńszy, delikatniejszy dla opcji sofcikowej i całkiem gruby do kombików z wycięciami w miejscach strategicznych, a przy tym odporny choćby na chłostę. Idąc dalej pojawiają się elementy unieruchamiania, mumifikacji. Czyli jak w reklamie pewnej sieci komórkowej – menu skomponowane według potrzeb.
Nie mniej jednak cały urok tego gumowego szaleństwa bierze swój początek we wrażeniu jakie pozostawia lateks w zetknięciu ze skórą. A tego nie sposób opisać słowami, trzeba tego doświadczyć. Bo każdemu kto nie miał z nim kontaktu w takim właśnie wymiarze gumowe ciuchy kojarzą się z rękawiczkami gospodarczymi lub chirurgicznymi, czepkiem basenowym czy gumowym prześcieradłem. A w takich elementach trudno dopatrzeć się jakiegokolwiek stymulatora erotycznego. Dlatego też materiał to nie wszystko – ważny jest sam wyrób i to co się z nim (ewentualnie w nim) robi.
Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Środowisko Gumisiów wygląda na bardzo nieduże i rozproszone, ale jednego można im pozazdrościć. To bardzo otwarci ludzie, potrafiący śmiać się z innych i z siebie, z dużym dystansem do rzeczywistości i przyjaźnie nastawieni. Osoby pytane (a zadaję przecież pytania czasami bardzo bezpośrednie) odpowiadają i opowiadają bardzo chętnie i obszernie. Dotyczy to osób znanych mi osobiście, jak również tych dla których ja to jedynie netowy nick. I znowu porównanie do środowiska typowo bdmsowego wypada zdecydowanie na korzyść gumofilów. Brak zawiści, brak frustracji. Może z racji tego, że lateksowe fetyszowanie można uprawiać w pojedynkę a do dominacji, jak do tanga, potrzeba dwojga. Otwartość i chęć pokazania swoich małych tajemnic tym, którzy chcieliby je poznać jest zaskakująca. Już się cieszę na planowana kolejną imprezę i mam nadzieję, że będzie to czas mile spędzony. A co do stroju to ciekawe czy mogłabym pójść na imprezę w neoprenowej piance? To, co prawda nie lateks ale za to kombik. A może do tego czasu popełnię jakąś nową kreację z lacki? Pożyjemy zobaczymy. Jedno jest pewne na imprezę się wybieram żeby nie wiem co!
Nie mniej jednak cały urok tego gumowego szaleństwa bierze swój początek we wrażeniu jakie pozostawia lateks w zetknięciu ze skórą. A tego nie sposób opisać słowami, trzeba tego doświadczyć. Bo każdemu kto nie miał z nim kontaktu w takim właśnie wymiarze gumowe ciuchy kojarzą się z rękawiczkami gospodarczymi lub chirurgicznymi, czepkiem basenowym czy gumowym prześcieradłem. A w takich elementach trudno dopatrzeć się jakiegokolwiek stymulatora erotycznego. Dlatego też materiał to nie wszystko – ważny jest sam wyrób i to co się z nim (ewentualnie w nim) robi.
Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Środowisko Gumisiów wygląda na bardzo nieduże i rozproszone, ale jednego można im pozazdrościć. To bardzo otwarci ludzie, potrafiący śmiać się z innych i z siebie, z dużym dystansem do rzeczywistości i przyjaźnie nastawieni. Osoby pytane (a zadaję przecież pytania czasami bardzo bezpośrednie) odpowiadają i opowiadają bardzo chętnie i obszernie. Dotyczy to osób znanych mi osobiście, jak również tych dla których ja to jedynie netowy nick. I znowu porównanie do środowiska typowo bdmsowego wypada zdecydowanie na korzyść gumofilów. Brak zawiści, brak frustracji. Może z racji tego, że lateksowe fetyszowanie można uprawiać w pojedynkę a do dominacji, jak do tanga, potrzeba dwojga. Otwartość i chęć pokazania swoich małych tajemnic tym, którzy chcieliby je poznać jest zaskakująca. Już się cieszę na planowana kolejną imprezę i mam nadzieję, że będzie to czas mile spędzony. A co do stroju to ciekawe czy mogłabym pójść na imprezę w neoprenowej piance? To, co prawda nie lateks ale za to kombik. A może do tego czasu popełnię jakąś nową kreację z lacki? Pożyjemy zobaczymy. Jedno jest pewne na imprezę się wybieram żeby nie wiem co!
Subskrybuj:
Posty (Atom)