17 czerwca 2015

Oględziny


Przegląd tekstów własnych uprawiam, pod katem ich drugiego życia. I im dalej tym mam więcej wątpliwości. Są takie, w których nie zmieniłabym ani słowa (no może jakąś interpunkcję czy literówkę) ale są takie, które się nie dają czytać. Dziś się nie dają czytać. Infantylne. Owszem, wówczas odpowiadały konkretnemu stanowi ducha ale dziś nie użyłabym niektórych fraz choćby mnie końmi ciągano. Może wszystko ma swój czas i miejsce i odgrzewane nie smakuje jak świeże. Niekonwencjonalne (jeśli można użyć takiego słowa w odniesieniu do przedmiotu zapisków) ujęcie tematu jest nawet i dziś zabawne i ciekawe, ale niektóre elementy narracji – brrrrr. Udanych rewitalizacji jest niewiele. Stare teksty należy chyba zostawić tam, gdzie i kiedy powstały. A zamiast tego bryknąć na nura  :)

16 czerwca 2015

Rękawiczka


dość długo
obdarowywała mnie
wzrokiem myśli
wyciągając dłoń
zaprosiła mnie
na schody
w półmroku
głośnej muzyki
wpasowała się
ciałem w ciało
obrysowała kontur
moich ust poślinionym kciukiem
rozmazując szminkę
wtargnęła  niecierpliwie do środka
ugryzłam ją
uderzyła mnie
weszła gwałtem
dłoni we mnie
nie chciała wzajemności
zaspokoiła mnie szybko
i odeszła
zostawiła we mnie trofeum
koronkową rękawiczkę

Izabela Monika Bill


http://kochankapoezji.jimdo.com/erotyki/


Nostalgia dosiadła mnie dziś rano, w chłodny poranek. Spacerującą w parku dostrzegłam kobietę. Nieznajomą. Tak sądzę. Kiedy szła niespiesznie kołysząc biodrami nie mogłam nie wodzić za nią wzrokiem ciepłym i lepkim. Dreszcz przebiegał po skórze raz za razem. A może to tylko chłód poranka. Tuż po wschodzie słońca, park pusty, senny jeszcze, ledwie niektóre ptaki obwieszczały światu dzień. Odwróciła głowę, skrzyżowała spojrzenie. Kąciki ust uniosły się nieznacznie, lekko asymetrycznie. Powiekami odgrodziła się od świata, od parku, ode mnie. Odeszła bez słowa, mentalne palce wplotłam w trawę, żeby pozostać w miejscu. Rzęsami wydrapałam wokół siebie fosę żeby nie rzucić się jej pod nogi.

Ciepły uśmiech, w chłodny poranek. Muśnięcie powietrza powieką. W życiu piękne są tylko chwilę i każda jest jedyna w swoim rodzaju. Dla takich uniesień warto jest je kolekcjonować. 
Kobiety. 
Chwile. 
Kobiece chwile. 
Chwilowe kobiety. 
Carpe diem.

15 czerwca 2015

Słowo, które stało się dźwiękiem



Lubię, kiedy coś mnie zachwyci, złożyć wyrazy uznania autorowi. Zazwyczaj dotyczy to słów zgrabnie zestawionych lub kompozycji obrazu. I zazwyczaj na tym się kończy. Czasami jednak zdarza się, że adresat moich słów wykazuje ochotę na podtrzymanie dialogu. Lubię to. 

Kilku fotografów, których prace chciałam zaprezentować w ramach takiego właśnie dialogu udostępniło niepublikowane wcześniej, całkiem ciepłe jeszcze zdjęcia. Od jednego, choć od pierwszego kontaktu upłynęło już kilka lat, nadal dostaję wiadomości z nowymi pracami.
Zdarza się, że w wyniku takich kontaktów powstają słowa, opowieści a nawet światy. Nie jest to rutyna, zawsze miło jest mi móc zadać pytanie autorowi lub opowiedzieć o emocjach jakie wywołują we mnie jego słowa. 

Ale dziś wydarzyło się coś zupełnie nowego. Tym razem chciałam podziękować komuś, kto swoim głosem powołał słowa do życia. Cudze słowa, ale na swój unikalny sposób. Prawdę mówiąc treść była wtórna, słuchając widziałam tylko dźwięki i wyimaginowany obraz osoby. Wyobrażałam sobie jak układa usta wymawiając, na przykład słowo ‘kremowobiałe’. Czy trzyma dłonie na biurku a może pieszczotliwie tuli filiżankę earlgrey’a. Koniecznie z cytryną. Zawsze zastanawiają mnie ludzie, którzy piją tę herbatę bez kwaśnego złota - profanacja. Cytryna wydobywa nutę bergamotki i bławatków, i rozlewa małymi łyczkami do wszystkich kubków smakowych.

Głos – jeden z najbardziej seksownych atrybutów męskości (w jednym szeregu z dotykiem dłoni i gładko ogolonym policzkiem). Afrodyzjak. Właściwy tembr potrafi rozedrgać klatkę piersiową. Ten taki właśnie jest. Spokojny, niski, buszujący w głowie i trzewiach. Mógłby czytać nawet fizykę kwantową a i tak słuchałabym, zachłannie spijając każde słowo ale podarował mi Magnolię.

Dziękuję. Bardzo dziękuję za Głos. 

9×19 PARA



Pierwszy raz pochłonęłam ten tekst kilka lat temu, a dziś z tym samym drżeniem przeczytałam ponownie. Chandlerowską kreską skreślony typ głównego bohatera – opiekuńczy drań, brutalny i czuły. Ale oczywiście nie tyle on jest tu kluczową postacią co jego SiG-Sauer P226.

Owszem to nie mój najbardziej mroczny przedmiot pożądania ale zawsze jest to kaliber 9mm. Po macoszemu traktowany jest w słowie pisanym ten najpiękniejszy z afrodyzjaków. Dotyk na skórze, w dowolnym miejscu na ciele wywołuje dreszcz. Ciężar, chłód, gładkość – stawiają zmysły na baczność. Wprowadzić taki element do sceny i nie otrzeć się o kicz nie jest łatwo, wiem, ale Booberowi się udało. 

Z anatomii broni ułożył litanię, która pieści słowem pod nieobecność samego pistoletu "Oksydowana podstawa, lśniące suwadło zamka... Teraz leżał przede mną w częściach niczym naga kobieta na łóżku. Magazynek, zamek, wyciąg, sprężyna powrotna.” Poezja. I takt wybijany kolejnymi słowami, drogowskazy dla podniecenia, które miarowo w rytm słów przybiera na sile „Składam broń. Sprężyna, zamek, osłona, magazynek. Kilka sekund, pamięć mięśniowa, nawet nie myślę o tym, co robię. Magazynek wrzucam w zatrzask jedną ręką, wykorzystując jego bezwładność.” Mogę delektować się każdym słowem z osobna, każde tworzy błysk, każde zmusza neurony do wydobycia obrazu z zakamarków pamięci. Uwielbiać broń to jedno, ale potrafić o niej pisać w zmysłowy sposób to już maestria.

Dalej, dalej, mów jeszcze „Podsuwam mu pod nos SiG-a. Ruchem kciuka odbezpieczam go, a potem powoli przeładowuję. Dziewięciomilimetrowy nabój spada na podłogę z cichym brzękiem.” Czuję ten ruch kciuka, czuję jak nabój odbija się od podłogi wydając cichy brzęk. Słowa wibrują w powietrzu i niczego więcej mi nie potrzeba.

Fabuła prowadzona konsekwentnie przenosi do kolejnych elementów. Zakończenie, jak często u tego autora, zaskakujące zwrotem akcji. Ale za zwilżający dotyk pistoletu na kręgosłupie chapeau bas!

14 czerwca 2015

Hedonistka'70



Zdążyłam urodzić się i dorastać w poprzedniej epoce.
Zdążyłam być wzorową uczennicą.
Zdążyłam odebrać patriarchalne, katolickie wychowanie.
Zdążyłam poznać sex zanim otrzymałam dowód osobisty.
Zdążyłam przyjąć katolickie poczucie winy zamiast własnej osobowości.
Zdążyłam podjąć studia dla przyjemności.
Zdążyłam zmienić studia dla pragmatyzmu.
Zdążyłam pójść  w białej suki do ołtarza.
Zdążyłam oprzeć się prokreacyjnym naciskom rodziny.
Zdążyłam nabić sobie niejednego guza o szklany sufit w corpo.
Zdążyłam zaprzyjaźnić się z mężem.
Zdążyłam zostać matką, na własnych warunkach, w trzydziestym roku życia.
Zdążyłam wyjść z siebie, spojrzeć z boku i zapłakać.
Zdążyłam podróżować.
Zdążyłam złamać cały dekalog (jeśli antykoncepcję uważać za występek przeciw piątemu).
Zdążyłam nauczyć córkę mówić nie.
Zdążyłam zostać nurkiem jaskiniowym.
Zdążyłam zrobić karierę.
Zdążyłam zasadzić drzewo i zbudować dom.
Zdążyłam poznać ménage à trois.
Zdążyłam studiować podyplomowo.
Zdążyłam ulegać.
Zdążyłam pisać.
Zdążyłam czytać.
Zdążyłam poznać dotyk
Zdążyłam zebrać kolekcję literatury erotycznej.
Zdążyłam oddać się w ręce lekarzom a później dojść do siebie.
Zdążyłam śmiać się i płakać.
Zdążyłam poznać smak kobiety.
Zdążyłam poznać miejsce, w którym rozkoszy od bólu nie sposób rozdzielić.
Zdążyłam strzelać z ostrej broni.
Zdążyłam stworzyć Poczet Pierwszych Razów.

Czy to wszystko?
Nie.
To dopiero czterdzieści pięć lat.
A moja lista „to do” jest jeszcze długa, i w miejsce jednej zrealizowanej pozycji wpisuję kolejne.
Ja po prostu żyję :)