30 kwietnia 2007
Ucho i to wcale nie od śledzia :(
U Młodej zanosi się na zapalenie ucha. Tfu, tfu może uda się żeby nie, bo to przecież samobójstwo dać się poderwać infkcji w czasie najdłuższego weekendu nowoczesnej Europy. Na psa urok!
Poszukiwany poszukiwana
Knajpa, klub, pub czy dowolne inne cudowne miejsce zdolne pomieścić setkę osób. Konieczne wygodne siedziska i gwarantowana wymiana powietrza działająca efektywnie. Do tego pożądany przyzwoity bar oraz scena. Dźwięki, przy których da się konwersować. No i jeszcze dwa elementy możliwość zamknięcia klubu na wyłączność zaproszonych gości oraz brak ingerencji w atrakcje imprezowe. Co jeszcze? Hmm… zdalny mikrofon do konferansjerki i akceptowalny poziom ceny. Czas zacząć tour po stołecznych klubach, najwyższy czas. Pomocne dłonie mile widziane :)Parafrazując kawałek piosenki i filmu wychodzi mi takie oto motto:Kiedyś cię znajdę, znajdę cię.... jak nie jak tak!
===========
Bornagainst bornagainst@o2.pl2007-05-04 14:34:45 83.4.41.18
Piszę się jako pomocna dłoń w tej kwesti.
===========
Bornagainst bornagainst@o2.pl2007-05-04 14:34:45 83.4.41.18
Piszę się jako pomocna dłoń w tej kwesti.
Poznańskie refleksje estetyczno-emocjonalne
W natłoku różnych spraw zapodział się gdzieś temat, ale nie zaginął, bo przecież Body Art. Festiwal wydarzeniem był, niewątpliwie. Choćby dlatego, że formułę miał sercu memu bliską – zamkniętą,intymną. Duży plus organizacyjny za dobrą widoczność. Na tym jednak zachwyty muszę zakończyć, bo ciąg dalszy jakoś nie rzucił mnie na kolana.
Przede wszystkim nie jestem zwolenniczką akcji w takiej formie, w jakiej realizuje je SukaOff. Dokładnie chodzi mi o to, że z działań przygotowawczych tworzona jest akcja właściwa. Patrząc na to od razu rzuca się w oczy rozbieżność między długością pokazu ich a pokazów, do których sama się dotykam. W moim przekonaniu pokaz powinien mieć dynamikę i nie dopuszczać do znudzenia widza. Dlatego też samo ‘mięsko’ pokazu jest ograniczone do zasadniczej kwestii przekazywanej historii. I tym sposobem otrzymuje się dynamiczną 15 minutową akcję. Co innego w akcjach SukiOff, tu pokaz trwa 40-50 minut, ale nikt nie mówi i nie pisze o tym, że połowa tego czasu to ustawianie rekwizytów, podłączanie kabelków i snucie się z z jednego końca sceny na drugi. Krótko mówiąc wszystko to, co można (a w moim przekonaniu należy) wykonać poza sceną. Stwarza to wrażenie celowych Dłużyn – zapełniania ‘czasu antenowego’.
Co do samego przedstawienia to włączenie multimediów do scenariusza bardzo dobry pomysł. Po pierwsze uatrakcyjnia i wzmacnia siłę komunikatu, po drugie poprawia oglądalność przez to, że tworzy niejako kanał równoległy do zasadniczego miejsca akcji. Niedopracowanym elementem była umieszczona na głowie jednego z uczestników kamera, która w zamyśle miała transmitować twarz drugiego na ekran. Jednakże w wyniku nieprecyzyjnego ustawienia zamiast twarzy na ekranie widoczny był kraniec materaca powyżej głowy.
Interesujący był aspekt dźwiękowy generowany przez stary, analogowy gramofon i takież płyty. Muzyka, która w pierwszym odbiorze nie była spójna z przekazem wizualnym w miarę rozwoju akcji stawała się jego nieodłączną częścią. Nawet zacinanie się płyty wymagające interwencji aktorów było naturalnym zjawiskiem. Niestety to, co wiało nudą to kolejna akcja zakończona zamiana miejsc aktorów. I nie można niestety powiedzieć, że była to nieoczekiwana zmiana miejsc, ponieważ taki finał był przewidywalny. Ten sam motyw zagrał we FleshForms – wcześniejszej akcji SukiOff.
Dwie grupy z Wysp Brytyjskich to dwie osoby, po jednaj na grupę. Trauma Unit przedstawiła monodram wspomnieniowy rozgrywany w dwóch czasoprzestrzeniach. Jedna, wyświetlana na ekranie opowiadała o związku męsko-damskim w jego szczytowym momencie rozwoju. To, co działo się na żywo to już czas po rozstaniu. Symboliczne działania, symboliczne przedmioty – zszyste ze sobą przedramiona kochanków dziś widoczne jedynie jako przykryte bandażem rany. Bandaż rozwijany z każdym kolejnym kadrem filmu i w finale ostentacyjne wyrywanie nici z ciała. Na równi symboliczne i realne. Całość spójna, dobry pomysł i dość dobrze zagrana. Niestety pozytywne wrażenie zepsuł finał, kiedy to bohaterka odziała się w satynowy, kusy szlafroczek i zapalając papierosa stanęła na skraju przestrzeni swojej dotychczasowej aktywności. I w powietrzu zawisło oczekiwanie. Oczekiwanie aktorki na brawa albowiem była przekonana, że dopełnił się jej los sceniczny a z drugiej strony oczekiwanie publiczność na ciąg dalszy, bo wyglądało to na pauzę a nie koniec. Na szczęście dla nas wszystkich porozumiewawcze spojrzenie proszęce rzucone do żeńskiej części SukiOff zaskutkowało zainicjowaniem przez nią braw oznajmiających koniec spektaklu. Szkoda, takie niedopracowania i niejednoznaczności pozostawiają niedosyt.
Trzecia historia to narkotyki i ich siła. Bardzo sugestywnie oddana atmosfera głodu i działanie człowieka zdeterminowanego. W jednej z sekwencji desperat w ‘wyczyszczonym’ przez siły zewnętrzne barłogu przypomina sobie o porcji na czarną godzinę i wyciąga z odbytu prezerwatywę z działką upragnionego zaspokojenia. Mocny akcent, nie powiem, choć także humorystyczny dla tych, którzy znają dowcip kończący się sekwencją „Koledzy?! Ja już nie mam kolegów!”. Ale to taka dygresja. Jedna ze scen przywoływała mi niezmiennie fragment Mechanicznej pomarańczy Kubicka – fragment o leczeniu agresji. Tutaj także wykorzystano ten epizod, sięgnięto po inscenizacją sali operacyjnej, po elektrowstrząsy, po pseudo akupunkturę, a nawet po bańki. Dość ciekawy motyw, a przy tym spektakularny, znaczy byłby spektakularny gdyby wyszedł. Niestety ‘siostra’ nie opanowała techniki stawiania baniek i zamiast tego oglądaliśmy pokaz gaszenia mini pochodni we wnętrzu szklanej kulki. Co prawda jedną bańkę ogniową udało się postawić nad nacięciem skóry, ale tylko jedną. Przyssane szkło napełniające się powoli krwią wygląda obrazowo. Ciekawy motyw i znowu niedopracowany.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że byliśmy obecni na próbie a nie na premierze. Szkoda, tym bardziej, że było to całkiem nie tanie przedsięwzięcie. Warto było tam pojechać i zobaczyć, choćby po to, żeby zyskać świadomość, że nie mamy się czego wstydzić, jeśli chodzi o nasze amatorskie zabawy w obszarze performance. A w końcu porównujemy się do tych, którzy parają się tym od ponad dekady i uważani są za górną półkę w kraju. No to nie ma co czekać tylko zabierać się za prace nad imprezą rocznicową.
Przede wszystkim nie jestem zwolenniczką akcji w takiej formie, w jakiej realizuje je SukaOff. Dokładnie chodzi mi o to, że z działań przygotowawczych tworzona jest akcja właściwa. Patrząc na to od razu rzuca się w oczy rozbieżność między długością pokazu ich a pokazów, do których sama się dotykam. W moim przekonaniu pokaz powinien mieć dynamikę i nie dopuszczać do znudzenia widza. Dlatego też samo ‘mięsko’ pokazu jest ograniczone do zasadniczej kwestii przekazywanej historii. I tym sposobem otrzymuje się dynamiczną 15 minutową akcję. Co innego w akcjach SukiOff, tu pokaz trwa 40-50 minut, ale nikt nie mówi i nie pisze o tym, że połowa tego czasu to ustawianie rekwizytów, podłączanie kabelków i snucie się z z jednego końca sceny na drugi. Krótko mówiąc wszystko to, co można (a w moim przekonaniu należy) wykonać poza sceną. Stwarza to wrażenie celowych Dłużyn – zapełniania ‘czasu antenowego’.
Co do samego przedstawienia to włączenie multimediów do scenariusza bardzo dobry pomysł. Po pierwsze uatrakcyjnia i wzmacnia siłę komunikatu, po drugie poprawia oglądalność przez to, że tworzy niejako kanał równoległy do zasadniczego miejsca akcji. Niedopracowanym elementem była umieszczona na głowie jednego z uczestników kamera, która w zamyśle miała transmitować twarz drugiego na ekran. Jednakże w wyniku nieprecyzyjnego ustawienia zamiast twarzy na ekranie widoczny był kraniec materaca powyżej głowy.
Interesujący był aspekt dźwiękowy generowany przez stary, analogowy gramofon i takież płyty. Muzyka, która w pierwszym odbiorze nie była spójna z przekazem wizualnym w miarę rozwoju akcji stawała się jego nieodłączną częścią. Nawet zacinanie się płyty wymagające interwencji aktorów było naturalnym zjawiskiem. Niestety to, co wiało nudą to kolejna akcja zakończona zamiana miejsc aktorów. I nie można niestety powiedzieć, że była to nieoczekiwana zmiana miejsc, ponieważ taki finał był przewidywalny. Ten sam motyw zagrał we FleshForms – wcześniejszej akcji SukiOff.
Dwie grupy z Wysp Brytyjskich to dwie osoby, po jednaj na grupę. Trauma Unit przedstawiła monodram wspomnieniowy rozgrywany w dwóch czasoprzestrzeniach. Jedna, wyświetlana na ekranie opowiadała o związku męsko-damskim w jego szczytowym momencie rozwoju. To, co działo się na żywo to już czas po rozstaniu. Symboliczne działania, symboliczne przedmioty – zszyste ze sobą przedramiona kochanków dziś widoczne jedynie jako przykryte bandażem rany. Bandaż rozwijany z każdym kolejnym kadrem filmu i w finale ostentacyjne wyrywanie nici z ciała. Na równi symboliczne i realne. Całość spójna, dobry pomysł i dość dobrze zagrana. Niestety pozytywne wrażenie zepsuł finał, kiedy to bohaterka odziała się w satynowy, kusy szlafroczek i zapalając papierosa stanęła na skraju przestrzeni swojej dotychczasowej aktywności. I w powietrzu zawisło oczekiwanie. Oczekiwanie aktorki na brawa albowiem była przekonana, że dopełnił się jej los sceniczny a z drugiej strony oczekiwanie publiczność na ciąg dalszy, bo wyglądało to na pauzę a nie koniec. Na szczęście dla nas wszystkich porozumiewawcze spojrzenie proszęce rzucone do żeńskiej części SukiOff zaskutkowało zainicjowaniem przez nią braw oznajmiających koniec spektaklu. Szkoda, takie niedopracowania i niejednoznaczności pozostawiają niedosyt.
Trzecia historia to narkotyki i ich siła. Bardzo sugestywnie oddana atmosfera głodu i działanie człowieka zdeterminowanego. W jednej z sekwencji desperat w ‘wyczyszczonym’ przez siły zewnętrzne barłogu przypomina sobie o porcji na czarną godzinę i wyciąga z odbytu prezerwatywę z działką upragnionego zaspokojenia. Mocny akcent, nie powiem, choć także humorystyczny dla tych, którzy znają dowcip kończący się sekwencją „Koledzy?! Ja już nie mam kolegów!”. Ale to taka dygresja. Jedna ze scen przywoływała mi niezmiennie fragment Mechanicznej pomarańczy Kubicka – fragment o leczeniu agresji. Tutaj także wykorzystano ten epizod, sięgnięto po inscenizacją sali operacyjnej, po elektrowstrząsy, po pseudo akupunkturę, a nawet po bańki. Dość ciekawy motyw, a przy tym spektakularny, znaczy byłby spektakularny gdyby wyszedł. Niestety ‘siostra’ nie opanowała techniki stawiania baniek i zamiast tego oglądaliśmy pokaz gaszenia mini pochodni we wnętrzu szklanej kulki. Co prawda jedną bańkę ogniową udało się postawić nad nacięciem skóry, ale tylko jedną. Przyssane szkło napełniające się powoli krwią wygląda obrazowo. Ciekawy motyw i znowu niedopracowany.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że byliśmy obecni na próbie a nie na premierze. Szkoda, tym bardziej, że było to całkiem nie tanie przedsięwzięcie. Warto było tam pojechać i zobaczyć, choćby po to, żeby zyskać świadomość, że nie mamy się czego wstydzić, jeśli chodzi o nasze amatorskie zabawy w obszarze performance. A w końcu porównujemy się do tych, którzy parają się tym od ponad dekady i uważani są za górną półkę w kraju. No to nie ma co czekać tylko zabierać się za prace nad imprezą rocznicową.
Erotyka organiczna by Herman Forsterling
Wiosna zakwita i przekwita wszędzie dookoła, jak okiem sięgnąć. Forsycja, magnolia, tulipany, szafirki, krokusy... Prawie wszystkie potrafimy nazwać. Czy na pewno? A co jeżeli pod pierwszymi płatkami kryje się tajemnica? Jeżeli kwiat oglądany co roku tym razem inne nieco ma oblicze? A może tegoroczna wiosna przyniosła nam całkiem inne kwiaty? Wystarczy im się przyjrzeć z bliska, zatrzymać się w pędzie ku codzienności i dostrzec magię, choćby tę, którą prezentuje FloraMagica





29 kwietnia 2007
Kolczykowanie
Wyspana do niemożliwości jestem. Takie dwa dni odsapki naprawdę dobrze potrafią zrobić. Co prawda jutro dzień biurowy, ale nic to potem znowu trzy wolne. Oj tak, baaardzo mi tego potrzeba. Jeszcze jakieś kino przydałoby się do szczęścia. Choć z drugiej strony pewną namiastkę rozrywki na żywo mieliśmy wczorajszego wieczora. Oto bowiem pojawił się w domu Człowiek-W-Tatuażach, a pojawił się po to, żeby żaby zrobić kilka dziurek w miejscach intymnych. Tak więc zamieniliśmy salon na studio dziurkowania. I nasza Sąsiadka wystawiła się pod igły. Tak, zrealizowała swoje marzenie o kolczykach w sutkach i napletku łechtaczki. Powiem szczerze, nie wyglądało to groźnie (zwłaszcza dolna dziurka) ale mimo wszystko się nie zdecydowałam. Faktem jest, że po Człowieku-W-Tatuażach widać może nie tyle lata praktyki (choć to też) ale ilość dziurek na koncie. Spokojne, precyzyjne ruchy, staranne przygotowania, antyseptyka na najwyższym poziomie. Nawet mu powieka nie drgnęła (w przeciwieństwie do dziurkowanej Sąsiadki). Profi, po prostu profi. Gdybym się kiedyś zdecydowała, to z cała pewnością w te ręce nie miałabym obawy się oddać.
Swoją drogą to trochę mnie zaskoczyła technika, czy może raczej technologia przekłuwania. Igła wielkości takiej, że zrobić się może słabo. A w środku igły mała przezroczysta rureczka z plastiku. Igła przebija ciało, a po jej wyjęciu rureczka zostaje w miejscu przekłucia. Wsunięty w jeden z końców rureczki gwint koczyka jest bezproblemowo (i bezpiecznie!) przeciskany przez miejsce przekłucia. Niby proste i oczywiste, ale ja chyba nadal pozostałam na etapie igły groszówki i korka od wina, przy pomocy których miałam przekłuwane uszy. Fakt, to było trzydzieści lat temu i od tego czasu technologia posunęła się znacząco do przodu (na szczęście!), ale jak widać wspomnienia potrafią być żywe.
Nie powiem podobają mi się intymne kolczyki, zwłaszcza te trochę bardziej masywne, ale chyba jeszcze nie dojrzałam do tego. Choć kto wie, kto wie. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Najpierw porozmawiam z Sąsiadką za dzień czy dwa (zobaczymy co będzie miała do powiedzenia).
Swoją drogą to trochę mnie zaskoczyła technika, czy może raczej technologia przekłuwania. Igła wielkości takiej, że zrobić się może słabo. A w środku igły mała przezroczysta rureczka z plastiku. Igła przebija ciało, a po jej wyjęciu rureczka zostaje w miejscu przekłucia. Wsunięty w jeden z końców rureczki gwint koczyka jest bezproblemowo (i bezpiecznie!) przeciskany przez miejsce przekłucia. Niby proste i oczywiste, ale ja chyba nadal pozostałam na etapie igły groszówki i korka od wina, przy pomocy których miałam przekłuwane uszy. Fakt, to było trzydzieści lat temu i od tego czasu technologia posunęła się znacząco do przodu (na szczęście!), ale jak widać wspomnienia potrafią być żywe.
Nie powiem podobają mi się intymne kolczyki, zwłaszcza te trochę bardziej masywne, ale chyba jeszcze nie dojrzałam do tego. Choć kto wie, kto wie. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Najpierw porozmawiam z Sąsiadką za dzień czy dwa (zobaczymy co będzie miała do powiedzenia).
26 kwietnia 2007
Wolnościowo-weekendowo
Po raz pierwszy od nie wiem już kiedy nie biorę ze sobą nic do roboty na weekend. Nic to, że mój tak zwany długi weekend majowy będzie poprzecinany dniami pracowymi, zanim nastanie poniedziałek nie zamierzam dotykać pracowatych spraw nawet małym palcem u nogi. Należy mi się chwila odpoczynku, należy jak nic i właśnie zamierzam ją wykorzystać. Pospać do woli (wszak mam spore zaległości), poczytać w wannie z pachnącą pianą (kilka nowych książek tylko na to czeka), pogotować trochę, spotkanie jakiś towarzyskie zrobić, notatki osobiste uporządkować, w domu pomieszkać i temu podobnym 'nudnym codziennościom' pooddawać się bez cienia poczucia winy, że powinnam w tym czasie coś innego robić. Amen.
24 kwietnia 2007
FemDom z myszką - Luc Lafnet
Luc Lafnet – urodzony 22 stycznia 1899 roku w Belgii. W Académie des Beaux-Arts de Liège studiował malarstwo i grafikę artystyczną, od 1923 Paryżanin. Jako ilustrator literatury erotycznej podpisywał się pseudonimami: Jim Black, Viset oraz Lucas O. W 1938, kiedy Rob-Vel został powołany do wojska, Lafnet przejął ilustrowanie popularnego belgijskiego magazynu "Le Journal de Spirou". Luc Lafnet zmarł w 1939 w wieku 40 lat. Pozostawiając po sobie całkiem spory dorobek ilustratorski. Tematyką jego prac w dużej mierze była kobieca dominacja. Najczęściej stosowaną techniką - rysunek. Lafnet znany jest także, a może przede wszystkim z malarstwa, jednakże w malarstwie nie koncentrował się on na tym temacie.



23 kwietnia 2007
Audito finto
No i stało się. Kolejny rok przeszedł do historii wraz z leżącym na moim biurku stosikiem sprawozdań finansowych i raportów audytorskich. Teraz chwila oddechu i zabieram się za całkiem nowe sprawy. Jeszcze tylko tłumaczenie ‘na lagłycz’ i można spokojnie zająć się parametryzacją systemu finansowo-księgowego.
22 kwietnia 2007
FemDom by Giko
Fascynat i orędownik FemDom rozumianego nie jako usługa ale relacja oparta na wzajemnym uzupełnianiu siebie i zaspakajaniu swoich potrzeb. Kobiety w jego grafikach nie nie górują nad swoimi partnerami gabarytami (jak to ma miejsce w pracach Namio Harukawy ), proporcje fizyczności są zachowane. Nie mniej jednak to, czego nie sposób nie zauważyć to aura władczości w jaką ubrane zostały kobiety. Dominacja zaklęta w gestach dłoni, w spojrzeniu, wyrazie ust. W takich kompozycjach męskie uwielbienie jest bardziej namacalne, bardziej naturalne, żeby nie powiedzieć wprost bardziej prawdziwe.
21 kwietnia 2007
Audytor jaki jest każdy widzi
Ale ten „mój” bije na głowę wszystkich, z którymi miałam doczynienia przez całe zawodowe życie. Powiem wprost jestem już zmęczona udowadnianiem, że nie jestem wielbłądem. A w pracy z nim niestety jest to codzienność. Mam nadzieję, że koniec (współpracy!) jest już bliski. Powiem więcej, jeżeli w przyszłym roku (niestety nie mam wpływu na wybór firmy audytorskiej) ten konkretny gość nie będzie się bronił rękoma i nogami przed kolejnym starciem ze mną to ma koleś cochones. Swoją drogą arcy ciekawa sytuacja. Firma audytorska została wybrana przez właściciela i wpisana na sztywno do wszystkich możliwych papierów. Więc nie mam wyboru, co innego doprowadzić audytora do takiego stanu, żeby sam odmówił przyjęcia zlecenia. A taki mam cel dla kolejnego sprawozdania. Nie kijem go to go pałką. Skoro ja jestem zmęczona to on też musi być, skoro teraz po uzgodnieniu treści wszelkich opisówek tworzy dupochronkę zmieniając zapisy szczegółowe na baaardzo ogólne.
==========
EM 2007-04-25 10:49:26 193.219.28.144 83.6.255.18
Pisze się Cojones- "Jot" wymawia jak "Ha"Tak jak Julio IglesiasDwa "el" się czyta jak "jot " :D
Więc nie czytamy jak piszemy Torilla tylko "tortija"
==========
EM 2007-04-25 10:49:26 193.219.28.144 83.6.255.18
Pisze się Cojones- "Jot" wymawia jak "Ha"Tak jak Julio IglesiasDwa "el" się czyta jak "jot " :D
Więc nie czytamy jak piszemy Torilla tylko "tortija"
20 kwietnia 2007
Fatałaszki
Już niemal zapomniałam jak to miło czekać z drżącym oddechem aż dziecko odpłynie w objęcia Morfeusza. A potem przywdziać jeden jedyny fatałaszek i oddać się we władanie szaleńczej żądzy. Jest coś, co lubię, choć nie miewać za często okazji z tego korzystać. Nie lubię westernów, choć przepadam za atmosferą salonu i ówczesnego domu publicznego. Kobiety w zasznurowanych gorsetach, długich sukniach skrywających halki i trzewiki. I koniecznie zebrane i wyeksponowane piersi. No dobra, w wersji bardziej już pokojowej niż saloonowej piersi obrażone. Sutki sterczące tuż ponad krawędzią gorsetu. Bezwstydne i piękne, po prostu. Tak dawno już nie przywoływałam w pamięci tej postaci, że zapomniałam jak bardzo ją lubię. Jak bardzo lubię siebie w niej. Jak bardzo ona i ja to jedność.
Porzekadło mówi, że nie szata zdobi człowieka. Cóż, innego jestem zdania, czasami strój determinuje zachowania, reakcje, przyjemności. Może i nie każda szata, nie każdego zdobi człowieka. Ja lubię przywdziać coś, co dopełnia mojego nastroju i nasyca go emocją. Czasami po prostu lubię czuć się jak dziewiętnastowieczna dziwka. Tak jak wybiera się płytę do posłuchania, tak ja wybieram garderoby detale. I słucham ich, słucham, co dziś mi zagrają. Zagrały jak siedzący w kącie pianista stukający w rozklekotane klawisze przy wtórzę brzęku szkła i rubasznych dowcipów, zapachu prochu i alkoholu. Ech… rozmarzyłam się, a wszystko za sprawą niewinnie wyglądającego gorsetu. I cóż z tego, że nie zdołałam nawet dopiąć do niego pończoch, cóż z tego, skoro i tak dałam upust swoim emocjom. Słowa, które słyszałam, dłonie, które czułam zagnały mnie na bezkresny step przyjemności.
Był czas, że nie lubiłam ubrania, to był czas zachłystywania się nagością. Dziś lubię mieć coś na sobie… buty, pończochy, gorset, albo chociaż opaskę na oczach lub obrożę na szyi albo parę metrów sznura.
Porzekadło mówi, że nie szata zdobi człowieka. Cóż, innego jestem zdania, czasami strój determinuje zachowania, reakcje, przyjemności. Może i nie każda szata, nie każdego zdobi człowieka. Ja lubię przywdziać coś, co dopełnia mojego nastroju i nasyca go emocją. Czasami po prostu lubię czuć się jak dziewiętnastowieczna dziwka. Tak jak wybiera się płytę do posłuchania, tak ja wybieram garderoby detale. I słucham ich, słucham, co dziś mi zagrają. Zagrały jak siedzący w kącie pianista stukający w rozklekotane klawisze przy wtórzę brzęku szkła i rubasznych dowcipów, zapachu prochu i alkoholu. Ech… rozmarzyłam się, a wszystko za sprawą niewinnie wyglądającego gorsetu. I cóż z tego, że nie zdołałam nawet dopiąć do niego pończoch, cóż z tego, skoro i tak dałam upust swoim emocjom. Słowa, które słyszałam, dłonie, które czułam zagnały mnie na bezkresny step przyjemności.
Był czas, że nie lubiłam ubrania, to był czas zachłystywania się nagością. Dziś lubię mieć coś na sobie… buty, pończochy, gorset, albo chociaż opaskę na oczach lub obrożę na szyi albo parę metrów sznura.
19 kwietnia 2007
Samochód czy coś w tym stylu ;)
Definicja jest prosta do bólu. To pojazd mechaniczny, bez którego cholernie trudno jest funkcjonować w dzisiejszej rzeczywistości. Służy on do przemieszczenia się z punktu A do punktu B w minimalnej jednostce czasu. Ta definicja ma już ładnych parę lat i kilometrów. I generalnie nie zmieniła się przez ten czas. Po prostu nie znajduje przyjemności w prowadzeniu samochodu. Dla mnie to coś jak kuchenka czy lodówka – jest i musi być, dobrze jak jest cichy, szybki i wygodny – wtedy się przyjemniej go używa. Nigdy nie sądziłam, że cokolwiek może zmienić moje podejście do auta. A jednak.Pewnego słonecznego przedpołudnia zasiadłam w małym, niskim, srebrnym autku wyłożonym czerwoną skórą. Hmm na marginesie powiem tylko, że nadal uważam fotele samochodowe z podwijanymi bokami za mało wygodne. Trochę to dziwne uczucie kiedy nie sposób oprzeć się wrażeniu, że szoruje się tyłkiem po jezdni, ale dałam radę. Co jeszcze...? Może to, że basowe odgłosy pochodziły z jednostki o mocy jakiś dziewięciuset koni mechanicznych a dwieście dwadzieścia zjawiało się na liczniku szybciej niż zdołałam odzyskać oddech po tym, jak zostałam wprasowana w fotel. Krótko mówiąc miała przyjemność (!zwracam uwagę na słowo przyjemność!) z jazdy samochodem. Nie, żebym miała ochotę usiąść za kierownicą tego potwora (zwanego przez właściciela pieszczotliwie Prosiakiem), co to to nie. Ale… No właśnie jest ale. Takie wciskającej w fotel przeciążenie, rytmiczna zmiana brzmienia silnika, wyciskały oddech z płuc i znacząco uciskały na żołądek. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Z każdym jednak kilometrem, z każdą minuta spędzaną w aucie to uczucie kamienistego żołądka nie tylko nie ustawało, ale nasilało się i delikatnie przemieszczało. Kiedy zorientowałam się, że o tuż nie żołądek, ale obszar podbrzusza musiałam chyba mieć głupią minę. Tak, tak, to nie był odruch wymiotny, to motylki osiedliły się gdzieś w środku. Ale nie były to zwiewne i delikatne stworzonka jakie znam, one miały siłę pterodaktyli. Jednym słowem zafundowałam sobie mokre majtki i to w drodze na służbowe spotkanie. Na orgazm się nie załapałam, ale było ekscytująco.Cóż mogę powiedzieć w tej sytuacji. Nadal uważam, że prowadzenie samochodu nie należy do przyjemności, ale zdecydowanie może być podniecające. Co prawda zalezy to i od samochodu i od umiejętności prowadzące, ale zawsze.
Powiem jedno - chętnie powtórzyłabym to doświadczenie, wszak nie sposób wnioskowac na podstawie jednej próby.
Powiem jedno - chętnie powtórzyłabym to doświadczenie, wszak nie sposób wnioskowac na podstawie jednej próby.
10 kwietnia 2007
Animadea (by Aeshtir)
Czytałam dziś słowa o muzyce. Słowa inne nieco od tych, które zazwyczaj z pod tych palców wychodzą. Słowa, które wprost w mięśnie i nerwy trafiają omijając oko i ucho. To jakby poczuć muzykę, bo o muzyce słowa traktowały. To czuć wrzynające się w opuszki palców cięciwy strun. To muskać idealne kształty lakierowanego drewna kryjącego w sobie brzmienie. To widzieć pasję i determinację w oczach i palcach. To płynąć na grzbiecie nieujarzmionego dźwięku, kołysać się tym, co cicho szepce. To poczuć na nabrzmiałych wilgotnych wargach pociągnięcie smyczka, wpuścić w głąb siebie tak deprymująco nie pasujący posmak kalafonii. To poczuć podniecenie narastające z każdym wyższym dźwiękiem. To wspinać się po nutach jak po stromych schodach. Dotrzeć na szczyt i zamrzeć w oczekiwaniu na spełnienie. Przez myśl przelatują obrazy i dźwięki. Purpurowe skrzypce Francisa Girarda i spływające krople uniesienia, dzięki którym barwa drewna i barwa dźwięku nabierają nowego wymiaru. Tam zbrodnia z miłości tu miłość ostrzem ujawniona. Fascynujące – tamten obraz i to słowo, oba unoszące się na obłoku muzyki.Czasami, bardzo, bardzo rzadko pozwalam sobie na to, żeby poczuć jak rezonuje moje ciało. Zazwyczaj są to potężne uderzenia kotłów, mocne klawiszowe tchnienia. To, czego zapragnęłam teraz to poczuć skrzypce. Fizycznie poczuć, zanurzyć się w dźwiękach, czuć na skórze ostrze smyczka balansujące na granicy życia i rozkoszy. Eskalację rozkoszy wywołaną brzmieniem, orgazm będący bezpośrednim rezonansem ciała, przez które przenikają dźwięki. Coś pięknego – orgazm wygrywany na skrzypcach i odczuwany w mózgu. Oddać siebie, swoje ciało i duszę w ręce wirtuoza – dyrygenta rozkoszy. Prostą drogą do obłędu, na krawędź świadomości, z której jedynie ból może zmusić do powrotu. Orgia dźwięków zakończona destrukcją, złamaniem instrumentu rozkoszy – smyczka, skrzypiec, ciała… Najdoskonalsza z figur – koło zamykające w sobie nieskończoność – dźwięk, rozkosz, ból, i dźwięk...
9 kwietnia 2007
Labirynt Fauna
Film świadomie wybrany. Cóż z tego, że osadzony w wojennych realiach – najważniejsza jest wszakże warstwa fantasy, a ta odrębna być musi od wojennych okropieństw, wszak dlatego staje się światem równoległym. No i jeszcze te sześć Oskarów, które krzyczą z plakatu. Niestety film przyniósł rozczarowanie. Fabuła nędzna i naiwna, scenografia zdecydowanie niewykorzystana w wystarczającym stopniu. Ale to, co rozczarowało najbardziej zupełnie chybiona fantasy. Jeśli miała to być odskocznia i przeciwwaga do działań wojennych, w których tkwią bohaterowie to powinna się od tych realiów zdecydowanie odcinać. A świat fantasy jest brudny, krwawy, brzydki i spleśniały. Dla tych właśnie kreacji lepszego świata wybrałam się do kina, a zobaczyłam coś na kształt średniowiecznych legend, gdzie brak światła załatwia wszelkie niedopowiedzenia. Nie sposób przecież zobaczyć niedociągnięć scenografii jeżeli jest wyrywkowa. Sam tytułowy faun jest dość odrażającym stworem, choć przynajmniej nie można mu odmówić fantastycznego rodowodu. Ale ropucha i wylewająca się treść jej żołądka ze złotym kluczykiem na czele jest z jednej strony infantylnie naiwna, a z drugiej żałosna. Nie wiem komu i za co Akademia przyznała nagrody i nawet nie chcę się dowiadywać. Dla mnie ten film to porażka. Jedyny plus to hiszpańska wersja językowa z napisami, co pozwalało posłuchać tego miłego mojemu uchu brzmienia. Poza tym gniot. A szkoda, bo mam ochotę na smaczne i wyrafinowane fantasy.
31 marca 2007
BODY ART PERFORMANCE
Data: 24 marca 2007
Lokal: Galeria obrazów, Poznań
Innowacje organizacyjne:
- Poza zgłoszeniem i partycypacją finansową konieczne było przesłanie uzasadnienia chęci uczestnictwa (w formie tekstu/ zdjęć/ video) a jakość uzasadnienia decydowała o przyznaniu lub nie zaproszenia.
- Trauma Unit,
- instalacje video w akcjach performace
- Transfera (Suka Off)
Formuła teatralna, dwie grupy performerów, w przerwach wyświetlane ich wcześniejsze akcje zarejestrowane na video, wykorzystanie kamery i obrazu z rzutnika jako narzędzia przekazu akcji.
Publikacje:
30 marca 2007
Coś, jakby ośmiotysięcznik
Gdybym miała właśnie lat dwadzieścia nie dziwiłby mnie mój stan. Wszak rzadko jest to wiek, kiedy człowiek dokładnie wie czego chce, kiedy potrafi jasno i precyzyjnie określić swoje długofalowe cele. A jednak. Mijają lata, bagaż doświadczeń odkłada się cichutko jak morderczy cholesterol. Czasami gładko do przodu, innym razem zjazd na pysk, ale cel pozostaje niezmienny. Modyfikacji ulegają jedynie środki. No, czasami konieczna jest korekta harmonogramu. Ale cel, cel trwa niezachwianie. Kolejny noworoczny toast, kolejne przeczytane książki, kolejne zapisane słowa. I w końcu zdobywam mój Olimp, mój ośmiotysięcznik. Pierwszy ośmiotysięcznik, drugi… Kolejne nie będą już cieszyć, nie będą smakować tak słodko. One już mnie nie pociągają – TE szczyty teraz to albo Rów Mariański albo Księżyc. Może jakiś mały romans z nauką? A może coś zupełnie innego, coś co w mojej głowie ma już kształt. I miejsce. Ale bagaż – on nie pozwoli mi na odłączenie od analizatora, nie pozwoli. Ale przecież nie będę czekać z założonymi rękoma. NIE. Czas się odrodzić. Zanurzyć w pierwotnej beztrosce zapominając o życiu. Wykonać reset lub defragmentację mózgu. Poukładać od nowa puzzle zwane życiem i spisać plan, najbliższy i ten najdalszy. Potrzeb mi azotu we krwi i ciszy wody dookoła. Potęgi natury, która stabilizuje popędy. Nurać mi się chce. Przez ostatnie cztery dni i noce żyję sprzętem, relacjami i marzeniem. A może odciąć się także od łodzi i kurortów. Może właśnie przyszedł czas, żeby zamienić Hurghadę nie na Safagę ale na Dahab? Może zamiast rzucać się w otchłań po prostu wchodzić ze spokojem w fale. A wieczorem zasiąść na brzegu z głową w chmurach i szyszą w ustach. Ograniczyć świat do tu i teraz. A może mój kolejny szczyt to w zasadzie ‘dołek’… Blue Hole powiedzmy.
28 marca 2007
Glock 17
Pistolet za mną chodzi. Straszliwie skrada się w zakamarku umysłu. Łapię się na tym, że nie potrafię powstrzymać wzroku spełzającego na kaburę. Po prostu leci mi tam odruchowo. Ale nie odpływa płynnie, jak to miało dotychczas miejsce. Nie. Pozostaje tam uparcie czekając z nadzieją, że może jednak poła marynarki się odchyli, że może skraj bluzy uniesie się do góry i odsłoni choć fragment. I mimo, że wiem, że nie wolno mi oczekiwać niczego więcej poza króciutkim kontaktem wzrokowym, mimo, że właściciel tego Przedmiotu Pożądania także o tym wie nie potrafię sobie odmówić tej chwilowej przyjemności. Jedna chwila wystarcza, żeby przyspieszyć skurcze serducha. Jeden rzut oka wywołuje gwałtowne przełykanie śliny. Wiem, że wystarczyłoby poprosić i usłyszałabym ten podniecający szczęk rozładowywanej broni, i mogłabym wziąć go w ręce. Nie wiem tylko jednego – co byłoby później… Czasami lepiej trzymać demony na smyczy. A przecież już niedługo będą wolne…
Wstrząśnięte nie zmieszane
Słuchałam dni temu kilka samochodowego radyjka. I za nic nie chciała mi zapasować muzyka i słowa. Bo słowa niby znane były, oczywiste, ale zgrzytały z muzyką. Dłuższy czas trwało zanim to potrafiłam słuchać tej mieszanki. Kaczmarski w rytmach regge. Szatański pomysł. Zwłaszcza jeśli się człowiek wychował na oryginalnym wykonaniu, ewentualnie jego gitarowo-ogniskowych mutacjach. A tu proszę państwa Sen Katarzyny zamiast ostrego rytmu miękko kołysany. Na dłuższą metę wersja nie do wytrzymania, ale kilka kawałków wysłuchałam jako ciekawostkę. Ciekawe, że nowe aranżacje starych piosenek zazwyczaj nie zmieniają im diametralnie brzmienia (nie licząc mixów). A tu zderzenie tak różnych kultur. Umysł nie bardzo mógł sobie poradzić czy koncentrować się na dźwięku czy na słowach. Trochę tak jak w czasie czytanie nazw kolorów zapisanych czcionką o bardzie innej niż opisywana. Mózgownica głupieje bo bodźce wzrokowe są sprzeczne z tymi wynikającymi z tekstu. Takie bondowskie Martini z tego wychodzi – wstrząśnięcie ale nie zmieszanie. Ciekawe doznanie.
Poznańskie refleksje techniczno-organizacyjne
Festiwal, festiwal i po festiwalu można powiedzieć. Niby tak, ale… Własnie ale istnieje, bo cztery dni po Body Art Performance ciągle jeszcze dyskutujemy o nim. No, może nie o samym festiwalu, ale o tym, co na nim było lub nie było.Przede wszystkim na miejscu zastałam coś innego niż się spodziewałam. Ale to może tez wynika z faktu, że nie drążyłam dokładnie tego, co i gdzie napisane zostało przed wydarzeniem. Z lektury post facum wynikło, że organizatorem festiwalu byli nie tylko Nienormalni.pl ale i SukaOff. Co z tego można zapytać. Ano to, że trochę dziwnie to wygląda kiedy główna gwiazda jest jednocześnie organizatorem. W każdym razie tłumaczyło to zachowania lidera grupy w czasie imprezy. Z jednej strony zapowiedzi, że performance to teatr, w związku z tym zaczynamy punktualnie i zgodnie z rozkładem bez względu na to czy wszyscy się zbiorą czy nie. Z drugiej strony odżegnywanie się od wszelkich namiastek choćby sceny w sensie miejsca, na które teatralna publiczność mogłaby patrzeć i widzieć. Czyli trochę mentalność Kalego – bądźcie zdyscyplinowaną (w domyśle także godną przedstawienia) publicznością i traktujcie nas jak aktorów, z drugiej zaś jak nie będzie widoczności to nie moja sprawa. Nie powiem, na plus organizatorowi (temu Nienormalnemu) zapisać należy, że mimo wszystko stanął na wysokości zadania i warunki oglądalności były bardzo przyzwoite, do tego w niezwykle przytulnych wnętrzach kamienicy, kameralnie i gustownie. Wracając do pierwszego ze wspomnianych organizatorów to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że był zdegustowany publicznością. Tchnęło od człowieka wywyższaniem się. Sposób werbalizacji skierowany do publiczności nosił znamiona, co najmniej pretensjonalnego, czego apogeum było stwierdzenie ‘niech ktoś zawoła resztę ludzi, bo ja nie będę krzyczał’. Niestety jako osoba nie wywołał we mnie dobrego drugiego pierwszego wrażenia (pierwszy raz widziałam go w akcji w M25 dwa lata temu, ale wówczas wyłącznie w roli aktorskiej więc nie było to miarodajne). Nie jest to osobowość charyzmatyczna, nie jest to dusza i motor przedsięwzięcia, raczej skłaniałabym się do określenia ‘głosiciela jedynej słusznej wizji’. Zresztą taki nadęty wizerunek odmalowuje także w swoich wypowiedziach medialnych.
Wracając jednak do formuły imprezy. Jeżeli coś zostaje nazwane przeglądem czy festiwalem body art. Performance to spodziewam się możliwości zobaczenia na żywo szeregu akcji w wykonaniu różnych artystów. Może mam spaczone wyobrażenie, ale tego się spodziewałam. Uważam, że było by miło, gdyby wystąpił tu klasyczny element niemal zawsze stanowiący składową festiwalowo-przeglądową czyli rywalizacja. Przy zaproponowanej konstrukcji nie można było zrobić tego rękoma organizatorów bo skoro połowa organizatorów była jednocześnie połową występujących ciężko o obiektywizm. Ale spokojnie można było pozwolić publiczności na wyrażenie swojego zdania. Przy tej ilości uczestników organizator-artysta miał szansę na co najmniej trzecia lokatę w rankingu. Ilość uczestników to kolejna sprawa. Nazywanie pierwszym w Polsce przeglądem body art. Występu trzech formacji (z czego dwie jednoosobowe) to przerost formy nad treścią. Tym bardziej jeśli się wie, że (co najmniej) Trauma Unit występowała już z SukąOff . Ciśnie się na usta określenie towarzystwo wzajemnej adoracji pod batutą lidera SukiOff.
W agendzie festiwalu były zapowiedzi projekcji wideo i były takowe. O ile pierwsza z projekcji była opowieścią o cudzoziemskich performerach, z ciekawym komentarzem (prawdopodobnie) historyków sztuki, o tyle pozostałe to projekcje wcześniejszych dokonań SukiOff znane z ich strony internetowej i dostępne tam we fragmentach także w wersji video. Czyli niby festiwal ale mało uczestników, niby przegląd ale głownie dorobku jednej formacji. Trochę to naciągane i zgrzyta.Jeden z przedstawionych filmów nie był pokazem zarejestrowanych akcji ale opowieścią o korzeniach pokazywania ciała. Szalenie ciekawa produkcja, pokazująca związki nauki i sztuki body art. Na przykładzie widowisk, jakimi w wiekach ubiegłych były… publiczne sekcje zwłok. W kontekście widowiska dla gawiedzi i arystokracji, w kontekście poznawania anatomii człowieka jako podwaliny anatomii. W kontekście tego jak cierpiące i umartwiane ciało wywalczyło sobie stałą obecność w malarstwie religijnym. Spojrzenie na body art. Jako wielowiekową tradycje usankcjonowaną nawet przez hierarchów kościelnych. Choćby tylko dla tego pokazu warto było tłuc się te parę godzin do Poznania.
Sprawy organizacyjne ponownie. Zgodnie z zapowiedziami na wejściu otrzymaliśmy zaproszenia. Nie mniej jednak fakt kilkukrotnego przesuwania terminu nadsyłania zgłoszeń i uzasadnień (ostatni termin upływał na dwa dni przez imprezą) nasuwa skojarzenia z niewystarczającym zainteresowaniem i ryzykiem małej frekwencji. Zgłoszenia uczestnictwa miały być weryfikowane na podstawie jakości uzasadnienia. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zaproszenia otrzymali wszyscy, którzy zgłosili takie życzenie i nie istniała żadna selekcja. Tym bardziej dziwi fakt ‘odcinania’ się od publiczności przez artystę-organizatora. Jeżeli dokonywał selekcji ludzi na podstawie jakości uzasadnienia chęci/ potrzeby bycia na festiwalu to sam wybrał tych ludzi. Dysonans mnie nie opuszcza. Nie domagam się adoracji ze strony artystów i organizatorów, ale odrobina szacunku nie zaszkodziłaby. Opuszczaliśmy imprezę z przeświadczeniem, że nie jesteśmy tam mile widziani. A przecież nie o to chodziło. Żegnający nas przy wyjściu organizator (ten Nienormalny.pl) wyglądał jak zbity pies, a jego przepraszający ton i słowa dowodzą tego, że nie tak miało być. Znaczy nie było to tylko nasze odczucie.
To, czego zdecydowanie zabrakło w czasie imprezy to jej moderacji oraz braku czasoprzestrzeni na interakcję, na spontaniczne działania ludzi. A to, czym chyba w zamyśle miało być after party nie wypaliło w ogóle. Kiedy opuszczaliśmy lokal ludzie siedzieli grupkami albo snuli się po przestronnych wnętrzach nie bardzo wiedząc co dalej. „Podintelektualizowanie” imprezy przez wernisaż też nie bardzo wypaliło bo organizatorzy nie skierowani na to uwagi obecnych, a samo powieszenie zdjęć na ścianach bez jakiekolwiek wprowadzenia czy komentarza spowodowało, że przeszły bez echa.Relacja, recenzja i przemyślenia na temat pokazów w drugim podejściu.
Wracając jednak do formuły imprezy. Jeżeli coś zostaje nazwane przeglądem czy festiwalem body art. Performance to spodziewam się możliwości zobaczenia na żywo szeregu akcji w wykonaniu różnych artystów. Może mam spaczone wyobrażenie, ale tego się spodziewałam. Uważam, że było by miło, gdyby wystąpił tu klasyczny element niemal zawsze stanowiący składową festiwalowo-przeglądową czyli rywalizacja. Przy zaproponowanej konstrukcji nie można było zrobić tego rękoma organizatorów bo skoro połowa organizatorów była jednocześnie połową występujących ciężko o obiektywizm. Ale spokojnie można było pozwolić publiczności na wyrażenie swojego zdania. Przy tej ilości uczestników organizator-artysta miał szansę na co najmniej trzecia lokatę w rankingu. Ilość uczestników to kolejna sprawa. Nazywanie pierwszym w Polsce przeglądem body art. Występu trzech formacji (z czego dwie jednoosobowe) to przerost formy nad treścią. Tym bardziej jeśli się wie, że (co najmniej) Trauma Unit występowała już z SukąOff . Ciśnie się na usta określenie towarzystwo wzajemnej adoracji pod batutą lidera SukiOff.
W agendzie festiwalu były zapowiedzi projekcji wideo i były takowe. O ile pierwsza z projekcji była opowieścią o cudzoziemskich performerach, z ciekawym komentarzem (prawdopodobnie) historyków sztuki, o tyle pozostałe to projekcje wcześniejszych dokonań SukiOff znane z ich strony internetowej i dostępne tam we fragmentach także w wersji video. Czyli niby festiwal ale mało uczestników, niby przegląd ale głownie dorobku jednej formacji. Trochę to naciągane i zgrzyta.Jeden z przedstawionych filmów nie był pokazem zarejestrowanych akcji ale opowieścią o korzeniach pokazywania ciała. Szalenie ciekawa produkcja, pokazująca związki nauki i sztuki body art. Na przykładzie widowisk, jakimi w wiekach ubiegłych były… publiczne sekcje zwłok. W kontekście widowiska dla gawiedzi i arystokracji, w kontekście poznawania anatomii człowieka jako podwaliny anatomii. W kontekście tego jak cierpiące i umartwiane ciało wywalczyło sobie stałą obecność w malarstwie religijnym. Spojrzenie na body art. Jako wielowiekową tradycje usankcjonowaną nawet przez hierarchów kościelnych. Choćby tylko dla tego pokazu warto było tłuc się te parę godzin do Poznania.
Sprawy organizacyjne ponownie. Zgodnie z zapowiedziami na wejściu otrzymaliśmy zaproszenia. Nie mniej jednak fakt kilkukrotnego przesuwania terminu nadsyłania zgłoszeń i uzasadnień (ostatni termin upływał na dwa dni przez imprezą) nasuwa skojarzenia z niewystarczającym zainteresowaniem i ryzykiem małej frekwencji. Zgłoszenia uczestnictwa miały być weryfikowane na podstawie jakości uzasadnienia. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zaproszenia otrzymali wszyscy, którzy zgłosili takie życzenie i nie istniała żadna selekcja. Tym bardziej dziwi fakt ‘odcinania’ się od publiczności przez artystę-organizatora. Jeżeli dokonywał selekcji ludzi na podstawie jakości uzasadnienia chęci/ potrzeby bycia na festiwalu to sam wybrał tych ludzi. Dysonans mnie nie opuszcza. Nie domagam się adoracji ze strony artystów i organizatorów, ale odrobina szacunku nie zaszkodziłaby. Opuszczaliśmy imprezę z przeświadczeniem, że nie jesteśmy tam mile widziani. A przecież nie o to chodziło. Żegnający nas przy wyjściu organizator (ten Nienormalny.pl) wyglądał jak zbity pies, a jego przepraszający ton i słowa dowodzą tego, że nie tak miało być. Znaczy nie było to tylko nasze odczucie.
To, czego zdecydowanie zabrakło w czasie imprezy to jej moderacji oraz braku czasoprzestrzeni na interakcję, na spontaniczne działania ludzi. A to, czym chyba w zamyśle miało być after party nie wypaliło w ogóle. Kiedy opuszczaliśmy lokal ludzie siedzieli grupkami albo snuli się po przestronnych wnętrzach nie bardzo wiedząc co dalej. „Podintelektualizowanie” imprezy przez wernisaż też nie bardzo wypaliło bo organizatorzy nie skierowani na to uwagi obecnych, a samo powieszenie zdjęć na ścianach bez jakiekolwiek wprowadzenia czy komentarza spowodowało, że przeszły bez echa.Relacja, recenzja i przemyślenia na temat pokazów w drugim podejściu.
27 marca 2007
Jest nieźle :)
Co dwie spółki to nie jedna. Niby wiedziałam o tym, ale jednak nie do końca. Bo niby wszystko wiadomo jak zrobić, ale kiedy przychodzi przemnożyć przez dwa sprawozdanie z działalności zarządu, sprawozdania finansowe i całą do nich opisówkę to czasu jakby nie wystarcza. No, ale jeden komplet już zamknięty, a drugi lada moment też. Zasiąść na laurach się nie da, bo jeszcze w tym tygodniu rozpoczyna się praca nad parametryzacją systemy finansowo-księgowego (alleluja! Udało się przeforsować inwestycję w ERP z wielowymiarową analityką). Jak go dopieszczę to całe raportowanie będzie bułką z masłem.
Ewaluacja na siedemdziesiąt pięć procent, po czterech miesiącach. Była potrzebna, nam wszystkim. Choć mało miarodajne to były miesiące. Bo zamknięcie roku i audyt pochłonęły większość mojego czasu. No, ale jedno jest pewne zyskaliśmy do siebie zaufanie. A nic tak dobrze nie robi jak wzajemna inspiracja i motywowanie. Po raz pierwszy pracuję z szefem, który nie buduje swojego autorytetu na strachu ani na odgradzaniu się rangą i sekretarką. Z kimś, kto potrafi objechać od góry do dołu za miernotę ale i z równym zapałem pogratulować sukcesu. Słucha i pozwala działać. Co raz bardziej przekonuję się do tego, że to moje miejsce na ziemi. Przyjemnie jest wstać rano i z przyjemnością wyruszyć do pracy, nawet podpierając powieki przysłowiowymi zapałkami. Mam frajdę z pracy, serio. I w końcu mogę wykorzystywać gromadzoną latami wiedzę z przeróżnych dziedzin, a nie zamykać się w stereotypowym kręgu cyferek. Jeszcze nie czas otwierać szampana, ale można już chłodzić.
Ewaluacja na siedemdziesiąt pięć procent, po czterech miesiącach. Była potrzebna, nam wszystkim. Choć mało miarodajne to były miesiące. Bo zamknięcie roku i audyt pochłonęły większość mojego czasu. No, ale jedno jest pewne zyskaliśmy do siebie zaufanie. A nic tak dobrze nie robi jak wzajemna inspiracja i motywowanie. Po raz pierwszy pracuję z szefem, który nie buduje swojego autorytetu na strachu ani na odgradzaniu się rangą i sekretarką. Z kimś, kto potrafi objechać od góry do dołu za miernotę ale i z równym zapałem pogratulować sukcesu. Słucha i pozwala działać. Co raz bardziej przekonuję się do tego, że to moje miejsce na ziemi. Przyjemnie jest wstać rano i z przyjemnością wyruszyć do pracy, nawet podpierając powieki przysłowiowymi zapałkami. Mam frajdę z pracy, serio. I w końcu mogę wykorzystywać gromadzoną latami wiedzę z przeróżnych dziedzin, a nie zamykać się w stereotypowym kręgu cyferek. Jeszcze nie czas otwierać szampana, ale można już chłodzić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

