27 stycznia 2008

Knajpiano-atwistyczno-salomonowe

Przyśniła mi się nieoczekiwanie i rozbudziła potrzebę, którą ułożyłam do snu miesiące temu. Najpierw zagrała cichym chiloutem, zaszemrała wielobarwnym głosem ludzi, zapachniała dymem i cytryną gdzie niegdzie zaakcentowanym mocnym zapachem perfum. Potem otworzyła przede mną drzwi, za którymi gwar nabierał twarzy i życia. Emocje krystalizowały się w oddechach, a prąd płynął między dotykającymi się palcami. Lekcja fizyki i chemii w praktyce. Mogłabym tak siedzieć godzinami. Po prostu siedzieć i chłonąc otoczenie przez skórę. Sycić się Nocnym Życiem Miasta. To jest to, czego mi brakuje. I nie chodzi wcale o to, żeby coś skonsumować. To nie potrzeba „mieć” tylko „być”. Kolejna noc i kolejne drzwi, które otwiera przede mną Pani Noc. A potem jeszcze jedne. Narastająca tęsknota…

Miałam całkiem inne plany na wieczór, z żalem odrzuciłam propozycję spotkania się z Ludźmi, z którymi spotkałabym się z największą przyjemnością. Ale… No właśnie… Było już późno… a ja byłam w Mieście. Wiedziałam, że siedzą tam wśród wszystkich symptomów Nocnego Życia. I poszłam tam Musiałam pójść. Cudowny wieczór, bez jednego grama alkoholu, na który tak bardzo miałam ochotę. Takie zasady BHP ustalone z Panią Nocą – ona pozwala mi napawać się atmosferą, a ja przyjeżdżam samochodem, żeby nie przekroczyć magicznej granicy. Jestem Kopciuszkiem, który co prawda nie gubi pantofelka, ale ma swoją karocę, wyczarowaną z dyni. Trywialny, namacalny element życia, które jest poza Nocnym Życiem. Papieros, kto trzymam w palcach przez cały wieczór jest symbolem tego, co mogę czuć, widzieć, wąchać a czego nie wolno mi posmakować. Tym razem nie stracił wypełniającego go tytoniu. Hołubiłam go w palcach jak najcenniejszy z klejnotów, odsuwałam od siebie jak zarazę, której potrafiłam się oprzeć. To kolejny cichy układ z Panią Nocą. Przedmiot, który pozwala mi się nie zapomnieć. Jest jak okruszki rzucane przez Jasia i Małgosię, jak nić Ariadny. Ale mnie potrzebny nie po to, żeby wrócić do domu, ale po to, żeby nie wejść w Mrok. Pragnienie zadurzenia się upojną wonią Nocy jest we mnie tak duże, że potrafiłabym się zapomnieć. To bardzo silny głód, namacalny, konkretny. Płomień, którego pragnę, spopieliłby mnie w mgnieniu oka, a nie wiem czy feniks we mnie potrafiłby się odrodzić do życia poza Nocą. Nie chcę próbować. Prośba o papierosa nie zawsze jest prośbą o ogień. Bo o to chodzi, żeby gonić Ogniczka…

Powrót do rzeczywistości. Zdejmuję z siebie ubranie, z każdym skrawkiem materiału odkładam świeże jeszcze wspomnienie gościny u Pani Nocy poza zasięg fizyczności. Woda zmyje te drobiny, które przedarły się aż do skóry i oblepiły ją lubieżnymi oddechami. Zdejmuję z siebie zawieszone w kroplach potu spojrzenia i rozmowy, powitalno-pożegnalne buziaki i uściski, zapach prochu. Wyjałowioną cielesność składam w pościeli. Budzi mnie gorący oddech na karku i woń męskiego pożądania. Atawistyczna, odwieczna męska żądza znaczenia terytorium. Bezceremonialnie posiadł moje ciało, wyganiając z wnętrza te drobiny Nocy, które oparły się kąpieli. Samczo bezwzględny, władczy i nieznoszący sprzeciwu napełnia mnie sobą, dezynfekuje spermą i piętnuje swoim zapachem. Dopiero teraz jestem czysta. Dopiero teraz czuję się czysta. To spowiedź i rozgrzeszenie w jednym akcie. Zwierzęca siła przeciw bezradności. Najbardziej pierwotne z praw dominacji. Może właśnie dla takich poranków tak bardzo pożądam Nocy.

Ten wieczór, noc i poranek były jak krótkie wakacje w raju. Kiedyś znowu odwiedzę Panią Noc i powrócę z jej objęć, żeby odnaleźć swoje miejsce u boku Pana Męża. Życie na krawędzi. Mieć i nie mieć zarazem. Być i nie być. Ale móc i chcieć, oto klucz to życia na krawędzi światów.Salomon powiedział „Jeśli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku Twoje nie było”. Kocham wracam.

10 stycznia 2008

38

Kreska na ścianie, w metryce rok – pojawiły się i zniknęły równie szybko. Zawodowy był to rok, niemal wyłącznie zawodowy. Czasami jednak muszę wybierać, jak w tym przypadku. Płacę za to czasem, który przestaje być wolny. Płacę przyjemnościami, które staja się tylko wspomnieniem. Płacę cząstkami siebie, które popadają w niebyt rozpryskując się atomy. Gdzieś głęboko ukryty głos dopinguje, a ten drugi, cichy staje się jeszcze cichszy i pozwala się zagłuszyć. I znów demon, któremu na imię ambicja podszeptuje swoje niecne plany, nęci wizjami tak realnymi, że wydaj się, że wystarczy po nie wyciągnąć rękę. Rozmowy, które prowadzę, eskalacja wymagań z jednej strony i oczekiwać z drugiej. I tylko w tym wszystkim zatraca się moje wewnętrzne ja zbudowane z małych pragnień. Z małych przyjemności, które potrafią przenosić w niebu. Zagubiłam gdzieś maleńki kawałek srebra, który pozwalał mi nie zapominać o tym, kim jestem. Tam, w środku. Przestałam być zbiorem uporządkowanych elementów, stałam się siedliskiem wolnych elektronów, z których każdy żyje własnym życiem. Zgubiłam amulet życia. Potrzebuję go. Tak bardzo.

6 stycznia 2008

Przepis na udany weekend

Uczestników co najmniej dwójka (płci dowolnej), duże łóżko, duża wanna, płonący kominek, wyłączone telefony, pusty dom, sex, sen, posiłek, sex, kąpiel w masie piany, afrodyzjaczek, sex, sen. Powtarzać w dowolnej kolejności aż do zmęczenia materiału. Dziecko nauczy się jeździć na nartach, a ja przyjrzę się z bliska kolejnemu obliczu cielesnych przyjemności…

4 stycznia 2008

AvP2

Nawet będąc na takim głodzie S-F na jakim jestem od dłuższego czasu nie da się obejrzeć tego czegoś (film to za dużo powiedziane!!) bez popadania w załamanie nerwowe. No tak zeszmacić i podszyć tandetą pięknego, seksownego i błyszczącego Obcego to nikt inny nie byłby w stanie. Scenariusza i fabuły bram, gry aktorskiej nie widziała, scenografia zerowa, a sposób poruszania się zwinnego i szybkiego dotychczas Obcego porównywalny z gracją gumowych potworów w filmach S-F z lat sześćdziesiątych. Zdecydowany numer jeden na liście gniotów wszech czasów. Żadna zła recenzja jaką czytałam gdziekolwiek nie oddaje beznadziejności, którą reprezentuje ta produkcja. Jedno wielkie błeee.

1 stycznia 2008

Sexowne bąbelki...

Nie ma jak noworoczny sex po paru lampkach bąbelków. O tak, to jest to, co tygryski lubią bardzo. Mraaauuuu. A potem przeogromna dawka snu w ciszy… Cisza to taki stan kiedy w domu nie słychać odgłosów kreskówkowych, śpiewanych piosenek, tupania na schodach i innego porannego skradania się (krótko mówiąc Młoda na imprezie poza domem). REWELACJA! Już zapomniałam jak to pięknie smakuje.No to sobie i innym życzę dużo (nie)skrępowanego sexu w nadchodzącym roku. Oj duuużo.

31 grudnia 2007

Paranoja technologiczna

Oszaleć można z tym "nowym, lepszym" panelem administracyjnym. No, bo jak nazwać sytuację, kiedy połowa napisanego tekstu z bliżej nieokreślonej przyczyny nie raczy się wyświetlić?? Kombinacje alpejskie ze zmianą korou czcionki aż się nóż w kieszeni otwiera. Zaglądam na stronę główną, a tam jakaś nibydebata na tematy od czapy! I to w imię tego, pseudopostępu? Nie dość, że spaprali portal robiąc go bezpłatnym to jeszcze zamienili sprawnie działające, proste mechanizmy na wydumane nie-wiadomo-co, które na dodatek nie działa jak powinno. Wpisanie urla jak pan bóg przykazał nie jest strwne dla tego nowego powalonego panelu, konieczne jest użycie ikonki, która działa jakby chciała i nie mogła. W sumie to przeniesienie się na inną platformę ma w tej chwili coraz więcej sensu. W końcu czy uczyć się nowych klocków tu czy gdzieś indziej jeden czort. Gdybym tylko miała pewnośc, że przeprowadzka nie wywali w kosmos całego archiwum zrobiłabym to bez wahania. Wkurzyli mnie ci tutaj na maxa.

30 grudnia 2007

Wladimir Fernandes Junior

Jedne z najpiękniejszych aktów, jakie kiedykolwiek widziałam. Z mistrzowskim wyczuciem nakreślona granica między ciałem na pierwszym planie i rozmytą, drugoplanową, ulotną duszą. Aksamitna gładkość skóry niezmącona nawet jednym drżeniem od chłodnego oddechu wiatru. Emanująca ciepłem doskonałość kryjąca się przed łzami chmur pod delikatną powłoką parasola. Przemykając między nimi, uciekająca. Odziane w idealnie czarne pantofelki stopy wystukujące bicie serca na kocich łbach. Zachłanne sięganie murów – jakby te mogły stanowić osłonę, azyl. Skulone ciało – miękkie i soczyste w kontraście z chłodnym i śliskim brukiem i chropowato niedostępną ścianą obcego budynku. Niechciane. Niezauważone. Aż proszące się, żeby wziąć je w ciepłe dłonie, otulić oddechem, zaróżowić wargami. Przepiękna, poetycka słodycz. Parafrazując strofę z Fortepianu Szopena Norwida - Ideał, Który Sięgnął Bruku… Sięgnął i oparł się nieczułemu, zimnemu kamieniowi.
A wszystko to za sprawą Brazylijczyka o rosyjskim imieniu - Wladimir Fernandes Junior




29 grudnia 2007

Około-po-świąteczno-rodzinno-popularnonaukowo

Zawsze wydawało mi się, że potrafię tego uniknąć, ale niestety byłam w błędzie. Przychodzi taki dzień, że człowiek zostaje obdarowany najbardziej popapranym prezentem w życiu i słowo prezent traci swoje pozytywne konotacje. Przestaje być miłą niespodzianką albo też z dawna oczekiwanym drobiazgiem. Staje się czarną rozpaczą w najgorszym z możliwych wydań. Tym bardziej, że ten, kto go ofiarowuje robi to ze świętym przekonaniem dobrze spełnionego obowiązku. Do jasnej cholery lepiej odpuścić sobie niż dawać coś, co nie wywoła jednej pozytywnej myśli. Szlag. Błee. Przy okazji kina familijnego spotkałam się dziś z pytaniami z zakresu rozmnażania homo sapiens. A to spora sztuka odpowiedzieć w jednym zdaniu siedmiolatce co to jądra, pochwa, obrzezanie i dlaczego kobieta która rodzi mówi, że to boli. Ja mogę bez problemu i to nawet dość dokładnie, ale nie w jednym zdaniu! Jak dla mnie temat wymaga poświęcenia mu nieco więcej uwagi. Nie mniej jednak chyba się udało. Co prawda wyjaśnienie istoty obrzezania zaskutkowało pytaniem czy dziewczynkom też się to robi. No i tu się zawahałam, bo w pierwszym odruchu odpowiedziałam, że nie, ale po chwili zastanowienia pomyślałam o klitoridektomii. A tu trzeba byłoby o uwarunkowaniach kulturowych i geograficznych - sorry, nie da się w jednym zdaniu. Więc póki co wersja skrócona.

Świat się zmienia. Ja w jej wieku nie słyszałam nawet słowa obrzezanie, nie mówiąć o tym, że do dziś nie widziałam na żywo (znaczy efektu, zresztą procesu też nie, ale to mnie mniej interesuje). Przetworzenie fizjologii i anatomii płciowej na wersję dla siedmiolatków to spore wyzwanie. Tym bardziej, jak się ma w pamięci, że wyjaśnienie pięciolatce terminu cesarskie cięcie zaskutkowało zabawą w inscenizację w/w kilka dni później, w przedszkolu. Wolałabym nie wylądować u dyrektora na dywaniku za analogiczne przedstawienia szkolne na temat klitoridektomi. Powiedzenie ‘obyś cudze dzieci uczył’ to nic w porównaniu z uczeniem własnej pociechy. Trzeba się pięć razy nad każdym słowem zastanowić.

25 grudnia 2007

Wspomnienie twoich rąk

Kiedy wspomnę pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki
na sosnowej półce
Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona
Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręką usta
Nie mogę przecież krzyczeć

Małgorzata Hillar

Są takie wspomnienia, które chciałabym na wieczność zatrzymać w zakamarkach pamięci. Są takie dotyki, które równie mocno chciałabym wyrwać z korzeniami z miejsc, w których tkwią. Te same dłonie potrafią wykreować tak różne doznania…
Czy gdybym pozbyła się niechcianych przebłysków czasów minionych byłabym szczęśliwsza? A co, gdybym wraz z nimi utraciła te, których tchnienie po prostu mieć muszę? Nie warto. Tylko dlaczego tak trudno jest zapomnieć…
Staje czasami wśród ludzi mijających mnie i zasłaniam usta. To takie ludzkie. A może bez tego, co boli byłabym mniej ludzka?
Niech wspomnienia tych wszystkich dotyków, które rozpalały żądze zasłonią te mniej pożądane. Właśnie tak – do pierwszego szeregu poproszę Palce, Dłonie i Usta, które potrafią przenosić góry, zatrzymać czas i tworzyć magię. Gdziekolwiek się znajdą. Karuzela wspomnień niech wiruje.

22 grudnia 2007

Pobożne...

Od Mikołaja, bynajmniej nie świętego, poproszę duże pudło wolnego czasu i kochankę pod choinkę. No dobra, niech będzie jeszcze rózga do pełni szczęścia.
Perspektywa końca roku trochę mnie zniechęca do życia, chciałabym włączyć pauzę, albo przelecieć ten kawałek na zwolnionych obrotach. Zanim się otrząsnę z nawału pracy miną i święta, i sylwester, i moje urodziny. Tak, tak, złapię pierwszy oddech gdzieś koło walentynek dopiero.

21 grudnia 2007

Christmas party

Fraza, która za czasów korporacji nabrała odcienia obowiązku, a za czasów fabryki obowiązku do kwadratu (tyle, że w fatalnym kiczowato-wieśniackim wyglądzie). Wczoraj przywrócony został jej pierwotny charakter. Oczyszczona ze sztuczności, blichtru przerośniętego ego organizatorów, pompatyczności i łaski zarządzających została tym, czy była pewnie kiedyś w pierwotnym zamyśle. Z pracowniczej/ firmowej wigilii czy anglezowanego christmas party zostało to, co najlepsze – party. Zamiast sztywnej i nadętej ‘zasiadanej’ kolacji z przemowami, pseudokonkursów organizowanych przez wyspecjalizowanych ‘wodziryjów’ trzy razy W – Wolny parkiet – Wolny mikrofon – Wolny bar. Ludzie potrafią się bawić, oj potrafią – wystarcz im nie przeszkadzać.

No, nie powiem była część oficjalna, ale tak przyjaznej oficjalności życzyłabym sobie zawsze. Było wręczanie nagród (taka branża – wciąż jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam), ale były też słowa uznania, wywołanie z ‘imia i nazwiska’, cmok w mankiet i róża dla tych, o których się zazwyczaj nie myśli czy tak zwanych służbach pomocniczych kosztotwórczych – księgowe, sekretarki, recepcjonistki. Dziewczyny wzruszone do niemożliwości, Prezio urośnięty też do niemożliwości. Grunt, że było miło.

A potem już tylko pogaduchy, drinusie, tańce i śpiewance. Serio doskonała impreza. Lokal – palce lizać (nie wiem tylko dlaczego w toalecie były ostrzeżenia proszę się nie wychylać wiszące na atrapach okien, no ale co kraj to obyczaj). Ubawiłam się serdecznie. A gremialnie chóralne wykonanie „Baranka” w charakterze karaokowych szranków przejdzie chyba do historii. Tak czy owak zachrypnięta jestem, a i owszem. Do biura dotarłam około 10 a i tak byłam jedną z pierwszych. Delikatny ‘afterek’ przy kuchennym stole, na którym królowały wynalazki uzupełniające elektrolity trwał prawie do dwunastej. Ale w miłym towarzystwie to i kac nie straszny. Czego i innym życzę.

15 grudnia 2007

Pędzel miłości

"Pędzel miłości. Penis – życie i twórczość" autorstwa Bo Coolsaet’a

Jeden z nielicznych przypadków, kiedy o sprawach ogólnie nazywanych „tymi sprawami” autor opowiada nie tylko w sposób przyswajalny dla zwykłego człowieka, ale wręcz bardzo zajmująco. Ciekawa jest już formuła książki – nie monolog przeładowany terminologią medyczna, nie felietony, ale korespondencja faksowo-listowa oraz zapisy rozmów. Tak, właśnie dialog między dwoma mężczyznami, z których jeden jest klasycznym posiadaczem i użytkownikiem penisa, a drugi dodatkowo uznanym urologiem. Forma pytań zadawanych przez użytkownika, jego drążenie tematu sprawia, że temat wciąga zarówno udzielającego odpowiedzi, jak i czytelnika.

Kopalnia wiedzy na temat anatomii. Nigdy nie przypuszczałam, że do erekcji ‘przykłada palce’ aż tyle mięśni. Bo to i dźwigacz jądra, i mięsień opuszkowo-jamisty, i kulszowo-jamisty, i opuszkowo-gąbczasty. Przede wszystkim jednak informacja na temat ćwiczeń mięśni przepony miednicy (taki odpowiednik kobiecego Kegla). Krótko mówiąc jak wykorzystać korki na ulicach do efektywniejszego korzystania z własnego sprzętu , a docelowo zwiększenia zadowolenia z seksu zarówno penisoposiadacza jak i jego partnerki czy partnera. Opowieści o fascynującej (moim zdaniem) fizjologii wytrysku – odruchy warunkowe i bezwarunkowe zadające kłam teoriom powstrzymywania wytrysku siła woli (zwłaszcza metodą myślenia o czymś innym i aseksualnym). Co można, to można, ale na odruchy bezwarunkowe nie ma mocnych – czysta żywa fizjologia. Garść informacji na temat tego komu i do czego prostata potrzebna. I wiele innych ciekawostek.

Formuła książki pozwala połknąć ją niemal za jednym zamachem ze względu na swoją lekkostrawność. Interesująca z punktu widzenia kobiety, ale facet znający swojego penisa ‘od małego’ znajdzie tu informację, które go zaskoczą.



14 grudnia 2007

Prezentem w blog

No i zaczyna się nauka na nowo, bo się adminom usprawnień zachciało. Niby wiem, że postęp i te rzeczy, ale jeśli chodzi o techniczną stronę pisacielstwa to wolę wiedzieć co się gdzie znajduje i jak działa. A tak będę zmuszona parę razy kliknąć tu i ówdzie zanim się rozeznam w nowej wirtualnej rzeczywistości. Mam tylko cichą nadzieję, że w tym przypadku lepsze nie będzie wrogiem dobrego. Nie ma co narzekać – zakasać rękawy i do zapoznania się z nową materią odmaszerować. Na razie widze, zednia czcionak nie jest możliwa do używania niestety, a jednicześnie w ramach udogodnień za każdą notką konieczne jest ustawianie czcionki. No dla mnie bomba - przepadam za uszczęsliwianiem na siłę. Zamiast takich pierdół dołożyliby edytor wyłapujący brakujące ogonki w ęćkach i ąćkach. Wrrrr.

6 grudnia 2007

Dzięcioł raz!

Co zrobić kiedy w wieczór przed imprezą człowiek staje przed wyzwaniem jak zrobić strój dzięcioła w dwie godziny i to z niczego? Recepta jest prosta. Wystarczy wyciągnąć wszelkie ścinki lacki w kolorach czarnym i czerwonym oraz innych gumowanych tkanin i pokombinować. Przy pomocy maszyny do szycia, gumy, zszywacza i białej bluzki z kapturem wyjdzie dzięcioł jak się patrzy. Całe szczęście, że nie spadł na mnie dziób bo tego się raczej z fetyszowych materii popełnić nie da (miałam koncept, żeby wykorzystać coś z różowego winylu, ale jakoś tak za bardzo przypominało to inną część ciała, w dodatku taką, której dzięcioły raczej nie posiadają w tym rozmiarze). Ciekawam bardzo jak się ptaszysko udało i jak na scenie wyglądać będzie.

============

utaszz 2007-12-11 22:43:36 83.16.76.2 unknown
Jezusicku, fetyszowy blyszczacy dzieciol! Marzenie kazdego fotografa przyrody. Pozdro.

29 listopada 2007

Niedoczas

Prawie mi to przez gardło przejść nie chce, ale chyba w końcu muszę to powiedzieć. Ugryzłam więcej niż mogę zjeść i chyba zaczynam się lekko dławić. Doba za cholerę nie chce się rozciągnąć a szanowny ‘oryganizm’ zbuntował się nie chce funkcjonować w modelu 4/24. A mnie szkoda jest czasu na sen. Zwyczajnie zasypiając czuję jak tracę czas, bo przecież tyle jest jeszcze do zrobienia. Reaktywowałam wannoczytanie, książek całkiem spora porcja czeka na przeczytanie (nauczka – nie nabywać w jednym czasie wielu książek, bo zaczynam każdą po trochu). Ostatnio wpisałam na listę kolejnych parę pozycji i zamierzam w związku z tym nawiedzić bibliotekę. Przerywnikiem jest literatura tematyczna reklamowo-netowo-optymalizacyjna (akurat na szybką kąpiel w wannie). A swoją drogą to jakby mi kiedyś przyszło do głowy popełnić jakość pracę naukową o tematyce erotyczno-seksualnościowo-fetyszowo-artystyczno to mogę to zrobić niemal z marszu. Moja osobista biblioteczka (w tradycyjnym rozumieniu tego słowa) oraz zbiory elektroniczne wszelakich materiałów są pokaźne. Nie, żeby stwierdzić mam już wszystko ale raczej mam już listę wszystkiego, co napisane na temat zostało. Bibliografia jak ta lala (łącznie z pozycjami opatrzonymi komentarzem – nie dotykać gniot!). Gdyby przymus ekonomiczny nie determinował konieczności świadczenia pracy najemnej w wymiarze czterdziestu procent doby to oddawałabym się studiom dla przyjemności samego zgłębiania tematów. Tak to już jest z tą moją ‘skazą’ lubię się uczyć. Wiedzieć więcej. Człowiekiem renesansu być, oj tak… Może kiedyś, w następnym życiu.

27 listopada 2007

Zamek uciech z pejczem i obrożą - po polsku

Wiele hałasu o nic - impreza się nie odbyła, była zaplanowana na lato 2005 roku a dziś się niektórzy podniecają bo ktoś, gdzieś, przypadkiem znalazł w sieci stronę z informacją o klimatycznej imprezie. Zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu.Żenujące robienie sensacji i to bez powodu. I jeszcze jakiś niezrozumiały "patriotyzm lokalny", że takie "świństwo" odbywać się miało w "naszej" miejscowości. W efekcie całkiem przyjemne wnętrza zostały starcone na wieki dla klimatycznych celów :(. A oto i powód całego "skandalu" - polska strona z informacją o imprezie Sadomasoneria Party.W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że później wynajęcie dobrego lokalu na klimatyczną imprezę graniczy z cudem. Dla świętego spokoju właściciele odmawiają. A jeśli impreza jest zamknięta to nikomu nic do tego, co się na niej dzieje. Nie ma przypadkowych gapiów, goście wiedzą w jakim celu na taką imprezę się wybierają. Niestety, wygląda na to, że długo jeszcze w tym kraju nie doczekamy się jawnie reklamowanej, dużej imprezy w klimacie fetysz/ bdsm choćby takiej jak londyński doroczny Skin Two Rubber Ball.

9 listopada 2007

Bajkowo...

Przyszło mi do głowy, żeby jednak reaktywować koncepcję bajek dla dorosłych, którą obmyśliłam przy okazji planowania pokazów imprezowych. Co prawda w innej nieco konwencji i technice innej ale zamysł pierwotny pozostaje bez zmian. Co więcej – aktualna brana pod uwagę technika pozwoli na eliminację tych ograniczeń, które wynikały z pokazu na żywo, a przede wszystkim dzięki montażowi pozbędzie się dłużyzn. Pozostaje jeszcze pytanie czy koncepcja się spodoba realizatorom, ale tego dowiem się niebawem. Tak czy owak bajkowa koncepcja wydaje się być przywrócona do życia.

8 listopada 2007

Jacques Callot - szesnastowieczny perwers

Jacques Callot urodził się w 1592r. w Nancy, w Lotaryngii, gdzie także zmarł w wieku 43 lat. Pochodził z prominentnej rodziny, jego ojciec był mistrzem ceremonii na dworze księcia. Tę znajomość protokołu wykorzystywał często w opisach własnej osoby towarzyszących jego pracom. Podczas pobytu we Florencji w latach 1612-1621 uczył się technik malarskich. Wkrótce stał się niezależnym malarzem, rysownikiem i grafikiem pracującym na dworze Medyceuszy. W 1612r. powrócił do Nancy, gdzie pozostał do końca życia. Publikował głownie w Paryżu, ale jego prace były znane w całej Europie. Jednym z kolekcjonerów prac Callota był Rembrandt.

Callot jest zasłużony dla sztuki graficznej, zasłynął przede wszystkim swoimi rysunkami i akwafortami przedstawiającymi sceny fantastyczne, odrealnione i zaskakujące. W swoich pracach oddawał realia czasów mu współczesnych uwieczniając sceny zwykłego życia wiejskiego, pijaków, żołnierzy, Cyganów czy żebraków. Nie stronił także od scen dworskich, które choć pełne realizmu oddającego cielesność zaskakiwały swoją kompozycją. Trudno jednoznacznie ocenić czy prace miały charakter potępiający w stosunku do rozpustnego życia jakie pokazywały, czy wręcz przeciwnie – wyrażały fascynację, a może i zachwyt. Jedno jest pewne trudno o równie obszerną i różnorodną kronikę epoki.
Jego dorobek jest przekrojom przez chyba niemal wszystkie kategorie opisane w katalogu dewiacji i wszelkich możliwych kombinacji płci i ilości uczestników. Od klasycznego jeden na jeden, przez figle z osobą duchowną po grupensex.












Do tego całkiem pokaźny zestaw s/m z chłostą w roli głównej







Sceny grupowe nie poprzestają na klasyce, uwiecznione ołowkiem zostały damsko-męskie przekładańce i ciągi w rodzaju szeregu wzajemnie kopulujących królików. Nie stroni także autor od stosunków międzyudowych z młodymi mężczyznami, a także elementów związanych ze śmiercią. Autor nie przejawiał zahamowań jeśli chodzi dobór tematyki swoich prac, nieprawdaż? Nie łatwo jest dotrzeć do tch bardziej kontrowersyjnych prac, ale jest to możliwe.

2 listopada 2007

Adoracja

Z mych pocałunków szata twej nagości,
Z warg moich na niej purpurowe róże,
W które cię stroić nigdy się nie znużę,
Tknąć ciebie kwiatom broniąc w ust zazdrości!

Z zachwytów moich kadzidła wonności,
Co owiewają cię w uwielbień chmurze!
Z dumy mej tobie stopień i podnóże,
I hołdowniczy kobierzec miłości!


Na swojej skroni twoje stopy noszę
Jako niewolnik pełne kwiatów kosze...
Ugięty klęczę i powstać się boję!

Na czole stopy twoje obnażone
Dzierżę jak żywych klejnotów koronę,
Bo na twych stopach chodzi szczęście moje!

Leopold Staff



Jest Staff jednym z tych facetów, którzy, w moim mniemaniu, posiedli dar czarowania słowem. Ze słów prostych i znanych potrafi wyczarować ażurowe cacko z kunsztownym wzorem, w którym każdy, co zechce, zobaczy. Doprawdy słodko jest wspinać się po stopniach słów odkrywając z każdym krokiem ich nowe znaczenia. Kiedyś, dawno Adoracja była pięknym erotykiem. Po prostu. I tyle. Chwilą uniesienia zapisaną literami, chwilą uniesienia odczytywaną z liter, chwilą uniesienia, którą sobie zagarnęła moja zachłanna dusza. Dziś, kiedy bagaż doświadczeń większy już na moim grzbiecie się uskładał umysł każe mi inaczej odczytać dwie ostatnie strofki. A stopy na czole postawione i klęczącą postać nie tylko w kategoriach metafory odczytać, ale i wprost. Ciekawe doświadczenie czytać dziś, coś, co pamięta się z dawnych lat. Czytać i odczytywać zaskakująco inne treści.

1 listopada 2007

Kobiety widziane okiem Barbary Cole

Kim jest Barbara Cole? Po pierwsze modelka, w każdym razie jako nastolatka. Rzuciła szkołę po to, żeby poszukać tego, co chciałaby w życiu robić. Znalazła ją fotografia. Tak, to dobre określenie dla kogoś, komu zaproponowanie redaktorowanie w związanym z modą magazynie. Tak, czy owak szlifowała warsztat, żeby już niebawem móc powiedzieć - po drugie fotograficzka. Własne studio, praca dla telewizji, reklama (pokaźna lista poważnych klientów na koncie), ale jednocześnie ciągła potrzeba zmian warsztatu. Tak więc łączy fotografię z malarstwem – w formy zarówno odseparowane od siebie jak i przenikające się na jednej pracy. Urzekły mnie jej prace z aktualnie trwającej w wystawy w Iris Galery, Great Barrington w Massachusetts a zatytułowanej Painted Ladies.

Kobiety w tych pracach są takie jakie bywały na przestrzeni wieków – eterycznie piękne. Są takie jakie bywają dziś – chłodno niedostępne. Po prostu kobiece. Nagość odziana w przezroczyste muśliny i organzy, zatrzymane wspomnienie lub marzenie. Niecodzienne i zaskakujące zestawienia – choćby kobieta przy barze…



Gorąc ciała zestawiony z zimną, chropowatą powierzchnią ściany…



I tylko ciepła w barwie i fakturze drewniana podłoga łagodzi to poczucie chłodu, bo przecież nie ółprzezroczysta suknia…


Krocząc po miodowym drewnie gubi gdzieś swoją śnieżną szatę. Ta, którą próbuje się okryć ma teraz barwę wina i jak wino spływa po ciele, ucieka…



Ale wystarczy położyć się i przymknąć powieki, żeby niczym wino owładnęła całym ciałem, rozgrzewająco pulsując pozwala śnić podświadomości przytulonej do wyrazistej, ciepłej tapety…




Śnić o objęciach przepastnej sofy, bezpiecznej jak ramiona, których jeszcze brak…



A które pojawić się mogą wprost niespodzianie…