2 czerwca 2009

Brothers Islands

I jak tu nie cieszyć się z takich widoków? Jedyne co, że tak szybko mija czas i zostają słonociepłe wpomnienia i czekanie na kolejną wyprawę w kolorową 'rupę rybną'. Co prawda nie Bonaparte, ale zawsze Napoleon we własnej osobie :)






1 czerwca 2009

Morgengeld

Pochodzący z kultury germańskiej zwyczaj polegający na tym, że mężczyzna po spędzeniu nocy poślubnej składał swej żonie podarunek stanowiący dla niej "rekompensatę" za utracone dziewictwo. Na pierwszy rzut oka całkiem miły obyczaj, ale... No właśnie jest jedno ale... Czy w przypadku niezadowolenia z nocy poślubnej nie składał go wcale? A co jak dziewictwo skonsumowane zostało przed sakramentalnym tak? Należał się prezent czy nie? I jeszcze jedno ale – a co w sytuacji, kiedy to pan młody nie stanął na wysokości zadania w poślubną noc? Czy składał dwa prezenty?
Swoją drogą zgłębianie zwyczajów około seksualno-związkowych potrafi nieźle nakręcić :)

31 maja 2009

Szczękę zbieram do dziś

Gdybym tego nie widziała na własne uszy i nie doświadczyła oczyma wiary bym nie dała. Nieomal prorocza okazała wzmianka o Pontonie. Kilka dni później odbyłam rozmowę z matką dziewiętnastolatki, która stała się elementem grupy wsparcia dla wpadniętej koleżanki. Włos zjeżył mi się na głowie kiedy usłyszałam, że Wpadnięta:
- nie słyszała o badania DNA w służbie potwierdzania/ wykluczania ojcostwa (była przekonana, że domniemanemu ojcu wystarczy się nie przyznać)
- nie słyszała o Postinorze Duo, Escapelle ani innych specyfikach „the day after”
- w ramach działań mających na celu eliminację wpadki podjęła głodówkę celem… (uwaga!) „zagłodzenia małego”.

Szukam na podłodze szczęki do dziś. Żeby zobrazować skalę szoku mogę tylko dodać, że Wpadnięta jest tegoroczną maturzystką, uczennicą renomowanego warszawskiego liceum (z zaliczonym przedmiotem wychowanie seksualne!!). Nie wiem czy bardziej nieprawdopodobne czy bardziej żałosne. Po szkole (mimo wszystko) nie spodziewam się zbyt wiele, ale rodzice dali ciała na całej linii. Prawdę powiedziawszy nie dociera do mnie, że można nie wyposażyć dorastającej kobiety w elementarną wiedze z zakresu życia seksualnego. Swoją drogą jak się ona uchowała w dobie wszechobecnego szumu informacyjnego z takimi lukami. Załamka na całej linii.

27 maja 2009

Grupa Edukatorów Seksualnych

Wygląda na to, że znalazłam miejsce, w którym można realizować potrzebę niesienia przysłowiowego kaganka oświaty (w tym przypadku seksualnego kaganka). Cel jak najbardziej słuszny a i formuła odpowiednia. Teraz tylko przemodelować rozkład dnia, żeby znaleźć czas na tę aktywność. Nie wiem jeszcze czy w formule odpowiedzi mailowych czy raczej spotkań twarzą w twarz ale spodobało mi się to towarzystwo. Przyjrzę się im bliżej.
Dobra nazwa, wieloznaczno-jednoznaczna, nie pozostawiająca miejsca na wątpliwości - PONTON.

25 maja 2009

Guido Crepax: Historia O i Justyna

Guido Crepax urodził się 15 lipca 1933 roku w Milanie, we Włoszech. Po ukończeniu architektury Uniwersytecie w Milanie pracował w reklamie, a następnie zajmował się ilustrowaniem okładek książek i płyt, tworzył rysunki do czasopism.


W 1965 zadebiutował jako rysownik komiksowy. Jego pierwszą kreacją była drugoplanowa bohaterka komiksu Neutron – Valentina, która w krótkim czasie przejęła rolę główną. Valentinę Crepax stworzył jako fotoreporterkę, która z racji hedonistycznego podejścia do życia i charakterystycznego dla wolnych zawodów trybu życia przeżywała niebanalne przygody. W trakcie serii ekstrawaganckich i często surrealistycznych przygód Valentina poznawała różnego rodzaju seksualne dewiacje.

Po "Valentinie" pojawiły się kolejne tytuły: "L'Astronave Pirata", "La Casa Matta", "La Calata di Mac Similiano", "Belinda", "Bianca", "Justine", "Salomé", "Histoire d'O", "Lulu" i wiele, wiele innych. Tytułowe bohaterki to kobiety w rolach ofiar, zanurzone w sadomasochistycznej rzeczywistości.

Crepax odcinał się od wszelkich spekulacji na temat własnych przeżyć zaklinanych kreską rysunków. Podkreślał, że mimo rysowania najzuchwalszych erotycznych perwersji, sam zawsze nienawidził przemocy i braku szacunku, a jego dzieła pozostawały tylko fantazjami przelewanymi na papier i nigdy nie przekraczały granicy dobrego smaku.

No cóż o dobrym smaku można dyskutować i doszukiwać się związków między fikcją literacką a wątkami biograficznymi. Bezsprzeczne jednak pozostaje, że tworząc te komiksy stworzył klasę sam dla siebie. Specyficzna, specyficzne historie, specyficzne kobiety… Wielbicieli komiksów nie zachwyci ze względu na tematykę. Miłośników bdsm ze względu na formę. Nie mniej jednak warto wiedzieć, że klasyka mistrza Sade występuję i w takim wydaniu. A co do wydania to jest bardzo staranne, powiedziałabym niekomiksowe. Dobry papier, twarda oprawa, obwoluta i czterysta czterdzieści stron obrazków.





24 maja 2009

Eric Marrian – Czarodziej Światła

Architekt i fotograf w jednym. Taki mix pozwala spojrzeć na linie i krzywizny kobiecego ciała z zupełnie innej perspektywy, traktując je jak szkielety konstrukcyjne kompozycji. Szkielety… no właśnie jeżeli prześwietlić zdjęcie do granic otrzymujemy odrealnione kompozycje, w których dopatrywać się trzeba cielesności. Układy linii i detali rozsmarowanych świetlistymi pociągnięciami na równie rozjarzonym tle. Seria zdjęć zatytułowana „Carre blank” to właśnie wyraz odmiennego stanu wrażliwości artysty. Wrażenie chłodu i zdystansowania uzyskane bardzo oszczędnym gospodarowaniem kolorem, długie, krzywizny rozcinające powierzchnię na mniejsze obszary z chirurgiczną niemal precyzją.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że te prace to bardziej malowidła podobne spłowiałym akwarelom czy freskom niż fotografiom. Ulotna eteryczność przesłaniająca konkretny kształt, który przedstawia. Mapa do ukrytego skarbu pokazująca wszystko i nic za razem. Taki właśnie jest Eric Marrian – Czarodziej Światła.


21 maja 2009

Albert Einstein

"Nie mam żadnych szczególnych uzdolnień.
Cechuje mnie tylko niepohamowana ciekawość".

świat jest ładny

to bezsilność uszminkowała świat
do fotografii
śnieg upudrowal kiełki konwalii
i drzewa mają wygięte rzęsy
prześwietlone okrągłym księżycem
- świat jest taki ładny
- na ulicy
długi cień latarni
wplątał się w deski płotu
milczącego podłużnie
w bramie - na przekór
skrzypiącym krokom
kwitną pocałunki
słyszysz - dzwonią
jak drzemiące główki konwalii
- świat jest taki ładny
- po drugiej stronie
zamkniętych okien

Halina Poświatowska


W codziennym biegu zapominam o tym, przechodzę mimo jak ślepiec. Nie dostrzegając drobnostek składających się na świat, budujących życie. Zachwyt konwaliowym aromatem wdzierającym się w najdalszy z neuronów pozostaje zachwytem. Choćby nawet konwalie oddały swoje ostatnie tchnienie. Odrodzą się znowu w kolejnym maju i równie upojnie będą pachnieć. Zielonogładki dotyk liści wzruszonych rosową kroplą w zagłębieniu blaszki przytulonej do filigranowej łodyżki. Perlista kropla rozkoszy, nektar bogów. W cieniu wielkich drzew, ukryta przed wścibskimi spojrzeniami czeka na dłoń, która pieścić będzie nim zada ból wyrywając życie z korzeniami. Do zobaczenia moja piękna w innym czasie i miejscu...

Testosteronowy tydzień

Jedenaste – tylko stały partnur lub partnurka zapewnią pełnię satysfakcji. Amen. A jak się nie ma to się jest skazanym na przypadkowe kontakty niestety. I ryzyko większe, i bezpieczeństwo niepewne. Ale mając wybór z przypadkowym lub wcale wybieram to pierwsze. Tym razem zestaw zwierzyńca jaki się trafił na łodzi przeszedł wszelkie dopuszczalne normy. Dziesięciu facetów, dwie kobiety, średnia wieku czterdzieści plus minus dwa. I jedno zastrzeżenie – większość panów to spuszczeni z łańcucha mężowie, spędzający czas na onanizowaniu się werbalnym, piwie i lekturze z rzadka przerywanymi znurkowaniami. Wiekowy dowcip o facecie, któremu wszystko się kojarzyło z dupą musiał powstać w takich właśnie warunkach środowiskowych. Panowie bowiem w każdym zdaniu umieszczali zarówno dynamizatory werbalne jak i wycieczki w krainę seksualności, fizjologii i preferencji seksualnych. Słuchają z boku można dojść do wniosku, że to banda krypto gejów na przepustce. Poziom testosteronu wzrastał wprost proporcjonalnie do poziomu zaazotowania. A mniej lub bardziej głębokie myśli o uprawianiu seksu ubierane w słowa i rozkładane na stole począwszy od śniadania były na porządku dziennym.

Żal mi ich. Po prostu żal. Tyle ich co sobie pogadają. Dowcipni, inteligentni ludzie wtłoczeni w okowy codzienności, z którą – najchętniej – nie mieliby nic wspólnego. Czasami takie przebywanie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w towarzystwie sfrustrowanych samców potrafi dać do myślenia. Czy naprawdę ludzie muszą uciekać od ludzi, których wybrali sobie na partnerów życiowych, żeby… no właśnie nie po to, żeby być sobą, ale po to, żeby móc powiedzieć głośno co im w duszy gra. Czy to pruderia czy strach? Pruderię jeszcze jestem w stanie zrozumieć – wychowanie wyniesione z domu, wolno- nie wolno, wypada – nie wypada i w końcu co ludzie pomyślą. Ale strach przed wyartykułowaniem własnych pragnień/ marzeń.
Życie jest zbyt krótkie, żeby kisić marzenia na później. Zdecydowanie za krótkie. A przecież mąż nie mydło i się nie wymydli. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć chorobliwej zazdrości i bycia zakładnikiem czyichś wyimaginowanych fobii. Ja osobiście uwielbiam zapach innej kobiety na Mojej Drugiej Połówce. Oj czas zrobić wiosenne porządki w sypialni i przekserować tu jakiś ruch.
Najwyższy czas.

20 maja 2009

Pracoholizm mordercą libido

Cichym mordercą. Skutecznym. Bezwzględnym. Co było najpierw tego nikt już dziś nie odgadnie. Czy brak chęci na sex popycha w dodatkowe godziny biurowe czy wręcz przeciwnie przepracowanie odparowuje wilgoć intymną? Faktem jest, że jednego z drugim pożenić nie sposób. Właśnie gdzieś mi umknęło pół roku. Tak po prostu. Jakbym się położyła spać i obudziła przespawszy kilka miesięcy. Niby nic, a jednak w kalendarzu były takie pozycje jak moja własne urodziny, imieniny, święta (jedne i drugie) sylwester, rocznica ślubu, pierwsza komunia i parę innych wydarzeń. I tylko mnie w nich nie było.

Pół roku. O zgrozo. Pół roku!

I w imię czego? Terminów? Raportów? Sprawozdań? Podatków? Ja wysiadam. Moje życie podróżuje expresem, miesiące przelatują jak obrazy za szybą. I nawet się nie spostrzegłam jak stałam się obcą osobą. W domu. Przeklinam to moje cholerne poczucie obowiązku i profesjonalizmu. Cóż z tego, że wyprowadziłam kolejny koniec świata na prostą? Nie można do końca życie przecież robić za jednostkę specjalną. Poszukam dla odmiany nudnej pracy dla starszej pani i przestanę zbawiać świat.

Na początek zacznę od jakiejś porządnej imprezy, panny (lub mężatki – bez różnicy), alkoholu i ogłuszającego brzmienia. A potem się zobaczy. Wróciłam do żywych!

28 lutego 2009

FETISH FUCKTORY


Data:    7 lutego 2009
Lokal:   M25, Warszawa


Innowacje organizacyjne:     
  • brak
Innowacje artystyczne:        
  • Anna Biernacka Fugazi
  • FemDom „BDSM FEVER” (Misstress Monique - Starfuckers, Coma Night)
  • Porno kino
  • Sex na żywo


Abstrakt:    

Wyciąg z regulaminu imprezy: Ze względu na charakter imprezy wstęp tylko dla osób pełnoletnich lub z dorosłym opiekunem!!! 



Publikacje:




4 stycznia 2009

Płonące ćmy (by Amberlake Cyrian)

Co można powiedzieć o tekście rzeczonym? Hmm… Jedno z całą pewnością – jest to tekst zawierający sporo opisów scen s/m. Niestety jak to zwykle z kontynuacjami bywa nie dorównuje jakością Tatuażowi nocy. Fabuła tak bardzo banalna i przewidywalne, że czytałam głównie dla zasady. Szkoda, bo utracona została aura tajemniczości. W drugiej części nawet ‘szkoła’ nie jest wystarczająco przekonywująca. Autor prześlizgnął się przez to co robią ‘mistrzowie’ w sposób najbardziej skrótowy z możliwych, sprowadzając ich role do playboyów w ciągu dnia i biczowników w nocy. Nawet próba znalezienia wytłumaczenia znaczenia domina-mydłą została w sposób pośpieszny i pozbawiony autentyzmu skonstruowana. Szkoda.
Reasumując – lepiej pozostać przy lekturze pierwszej części i nie zaprzątać sobie głowy sztampową historyjką. Dzięki temu można uniknąc niesmaku. Tym razem 'kolekcja afrodyty' jest jak najbardziej dobranym podtytułem.

3 stycznia 2009

Kazikowe prawdy

„Gdy nie ma w domu dzieci to jesteśmy niegrzeczni…” jak śpiewał Kazik. A zakrzyknąć mogę tylko amen. Ferie i wakacje wymyślone są wszak jedynie po to, żeby… dać oddech rodzicom. Będąc dzieckiem patrzyłam na to z trochę innej perspektywy – własnych przyjemności związanych z wyjazdami. Punkt widzenia zmienia się z wiekiem jak widać Dziś na hasło zimowisko robi mi się uśmiech baaardzo szeroki. I nawet fakt, że jest to w czasie największej gorączki w robocie nie potrafi mi zepsuć tej przyjemności.

Po pierwsze śpię ile chcę i nic ani nikt mnie nie budzi. Na własne życzenie przekręcam sobie dobę. Po drugie spędzam w łóżku dowolna ilość czasu – śpiąc, leżąc, czytając czy bzykając się do upadłego. Otóż właśnie upadłą kobietą jestem po ostatnim weekendzie. Swoboda. To jedno słowo ciśnie się na usta, których nie trzeba już zatykać poduszką. Swoboda wyrażająca się w otwartej SZUFLADZIE i walających się po sypialni sprzętach różnorodnego pochodzenia i zastosowania. Nocne spacery po świeżym śniegu i gorąca herbatka przy kominku. Swoboda – bo NIC NIE MUSZĘ!

„Jeszcze tylko kilka dni i nocy i wszystko wróci do normy…” śpiewa dalej Kazik. Wróci, to prawda, ale to co się wydarzy przez ten czas to moje. A poza tym ferie zimowe, regularne dwutygodniowe już niebawem. Oj będzie się działo, tym bardziej, że będzie już po pożarze w robocie więc i wieczory będą się mogły wcześniej zaczynać, i towarzystwo można będzie sprosić, i supełki poćwiczyć w większym gronie. Iiiiiha!

2 stycznia 2009

Porcelanowa Laleczka z gołym tyłkiem!

Najnormalniej w świecie mam ochote przełożyć ją przez kolano o wklepać na gołą parę razy. Cholera mnie trafia na miejscu i na dodatek ślinię się na samą myśl o niej. Nie ma to jak oddać namiętny pocałunek a potem zabrać dupę w troki i pojechać na narty. Oszaleję przez nią jak tak dalej pójdzie.

31 grudnia 2008

Roboczy nocodzień

Dzień z nocą się zlewa bo kiedy wstaję jeszcze ciemno, kiedy wracam już ciemno. Gdyby nie to, że czas ten spędzam przy biurku mogłabym powiedzieć o sobie, ze prowadzę nocny tryb życia. Poziom stresu rośnie jak temperatura w wulkanie, oczy i mózg odmawiają posłuszeństwa. A możeby tak zmienić rok obrotowy i kończyć go powiedzmy w marcu? Można by wówczas pomyśleć o świąteczno-noworocznym wypadzie gdziekolwiek, albo o feriach zimowych (nie koniecznie na nartach co prawda, ale jednak).
Równania ze zbyt dużą ilością zmiennych po prostu długo się rozwiązuje. A do tego jeszcze negocjacje warunków i najbardziej trywialne sprawozdania i deklaracje. W sumie gdyby wyciąć z kalendarza grudzień i styczeń byłoby naprawdę miło!
Zmęczenie wyssało ze mnie całą energię przywieziona w listopadzie z Egiptowa, nic już nie zostało, żeby nie powiedzieć, że jadę na debecie energetycznym. Gdzieś tam majaczy nieśmiało Wyspa Gorąca… kto wie, może jak się już obrobię z tą "końcoroczną" buchalterią…

30 grudnia 2008

Richard Young - Studium dopieszczenia

Richard Young kolejny przypadek artysty spełnionego w dorosłości. No bo jak inaczej określić człowieka, urodzonego w Yourshire w 1961 roku, który po ukończeniu studiów artystycznych decyduje się na pracę w inżynieryjnym przedsiębiorstwie? Na szczęście jego pasja do podróżowania zawiodła go na Środkowy Wschód, gdzie zakotwiczył aż na dziewiętnaście lat. Obecnie osiadł w Devon, gdzie komercjalizuje swoją twórczość – posiadaną łatwość do rysowania, skoncentrowaną na ciele, w tym, w szczególności na ciele nagim lub… tańczącym. Jego prace należałoby określić jednym słowem – dopieszczone. I to zarówno pod względem pociągnięć pędzla czy węgla jak i kompozycji. Kobiety na jego płótnach roztaczają aurę swojej woni, przesyconą upojna barwą spełnienia. Rozciągnięte leniwie jak kotki jeszcze dyszą dopiero co zaspokojoną namiętnością. Nie potrafię pomyśleć o nich inaczej jak tylko – jeszcze ciepłe, jeszcze wilgotne, jeszcze zdyszane. I chociaż artysta próbował uchwycić je w bezruchu to ich piersi wciąż jeszcze falują w rozedrganym oddechu, nozdrza unoszą się łapiąc łapczywie hausty powietrza, ciało dopiero co wyprężyło się w ekstazie. Tak, bez wątpienia mogę nadać mu miano Pierwszego Dopieszczyciela.















Rozogniona samba, płonące tango, zmysłowy balet i pelnokrwiste flamenco - zatrzymane pod pędzlem w galerii Dancers cielesność kobiecości w galerii Figurative to coś, co szczególnie polecam.

Nie mogłoby również zabraknąć czerwieni rozchylonych warg. Zmysłowo zapraszających do tego żeby ich dotknąć. Przyprószone bielą może wyschnięte od zbyt szybkiego oddechu i krzyku, a może z zaschniętą i skruszoną już teraz powłoką z płynnej męskości? Kto może wiedzieć, jak to było naprawdę…


29 grudnia 2008

Tatuaż nocy (by Amberlake Cyrian)

Pozycje opatrzone etykietą „Kolekcja Afrodyty” nigdy nie wzbudzały mojego zainteresowania ani, co może istotniejsze, uznania. Słabe wydanie kieszonkowe, gazetowy papier, drobna czcionka i ta etykietka przywodząca na myśl pospolite „charlekinowate” romanse o miernej wartości literackiej, z fabuła osnuta na gołym tyłku. Ponieważ jednak książek o tematyce bdsm nie jest dużo, jat to mówią na bezrybiu i rak ryba.

I jakie miłe zaskoczenie subtelnością języka i ciekawą konstrukcją fabuły. Retrospekcja oprawiona w ramki z czasu teraźniejszego. Nieprzypadkowa przypadkowość sytuacji, gra na ludzkich emocjach – tych najsilniejszych – od zatracenia się rozkoszy po nienawiść, od złamania do buntu. Całość zaś owiana tajemnicą niedopowiedzenia. I to, co tak bardzo lubię – i w literaturze, i w rzeczywistości – złudzenie. Wytworzenie w umyśle rzeczywistości, która nigdzie poza nią nie istnieje. Podsycanie namiętności przez aranżowanie sytuacji, spotkań, miejsc, nadawanie im nowych wymiarów i znaczeń. Misterium przemienienia zwykłego w niezwykłe, snu w jawę i marzenia w spełnienie.

Bardzo trafnie i dogłębnie pokazana ewolucja postrzegania samej siebie przez główną bohaterkę. Jej droga od wyparcia, przez rezygnację do akceptacji… własnych pragnień. Mieć odwagę je spełniać to pełnia człowieczeństwa, bez względu na to jakie to pragnienia. Nawet jeżeli ich ujawnienie okupione jest swoistym przymusem. To, co najbardziej jednak ekscytujące w konstrukcji powieści to niezłomność zasad przyjętych w społeczności. To symbole zamiast słów. To świadomość, że bez względu na to jak bardzo szalone wydają się być pragnienia ich spełnianie ma dawać, i daje, wyłącznie przyjemność. Niepisane reguły, bezpieczeństwo i opieka – to warunki, w którym można pielęgnować i hodować własną uległość. Anonimowość pozwalająca czasami na więcej. Ale nigdy poza granice dobrego smaku i zdrowego rozsądku.

Nie miałabym nic przeciwko powstaniu takiego… klubu powiedzmy tuż za rogiem…

25 grudnia 2008

George Sand



Kobiet nie można zrozumieć - trzeba je kochać.


23 grudnia 2008

(...) więc jesteś

więc jesteś jesteś jesteś
daj niech sprawdzę
niech cię dotknę raz jeszcze dłonią i ustami
niech w oczy spojrzę chociaż najmniej wierzę
oślepłym ze zdumienia oczom
jeszcze twój głos usłyszeć chcę
zapachem się zaciągnąć
pojąć cię raz na zawsze wszystkimi zmysłami
i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo
dochodzić prawdy pocałunkami
Halina Poświatowska


Trzysta pięćdziesiąt pięć. Tyle właśnie i ani jeden dzień krócej czekałam aż rozchyli dla mnie wargi i odda pocałunek. Delikatność wnętrza wynagrodziła każdy dzień oczekiwania. Perfekcyjnie upojna chwila, która dołącza do kolekcji emocji, mojego osobistego panteonu wzruszeń. Nigdy jeszcze kobieta nie urzekła mnie tak swoją delikatnością. Nieśmiała, niezdecydowana, płocha. Oddała pocałunek tak żarliwie, tak namiętnie, że musiałam przywołać całe pokłady silnej woli i zdrowego rozsądku, żeby nie skonsumować jej publicznie. Właśnie tam, wśród ludzi. Wystarczyło ją posadzić na barze, o który się opierała…

Kiedy oddechem dotykałam jej karku odwracała się i zarzucała mi ręce na szyję podając usta. Cudownie krucha. Filigranowo kusząca. Zamykałam ją w objęciach walcząc z pożądaniem i innymi dłońmi. Była mrocznym obiektem pożądania. Roztańczona, emanująca zwierzęcym magnetyzmem i rozsiewająca feromony. Rozchwytywana przez tancerzy, powracająca raz za razem do wodopoju i moich ramion. Młodość ma swoje prawa. Cudownie było patrzeć jak wzbudza zachłanność ust i dłoni, jak mami i odchodzi pozostawiając wiszące w powietrzu niespełnienie. Ale jeszcze cudowniejsze było wyjść tuląc ją do siebie. I mieć tylko dla siebie. Przez chwilę. Bo w życiu piękne są tylko chwile, a ta była jedną z nich.
Moja Laleczko z Porcelany powtórzę za poetką - niech cię dotknę raz jeszcze dłonią i ustami.

15 grudnia 2008

Afrodyzjak prochem podszyty

Niezmiennie elektryzuje mnie myśl o trzymaniu w dłoni pistoletu. Nie, to nie jest elektryzowanie, bo to rodzi się gdzieś w gardle ściśniętym z wrażenia. I spływa w dół, zapierając dech w piersiach zaczaja się na chwilę w słonecznym splocie. Przycicha, przygasa, żeby buchnąć płomieniem w podbrzuszu. Trzepocze skrzydłami rozwijanymi do lotu. Z każdą sekundą, z każdą minutą coraz mocniej, coraz śmielej.

I w końcu nadchodzi ten moment, kiedy wyciągam palce, żeby dotknąć zimnej stali. Tym razem na wolnym powietrzu. Tak lepiej. Wiatr oblatywacz zabiera moje westchnienia. I tylko tak trudno się skoncentrować, pamiętać, żeby nie wsunąć dłoni między uda, żeby ugasić kotłującą się tam żądzę.

Glocka nawet nie dotknęłam, dziś moim towarzyszem skrywanej rozkoszy był Jericho. Większy, cięższy, obcy. A mimo to dreszczył mnie rozkoszą przez zgrabiałe z zimna palce. A może właśnie to fakt, że był nieznajomy jeszcze bardziej ekscytował. Już samo ładowanie magazynka ma dla mnie konotacje iście seksualne. Kaliber 9 – maleńkie, gładkie metalowe łechtaczki. Cudeńka przetaczane w opuszkach palców, wgniatane kciukiem w otwarte wnętrze stali.

Ona gdzieś tuż obok, tak krucha i zaangażowana. Tym razem przegrała ze Stalowym Potworem. W każdym razie stawał się obiektem nie tyle pożądania co raczej zaspokojenia żądzy. Właśnie tak. Kiedy stawałam tuż za nią dotykając wzgórkiem jej pośladków mogłabym ją pochłonąć. Na szczęścia musiałam się podporządkować rygorowi, słuchać poleceń i wykonywać je. Na szczęście. Na miłość boską jak ja to uwielbiam. To drżenie palców zmęczonych ładowaniem magazynków, to wstrzymywanie oddechu, to szarpnięcie po strzale. Fala przepływająca przeze mnie od góry aż po stopy i ciągnąca gdzieś w głąb ziemi.

Czysta przyjemność przyprawiona testosteronem. Pierwotna i jakaś taka odrealniona. Mocny chwyt, palec wskazujący warujący na kabłąku, magazynek lekko uwierający w bok. I strzał. Idealnie zsynchronizowany ze skurczem. I nie wiem czy strzelam w rytm orgazmu czy raczej szczytuję w takt wystrzałów. Kłębowisko bodźców ograniczone wyłącznie do mojego ciała. Słuchawki – trak skutecznie odcinające to, co na zewnątrz, okulary budujące przezroczystą barierę i tylko skóra, która odbiera wszystko. Maleńkie skrawki ciała, nieosłonięte, niechronione, łapczywie wysysające z pistoletu jego aurę i siłę, męskość i samczość. Podporządkowujące się, powolne, uległe…

Powracająca wizja niespełnionego jeszcze marzenia, teraz taka realna, taka bliska, taka możliwa. I rozsadzająca od wewnątrz potrzeba zaspokojenia bestii. Najlepiej tu i teraz. Ale nie, potrafię ją trzymać na wodzy. Potrafię wrócić tam, gdzie moja chuć znajdzie zaspokojenie.
Do następnego razu.