25 listopada 2009
Hołdującym dziękujemy
Przewrotny Ludovic Goubet
Urodzony w 1961 we Francji, dorastał na przedmieściach Paryża, a dziś Paryż jest jego domem. Odebrał tradycyjne wychowania w szkole, która jak sam mówi – była jak kościół. O fotografii erotycznej dowiedział się od… ojca, a dokładnie z jego bogatej kolekcji książek i magazynów o tematyce erotycznej. Ojciec był przewodnikiem w świecie aktów ale i nauczycielem fotografii, także tej erotycznej. Jeśli chodzi o technologię to Ludovic Goubet przeszedł tradycyjną drogą – zaczął od fotografii analogowej, którą porzucił ze względów ekonomicznych i od tego czasu żyje szczęśliwie w związku z cyfrówką.
Jego marzenie jest zawiera się w zdaniu – album mojego autorstwa wydany przez Tashen.
W pracach Goubert'a jest przewrotność spowodowana wyjściem z szafy. Oś kompozycji często przechodzi pomiędzy modelami/ modelkami a przypadkowymi ludźmi na ulicy. Zaskoczenie, szokowanie, edukowanie – tak scharakteryzowałabym poniższą kolekcję. Nagość i ubraność, wnętrze studia i opustoszała ulica, szare tło i kolorowe stroje, a wszystko spojone naturalnością i swobodą. Chciałabym zobaczyć Paryż jego oczyma.


24 listopada 2009
Hipokryzja czyli nie-cywilna nie-odwaga
W pierwszym zdaniu mojego listu nadmienić należy, że bohaterami przypowieści nie są dzieci , nawet młodzież, ale całkiem dorośli ludzie. Spotyka się takiego osobnika osobiście, stojąc w odległości niecałego metra i prowadzi rozmowę. Wymiana zdań na tematy różne. A w czterdzieści osiem godzin później na jakimś forum pojawia się wypowiedzi tegoż osobnika, prezentująca zupełnie inne zdanie na ten sam temat. Kolejne forum i taktowne milczenie 'na temat' za to pierdolety o wyglądzie, rozpoznawaniu i nierozpoznawaniu ludzi.
Ze dwa lata temu pewnikiem bym się zirytowała i oblekła w purpurowy wkurw, dziś turlam się ze śmiechu z ludzkiej niedoskonałości. Świat jest mały, szczególnie ten pikselowy, a jeżeli mnie gdzieś nie ma to zawsze jakaś dobra dusza podrzuci link lub kopię wypowiedzi. Oczywiście istnieje ryzyko, że w głowie 'bohatera' mieszka całe stado ludzików a nie tylko on jeden i schizofrenia jest powodem zmiany zdania. Ale jednak stawiam na brak odwagi. I tylko ten mundur zupełnie nie pasuje… Kłamstwo ma króciutkie i grube nóżki, daleko na nich nie podefiluje ;).
17 listopada 2009
Relaks
1. Wyobraź sobie, że stoisz obok cichego strumienia, który łagodnie szemrze pośród skalistych zboczy.
2. Dobiega się miły i spokojny śpiew okolicznych ptaków, które leniwie unoszą się w górskim powietrzu.
3. Nikt nie wie o Twojej tajnej kryjówce i nikt Cię tu nie szuka.
4. Jesteś całkowicie chroniony przed nieustannie pędzącym światem.
5. Kojące dźwięki pobliskiego wodospadu przepełniają Cię błogostanem.
6. Woda jest krystalicznie przejrzysta.
7. Wyraźnie widzisz twarz osoby, którą przytrzymujesz pod wodą.
Podczytnięte u Bajki i przygarnięte :)
12 listopada 2009
Aaaaby banner na już!
Mile widziana pomocna dłoń poligraficzna przejawiająca się chęcią wydrukowania bannera reklamowego typu ulicznego o wymiarach 2 x 2 metry kwadratowe w baaaaaaaaardzo atrakcyjnej cenie zbliżonej do zera i oczywiście na wczoraj.
Projekt graficzny na krzywych w formacie ai (cokolwiek to znaczy) czeka zwarty i gotowy.
PS. Bo przysłowie, że krowa, która dużo ryczy (publicznie w szczególności) mało mleka daje sprawdziło się. Niestety :( DO-OSTATNIEGO-ZŁAMANEGO-SŁOWA!
11 listopada 2009
Posezonowa
Listopad szaleje dając się we znaki jak tylko może. A morze (to Czerwone) nie otuli mnie rozkosznymi ramionami tej jesieni. A tygodniówki półdarmo –Brothers można machnąć za sześćset z małym hakiem. I co z tego skoro ja jeszcze nawet o zbieganiu ze schodów myśleć nie mogę więc o wędrówkach z dwudziestoma kilogramami szpeju, po kołyszącym się pokładzie i w płetwach nawet jeszcze nie marzę. Ba, wyparłam to nawet ze snów – po co się frustrować.
Świętowałam niepodległościową pełną gębą – niepodległość dla łóżka, pościeli i piżamowego dnia. Swoją droga to dość dziwaczne urządzać sobie piżamowy dzień skoro się w piżamie nie sypia, nieprawdaż? Ale jak to u mnie niewiele jest spraw, które można przyłożyć do jakiegoś schematu. Dzień upływał w miłym nic-nie-robieniu z przerwą na długą gorącą kąpiel i lekturę a w międzyczasie odpisywanie na maile w dużej ilości. Od pytań w rodzaju czy można na imprezę w adamowym stroju po ustalanie natężenia światła w reflektorach scenicznych.
Okresowy przegląd sytuacji plagiatopodobnych działań zaowocował dwoma ciekawymi blogami wrzuconymi do worka z odwiedzanymi, więc nie najgorzej. Przydałoby się sklonować albo rozmnożyć na najbliższe dziesięć dni bo za dużo tego jak na jedną głowę i parę rąk.
9 listopada 2009
(Nie)tolerancji oblicze kolejne
Wszystkie działania okołofetyszowe mają (z mojego punktu widzenia) dwa podstawowe cele – poznać i oswoić. Co? To proste – inność innych. Oswoić nie należy utożsamiać z adoptować czy nawet adaptować. Nie ma takiej potrzeby, ważne jest, że daję sobie i innym możliwość obcowania z innością nie koniecznie ta samą co moja własna.
Czy kiedykolwiek przyszłoby mi głowy żeby wciągać na siebie latexowy kombinezon? Dziś tak. Cztery lata temu może. Sześć lat temu – w życiu! Czego potrzebowałam? Przede wszystkim okazji do styczności z tym zjawiskiem. Czy sześć lat temu miałam pojęcie, że ludzie noszą gumowe ciuch dla przyjemności? Nie. Trzeba było iść na imprezę, spotkać tych ludzi, poznać i dotknąć. Tak dotknąć. I nie stałam się z tego powodu bardziej zboczona niż byłam ani też bardziej skrzywiona. Przez kolejne lata nie przeszkadzało mi spotykać się z tymi ludźmi "po cywilnemu" spędzać miłe wieczory przy lampce wina a jednocześnie nie powiększyć grona latexowych maniaków. Przyszedł na mnie czas i spróbowałam. Zakochałam się w tej elastycznej cienkiej powłoce. Ale nikt mnie nie nagabywał i nie przytłaczał koniecznością przystąpienia do grupy. Gumisie też ludzie J.
Na tej samej imprezie miałam styczność z pony play. I co? Do dziś nie wyrosły mi kopytka i ogon. Po prostu ten klimat do mnie nie przemawia, nie czuję go i nie mam potrzeby asymilowania. Ale miałam potrzebę doświadczenia empirycznego o co w tym biega.
Inna impreza, mniej więcej w tym samym okresie i spotkanie twarzą w twarz z trampingiem. Szok. Sprzeciw. Zachwyt. Szok, że kogoś to kręci. Sprzeciw dla propozycji zostania tramp linką. Zachwyt dla wyrazu twarzy pewnego pana. Ekstatycznego grymasu ust i całkiem silnej erekcji. Widziałam, współodczuwałam emocje ale nie miałam potrzeby konsumpcji. "Dywanika" znam i utrzymujemy mniej lub bardziej regularne kontakty.
Kolejna impreza, kolejne doświadczenie. Tym razem z transami. I co? I świat stoi jak stał. To ludzie, tylko ich frajda jest znowu trochę inna od mojej.
Modne lat temu kilka słowo, dziś już passe – pluralizm. Dokładnie tak różnorodność, której można dotknąć, poczuć, doświadczyć. Pamiętam dyskusje na latexowym forum dotyczącą wyboru klubu na imprezę. I sprzeciw części forumowiczów przeciwko organizacji imprezy w klubie gejowskim. Sprzeciw na miarę obrony Częstochowy. Pod hasłem nie może być tak, że ktoś wchodzi na latexowe forum i ma jednoznaczne skojarzenie, że latexofie to geje. Minęło parę lat i dziś podobne komentarze przeczytałam na forum cross dressingu, choć dotyczyły nie orientacji seksualnej ale BDSM. I zrobiło mi się smutno, lata mijają a stereotypy mają się dobrze. Niestety nawet u ludzi, który sami należą do "marginesu społecznych dziwaków".
I idea, która mi przyświecała trzy lata temu podczas przygotowań do Fetyszozy zajaśniała znowu – OSWOIĆ INNOŚĆ INNYCH. Nie dla nich ale dla mnie samej. Jak inaczej jeśli nie właśnie w ten sposób zmierzyć się z innością? Dlatego właśnie imprezy takie jak Fetyszoza powinny mieć swoje miejsce w imprezowym kalendarzu. I zachować właśnie te formę mieszanki różnorodności. Gdyby nie takie imprezy nie poznałabym kilkudziesięciu fajnych ludzi. Gdyby nie NationFetishParty nie widziałabym ludzkiej klaczy i nie dotknęłabym latexu. Gdyby nie Fetyszufka nie miałabym bezpośredniej styczności z transami. Gdyby nie FetishFucktory nie włożyłabym gumowego kombika. Gdyby nie… tu można wymieniać długo nie poznałabym ludzi, którzy pokazali mi swoja inność. Jak inaczej można poznać to, co zazwyczaj siedzi schowane bardzo głęboko w człowieku?
Oswoić inność innych. Ciekawe, co albo kogo przyniesie tegoroczna Fetyszoza? Już jej przygotowywanie pozwoliło mi poznać i ludzi i ich ciągoty tak odmienne od moich.
8 listopada 2009
Terapia narodu za pomocą seksu grupowego

autorka: Arundati
Widziałam.
Przeczytałam.
Odstawiłam na półkę.
I na tym mogłabym skończyć.
Ale nie byłabym sobą :)
Sucha, bezemocjonalna relacja napisana w konwencji planu lekcji, w skrócie można to sparafrazować następującym ciągiem alfanumerycznym:
20.00 - ubieram się w nową bieliznę
20.15 - zdejmuję majtki bo jednak nie będą potrzebne
20.30 - nie były potrzebne bo zrobiłam mu laskę w toalecie
20.45 - wracam spacerkiem do domu, brak majtek skończy się przeziębieniem pęcherz bo jest zima
21.00 - wiadomości telewizyjne Kaczyński obraził się na… ewentualnie powiedział, że …
21.15 - robię sobie dobrze za pomocą ... tu wstaw właściwe
21.30 - awantura w sejmie na temat...
błe błe błe bla bla bla. Wtórne, pozbawione emocji, jak odczytywanie rozkładu jazdy. Ani nie jest tak obrazoburcze, szokujące i perwersyjne jak jest reklamowane. Ani tak ciekawe. Jedynie język ładny (o co trudno dziś) poprawna polszczyzna.
Jeśli chodzi o wachlarz doświadczeń to niewielki, preferencje zdecydowane hetero (z łaski i bez przyjemności pojedyncze epizody homo), kilka scen swingerskich. Generalnie strata czasu. Nie poszerzyłam swojej wiedzy nawet o jeden ciekawy aspekt. Nie skłoniła mnie książka (a de facto przedruk bloga) do sięgnięcia po jakąś nowość bo takowej nie znalazłam. Przeczytałam do końca w nadziei na jakieś ciekawe wnioski podsumowujące. Niestety niczego takiego nie było. Dziś na nikim takie coś nie robi wrażenia. Reasumując to taka bardziej okraszona smrodkiem intelektualnym wersja pamiętników Fanny Hill i Anastazji P. Nie polecam!
6 listopada 2009
Liz Winston
"Myślę, więc jestem samotna"
Prawdziwe. Niestety. No ale mówi się trudno i myśli się dalej.
4 listopada 2009
(De)waluacja słowa
Rok 2009 rokiem dewaluacji obietnic i robieniem z gęby cholewy ogłaszam. I to nie tylko w biznesie ale jak się okazuje także w tej części życia, którą nazywamy prywatną. O zgrozo! Kiedy usłyszałam po raz pierwszy stwierdzenie nikt ci tyle nie da ile ja ci obiecam uśmiałam się. Odczułam na własnej skórze jak bardzo prawdziwe jest to zdanie.
Co mnie nie zabiło to mnie wzmocni – tak to widzę. I jeśli ktoś zaciera ręce na myśl, że podwinęła mi się noga musi się rozczarować. Przyparty do muru mózg potrafi wygenerować kilka nowych idei w miejsce jednej zmarnowanej. Mój został niemal rozplaśniony na tej ścianie ale za to stanął na wysokości zadania.
Zastanawiam się czy kiedyś przestanę hołdować zasadzie, że ludzie są z natury dobrzy. I słowni. Pewnie taki dzień nigdy nie nadejdzie. A to oznacza, że życie będzie nadal wyboiste, będzie kopać i sprawdzać czy się poddam. A ja nadal będę wstawać. Zerwane ścięgna przyrosną, wiązadła da się pozszywać a mięśnie zmusić do ćwiczeń. Ale bez względu na uszczerbek na zdrowiu takt i dyplomacja nadal będą mieszkały u mnie tam, gdzie dotychczas. Mówię to, co myślę i tak już zostanie.
16 października 2009
15 października 2009
9 i pół tygodnia
To co było w ustach osobnika legitymującego dyplomem lekarskim skręceniem kostki, okazało się być dwoma zerwanymi ścięgnami i jednym naderwanym, kilkoma uszkodzonymi torebkami stawowymi i paroma jeszcze innymi podobnymi 'duperelami'. W efekcie minęło dziesięć i pół tygodnia i wcale nie było tak przyjemnie jak w filmie o tym samym tytule.
Większości z tego czasu nie pamiętam odpływając w farmakologiczny niebyt (chwała temu co przeciwbólowe wynalazł!). Łóżko zdążyło mi obrzydnąć, libido kuruje gdzieś pod łóźkiem złamany niemoralny kręgosłup, od pracodawcy usłyszałam, że mam tylko skręcona nogę a nie jestem w śpiączce więc pracować mogę.
Rewelacja. Jednym słowem rewelacja. Ułożona obok łóżka sterta filmów nadal nieobejrzana, bo co prawda gapiłam się w laptopowy ekran ale bynajmniej nie dla przyjemności (czytaj: praca z łóżka). Fuj! Dwie książki udało mi się ukradzionym czasem przeczytać, co prawda dopiero jak gips na ortezę zamieniłam i mogłam wleźć do wanny, ale zawsze. Recenzje jeszcze nie przestukane na klawisze, więc póki co ciiii na ten temat.
W tak zwanym "międzyczasie" miałam w łóżku centrum dowodzenia i koordynowania spraw różnych od zakupów począwszy a na selekcji zdjęć skończywszy. I tylko elektroniczna autostrada przecinała pościel coraz szybciej. Ktoś coś przygotował i przysłał, więc trzeba ocenić i albo do poprawki odesłać albo puścić do dalszej obróbki. Grafik, fotograf, scenarzysta, inspicjent, człowiek od dziurkowania i człowiek od sznurowania – pełna specjalizacja, a ja człowiek orkiestra, wszystkiego po trochu. I całe szczęście, że to się wydarzyło bo inaczej chyba bym ześwirowała w totalnej niemocy i braku mobilności.
Wrześniowe FetishParty w Dublinie musiało zostać skasowane. Fetyszomania co prawda nie przeszła mi koło nosa z powodu "jednej nóżki bardziej" ale wyłącznie dlatego, że impreza nie doszła do skutku. Wszystkie przyjemności ominęły mnie szerokim łukiem, nawet film, który chciałam zobaczyć też zdążył przez ten czas spaść z afisza. Ostrze noża wbite w służbową rzeczywistość nadal drży i wibruje – byle do poniedziałku. Ruszyłam z posad bryłę własnego jestestwa i cisnęłam nią w nieprzyjaciół.
A to tylko 9 i pół tygodnia!
Na dobry początek dziesiątego tygodnia – F jak Fetyszoza J
3 października 2009
FETYSZ-O-MANIA
brak
brak
Abstrakt:
Publikacje:
4 września 2009
Przeciąganie struny do dna
Rozwiązywanie konfliktów za pomocą gipsu. Potrzebna jedna zagipsowana i puchnąca kończyna dolna, gigantyczna ilość farmaceutyki przeciwbólowej i słowo, którego dotychczas nie nadużywałam. Niewielki, trzyliterowe, wymowne NIE. Bez argumentacji, bez tłumaczenia. Po prostu nie. We wszystkich możliwych konfiguracjach: nie chcę, nie mogę, nie potrafię, nie mam czasu, to nie należy do moich obowiązków, nie mnie za to płacą, nie biorę udziału w tym projekcie, nie wiedziałam, nie byłam, nie zrobię, nie napiszę, nie wypełnię. Po prostu nie.
3 września 2009
Szukanie Pacanowa czyli globalna wioska
Dawno, dawno temu, gdzieś w okolicy przełomu maja i czerwca doznałam olśnienia i tak powstał Pomysł. Z razu mały, niepozornie zerkał na mnie swoim czarnym oczkiem, nie podporządkowując się procesowi ignorowania. Kiedy już był na tyle nieznośny, że nie dało się go utrzymać w sferze myśli, narodził się jako Słowo. Raz wypowiedziane nie miało już ochoty odpłynąć w niebyt. Kiedy podzieliłam się Słowem z Ludźmi Słowo zaczęło nabierać ciała i domagać się swoich praw. Dość powiedzieć, że w tym czasie poza rozmowami telefonicznymi odbyły się podróże Londyn-Belfast, Łódź-Dublin, Dublin-Warszawa i pojawił się Adres Osoby. Trójmiasto. Po dalszych próbach dotarcia dochodzi do spotkania w podwarszawie, na którym się okazuje, że fizycznie w Warszawie na co dzień dzieli nas jedna jezdnia. Szok. Trzeba było zjeździć kawał świata, żeby znaleźć to, co było tak blisko. Tylko kto mógł wiedzieć, że Osoba jest tuż? Nieprawdopodobne a jednak realne. Ciekawe co ukrywają inni sąsiedzi ;)
Tak czy owak, lody przełamane, Osoba odwirtualizowana, ale to, co najważniejsze – strzał w dziesiątkę z typowaniem. Wielkie dzięki Łańcuchowi Ludzi (Nie)Dobrych ale za to skutecznych.
23 sierpnia 2009
Gipso(nie)fil
Kolejny dzień w pozycji horyzontalnej i to na całkowitej lasce i niełasce osób trzecich. To absolutnie nie dla mnie. Gips na nodze to nie jest to o czym marzyłam. Na dodatek uziemienie w miejscu zakwaterowania oznacza zerową mobilność a w tym tygodniu miałam załatwić tyle spraw w tak zwanym gdziesiowie. A tu duppa blada, telefon i internetowe centrum dowodzenia pozostaje jedynie. Żeby jeszcze farmacja przeciwbólowa nie zmulała rozumu byłoby znośnie a tak mam przerwy w życiorysie.
Poza tym czym innym jest korzystanie z łóżka dla przyjemności a czym innym nie mieć innego wyjścia. Ale co tam zaprzyjaźnię się z kulami i dam radę – zejdę na dół. Może już… za kilka dni. I po raz kolejny stwierdzam zdecydowanie po przetestowaniu na własnej skórze – NIE LUBIĘ ZASTRZYKÓW choćby i najcieńszą igłą robionych.
18 sierpnia 2009
Wakacyjne zwiedzanie…
Nie ma to jak słoneczko, przejrzysta woda i pozostałości ze starożytności do pooglądania. Nigdy nie wiadomo co się kryje za zakrętem...
A nuż będzie to amfiteatr jak żywy choć w wieczorowej kreacji (tylko lwów brak i gladiatorzy chyba na urlopie)
Albo miła oku (i nie tylko) piwnica czy może raczej a dokładniej niczego sobie loszek. To, że stoi taki opuszczony i samotny woła o pomstę do nieba, nieprawdaż?
Nie ma wątpliwości - podróże kształcą i rozwijają wyobraźnię :)
16 sierpnia 2009
Poniedziałek
Powoli wkraczała w otaczające ją ludzkie mrowie, wstępowała w strumień ciał podążających w tym samym kierunku. Przez jedną, krótką chwilę przemknął jej przez głowę obraz braci Lumière, pierwszy w dziejach kinematografii film - Wyjście robotników z fabryki. W końcu to właśnie była fabryka. Cóż z tego, że oba wydarzenia dzieliło ponad sto lat. Zmieniły się ubiory, wiek, ludzie, ale niezmienny pozostał rytuał opuszczania miejsca, w którym spędzali większość życia. Ten sam tępy wzrok wbity w granicę między fabryką i życiem. To samo pragnienie opuszczenia tego miejsca. Tak, są rzeczy niezmienne. Wiedziała, czuła, że nie pasuje do tego miejsca, zwłaszcza dziś. Czuła na sobie wzrok kilkudziesięciu mężczyzn, lekceważącą dezaprobatę w utkwionym w niej spojrzeniu. Podążała z nimi w kierunku miejsca, które dziś i dla niej miało być wyjściem na wolność. Rozkołysana na swoich dziesięciu centymetrach szpilek, w zwiewnej, letniej sukience myślała tylko o tym, żeby wiatr nie obnażył jej mikroskopijnych majtek swoim pożądliwym oddechem. Choć to początek lata upał już osiągnął apogeum. Kiedy otworzyła drzwi samochodu fala gorąca lubieżnie osiadła na skórze lepko-wilgotną warstewką. Z niechęcią postawiła torbę kryjącą w sobie wszystkie atrybuty jej zwyczajnego życia na dnie bagażnika i usiadła za kierownicą. Pierwsza strużka potu naznaczyła jej plecy zanim zdążyła wrzucić trzeci bieg.
- To będzie jazda - pomyślała i uśmiechnęła się do siebie konstatując grę słów i jej dwuznaczność. To był dzień, który mógł wiele zmienić. Bo przecież musiała wiedzieć jak to jest, zanim podejmie Decyzję, jedną z tych na całe życie. A zostało już tylko jedenaście dni. Tylko jedenaście. Nie spodziewała się, że przygotowania zajmą aż tak dużo czasu. Rozmowy, spotkania, selekcja - to zajmowało jej każdą wolną chwilę od przeszło pół roku.
Mijając rogatki miasta wkraczała na nieznany teren. Uważnie wypatrywała charakterystycznych punktów, które miały doprowadzić ją do celu wyprawy, ale miały też pomóc jej powrócić do zwyczajności. Wiedziała, że to będzie złoty strzał – jeden jedyny raz, kiedy wypuści z ukrycia swoje demony, pozwoli sobie na przeżycie tego, na co czekała od… no właśnie, sama nie pamiętała od kiedy. Chyba od zawsze, a już na pewno od kiedy wyśniła TEN sen. Miała wówczas niecałe czternaście lat… Droga stawała się wąska i kręta, porośnięta krzakami po obu stronach, z rzadka upstrzona zabudowaniami. Po lewej stronie drogi, nad małą betonową zatoczką, która kiedyś mogła być przystankiem autobusowym, górowała sylwetka mężczyzny ubranego na czarno.
- Temu to musi być gorąco - pomyślała z politowaniem dokładnie w momencie, kiedy zauważyła drogowskaz, za którym miała się zatrzymać. Szybki rzut oka w lusterko potwierdził, że w zapomnianym przez ludzi zakątku nie można się spodziewać wielu aut. Zdecydowany ruch kierownicą w lewo i wciśnięty energicznie hamulec zatrzymały samochód na końcu zatoczki.
- Czy..? Nie, nie możliwe, zupełnie nie jest podobny.
Niedowierzanie i zaprzeczenie. Przecież ten, który miał na nią tu czekać wygląda zupełnie inaczej. Zapach wznieconego hamowaniem kurzu połączony z przytartą o asfalt gumą opon wtargnął do wnętrza samochodu. Manipulując przy nawiewie powietrza przestała przyglądać się nieznajomemu. Nie zauważyła, jak powoli, krok za krokiem, zbliżał się do zatrzymanego auta. Kiedy usłyszała otwierane drzwi uświadomiła sobie, że nie wie kto dotyka klamki. Zamarła w oczekiwaniu. Samochód zakołysał się pod ciężarem pasażera, który zajął miejsce za kierowcą. Bezgłośnie. Bała się spojrzeć w lusterko, bała się, że przeznaczenie będzie miało na sobie czarny strój nieznajomego. Bezruch paraliżował zmysły, jedynie palce ozdobione długimi, burgundowymi paznokciami zacisnęły się kurczowo na kierownicy. Wiedziała już, że to on, rozpoznała zapach, ten sam, który zapamiętała z pierwszego spotkania. Ta świadomość odebrała jej i oddech, i głos. Zamknięcie drzwi było tym momentem, od którego była zdana wyłącznie na niego. To, co się stało w ciągu ostatniej minuty było jedynym elementem scenariusza, jaki znała. Pierwszym i ostatnim zarazem. Czuła strach. Przejmujący zwierzęcy strach materializujący się strużkami zimnego potu. Rodziły się na karku u nasady włosów i spływały wzdłuż kręgosłupa, między pośladkami. Z przodu zaś zdawały się być kroplami uronionymi przez falujące piersi, a kończącymi swój żywot między udami. Do stalowego uścisku w żołądku i drugiego na tchawicy dołączył ten trzeci, w podbrzuszu. Zamglony wzrok i nadmiar zatrzymanego w płucach dwutlenku węgla zawiesił ją gdzieś między jawą a snem. Odpływała powoli, a wilgoć między zaciśniętymi udami nie była już tylko potem. Wyłączyła myślenie, całą sobą chłonęła tę zjawiskową chwilę, wciąż jeszcze pozostając na pograniczu światów. Było jeszcze bardziej podniecająco niż to sobie wymarzyła, bardziej tajemniczo, bardziej…
- Jedź – zabrzmiało cicho z tyłu głowy wyrywając ją z rozmarzenia.
Poruszyła się jak gwałtownie obudzona ze snu. Instynktownie włączyła prawy kierunkowskaz i zerknęła w lusterko, najpierw w prawe, a potem we wsteczne, w którym zobaczyła odbicie pasażera, to ten mężczyzna w czerni. Duże, czarne, przeciwsłoneczne okulary wzbraniały dostępu do oczu. Nie bez trudu rozpoznała w nim mężczyznę, z którym spotkała się kilka dni wcześniej, wciąż bardziej jeszcze po zapachu niż po wyglądzie. Nie wzbudzał w niej lęku, raczej ciekawość. Miał być spełnieniem skrywanych latami pragnień…
- Skręć w lewo – znów ten spokojny, niski głos.
Zawahała się, boczna droga wyglądała na nieuczęszczaną od dawna.
- W lewo! – zabrzmiało nagląco.
Skręciła w nieużywaną polna drogę, gałęzie ałyczy hałaśliwie próbowały zatrzymać samochód szorujący podwoziem o dorodne kępy traw, kiedy przeciskała się w stronę niewielkiego budynku obrośniętego dzikim winem. Zatrzymała się przed niską drewnianą bramą. Pasażer rozglądał się trochę nerwowo, poczym nakazał wrócić, na główną drogę. Nigdy nie lubiła jazdy na wstecznym, a teraz zupełnie nie miała na nią ochoty. Niestety, w tak wąskim miejscu nie było co marzyć o nawrocie. Nie chciała patrzeć na mężczyznę na tylnym siedzeniu, zerkając w boczne lusterka opuszczała zarośniętą alejkę żegnana dotykiem gałązek. Samochód gładko wjechał na asfaltową nawierzchnię przywróconego pierwotnego kursu.
- Ale wpadka i to już na wstępie – oceniła w myślach epizod z pomylonym skrętem. Przez chwilę jechała powoli przed siebie oczekująco zerkając we wsteczne lusterko.
- W lewo – tym razem głos był jeszcze bardziej stanowczy.
Tym razem była to przecznica obsadzona zaniedbanym ligustrowym żywopłotem, skręciła w nią z impetem i zadowoleniem, że dotarli do celu przejażdżki. Jakież było jej zdziwienie, kiedy usłyszała
- To nie tu, zawracaj. Dawno tu nie byłem.
Poczuła się zbita z tropu. Przecież zapewniał o wynajętym apartamencie za miastem, a tymczasem tłukli się po wertepach i zapomnianych przez cywilizację zakamarkach. Strach zaczął górować nad podnieceniem. Tak, zaczęła się naprawdę bać. Przecież nikt nie wiedział, gdzie jest. Nikt. Z trudem przełknęła ślinę wrzucając po raz kolejny trójkę na starym asfalcie. Przestała zwracać uwagę na przydrożne krzaki, zastanawiała się, czy on aby wie dokąd zmierzają. Analizę przerwał nieco podenerwowany głos nakazujący zatrzymanie samochodu pod kolejowym nasypem. Teraz już nie była w stanie opędzić się od wizji własnego ciała porzuconego przy torach. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek tak się bała. Zatrzymała samochód nawet nie wrzucają kierunkowskazu. Przez chwilę widziała szybkie hamowanie i jego wypadającego przez przednią szybę, ale nie miała pewności czy zapiął pasy, nie zarejestrowała tego, poza tym siedział z tyłu... Odegnała natarczywą myśl.
Opuścił auto i przechodząc przed maską otworzył przednie drzwi pasażera. Nie zaprotestowała, kiedy zajął miejsce . Teraz, widziała go kątem oka. Dłonie pozostały na kierownicy, a spanikowany wzrok utkwiony wprost przed siebie. Nieruchoma, przyczajona i odziana w strach, czekała. Kiedy wyciągnął dłoń w jej kierunku zadrżała, ale pozostała w niezmienionej pozycji. Dotyk palców na policzku kontrastował z traumatyczną wizją w głowie. Palce… one były takie delikatne i ciepłe, kiedy przesuwał je po brodzie, w stronę szyi drżała pod tym dotykiem. Drżała z podniecenia. Właśnie uświadomiła sobie, jak bardzo pragnie tego dotyku, ale jednocześnie próbowała nie prężyć się pod palcami niczym kotka. Miała mętlik w głowie. Analityczne ja domagało się głosu, podczas, gdy instynkty nakazywały mu milczenie. Palce muskały dekolt i już dotykały brzegu stanika. Falujące od przyspieszonego oddechu piersi zdawały się same podkładać się pod wyciągniętą dłoń, która przesunęła się, co prawda, po ich wierzchołkach, ale zmierzała niżej. Palce powoli zaczepiały o każdy z guzików, którymi zapięta była sukienka. Ostatni, ten w połowie uda był rozpięty, nigdy go nie zapinała… Palce powoli unosiły krawędź materiału. Ich dotyk na udach był jeszcze bardziej podniecający. Czuła, że ciało żyje swoim życiem, że nie panuje nad własnym podnieceniem, które rośnie wbrew wszelkiej logice i jakby na przekór świadomości zagrożenia.
- Pończochy… jak miło – w głosie mężczyzna brzmiało nieskrywane zadowolenie.
Zacisnęła palce na kierownicy i przymknęła oczy, nie chciała patrzeć na swoje żałosne ja. Wciąż wzbraniała się przed tym, co powoli ją wypełniało, przed jakimś pierwotnym podnieceniem, które żywiło się strachem, nieznanym i poczuciem całkowitej zależności od drugiej osoby, nieznanej osoby.
- Lubisz to? – zapytał nie oczekując odpowiedzi. Nie musiała odpowiadać, ciało wykrzyczało to za nią - wystarczyło, że oddychała, że zaciskała palce i powieki.
- Czas na test zaufania – wyszeptał tajemniczo odsuwając dłoń.
Oczekiwała na kolejne dotknięcie, ale zamiast tego usłyszała metaliczne szurnięcie. Ciche i powolne. Wizja ciała na torach powróciła wraz poleceniem, które było bardziej sykiem niż szeptem:
- Nawet nie próbuj drgnąć.
Chłód. Chłodny dotyk na czole. Czyżby..?
- Otwórz oczy, chcę żebyś widziała – słowa płynęły zmysłowym szeptem wprost do jej ucha.
Czuła ciepło oddechu, który je przyniósł. Spodziewała się noża, ale na to, co zobaczyła nie była przygotowana. Duże ostrze, pokryte niezliczonymi liniami jakby zatopionych w nim nitek odbijało promienie słońca. Przerażenie, paraliżujący strach i to rosnące podniecenie, z którym nie potrafiła sobie poradzić. Jak hasło z kartkowanej encyklopedii przemknęła przez głowę fraza damasceńska stal. Przesuwał ostrze powoli po skórze rysując na policzkach sobie tylko znane znaki. Dotyk na krawędzi czerwieni wargowej wycisnął z niej westchnienie i na ostrzu noża pojawiła się delikatna mgiełka. Ostrze już przemykało po szyi, czuła jego nacisk przy przełykaniu śliny. Ale już zdobywało kolejne obszary skóry. Przejęta strachem bała się głębiej oddetchnąć, ale jednocześnie pragnęła tej ostrej, chłodnej pieszczoty. Poczuła jak metal osiadł na kolanie i rozpoczął wędrówkę w górę uda. Kiedy wciskał się pod springi musiała wstrzymać oddech. Ostrze zatrzymało się na moment na biodrze i zaczęło się oddalać napinając materiał bielizny. Trzask przecinanej gumki brzmiał jak łoskot w jej wyostrzonych zmysłach, nie zdołał jeszcze wybrzmieć do końca, kiedy ostrze zatańczyło na drugim kolanie i wkrótce druga gumka poddała się bez walki. Odchylił nożem niewielki trójkąt materiału przesuwając ostrze po wzgórku łonowym, poczym odłożył nóż. Z kieszeni koszuli wyjął parę cienkich, lateksowych rękawiczek, a w czasie kiedy wsuwał je na dłonie strach po raz kolejny przyćmił podniecenie w zdezorientowanej kobiecie. Mężczyzna zawinął pozostały z przodu skrawek majtek na palcach i jednym szarpnięciem wyciągnął całość na wysokość oczu kobiety. Poczuła swój zapach. Intensywniejszy niż kiedykolwiek, zapach swojego podniecenia, swojej zwierzęcości. Rozcierając w palcach mokre skrawki materiału powąchał je z zadowoleniem i wsunął do kieszeni koszuli. Z satysfakcją patrzył na wykwitający na jej twarzy rumieniec wstydu, ale chciał więcej. Poczuła, że zmienia pozycję na fotelu, ale wolała nie otwierać oczu, żeby sprawdzić, na jaką. Tym bardziej, że znowu poczuła jego palce. Bezwiednie rozchyliła uda, kiedy dotknął jej kobiecości. Woń podniecenia uderzyła w nozdrza w tym samym momencie, kiedy poczuła palce wewnątrz ciała.
- Jesteś tak mokra i otwarta, że mogę wsunąć się aż po nadgarstek – cedził słowa zdystansowanym, pewnym głosem.
Nie, tylko nie to krzyknęła w myślach, kiedy dotarło do niej znaczenie wypowiedzianych słów. Po raz kolejny strach przegonił podniecenie, po raz kolejny nie potrafiła nad nim zapanować.
- Nie tym razem. Jedźmy już do apartamentu – zakomenderował rzeczowo.
- Nie potrafię, nie teraz, nie jestem w stanie prowadzić!
Natłok myśli, które pojawiły się nagle spowodował, że nie wykonała żadnego ruchu.
- Jedziemy! Nie będziemy przecież tkwić cały wieczór na tym pustkowiu. Nie zapomnij o światłach –zabrzmiało kpiąco.
Niezgrabnie wrzuciła jedynkę. To był jeden z trudniejszych kwadransów w życiu. Każdy ruch musiała najpierw wypowiedzieć w myślach zanim go wykonała. Prowadzenie samochodu nigdy jeszcze nie było tak trudne, na szczęście ruch był tu minimalny. Skręt w lewo, tym razem ten właściwy doprowadził ich do urokliwej leśnej enklawy zabudowanej kilkoma dwupiętrowymi budynkami. Przed jednym z nich zatrzymała samochód.
- A więc ta zgubiona droga to była gra - pomyślała wyjmując kluczyk ze stacyjki - mistyfikacja, prosta - ale skuteczna. Postarał się – uśmiechnęła się do siebie – a więc dobrze wybrałam – pomyślała przekraczając próg otworzonego przed nią apartamentu.
Za progiem rozpościerało się przestronne wnętrze w ciepłych barwach, hotelowo-nijakie. Żadnych oznak oswojenia przestrzeni – po prostu obraz słownikowej definicji wyrażenia wynajęte. Jej wzrok padł na leżące pod przeciwległą ścianą buchty równo złożonych linek. Rysunek kolorowych plamek na oplocie wskazywał na statyczne linki wspinaczkowe. Sama nigdy nie pasjonowała się skałkami, ale jej przyjaciel… zobaczyła go w myślach jak niezmordowany uczył ją przeplotek i składania lin, objaśniał działanie ósemki i bloczków.
- Stare czasy… - pomyślała z sentymentem przy wtórze zatrzaskiwanych drzwi.
- A więc to jest moja mekka – kolejna myśl zatrzepotała w głowie.
Stała w oczekiwaniu, gotowa na jedno słowo zedrzeć z siebie codzienność i wskoczyć w palący ją ogień. Teraz, zaraz, właśnie tutaj chciała poczuć się sobą, tą sobą, którą ukrywała przed całym światem. Zaskoczyła ją panująca wokół cisza. Bezruch w połączeniu z ciszą stawał się nie do zniesienia.
- Zdejmij sukienkę – głos dochodził z za pleców – i buty.
Odruchowo przesunęła głowę w bok próbując nawiązać kontakt wzrokowy.
- Nie odwracaj się – usłyszała.
Sukienka z lekkością spłynęła na podłogę, jakby rozumiejąc, że jest tylko przeszkodą. Niekompletne odzienie nie zachwiało pewnością siebie kobiety, nawet nie wywołało klasycznych odruchów wstydu. Nie, ona był świadoma tego, po co przyszła. Gotowa na pogwałcenie własnej psyche i morale. Dziś to było jej jedyne pragnienie – zakosztować zakazanego owocu. Kiedy jednak pięty dotknęły wykładziny nie była już tą samą dumną kobietą, która tu weszła. Oczy, nawet niewprawnego obserwatora zarejestrowałyby nerwowe ruchy palców, spłoszony wzrok i ręce, które nie bardzo potrafiły znaleźć sobie miejsce. Kto by pomyślał, że odebranie jej tych dziesięciu centymetrów obcasów może mieć taki skutek. Wsłuchaną w siebie zaskoczył dotyk skóry na szyi.
- Nowa skóra – pomyślała.
Tego zapachu nie pomyliłaby z niczym innym.
- Nowa skóra…
Powtórzona myśl nie przyniosła rozanielenia zwykle towarzyszącemu skórzanej woni, wręcz przeciwnie, nowa skóra mogła świadczyć o bardzo świeżym zakupie, a to przywodziło tylko jedno skojarzenie.
- Nowicjusz!! – ostrzegła kobietę podświadomość – Uważaj to nowicjusz!
Ale nie mając porównania, punktu odniesienia kobieta przegoniła pulsujący w głowie komunikat, przecież chciała spełnić swoje marzenie. Nic nie mogło jej w tym przeszkodzić. Nie pozwoli na to, w żadnym wypadku. Za daleko zaszła, żeby teraz się wycofać.
Przedłużające się oczekiwanie stawało się irytujące. A niewiele jest rzeczy, które potrafią ją wyprowadzić z równowagi tak szybko jak ostentacyjne ignorowanie jej osoby. Już miała odwrócić się na bosej pięcie, kiedy poczuła na nadgarstku skórzane kajdanki, znów nozdrza napełniły się lubym aromatem skóry. Czuła sztuczność sytuacji, ale pełna dobrej myśli poddała się dłoniom popychającym ją w głąb pokoju. Na dużym łóżku spoczywały dwa… nie w zasadzie to dwie… listewki. Ich rachityczny obraz zgrzytnął w mózgu kobiety. Gwałtownie zatrzymana i obrócona wokół własnej osi nie zdołała utrzymać równowagi i upadła plecami na ciemnozieloną narzutę. W następnej chwili mężczyzna już siedział na niej okrakiem przytrzymując kolanami jej rozrzucone za głowę ręce.
- Ani słowa – wycedził.
Spojrzała mu w twarz. Nadal tkwiły tam ciemne okulary, przez które nie była w stanie dojrzeć oczu.
- Tak, właśnie tak, chcę poczuć zniewolenie, fizyczną przewagę – wypowiadała w myślach ekstatycznie zaklęcia.
Mężczyzna sprawnym ruchem przypiął metalowymi karabińczykami obrożę i kajdanki do listewki. Drugą parą kajdanek połączył nogi leżącej z drugą listewką. Wyraźnie zadowolony z siebie napawał się widokiem otwartego ciała, stojąc w nogach łóżka.
Podniecenie znów podskoczyło o kilka taktów, ale do poziomu z samochodu było jeszcze daleko.
- Będzie dobrze, będzie dobrze… Musi być! – powtarzała sobie kobieta.
Skoro tak sobie to wymyślił, powstrzyma się od prób oswobodzenia się, przecież te rozpórki złamią się niczym zapałki, kiedy tylko spróbuje wstać. One nie stanowiły żadnej przeszkody. Fizycznie. Ale przecież taki szczegół nie popsuje upragnionego wieczoru. Podniecenie zdawało się topnieć z każdą upływającą sekundą bezczynności.
Ich oczy spotkały się, ale tym razem kobieta nie odwróciła wzroku. W jej oczach zaczynało się malować rozczarowanie. Z jego źrenic nieosłoniętych już ciemnymi szkłami wyzierała czujność. Szybkim ruchem znalazł się na łóżku, ponownie przygniótł ją swoim ciężarem. Z kieszeni spodni wyciągnął kawałek materiału, który okazał się przepaską na oczy. Zdążyła tylko zarejestrować paskudny panterkowaty deseń zanim przepaska przysłoniła widok. Był to wysłużony rekwizyt, z mocno rozciągniętą gumką, tak, że po bokach całkowicie odstawał od twarzy i psuł zamierzony efekt.
- Przecież drobne problemy techniczne nie mają znaczenia – pomyślała kobieta i zacisnęła powieki, żeby zniwelować braki sprzętowe. Z determinacją godną generała zmierzała do wyznaczonego celu – bycia zniewoloną.
Rozsuwany zamek uświadomił jej co teraz nastąpi. Wibrator wsunięty w jej kobiecość zdążył ją jeszcze rozkojarzyć zanim poczuła wpychany do ust członek. Nie lubiła wibratorów. Nigdy ich nie lubiła, nie znajdowała w nich przyjemności. Teraz to terkoczące urządzenie przepędzało rosnące po raz kolejny podniecenie. Członek w ustach poruszał się nieporadnie. Narastała irytacja. Idiotyczna pozycja, niewygodna penetracja i do tego ten durny bzyczek między nogami.
- To jakaś farsa – pomyślała, kiedy zamknęła oswobodzone usta – co to ma być do jasnej cholery? – wykrzyczała w myślach.
Uwolnione od ciężaru mężczyzny piersi falowały miarowo. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to efekt podniecenia. Wręcz przeciwnie, w kobiecie kipiała złość. Zanim jednak zdążyła wybuchnąć coś ukłuło ja w łydkę, a zaraz potem w udo i w pierś. Drgnęła z zaskoczenia i wściekłości, dzięki temu wibrator wysunął się z wnętrza – chociaż tyle dobrego – pomyślała między kolejnymi ukłuciami. Przecież umowa wykluczała użycie igieł!!. Po raz kolejny poczuła się oszukana. Otworzyła oczy i przez nieszczelną maskę zobaczyła dźgającą pierś wykałaczkę.
- Niegrzeczna dziewczynka tak się rusza, że aż wibrator wypada – zaśmiał się "wykałaczkowy oprawca" - trzeba to poprawić.
Wstał, przez chwilę grzebał gdzieś w szpargałach na podłodze, żeby triumfalnie wcisnąć podwójny wibrator w oba otwory kobiety. Irytacja powróciła wraz z dyskomfortem zafundowanym przez dildo wsunięte nie nawilżony odbyt . Wibracje były silniejsze i jeszcze bardziej wkurzające. Jedyne o czym teraz myślała to jak zakończyć tę porażkę. Zbyt dobrze wiedziała, że wyśmiany niedoszły dominator może być nieobliczalny, postanowiła więc grać tę tragikomedię do końca. Po kolejnym poprawieniu wibratora wydała pierwsze ciche jęki, które, zgodnie z intencją, zostały zinterpretowane jako objaw zachwytu sytuacją. Posunęła się nawet do tego, że kiedy mężczyzna zastąpił wibrator palcami zasymulowała orgazm zaciskając mięśnie pochwy.
- Orgazm bez pozwolenia? – zagrzmiał karcąco i sięgnął ręką na podłogę.
Pstrokatym palcatem z napisem GoSport na rączce zaczął wykonywać ruchy, które bardziej przypominały oganianie się od much niż cokolwiek innego. Niemal bezszelestne plaśnięcia muskały piersi nie przynosząc ani bólu ani żadnych innych odczuć. Najwidoczniej jemu sprawiały przyjemność, bo zabawiał się w ten sposób przez parę minut. Wyglądał żałośnie. Przedłużająca się scena z palcatem obnażała najsłabszy punkt mężczyzny – brak planu. Dokładnie tak, cała ta sytuacja go przerosła. Na oczach kobiety jego triumf przeradzał się w klęskę: inwencja – zero, wyczucie sytuacji – minus jeden, podołanie zadaniu – minus sto.
- Za karę koniec na dziś – zawyrokował, próbując zakończyć tę scenę z twarzą.
- I chwała bogu – podziękowała w myślach - chwała bogu.
Odpiął karabińczyki od listewek i ostentacyjnie wyniósł wibratory do łazienki. Kobieta jeszcze przez chwilę leżała zaskoczona obrotem sytuacji. Świadoma faktu, że czas zejść ze sceny wyszarpnęła dłoń ze skórzanej opaski, rozpięła kolejne sprzączki, włożyła sukienkę i buty. Teraz odzyskawszy swoje dziesięć centymetrów godności spojrzała na mężczyznę i siląc się na uśmiech skierowała się do drzwi.
- Musimy to koniecznie powtórzyć – zawołał do niej.
- Koniecznie – wycedziła nie odwracając głowy – choć wcześniej piekło zamarznie niż to się ziści dodała w duchu – Dobranoc.
Drzwi zamknęły się za szczękiem. Kobieta powstrzymując łzy i krzyk opuszczała Waterloo. Na tarczy. Z ulgą usiadła za kierownicą, zacisnęła palce, wrzuciła bieg i rozsmarowała pedał gazu na podłodze. Koła zabuksowały na sypkiej powierzchni, żeby po chwili toczyć się już po szutrowej nawierzchni. Nie patrzyła na drogę, chciała być tylko jak najdalej od tego miejsca. Już nie tłumiła łez, a krzyk wypełniał wnętrze auta, szczelnie aż po dach. Nawet się nie spostrzegła, kiedy wjechała na trasę szybkiego ruchu. Wycieraczki nie poprawiały obrazu. Cóż, trudno jest zbierać łzy wycieraczkami przedniej szyby. Zahamowała zatrzymując samochód na poboczu. Krzyczała, głośniej i głośniej, uderzając pięściami w obręcz kierownicy.
- Jestem kretynką, skończoną kretynką!
Światła jadących z przeciwka aut oślepiały ją. Oparła przedramiona na kierownicy i złożyła na nich głowę. Łzy płynęły nieustannie, krzyk powoli zamierał, zastępował go szloch i łkanie.
Nagle podniosła głowę, otarła oczy wierzchem dłoni i wróciła na jezdnię. Ciemność wabiła pod swoje skrzydła, kilometry umykały pod kołami, Loreena pocieszała swoim aksamitnym głosem. Rzut oka w lusterko i nawrót na ręcznym, przez pas zieleni. Teraz to miasto zbliżało się do niej wielkimi krokami. Stacja benzynowa. Hamowanie i skręt. Stukot obcasów na wyłożonym kostką podjeździe. Stojąc przy ladzie szukała wzrokiem znanych kształtów na półkach. Wyławia Gorzką Żołądkową z szeregu butelek, ale niemal w tej samej chwili z niej rezygnuje. Kolejny alkohol rozpoznawany po kształcie to tequila, ale i dla niej dziś nie jest dobry dzień. Brązowy, wyoblony prostopadłościan - oto towarzysz na dziś.
- Ballantines'a poproszę – wybór został dokonany.
Sprzedawca ze zdziwieniem przygląda się, ale wobec wyłożonych na ladę banknotów zachowuje dla siebie i zdziwienie, i komentarz. Przez chwilę patrzy za milknącymi obcasami, poczym wraca do telewizora.
Po kilkunastu minutach jazdy Joanna zatrzymała samochód przed dobrze jej znanym budynkiem. To tutaj wypłakiwała wszystkie swoje smutki jeszcze w liceum. Wysupłany z kieszeni telefon, szybkie wybieranie. Schody pokonywane w rytm sygnału w telefonie. Po dwa, po jednym, bez ładu i składu, zataczając się chwilami.
- Tu Aśka, kawał nieba zwalił mi się na łeb… dosłownie.
- (…)
- Proszę…
- (…)
- Pod drzwiami.
Otworzywszy drzwi zaspana Klara zobaczyła przyjaciółkę z telefonem w jednej ręce i butelką w drugiej. Zapuchnięte oczy i rozmazany tusz potwierdzały, że stan jest poważny.
Zanim Joanna wyjęła szklankę z pod kamiennego blatu stołu, ogromna wanna zaczęła napełniać się gorącą wodą a pomarańczowo-cynamonowy aromat wypełniał pomieszczenie. Klara i jej wanna w środku mieszkania – cała Klara. Zawsze stawia na swoim. Kiedy tylko rodzice wyprowadzili się kazała wyburzyć większość ścian i zbudowała swój świat. Metalowe konstrukcje oplecione roślinami, kamienna podłoga, ściany pełne nierówności, drewniane belki i przestrzeń między nimi wypełniona starą cegłą, piaskowcem i cholera wie czym jeszcze. I światło. Tu zawsze było jasno jak w słoneczny dzień, ale w ciemności można było wyczarować smugi światła sączące się z załomów cegieł i drewna. Przypominało to oranżerię w starożytnych ruinach. Tu można się było zapomnieć, zagubić i odnaleźć. Eden na drugim piętrze starej kamienicy.
Pierwszą szklaneczkę Joanna opróżniła niemal jednym haustem, zanim jeszcze pozbyła się sukienki. Brak lodu znacząco pogarszał smak alkoholu, ale chciała jak najszybciej poczuć rozgrzewający płyn we wnętrznościach. Potrzebowała oczyszczenia, dezynfekcji, odrodzenia. Klara nie zadawała pytań, zaspana przysiadła na brzegu wanny i zapraszająco wyciągnęła dłoń. Joanna z kolejną porcja whisky wchodziła do wanny wciąż jeszcze w sukience. Klara pośpiesznie rozpięła guziki i uwolniwszy przyjaciółkę z okowów odzieży pomogła jej usiąść. Szum wody zagłuszał szloch. Dłonie Klary delikatnie prześlizgiwały się po włosach i twarzy zrozpaczonej topielcy, bo teraz tak już wyglądała Joanna.
- Porażka, cholerna porażka – łkała Joanna między kolejnymi łykami bursztynowego płynu – dałam mu siebie, a on to wszystko spieprzył, wszystko! Pieprzony nowicjusz!
Odstawiona na krawędź wanny szklanka pozwoliła Joannie zanurzyć głowę w wodzie. Krzyk, który wydała z siebie pod powierzchnią wydał się jedynie szeptem i pluskiem pękających bąbli. Wymyśliły ten sposób jeszcze w liceum – pod wodą można było bezkarnie wykrzyczeć wszystko nawet w pełnym ludzi mieszkaniu. Została pod wodą chwilę dłużej niż potrzeba żeby wydać na świat ten krzyk rozpaczy. Szarpnięta wynurzyła się, zaczerpnęła powietrza i sięgnęła po znowu pełną szklankę. Klara wiedziała, że to nie potrwa długo, ale wiedziała także, że bez tego się nie obejdzie. Dbała więc o pełną szklankę i stopniowo dopuszczała zimnej wody do wanny. To niezawodny sposób. Joanna płakała bez słów, po prostu siedziała w wannie, piła i płakała. Po kolejnych szklaneczkach widoczny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. To chłód wody dawał o sobie znać. Z pomocą przyjaciółki wyszła z wanny i nie wypuszczając z dłoni szklanki pozwoliła się okryć ogromnym kąpielowym prześcieradłem. Klara starła pozostałości makijażu z twarzy i ułożyła przyjaciółkę w najbardziej osobistych z przestrzeni – w swoim łóżku odstawiając pustą już szklankę. Ile razy Klara marzyła o tym żeby przytulić nagą Joannę przez te wszystkie lata nie sposób zliczyć. Przytulić, dotykać, pieścić. Obsesyjnie pragnęła przyjaciółki, która konsekwentnie wybierała męskich kochanków. Teraz wtulona w plecy Joanny całowała delikatnie jej włosy, tuląc szarpane szlochem ciało.
- Ciiiii – szeptała Klara.
- Po… po… raszzzzka – wyszeptała bełkotliwie Joanna zamknięta w bezpiecznych ramionach przyjaciółki.
Jej oddech stawał się coraz spokojniejszy, coraz dłuższy, aż wreszcie całkowicie zapadła w krainę Morfeusza. Klara ostrożnie wstała z łóżka, podniosła niemal całkowicie opróżnioną butelkę. Powoli, jakby ważąc kroki, stąpała w kierunku kuchni. Na wysokim, kamiennym barku położyła butelkę i telefon. Wpatrywała się w te dwa przedmioty dłuższą chwilę, zupełnie jakby wiedziała, ze żeby użyć jednego będzie potrzebować drugiego. Odwróciła się jeszcze w stronę łóżka chcąc się upewnić w słuszności decyzji.
- Aśka, przeklniesz mnie lub pokochasz, ale to jedyne wyjście – wyszeptała do siebie i zaczęła wystukiwać sms "Sprawa najwyższej wagi. Błagam. Jestem w pełni świadoma konsekwencji. klara".
- To jedyne wyjście – powtórzyła wciskając sakramentalne 'wyślij' – jedyne!
zooza ©
Jestem suką i jestem z tego dumna!
15 sierpnia 2009
Anomalia
Pogoda stanęła na głowie. Moja osobista magnolia zakwitła. W sierpniu! Nie tak spektakularnie jak wiosną ale jednak. Anaomalia jednym słowem.
Strach pomyśleć co będzie dalej, powiedzmy na jesieni…. A gdzieś tam w Dublinie impreza trwa w najlepsze, no cóż niech się bawią i za mnie wychylą kielonek – do zobaczenia niebawem perwersyjna bando J. Kalendarz robi się napięty: wrzesień, październik, listopad. Oj , będzie się działo, będzie ;).







