12 grudnia 2009

F jak Fetyszoza okiem organizatora

Żeby nie zostawiać na 'końcoroczne ' podsumowania czas na fetyszozowy rachunek sumienia i nie tylko. W telegraficznym skrócie impreza się odbyła niemal w stu procentach zgodnie z założeniami, nowe twarze performerskie przyjęte z aprobatą a moje zamysły natury wizualno-estetycznej pokazów zrealizowane.

Utrzymana została wypracowana poprzednio formuła "bezdomności" Fetyszozy - adres klubu nie był podany do publicznej wiadomości, a otrzymali go wyłącznie goście na zaproszeniach. Jest to ograniczenie jeśli chodzi o możliwości marketingowo-reklamowe, ale jednocześnie drastycznie obniża ilość osób przypadkowych, które wpadają na imprezę po to "żeby zobaczyć jak będzie i co się będzie działo". Z cała pewnością w przyszłości ta formuła zostanie utrzymana.
Wyeliminowana została podstawowa poprzednio usterka – lokal bez odpowiedniej wentylacji. Tym razem sprawnie działająca klimatyzacja była warunkiem koniecznym, który lokal musiał spełniać. I rzeczywiście pomimo, że palaczy było dużo jedynym namacalnym dowodem ich obecności był zapach ciuchów the day after, natomiast niepalącym dawali żyć J. Co prawda duet DJ próbował zmienić ten stan wypuszczając porcje dymu snującego się po podłodze ale miał on, na szczęście, jedynie walory dekoracyjne.

Druga z bolączek wszystkich imprez (nie tylko Fetyszozy) to słaba widoczność samych pokazów. Niestety tak długo jak długo pokazy nie będą się odbywały na scenie z prawdziwego zdarzenia a publiczność będzie stała problem będzie się miał dobrze. Próbą przeciwdziałania temu było wykorzystanie zdobyczy techniki dwudziestego pierwszego wieku w połączeniu z metodą bardzo starą. Pokazy odbywały się na tle lustrzanej ściany dzięki czemu widoczna była ta strona akcji, która zazwyczaj nie jest dostępna publiczności.


Drugi element wymagał nakładów technicznych oraz serii prób, ale zdecydowanie był strzałem w dziesiątkę. Pokazy były 'transmitowane' za pomoc ą kamery na monitory umieszczone w pozostałych salach klubu. Tym sposobem kto chciał przybywał obserwować na żywo, a kto wolał zostać na kanapie zerkał w telewizor. Zatem niewątpliwie jest to rozwiązanie, które powinno znaleźć zastosowanie na kolejnych imprezach, bo większość potrzebnego sprzętu znajduję się w klubach (rzutnik, ekran) wystarczy tylko mała kamerka, trochę pracy i parę metrów kabli. Co prawda taka kombinacja powoduje ograniczenia w wyświetlaniu na TV innych obrazków, ale jak to zazwyczaj w przyrodzie – coś za coś. Oświetlenie klubowe nie dawało możliwości transmisji obrazu przez co konieczna była instalacja dodatkowego oświetlenia kosztem kameralności wnętrz, ale takie są koszty bycia pionierem transmisji na żywo wewnątrz klubu.



Pierwszą i niewątpliwie unikalną "przystawką" Fetyszozy była wizualna podróż sentymentalna – kilkunastominutowy film zmontowany z różnych zdjęć, które powstały podczas poprzedniej imprezy. Głównie przedstawiały one pokazy prezentowane wówczas, odpowiednio dobrane i połączone w spójną całość, opatrzone zabawnymi animacjami i podkładem muzycznym. Niestety nie wszyscy wyrazili zgodę na wykorzystanie ich wizerunków w tej produkcji, stąd dzieła wybrane a nie zebraneJ. W nie jednym oku zakręciła się łezka wzruszenia kiedy obrazki trąciły strunę wspomnień. Dla nowych gości taka wycieczka była możliwością zorientowania się jak bawiliśmy wówczas czyli czego się spodziewać tym razem. Dodatkowo stanowi namacalny dowód Fetyszoza nie jest przygotowywana metodą 'copy-paste' powielającą te atrakcje, które już były, ale stanowi wartość dodaną jaką jest wymyślenie i zaprezentowanie zupełnie nowych pokazów. Uważam, że pomysł się sprawdził i spełnił pokładane w nim nadzieję oraz, że wart jest kontynuacji (tym bardziej, że niektórzy już wyrazili zgodę na wykorzystane fotek).


Przy dźwiękach harfy demoniczny Fossegrim o czerwonych oczach przywlókł za włosy kobietę, której ciało miało mu posłużyć do konstrukcji jego własnej harfy. Ciało, które odsłoniła rozcięta namiastka zgrzebnej szatki zostało naszpikowane igłami. Metodycznie – jedna obok drugiej. Piersi, mostek, brzuch, uda zalśniły stalowym blaskiem . Konieczność zapewnienia maksymalnej sterylności spowodowała, że igły nie mogły być otwarte wcześnie a jedynie tuż przed ich wbiciem. Dla jednych była to zbędna zwłoka w oczekiwaniu na efekt końcowy. Dla innych możliwość kontemplowania mimiki kobiety i chłodnego, wręcz demonicznego, wyrazu twarzy Fossegrima. I te jego czerwone oczy. Także w tym przypadku lustrzane odbicie potęgowało jakość przekazu, nawet 'próby' zasłonięcia aktywności palców na skórze kobiety pozostawały bezskuteczne, lustro bezwstydnie pozwalał zaglądać w nawet najbardziej skrywane obszary.

Z metalicznymi ozdobami w ciele kobieta została doprowadzona do harfy. Sprowadzona do klęczek idealnie wpisała się w konstrukcję zapełniając brakujący fragment. Odgięte do tyłu ciało, ręce uniesione wysoko i zaplecione na górnej, poziomej ramie instrumentu. Tworzyły całość. Piękną instalację, w której nie sposób było oddzielić 'martwej natury' od 'żywego implantu'. Długie, czarne włosy falowały miarowo w rytm oddechu, a ten stawał się coraz szybszy. W oczekiwaniu.

Pierwsza z błyszczących czarnych strun połączyła metal w ciele z metalem w drewnie. Pierwsza nić naciągnęła skórę wywołując grymas – bólu czy przyjemności – zadał sobie pytanie mój mózg. Niema. Niemal nieruchoma emanowała kumulującymi się w ciele emocjami. Czasem tylko błysk flesza w źrenicy wydobywał głębię przeżyć, czasem kąciki ust drgały w odpowiedzi. Struny, powoli rozpinały się pajęczyną tworząc czuły system nerwowy instrumentu, oczekującego na dotknięcie jedynej dłoni potrafiącej wydobyć żywy dźwięk z nieożywionego przedmiotu. Każdy ruch powodował reakcję łańcuchową kolejnych strun, które przenosiły go rytmicznie. Aż w końcu ciało przybrało swoją finalną pozycję, unieruchomione niemal przezroczystymi sidłami a demoniczne palce wydobyły drżenie powietrza wywołane głębią doznań. Ciało naprężone do granic, głowa odrzucona do tyłu, ekstatyczny wyraz twarzy i w kulminacyjnym momencie zerwanie połączenia. Tyle zachodu dla jednej melodii można byłoby powiedzieć, dla pierwszej i jedynej nuty. Teraz demon będzie musiał znaleźć kolejną niestałą w uczuciach kobietę, żeby móc zagrać te nuty z zastrzeżonych rejestrów.



Tradycyjnie w miejscu uczęszczanym przez panie rozłożył się żywy dywanik, po którym i tym razem przeszło się kilkanaście par butów. A z tego co udało mi się dojrzeć sam dywanik chwilami był bardzo usatysfakcjonowany porcjami endorfin.



Zupełnie niespodziewanie i niemal w ostatniej chwili LatexGuru zaproponował przybycie z vacbedem w celu ustanowienia rekordu ilości osób zassanych jednocześnie. I tak z pomysłu rzuconego luźno na forum LatexClubu zrobił się konkretny punkt programu, co prawda nie ujęty w programie z racji przygotowanych dużo wcześniej materiałów drukowanych. Zainteresowanie wypróbowaniem vacbeda przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dość powiedzieć, że kolejka chętnych się ustawiła i prawdę mówiąc to w ferworze walki zostałam obsługą techniczno-asekuracyjno-komunikacyjno-głaszczącą. Po zaspokojeniu pojedynczych chętnych przyszła pora na wspomniany rekord. I tu się okazało, że na grupowe upychanie chętnych niewielu L. Nie mniej jednak można swobodnie ogłosić, że rekord w tej konkurencji został ustanowiony i wynosi cztery osoby.


Po demontażu zabawek próżniowych przyszedł czas na jeszcze bardziej 'krępujący" punkt programu. Przy wtórze tradycyjnych japońskich dźwięków wśród scenerii zaaranżowanej bambusami i parawanem, w towarzystwie kimon, hakamy, zwojów sznurka i ostrych narzędzi odbył się pokaz shibari. Dynamiczny początek związany z atakiem krótkim ostrzem w wykonaniu gejszy. Obrona i gwałtowne sprowadzenie do parteru. Perfekcyjne oploty i szarpnięcie w górę, a chwilę później utrata kontaktu z podłożem. Spektakl pozwalający podziwiać kunszt sznurowania, zniewolone ciało majestatycznie obracające się na bambusowej konstrukcji. Nagły świst przecinającego powietrze ostrza. Jej krzyk. Jego krzyk. I sznur uwalniający z objęć gejszę równie gwałtownie jak ją w nie zagarnął. Piękno zaklęte w sznurze i oczekiwaniu, doprawione gwałtownością i emocją, feeria doznań wizualnych. Reasumując – kunszt wynikający z miłości do sznura.


Żeby zachęcić gości do interakcji zaplanowałam małą zgadywankę filmową. W filmach fabularnych pojawiają się mniej lub bardziej bezpośrednie sceny nawiązujące do zachowań charakterystycznych dla fetyszystów czy zwolenników BDSM. Czasami niewinnie wplecione mogą zostać niezauważone, innym razem BDSMowe atrybuty grają w nich główne role i nie sposób zignorować sceny. Poważne lub zabawne – w zależności od sytuacji i koncepcji reżysera czy scenarzysty. Sceny często zapomniane teraz wybrane i zmontowane w zgrabny zestaw. Chyba wszystkie pozycje zostały odgadnięte, jeśli nie po 'ściągawce' z faktami to po fragmentach. Sympatyczny przerywnik i nawiązanie do kolejnego prezentu dla gości.

Odkąd pamiętam fascynowały mnie stare jarmarczne plansze do robienia okazjonalnych zdjęć. Drewniane konstrukcje z kiczowato niezdarnymi malunkami, na przykład aeroplanu w chmurach, za sterami którego siedział pilot bez twarzy. Wystarczyło stanąć z tyłu, wystawić przez dziurę twarz i już posiadało się pamiątkę z "bycia pilotem". W tej właśnie konwencji została zaprojektowana plansza do pamiątkowych fotografii. Co prawda sklejkę i farby zastąpił banner reklamowy w nadrukiem komiksowego w wyrazie obrazka, no cóż – postęp technologiczny.
Chętnych było całkiem sporo, a co najważniejsze w zależności od nastroju można było zostać uwiecznionym zarówno jako seksowna domina jak i prowadzony przez nią na smyczy uległy.

Przedmiotem kolejnej wizualizacji była japońska miniaturowa rzeźba erotyczna w formie użytkowej - netsuke zabezpieczające przed zgobieniem sakiewki noszonej przy pasie kimona. Erotyczne netsuke stanowi wyjątek wśród figurek zwirząt i ludzi, tym bardziej zachwyca formą i dopracowaniem detali.żeli ma się świadomość, że figurki maja 5-7 cm wysokości.



Ile się trzeba napracować nad opanowaniem chichotów modelki potraktowanej zimną surową ryba w ryżu i wodorostach ten tylko się dowie kto taką kombinację popełnił. Body sushi - bo o nim mowa -udało się wywieźć nawet nie na środek Sali. Wszystko przez to, że albo goście byli bardzo głodni albo wielce spragnieni doznań wizualnych. Dość powiedzieć, że jeżdżący barek zaparkował wśród gości, z których jedni pałeczkami inni palcami, a niektórzy wręcz ustami rozbierali 'talerz' z ułożonych stosików sushi. Ba! Byli tacy, którzy od razu rezerwowali sobie miejscówkę "na zmywaku".



Po takim pokrzepieniu się goście wkroczyli na scenę. Rura zamiast do tańca posłużyła jako pręgierz przy którym solidnie wychłostano nie jeden, nie dwa ale trzy męskie tyłki a może nawet więcej (a i plecom się dostało). Dłonie trzymające władzę tj. pejcze, szpicruty, packi i co tam jeszcze było pod ręką zmieniały się nie mniej często niż biczowani. A chętnych do oglądania także nie brakowało.

Szkoda tylko, że pozostałe zabawki udostępnione gościom nie znalazły chętnych do ich używania i tradycyjnie leżały osamotnione i bezużyteczne. Być może byłaby szansa na ich zastosowanie gdyby można się było bawić do białego rana, jednakże właściciel lokalu był niewzruszony i trzeba było się zbierać. W związku z tym nie została zaprezentowana bajka o Jasiu i Małgosi ani rysunek na skórze krwią barwiony. Nauczka na przyszłość to realizować atrakcje zgodnie z planem bo czekanie na spóźnialskich skutkuje brakiem czasu na końcu. Następnym razem ruszamy zgodnie z rozkładem jazdy zgodnie ze słowami piosenki:

Jedzie pociąg z dalekaaa, na nikogo nie czekaaaaa....

5 grudnia 2009

Lidia Jasińska

"Dekalog jest zbyt krótki w stosunku

do możliwości grzeszenia."

I cale szczęście! Bo lepiej funkcjonować w wersji otwartej książki niż w modelu penalizującym zachowania wszelakie wykraczające poza standard (świadomie omijam określenie norma), zwłaszcza jeżeli używając nomenklatury mieszkaniowej standardem jest M1. Bo są rzeczy, o których nie śniło się filozofom i twórcom Dziesięciu. A świadomość tego, że co nie jest zabronione jest dozwolone pozwala popuszczać wodze fantazji J.

25 listopada 2009

Hołdującym dziękujemy


Każdy dzień przynosi nowe, ciekawe wypowiedzi, matrix normalnie. No bo kto może być większym ekspertem od zorganizowania niszowej imprezy niż ten, który dał dupy odwołując swoją pierworodną na tydzień przed terminem. Ale cała histeria bo nawet nie historia tej imprezy jest ciekawa. Ba! można ją zacząć od słów dawno, dawno temu…

Jakiś rok temu dostałam zapytanie o zgodę na zorganizowanie przez osobę trzecią własnej imprezy pod nazwa Fetyszoza. No cóż – działanie po najmniejszej linii oporu i minimalizacja ryzyka porażki, zawsze łatwiej zgromadzić ludzi pod identyfikowalnym szyldem niż pod ‘no name’. W świecie biznesu takie rozwiązanie jest praktykowane i znane pod nazwą franszyzy i nawet wówczas kiedy za licencję na używanie identyfikowalnego logo oraz przepisu działania płaci się żywą gotówką istnieje obowiązek zachowania standardów pierwowzoru. Nie zamierzałam i nie zamierzam czerpać korzyści materialnych z Fetyszozy ale warunek zachowania wszystkich reguł wg których impreza została skonstruowana był warunkiem koniecznym i nie podlegającym dyskusji. I tu zaczęły się schody ponieważ – co oczywiste – każdy ma własne wyobrażenie najlepszego eventu. Wyobrażenie to jedno a działanie to już zdecydowanie bardziej zaawansowana forma istnienia.

Jakież było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że zanim zwrócono się do mnie z prośba o udostępnienie nazwy poczynione zostały „kroki techniczne” takie jak zabezpieczenie domeny www.fetyszoza.org i posadowienie w niej forum o nazwie „Projekt Fetyszoza” czy założenia adresu mailowego fetyszoza@gmail.com. Nie twierdzę, że posiadam zarejestrowany znak komercyjny Fetyszoza, po prostu szokuje mnie takie bezczelne podszywanie się pod coś, do czego się nie przyczyniło nawet ruchem małego palca w bucie. Najwidoczniej jednak potrzeba zapisania się wśród osób, które coś zrobiły dla polskiej sceny fetyszowej była silniejsza niż poczucie etyki czy kindersztuba. Pod w/w adresem wisi… forum Fetyszomanii. Nadal! 

W lutym 2009 forum zostało udostępnione potencjalnym gościom i nadal bez  najmniejszego skrepowania prezentowany jest tam mail fetyszoza@gmail.com (jak widać na dzisiejszym zrzucie jest tam nadal i ma się dobrze). Forum zostało przeniesione do domeny Fetyszomania, ale z poprzedniej nie zostało usunięte, a jedynie ustanowiono przekierowanie. 


www.fetyszoza.org, data pobrania  25 listopada 2009


www.fetyszomania.org, data pobrania  25 listopada 2009
 
Tupet? Bardzo wysokie mniemanie o sobie? Brak szacunku dla innych? A może po prostu pytanie było pro forma bo bez względu na odpowiedź impreza miała się odbyć. Zgody finalnie nie udzieliłam, tym bardziej, że co do zasady nazwa Fetyszoza jest autorstwa Pana Męża. Nawet zakomunikowanie tego stanu rzeczy nie skłoniło potencjalnego organizatora imprezy do kontaktu z właścicielem nazwy. Kiedy forum zostało udostępnione potencjalnym gościom nadal nazywało się „Projekt Fetyszoza”. Im dalej w las tym więcej drzew, na szczęście – w bólach i komentarzach urodziła się nowa nazwa - Fetysz-o-mania.
Sytuacja o tyle dziwna, że 18 lutego 2009 Niedoszły Organizator przyznał publicznie na forum Libertyn, że nie otrzymał zgody na używanie nazwy mojej imprezy. W tej samej wypowiedzi dowiedziałam się, że to ja odpowiadam za niedojście do skutku imprezy zaplanowanej na 28 marca 2009. A powód… no cóż… nie sposób było się ze mną skontaktować. Odpadłam. A czy to moja impreza??  Zaprosiłam do siebie a jeżeli to za mało to już na to nic nie poradzę. Popatrzę jak będzie się ten projekt rozwijał. Posiedzę i popatrzę. A jak się usamodzielni to może i się wybiorę.

Przewrotny Ludovic Goubet

Swoich modelek szuka w paryskich klubach, w szczególności tych, którym bliżej jest do fetish niż do nocny. Wybiera amatorki, które chcą pozować w zamian za pamiątkowe portfolio. Przeszukał Internet, ale jedyne co znalazł to modelki przez duże P jak pieniądze.

Urodzony w 1961 we Francji, dorastał na przedmieściach Paryża, a dziś Paryż jest jego domem. Odebrał tradycyjne wychowania w szkole, która jak sam mówi – była jak kościół. O fotografii erotycznej dowiedział się od… ojca, a dokładnie z jego bogatej kolekcji książek i magazynów o tematyce erotycznej. Ojciec był przewodnikiem w świecie aktów ale i nauczycielem fotografii, także tej erotycznej. Jeśli chodzi o technologię to Ludovic Goubet przeszedł tradycyjną drogą – zaczął od fotografii analogowej, którą porzucił ze względów ekonomicznych i od tego czasu żyje szczęśliwie w związku z cyfrówką.

Jego marzenie jest zawiera się w zdaniu – album mojego autorstwa wydany przez Tashen.
W pracach Goubert'a jest przewrotność spowodowana wyjściem z szafy. Oś kompozycji często przechodzi pomiędzy modelami/ modelkami a przypadkowymi ludźmi na ulicy. Zaskoczenie, szokowanie, edukowanie – tak scharakteryzowałabym poniższą kolekcję. Nagość i ubraność, wnętrze studia i opustoszała ulica, szare tło i kolorowe stroje, a wszystko spojone naturalnością i swobodą. Chciałabym zobaczyć Paryż jego oczyma.









24 listopada 2009

Hipokryzja czyli nie-cywilna nie-odwaga

W pierwszym zdaniu mojego listu nadmienić należy, że bohaterami przypowieści nie są dzieci , nawet młodzież, ale całkiem dorośli ludzie. Spotyka się takiego osobnika osobiście, stojąc w odległości niecałego metra i prowadzi rozmowę. Wymiana zdań na tematy różne. A w czterdzieści osiem godzin później na jakimś forum pojawia się wypowiedzi tegoż osobnika, prezentująca zupełnie inne zdanie na ten sam temat. Kolejne forum i taktowne milczenie 'na temat' za to pierdolety o wyglądzie, rozpoznawaniu i nierozpoznawaniu ludzi.

Ze dwa lata temu pewnikiem bym się zirytowała i oblekła w purpurowy wkurw, dziś turlam się ze śmiechu z ludzkiej niedoskonałości. Świat jest mały, szczególnie ten pikselowy, a jeżeli mnie gdzieś nie ma to zawsze jakaś dobra dusza podrzuci link lub kopię wypowiedzi. Oczywiście istnieje ryzyko, że w głowie 'bohatera' mieszka całe stado ludzików a nie tylko on jeden i schizofrenia jest powodem zmiany zdania. Ale jednak stawiam na brak odwagi. I tylko ten mundur zupełnie nie pasuje… Kłamstwo ma króciutkie i grube nóżki, daleko na nich nie podefiluje ;).


17 listopada 2009

Relaks


1. Wyobraź sobie, że stoisz obok cichego strumienia, który łagodnie szemrze pośród skalistych zboczy.

2. Dobiega się miły i spokojny śpiew okolicznych ptaków, które leniwie unoszą się w górskim powietrzu.

3. Nikt nie wie o Twojej tajnej kryjówce i nikt Cię tu nie szuka.

4. Jesteś całkowicie chroniony przed nieustannie pędzącym światem.

5. Kojące dźwięki pobliskiego wodospadu przepełniają Cię błogostanem.

6. Woda jest krystalicznie przejrzysta.

7. Wyraźnie widzisz twarz osoby, którą przytrzymujesz pod wodą.

Podczytnięte u Bajki i przygarnięte :)

12 listopada 2009

Aaaaby banner na już!

Mile widziana pomocna dłoń poligraficzna przejawiająca się chęcią wydrukowania bannera reklamowego typu ulicznego o wymiarach 2 x 2 metry kwadratowe w baaaaaaaaardzo atrakcyjnej cenie zbliżonej do zera i oczywiście na wczoraj.

Projekt graficzny na krzywych w formacie ai (cokolwiek to znaczy) czeka zwarty i gotowy.

PS. Bo przysłowie, że krowa, która dużo ryczy (publicznie w szczególności) mało mleka daje sprawdziło się. Niestety :(          DO-OSTATNIEGO-ZŁAMANEGO-SŁOWA!

11 listopada 2009

Posezonowa

Listopad szaleje dając się we znaki jak tylko może. A morze (to Czerwone) nie otuli mnie rozkosznymi ramionami tej jesieni. A tygodniówki półdarmo –Brothers można machnąć za sześćset z małym hakiem. I co z tego skoro ja jeszcze nawet o zbieganiu ze schodów myśleć nie mogę więc o wędrówkach z dwudziestoma kilogramami szpeju, po kołyszącym się pokładzie i w płetwach nawet jeszcze nie marzę. Ba, wyparłam to nawet ze snów – po co się frustrować.

Świętowałam niepodległościową pełną gębą – niepodległość dla łóżka, pościeli i piżamowego dnia. Swoją droga to dość dziwaczne urządzać sobie piżamowy dzień skoro się w piżamie nie sypia, nieprawdaż? Ale jak to u mnie niewiele jest spraw, które można przyłożyć do jakiegoś schematu. Dzień upływał w miłym nic-nie-robieniu z przerwą na długą gorącą kąpiel i lekturę a w międzyczasie odpisywanie na maile w dużej ilości. Od pytań w rodzaju czy można na imprezę w adamowym stroju po ustalanie natężenia światła w reflektorach scenicznych.

Okresowy przegląd sytuacji plagiatopodobnych działań zaowocował dwoma ciekawymi blogami wrzuconymi do worka z odwiedzanymi, więc nie najgorzej. Przydałoby się sklonować albo rozmnożyć na najbliższe dziesięć dni bo za dużo tego jak na jedną głowę i parę rąk.

9 listopada 2009

(Nie)tolerancji oblicze kolejne

Wszystkie działania okołofetyszowe mają (z mojego punktu widzenia) dwa podstawowe cele – poznać i oswoić. Co? To proste – inność innych. Oswoić nie należy utożsamiać z adoptować czy nawet adaptować. Nie ma takiej potrzeby, ważne jest, że daję sobie i innym możliwość obcowania z innością nie koniecznie ta samą co moja własna.

Czy kiedykolwiek przyszłoby mi głowy żeby wciągać na siebie latexowy kombinezon? Dziś tak. Cztery lata temu może. Sześć lat temu – w życiu! Czego potrzebowałam? Przede wszystkim okazji do styczności z tym zjawiskiem. Czy sześć lat temu miałam pojęcie, że ludzie noszą gumowe ciuch dla przyjemności? Nie. Trzeba było iść na imprezę, spotkać tych ludzi, poznać i dotknąć. Tak dotknąć. I nie stałam się z tego powodu bardziej zboczona niż byłam ani też bardziej skrzywiona. Przez kolejne lata nie przeszkadzało mi spotykać się z tymi ludźmi "po cywilnemu" spędzać miłe wieczory przy lampce wina a jednocześnie nie powiększyć grona latexowych maniaków. Przyszedł na mnie czas i spróbowałam. Zakochałam się w tej elastycznej cienkiej powłoce. Ale nikt mnie nie nagabywał i nie przytłaczał koniecznością przystąpienia do grupy. Gumisie też ludzie J.

Na tej samej imprezie miałam styczność z pony play. I co? Do dziś nie wyrosły mi kopytka i ogon. Po prostu ten klimat do mnie nie przemawia, nie czuję go i nie mam potrzeby asymilowania. Ale miałam potrzebę doświadczenia empirycznego o co w tym biega.

Inna impreza, mniej więcej w tym samym okresie i spotkanie twarzą w twarz z trampingiem. Szok. Sprzeciw. Zachwyt. Szok, że kogoś to kręci. Sprzeciw dla propozycji zostania tramp linką. Zachwyt dla wyrazu twarzy pewnego pana. Ekstatycznego grymasu ust i całkiem silnej erekcji. Widziałam, współodczuwałam emocje ale nie miałam potrzeby konsumpcji. "Dywanika" znam i utrzymujemy mniej lub bardziej regularne kontakty.

Kolejna impreza, kolejne doświadczenie. Tym razem z transami. I co? I świat stoi jak stał. To ludzie, tylko ich frajda jest znowu trochę inna od mojej.

Modne lat temu kilka słowo, dziś już passe – pluralizm. Dokładnie tak różnorodność, której można dotknąć, poczuć, doświadczyć. Pamiętam dyskusje na latexowym forum dotyczącą wyboru klubu na imprezę. I sprzeciw części forumowiczów przeciwko organizacji imprezy w klubie gejowskim. Sprzeciw na miarę obrony Częstochowy. Pod hasłem nie może być tak, że ktoś wchodzi na latexowe forum i ma jednoznaczne skojarzenie, że latexofie to geje. Minęło parę lat i dziś podobne komentarze przeczytałam na forum cross dressingu, choć dotyczyły nie orientacji seksualnej ale BDSM. I zrobiło mi się smutno, lata mijają a stereotypy mają się dobrze. Niestety nawet u ludzi, który sami należą do "marginesu społecznych dziwaków".

I idea, która mi przyświecała trzy lata temu podczas przygotowań do Fetyszozy zajaśniała znowu – OSWOIĆ INNOŚĆ INNYCH. Nie dla nich ale dla mnie samej. Jak inaczej jeśli nie właśnie w ten sposób zmierzyć się z innością? Dlatego właśnie imprezy takie jak Fetyszoza powinny mieć swoje miejsce w imprezowym kalendarzu. I zachować właśnie te formę mieszanki różnorodności. Gdyby nie takie imprezy nie poznałabym kilkudziesięciu fajnych ludzi. Gdyby nie NationFetishParty nie widziałabym ludzkiej klaczy i nie dotknęłabym latexu. Gdyby nie Fetyszufka nie miałabym bezpośredniej styczności z transami. Gdyby nie FetishFucktory nie włożyłabym gumowego kombika. Gdyby nie… tu można wymieniać długo nie poznałabym ludzi, którzy pokazali mi swoja inność. Jak inaczej można poznać to, co zazwyczaj siedzi schowane bardzo głęboko w człowieku?

Oswoić inność innych. Ciekawe, co albo kogo przyniesie tegoroczna Fetyszoza? Już jej przygotowywanie pozwoliło mi poznać i ludzi i ich ciągoty tak odmienne od moich.

8 listopada 2009

Terapia narodu za pomocą seksu grupowego


autorka: Arundati


Widziałam.

Przeczytałam.

Odstawiłam na półkę.

I na tym mogłabym skończyć.

Ale nie byłabym sobą :)


Sucha, bezemocjonalna relacja napisana w konwencji planu lekcji, w skrócie można to sparafrazować następującym ciągiem alfanumerycznym:
20.00 - ubieram się w nową bieliznę
20.15 - zdejmuję majtki bo jednak nie będą potrzebne
20.30 - nie były potrzebne bo zrobiłam mu laskę w toalecie
20.45 - wracam spacerkiem do domu, brak majtek skończy się przeziębieniem pęcherz bo jest zima
21.00 - wiadomości telewizyjne Kaczyński obraził się na… ewentualnie powiedział, że …
21.15 - robię sobie dobrze za pomocą ... tu wstaw właściwe
21.30 - awantura w sejmie na temat...

błe błe błe bla bla bla. Wtórne, pozbawione emocji, jak odczytywanie rozkładu jazdy. Ani nie jest tak obrazoburcze, szokujące i perwersyjne jak jest reklamowane. Ani tak ciekawe. Jedynie język ładny (o co trudno dziś) poprawna polszczyzna.


Jeśli chodzi o wachlarz doświadczeń to niewielki, preferencje zdecydowane hetero (z łaski i bez przyjemności pojedyncze epizody homo), kilka scen swingerskich. Generalnie strata czasu. Nie poszerzyłam swojej wiedzy nawet o jeden ciekawy aspekt. Nie skłoniła mnie książka (a de facto przedruk bloga) do sięgnięcia po jakąś nowość bo takowej nie znalazłam. Przeczytałam do końca w nadziei na jakieś ciekawe wnioski podsumowujące. Niestety niczego takiego nie było. Dziś na nikim takie coś nie robi wrażenia. Reasumując to taka bardziej okraszona smrodkiem intelektualnym wersja pamiętników Fanny Hill i Anastazji P.   Nie polecam!

6 listopada 2009

Liz Winston

"Myślę, więc jestem samotna"

Prawdziwe. Niestety. No ale mówi się trudno i myśli się dalej.

4 listopada 2009

(De)waluacja słowa

Rok 2009 rokiem dewaluacji obietnic i robieniem z gęby cholewy ogłaszam. I to nie tylko w biznesie ale jak się okazuje także w tej części życia, którą nazywamy prywatną. O zgrozo! Kiedy usłyszałam po raz pierwszy stwierdzenie nikt ci tyle nie da ile ja ci obiecam uśmiałam się. Odczułam na własnej skórze jak bardzo prawdziwe jest to zdanie.

Co mnie nie zabiło to mnie wzmocni – tak to widzę. I jeśli ktoś zaciera ręce na myśl, że podwinęła mi się noga musi się rozczarować. Przyparty do muru mózg potrafi wygenerować kilka nowych idei w miejsce jednej zmarnowanej. Mój został niemal rozplaśniony na tej ścianie ale za to stanął na wysokości zadania.

Zastanawiam się czy kiedyś przestanę hołdować zasadzie, że ludzie są z natury dobrzy. I słowni. Pewnie taki dzień nigdy nie nadejdzie. A to oznacza, że życie będzie nadal wyboiste, będzie kopać i sprawdzać czy się poddam. A ja nadal będę wstawać. Zerwane ścięgna przyrosną, wiązadła da się pozszywać a mięśnie zmusić do ćwiczeń. Ale bez względu na uszczerbek na zdrowiu takt i dyplomacja nadal będą mieszkały u mnie tam, gdzie dotychczas. Mówię to, co myślę i tak już zostanie.