W najgorszych koszmarach nie widziałam siebie w takiej wodzie. I do tego jeszcze z zadaniami z nawigacji. Po co ja to robię? Aaaa już wiem - żeby moc wrócić do jaskiń :)
30 czerwca 2012
29 czerwca 2012
SINSESSIONS - wystawa fotografii BDSM
Ambitny projekt organizacji wystawy fotograficznej, który w zamyśle ma przełamywać siermiężno-pornograficzny wizerunek krajowego BDSM. Wystawa ma być prezentowana w Poznaniu i w Warszawie, a w przypadku zainteresowania galerii i współorganizatorów także w innych miastach.
Do pracy przy materiale zaproszono klimatycznych
fotografów o solidnym warsztacie i fachowym portfolio jak zapewniają organizatorzy. Fundusze na
urzeczywistnienie tej idei zbierane będą za pośrednictwem serwisu polakpotrafi.pl i wykorzystane na wydruk i oprawę zdjęć.
Tak było w założeniach. Rzeczywistość zweryfikowała je dość brutalnie - organizatorzy nie zebrali środków na przygotowanie wystawy i tym samym projekt odszedł w niebyt.
Nie wiem jakie zdjęcia powstały w ramach tego projektu, ale skoro praca została już wykonana to zapewne czeka na lepsze czasy i jak można wnioskować z innych działań organizatorów temat kiedyś jeszcze odżyje :).
SINTERACTIONS
Data: 21 lipca 2012
Lokal: Swingers Club Usta, Warszawa
Godz. 22.00
Godz. 22.00
Innowacje organizacyjne:
· formuła playparty dla mniejszego grona uczestników
· formuła playparty dla mniejszego grona uczestników
· kameralne miejsce - zamiast clubingowego wnętrza w centrum dedykowany swingersom lokal w podwarszawskiej willi
· podniesienie poprzeczki cenowej
· podniesienie poprzeczki cenowej
· open bar i catering w cenie wejściówki
Innowacje artystyczne:
· Misterium Grzechu by GanRaptor & Slaanesh
Cennik:
· pary, panowie - 250 PLN
· pary, panowie - 250 PLN
· panie - wstęp wolny
Abstrakt:
Impreza zamknięta, nastawiona na aktywny udział uczestników w proponowanych akcjach
rezerwacje mailowe: www.sinclub.org/sinteractions
Publikacje:
17 czerwca 2012
Był sobie kamieniołom
Po Zakrzówku kolejne boja w kamieniołomie w Piechcienie. Choć w zasadzie dla mnie to Waterloo. Niestety. Mam dość. Tak po prostu fizycznie dość. Co ja tu robię? Do cholery po kiego grzyba mam marznąc w pierdzielonym mętnym bajorku skoro moim celem są piękne białe jaskinie z krystaliczną wodą!!! Powaliło mnie czy co?
30 maja 2012
Paulo Coelho
"Zawsze trzeba wiedzieć, kiedy kończy
się jakiś etap w życiu. Jeśli uparcie chcemy w nim trwać dłużej niż to
konieczne, tracimy radość i sens tego, co przed nami"
Paulo Coelho
Właśnie to robię. Zamykam pewien etap moje nurkowego życia i zaczynam nowy. Już nie potrafię nie być taka. To mi pulsuje pod czaszką. Z tym obrazem zasypiam i z nim się budzę. Cenoty - przedsionek zaświatów. Jaskinie - kapsuła czasu
27 maja 2012
Zakrzówkowa inicjacja
Inicjacja krajowa, inicjacja sprzętowa. Łatwo nie było, żeby nie
powiedzieć wprost, że momentami było bardzo ciężko. Jestem zadowolona z
tego, że poradziłam sobie z twinem (poza wyjściem z ostatniego nurka,
które przysporzyło mi nieco problemów oraz trudnościami w sprawnym i
szybkim odnajdywaniu spłuczki).
Temperatura była przerażająca. Żadna z czynności pod wodą nie była wykonywana odruchowo. Każda sprowadzała się do artykułowania w myślach polecenia dla części ciała, która miała ją wykonać. Taki stan nie jest przyjemny a działanie w nim bardzo stresujące i wyczerpujące. Słyszałam stwierdzenie, z którym w pełni się zgadzam - tam się nie nurkuje dla przyjemności, tam się nurkuje dla umiejętności.
Nie pamiętam nawet jednego fragmentu ścianki, równie dobrze mogło to być nurkowanie w toni. Z ostatniego nurkowania jakiś zarys manekina czy innej postaci człekokształtnej, którą pokazywał Szeryf i strzelanie bojki (ale nie wygląd ścianki będący punktem referencyjnym). I jeszcze świadomość w jak niewielkim stopniu czynności, które uznałam za przyzwoicie wypracowane w warunkach basenowych okazały się zaledwie dostateczne.
Cholerne zimno dawało w kość Spłuczka, która żyła własnym życiem także.
Temperatura była przerażająca. Żadna z czynności pod wodą nie była wykonywana odruchowo. Każda sprowadzała się do artykułowania w myślach polecenia dla części ciała, która miała ją wykonać. Taki stan nie jest przyjemny a działanie w nim bardzo stresujące i wyczerpujące. Słyszałam stwierdzenie, z którym w pełni się zgadzam - tam się nie nurkuje dla przyjemności, tam się nurkuje dla umiejętności.
Nie pamiętam nawet jednego fragmentu ścianki, równie dobrze mogło to być nurkowanie w toni. Z ostatniego nurkowania jakiś zarys manekina czy innej postaci człekokształtnej, którą pokazywał Szeryf i strzelanie bojki (ale nie wygląd ścianki będący punktem referencyjnym). I jeszcze świadomość w jak niewielkim stopniu czynności, które uznałam za przyzwoicie wypracowane w warunkach basenowych okazały się zaledwie dostateczne.
Cholerne zimno dawało w kość Spłuczka, która żyła własnym życiem także.
24 maja 2012
Drugie podejście
Czwartek. Centrum miasta. On, ja i woda. Tak, tak, tam w lustrze (wody)
to niestety ja... Z twinem na plecach wcale nie było łatwo. Ciężkie
diabelstwo jak kamień młyński, i jak kamień pociągnęło mnie do dna.
Strach pomyśleć jaki atak paniki mogłoby mi to zafundować gdybym
odpuściła dzisiejszy basen i swój pierwszy raz odbyła dopiero w sobotę.
Szeryf jak zawsze pod woda seksowny do bólu, wyciągał ramiona i wtulał się w wodę. Nawet nie będę próbować zmiany postrzegania jego sylwetki w środowisku wodnym. Mogę sobie wmawiać dowolne kwestie, ale i tak pod powierzchnią wody mogłabym go pożreć wzrokiem gdybym się przestała pilnować. Nie ślinię się tylko dlatego, że mam automat w ustach.
Masakra numer jeden - całkowity brak kontroli nad pływalnością. Zeagle działał jak marzenie - dwa wciski inflatora i spokojne, delikatne hamowanie nad dnem. A teraz cholera wie ile trzeba pompnąć, żeby wór raczył się napełnić. Jak już w końcu został napompowany to ni mniej ni więcej tylko pokonując grawitację szybowałam ku powierzchni. I kolejny zonk. Tam były dwie spłuczki na samej krawędzi worka. Tu nie dość, że tylko jedna to jeszcze zdecydowanie wyżej, na pionowej części worka. Efektu nie trzeba opisywać nazbyt szczegółowo - z braku koordynacji ręka-spłuczka ćwiczyłam czy nadaje się na korek od musującego wina czyli brak wyhamowania przed powierzchnią. Wściekłość na złośliwość rzeczy martwych i generalnie na sytuację.
Żadna to przyjemność spaść na dno, żadna chwała zrobić windę do powierzchni. To, co dobre to łatwiejsza do zachowania pozycja, brak przechyłów bocznych. Innymi słowy po ustaleniu pływalności spadochroniarz całkiem zgrabnie wyszedł, helikopter nieco gorzej ale bez obciachu.
Kilka wizyt na powierzchni nie tylko z powodu wywalenia ale w celach edukacyjnych czyli omówienie. Na końcówce Szeryf zaordynował s-drill ze zmiana ról. I udało się całkiem zgrabnie. Z zaskoczeniem stwierdziłam post factum, że ani w jednym, ani w drugim przypadku nie użyłam paypassa do przedmuchania automatu. Czy to dlatego, że w Posejdonie jest on w innym miejscu? Czy może po prostu bezwiednie przeszłam na wyższy poziom abstrakcji? Nie wiem - liczy się efekt końcowy.
Później jeszcze omówienie co wyszło a co nie i dlaczego, na co zwrócić uwagę na wyjeździe. Dobranoc i w drogę ze sprzętem. Ku przygodzie w zimnej i ciemnej wodzie, z nową konfiguracją na sobie.
Szeryf jak zawsze pod woda seksowny do bólu, wyciągał ramiona i wtulał się w wodę. Nawet nie będę próbować zmiany postrzegania jego sylwetki w środowisku wodnym. Mogę sobie wmawiać dowolne kwestie, ale i tak pod powierzchnią wody mogłabym go pożreć wzrokiem gdybym się przestała pilnować. Nie ślinię się tylko dlatego, że mam automat w ustach.
Masakra numer jeden - całkowity brak kontroli nad pływalnością. Zeagle działał jak marzenie - dwa wciski inflatora i spokojne, delikatne hamowanie nad dnem. A teraz cholera wie ile trzeba pompnąć, żeby wór raczył się napełnić. Jak już w końcu został napompowany to ni mniej ni więcej tylko pokonując grawitację szybowałam ku powierzchni. I kolejny zonk. Tam były dwie spłuczki na samej krawędzi worka. Tu nie dość, że tylko jedna to jeszcze zdecydowanie wyżej, na pionowej części worka. Efektu nie trzeba opisywać nazbyt szczegółowo - z braku koordynacji ręka-spłuczka ćwiczyłam czy nadaje się na korek od musującego wina czyli brak wyhamowania przed powierzchnią. Wściekłość na złośliwość rzeczy martwych i generalnie na sytuację.
Żadna to przyjemność spaść na dno, żadna chwała zrobić windę do powierzchni. To, co dobre to łatwiejsza do zachowania pozycja, brak przechyłów bocznych. Innymi słowy po ustaleniu pływalności spadochroniarz całkiem zgrabnie wyszedł, helikopter nieco gorzej ale bez obciachu.
Kilka wizyt na powierzchni nie tylko z powodu wywalenia ale w celach edukacyjnych czyli omówienie. Na końcówce Szeryf zaordynował s-drill ze zmiana ról. I udało się całkiem zgrabnie. Z zaskoczeniem stwierdziłam post factum, że ani w jednym, ani w drugim przypadku nie użyłam paypassa do przedmuchania automatu. Czy to dlatego, że w Posejdonie jest on w innym miejscu? Czy może po prostu bezwiednie przeszłam na wyższy poziom abstrakcji? Nie wiem - liczy się efekt końcowy.
Później jeszcze omówienie co wyszło a co nie i dlaczego, na co zwrócić uwagę na wyjeździe. Dobranoc i w drogę ze sprzętem. Ku przygodzie w zimnej i ciemnej wodzie, z nową konfiguracją na sobie.
21 maja 2012
Pudło
Ja byłam. Sprzęt także. Nawet Szeryf . I co? I nico! Awaria na basenie i
z testów na ludziach nici. W czwartek drugie podejście. Więcej nie
będzie ponieważ... w piątek ruszamy na południe. Bez względu na stan
przygotowania.
20 maja 2012
Lustereczko powiedz przecie...
Nie ma co ściemniać - boję się. No bo jak to się nie bać? Mam
obcykane procedury albo raczej miałam je obcykane w starej wersji
sprzętowej. A dziś nie dość, że wsio nowe to jeszcze Szeryf się
zapowiedział na basenie na inspekcję. Nie mógł, cholera jasna, wybrać
się wcześniej? No dobra może wcześniej nie wszystko było na tip top ale
obciachu by nie było (no może poza back kickiem). A teraz to spinka żeby
się nie zbłaźnić zapominając coś zapić/ założyć/ umocować/ napełnić
(niepotrzebne skreślić lub dopisać). To nie żarty przecież uprząż nie ma
paru elementów (to podobno na plus) ale czy żenująco nie będzie jeśli
mi spadnie z grzbietu? No i spłuczka tylko jedna a odruchowo się do obu
sięga przecież. Aaaaaa! Nie mogę, po prostu nie mogę. No przecież nie po
to łaziłam na ten basen, żeby teraz pokazać żem nieuk.
A jak nie przywiozą twina? Niby mam plan B czyli Zeagle w samochodzie ale to nie o to biega! Przecież mam zrobić przymiarkę przed sobotnim sprawdzianem w Zakrzówku. Aaaaaa! Aaaaaaby atak paniki zażegnać wsparcie potrzebne!
A jak nie przywiozą twina? Niby mam plan B czyli Zeagle w samochodzie ale to nie o to biega! Przecież mam zrobić przymiarkę przed sobotnim sprawdzianem w Zakrzówku. Aaaaaa! Aaaaaaby atak paniki zażegnać wsparcie potrzebne!
19 maja 2012
Kolejna klamka zapadła
Wczorajszy wieczór to kolejny krok w stronę osiągnięcia celu. Tym
razem w temacie sprzętowym. Trzeba było podjąć decyzję o kompletowaniu
nowej konfiguracji. I ja podjęłam. A wczoraj odebrałam większość
zabawek.
Nie ukrywam, że trochę mnie toprzerażało poprawka
nadal mnie przeraża. I tak w ciągu 72 godzin stałam się dumnym ale
przerażonym posiadaczem Halcyona i zamiast ukochanego i znanego nawet z
zamkniętymi oczami Zeagle'a muszę szybciutko przyswoić obsługę nowego
ubranka.
Na dzień dobry zabawa w małego majsterkowicza czyli płyta, taśma, śruby i składamy. Na szczęście wszystko w komfortowych warunkach pod czujnym okiem Szeryfa. O ile łatwiejsze byłoby moje nurkowe życie gdyby którykolwiek z instruktorów, którzy mnie uczyli był choćby w połowie Nim. Najwidoczniej jednak zapisane było, że powinnam Go spotkać w tym roku :).
Chwilę później świecidełka czyli szybki kurs obsługi Led Maxima. Wielkie to i ciężkie bydlątko, ale widziałam je w akcji na Yukatanie - mucha nie siada. Z przyjemnością patrzyłam jak w szeryfowych dłoniach kolejno pojawiają się kolejne elementy zestawu. Wsłuchiwałam się w słowa o dbaniu o gwinty, uwagi odnośnie ładowania trybie ostrzegawczym. Gdyby mówił w obcym, nieznanym mi języku z tonu głosu wywnioskowałabym, że opisuje pieszczoty. Słowa wypowiadane z takim namaszczeniem, że nie sposób mieć innego skojarzenia.
W końcu przyszedł czas na Posejdony. Wiedziałam, czułam, że celowo zostawił je niejako na deser. Wszystko w kawałkach, do poskładania, wykręcane zaślepki, które robiły miejsce wężom, odkładane pieczołowicie w bezpiecznym miejscu. Chirurgiczne cięcie w obszarze osłonki membrany - żółta do pudła czarna na miejsce. Parząc na pewne, szybkie ruchy wyobraziłam sobie jak seksownie wyglądałby rozkładając i składając pistolet. Mniam. W końcu moje automaty połączone zostały z jego twinsetem. Kiedy odkręcił zawory a Posejdony wydały pierwsze tchnienie aż podskoczyłam. Ten dźwięk, ta wibracja do złudzenia przypominały... wystrzał z pistoletu. Nieprawdopodobne ale to ta sama reakcja ciała, którą znam z przekraczania progu strzelnicy. Ależ ja jestem pokręcona jeśli chodzi o reakacje na dźwięki i zapachy.
Poskładany sprzęt trzeba było jeszcze dopasować, a później zostało już tylko wziąć twina na plecki i mentalnie przekroczyć kolejny Rubikon. I tu naszły mnie wątpliwości. Ciężkie to bydle, ledwie wstałam z podłogi a już Szeryf ciągnął mnie do luster. Bałam się tego, co tam zobaczę. Bałam się ale poszłam. Szpej założony na batystową bluzkę wyglądał dość kuriozalnie, ale moje obawy sięgały dalej. Po głowie kołatało się pytanie czy to nie jest przerost formy nad treścią. Bo posiadać nie oznacza umieć używać. Szeryf rozwiewał moje obawy swoim czarującym głosem, ale nie wszystko dało się ułagodzić. Dość powiedzieć, że w poniedziałek planowane pierwsze zwodowanie basenowe. To ostatni gwizdek przed planowanym na przyszły weekend wypadem do Zakrzówka... A tam zimna i ciemna woda oddzieli tchórzy od zdeterminowanych. Mam nadzieje, że dołączę do tej drugiej grupy.
Nie ukrywam, że trochę mnie to
Na dzień dobry zabawa w małego majsterkowicza czyli płyta, taśma, śruby i składamy. Na szczęście wszystko w komfortowych warunkach pod czujnym okiem Szeryfa. O ile łatwiejsze byłoby moje nurkowe życie gdyby którykolwiek z instruktorów, którzy mnie uczyli był choćby w połowie Nim. Najwidoczniej jednak zapisane było, że powinnam Go spotkać w tym roku :).
Chwilę później świecidełka czyli szybki kurs obsługi Led Maxima. Wielkie to i ciężkie bydlątko, ale widziałam je w akcji na Yukatanie - mucha nie siada. Z przyjemnością patrzyłam jak w szeryfowych dłoniach kolejno pojawiają się kolejne elementy zestawu. Wsłuchiwałam się w słowa o dbaniu o gwinty, uwagi odnośnie ładowania trybie ostrzegawczym. Gdyby mówił w obcym, nieznanym mi języku z tonu głosu wywnioskowałabym, że opisuje pieszczoty. Słowa wypowiadane z takim namaszczeniem, że nie sposób mieć innego skojarzenia.
W końcu przyszedł czas na Posejdony. Wiedziałam, czułam, że celowo zostawił je niejako na deser. Wszystko w kawałkach, do poskładania, wykręcane zaślepki, które robiły miejsce wężom, odkładane pieczołowicie w bezpiecznym miejscu. Chirurgiczne cięcie w obszarze osłonki membrany - żółta do pudła czarna na miejsce. Parząc na pewne, szybkie ruchy wyobraziłam sobie jak seksownie wyglądałby rozkładając i składając pistolet. Mniam. W końcu moje automaty połączone zostały z jego twinsetem. Kiedy odkręcił zawory a Posejdony wydały pierwsze tchnienie aż podskoczyłam. Ten dźwięk, ta wibracja do złudzenia przypominały... wystrzał z pistoletu. Nieprawdopodobne ale to ta sama reakcja ciała, którą znam z przekraczania progu strzelnicy. Ależ ja jestem pokręcona jeśli chodzi o reakacje na dźwięki i zapachy.
Poskładany sprzęt trzeba było jeszcze dopasować, a później zostało już tylko wziąć twina na plecki i mentalnie przekroczyć kolejny Rubikon. I tu naszły mnie wątpliwości. Ciężkie to bydle, ledwie wstałam z podłogi a już Szeryf ciągnął mnie do luster. Bałam się tego, co tam zobaczę. Bałam się ale poszłam. Szpej założony na batystową bluzkę wyglądał dość kuriozalnie, ale moje obawy sięgały dalej. Po głowie kołatało się pytanie czy to nie jest przerost formy nad treścią. Bo posiadać nie oznacza umieć używać. Szeryf rozwiewał moje obawy swoim czarującym głosem, ale nie wszystko dało się ułagodzić. Dość powiedzieć, że w poniedziałek planowane pierwsze zwodowanie basenowe. To ostatni gwizdek przed planowanym na przyszły weekend wypadem do Zakrzówka... A tam zimna i ciemna woda oddzieli tchórzy od zdeterminowanych. Mam nadzieje, że dołączę do tej drugiej grupy.
7 kwietnia 2012
Derby?
Dnia 26 maja roku pamiętnego 2012 zatrzęsła się (s)cena
klimatu stołecznego. Z zakamarków pamięci wystaje zdarzenie z przed półtora
roku kiedy otarły się niemal o siebie dwie stołeczne imprezy klimatyczne fetyszomania
(FOM) i Fetish Fucktory (FF). Otarły bo terminy imprez przypadły po sobie w
tygodniowym odstępie. Wówczas ze strony osoby związanej z FF padło stwierdzenie
o niewłaściwym wyborze terminu tuż przed FF. Ciekawe, że punkt widzenia
„właściwości” terminu zależy od punktu siedzenia. W tym miesiącu mamy powtórkę
z rozrywki FOM contra SinStories (SS). Z jednej strony więcej niż powtórka bo
termin wyznaczono na tę samą datę. Z drugiej strony nie powtórka ponieważ
poznański SS przybył na gościnne występy do stolicy.
I jak zawsze – ile osób tyle zdań, zarzutów i dobrych rad.
Najbardziej rozbawił mnie jeden z komentarzy, w którym postawiono zarzut
organizatorom, że nie ustalili między sobą terminów. Boki zrywać! Dla każdego,
kto porwał się kiedykolwiek na organizację imprezy publicznej jest jasne, że
nie będzie jej ogłaszał na prawo i lewo zanim nie będzie miał minimum
potwierdzonych informacji. Jakich? Pomyślmy… lokalu, terminu, warunków wynajmu,
performerów ale przede wszystkim POMYSŁU na sama imprezę. A dopięcie choćby
połowy z tych elementów na tip-top zajmuje sporo czasu i lepiej go spożytkować
na przygotowania niż czczą gadaninię. Co prawda SinClub (SC) postawił sobie
wysoko poprzeczkę wybierając na plac boju inne miasto, ale nie od dziś wiadomo,
że bramka strzelona na wyjeździe liczy się podwójnie. Nie mniej jednak na
logistyce przedsięwzięcia można się poślizgnąć jak na skórce banana.
Skoro jednak mleko się wylało to można było brnąć dalej albo
się ułożyć. Po publicznych, mniej lub bardziej powściągliwych, wymianach zdań
organizatorzy obu przedsięwzięć wypracowali kompromis. Czy dobry? Nie wiem.
Pewnie nie, ponieważ kompromisy zawsze niosą ze sobą niewiadomą ustępstw. Dość
powiedzieć, że do derbowego pojedynku nie doszło i stołeczni gospodarze
ustąpili pola przyjezdnym.
Wydawać by się mogło, że SS wyszedł z tej potyczki z tarczą
ale zaraz potem organizatorzy strzelili sobie w stopę brakiem konsekwencji.
Tradycyjnie dyskusja drescodowa towarzysząca tego rodzaju przedsięwzięciom
podniosła ciśnienie ale i obnażyła słabości. Rozumiem, że koszty lokalu w
stolicy stanowią istotny punkt w budżecie i nie da się tego przeskoczyć ani
obejść. Rozumiem, że podniesienie ceny wejściówki ponad przyjęty od kilku lat
poziom pięćdziesięciu złotych od głowy było działaniem i koniecznym, i
uzasadnionym. W przytaczanym przeze mnie już kilkukrotnie Dublinie (jako, że
tam trafiam najczęściej jeśli chodzi o zagraniczne imprezy) cena wejściówki to
35 EUR. Cena jak to cena, ma to do siebie, że dla jednych jest akceptowalna a
dla innych nie. Dla porównania ceny biletów na koncerty w Kongresowej zaczynają
się od 99 złotych a kończą w okolicy 400 i jakoś Kongresowa nie świeci
pustkami. Sylwestrowe bale to poziom 250 złotych od głowy w górę. W moim
odczuciu coś co się odbywa zaledwie raz czy dwa razy do roku ma w pełni uzasadnione
prawo do wyższej ceny. Dokonując szybkiej kalkulacji opartej na realnej licznie
rzeczywistych uczestników imprez zamkniętych (nie traktuję jako takich FF ze
względu na fakt wpuszczania każdego kto kupi wejściówkę), która to liczba w
stolicy nie przekroczyła magicznej liczby STO oraz ceny wejściówki i własnych
doświadczeniach organizacyjnych prorokuję (z bardzo dużą dozą
prawdopodobieństwa), że organizatorzy SS będą musieli sięgnąć do własnych
kieszeni i to całkiem głęboko. Takie są realia. Niestety.
Bardziej jednak niż rozważania nad stroną finansową
zastanawia mnie charakter samej imprezy. Bajkowo-erotyczno-wieczorowy czyli
minimum garnitur i wieczorowa sukienka. Do tego należy dołożyć niezbyt fortunne
wypowiedzi organizatorów SS na FL jak choćby tę wytykającą, że FOM to innego
rodzaju impreza niż imprezy SC a ich porównywanie zawęża perspektywę czy te
mówiące o dyskwalifikowaniu uczestników ubranych w dżinsy,
t-shirty, trampki, koszule hawajskie, bermudki, glany i bojówki (oczywista
oczywistość cytując „klasyka”’) albo deklaracje, że jeśli ktoś
ma ochotę pozostać „w cywilu" to droga wolna. Mam bujną wyobraźnię ale w
tej mieszance jakoś nie dostrzegam klimatu BDSMowego, na fetyszowy nie liczę
ponieważ ci sami organizatorzy deklarują, że nie będzie to impreza stricte
fetish bo taka już w Warszawie jest.
No to zapytam tak przekornie o co w ogóle chodzi? Jeśli to
ma być elegancki bal przebierańców i cywilów a nie impreza fetyszowa to po
kiego grzyba było się oburzać, że FOM w tym samym czasie? Kto jest grupą
docelową SS? Z tego co można wnioskować po komentarzach to niezdecydowanych
jest sporo. Niezdecydowanych ponieważ nie wiadomo co to ma być za impreza.
Niezdecydowanych ponieważ za mało wiadomo co w środku i porównania do kota w
worku się pojawiają. Niezdecydowanych ponieważ podskoczyła cena.
Niezdecydowanych bo…. (powody można mnożyć – każdy może mieć własne).
Zastanawiam się czy projekt wystawy fotograficznej nie
zadziałał nieco na niekorzyść SC. Owszem próba zbierania funduszy w sposób
jawny godna pochwały ale efekty niestety mizerne. I trudno powiedzieć czy
powodem może być fakt, że darczyńców wymienia się z nicka, czy może po prostu
na taką inicjatywę nie ma zapotrzebowania. Faktem jest, że oba projekty oddziałują
na siebie za sprawą tych samych organizatorów. Jeżeli wystawa jest na prostej
drodze do porażki to czy to się przekłada na postrzeganie SS? Zobaczymy
31 marca 2012
Harlan Coben
„Lepiej kochać, a potem płakać.
Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby
potem go spalić.”
Harlan Coben
Nie mów nikomu
Nie mogę się otrząsnąć po Jukatańskich doznaniach. Chcę tam wrócić. Potrzebuję tam wrócić. MUSZĘ TAM WRÓCIĆ !!!
23 marca 2012
Cenoty moja miłość
Zakochałam się. W skalistych załomach wypełnionych wodą. Zakochałam się bez pamięci. Zakochałam się do szaleństwa. Od teraz nic już nie będzie takie samo. NIC. Tak wiele zmienię w ciągu najbliższego roku. Tak wiele.
27 stycznia 2012
VINTAGE & FETISH SHOW
Data: 1 marca 2012
Lokal: Moulin Rouge, Poznań, Nowowiejskiego 8
Godz. 20.00
Godz. 20.00
Innowacje organizacyjne:
· prelekcja "Fetysz w historii sztuki" by dr Katarzyna Lewandowska
· loteria biletowa
· wybór Królowej i Króla imprezy z pośród klimatycznie ubranych gości
· prelekcja "Fetysz w historii sztuki" by dr Katarzyna Lewandowska
· loteria biletowa
· wybór Królowej i Króla imprezy z pośród klimatycznie ubranych gości
Innowacje artystyczne:
· burlesque show w wykonaniu Pin Up Candy & Revel
· CATWALK - pokaz odzieży i bielizny alternatywnej
Abstrakt:
Impreza otwarta, prelekcja, pokaz + afterparty
rezerwacje mailowe: macko21@op.pl
Publikacje:
23 stycznia 2012
FETYSZ-O-MANIA 7
Data: 18 lutego 2012
Lokal: Kocioł, Warszawa
Innowacje organizacyjne:
· ?
Innowacje artystyczne:
· niespodzianka o północy
Abstrakt:
· na niecały miesiąc przed impreza szczegółów atrakcji brak,
Publikacje:
Subskrybuj:
Posty (Atom)






