1 grudnia 2008

Słoneczno-wietrzny listopad

Oddech umysłowi, ciału umęczenie – takie są moje wypady z butlą. I za to właśnie je uwielbiam. Cóż z tego, że o szóstej rano na nogach skoro zaraz potem pod wodą, a po wyjściu śniadanko podane. Każdą komórką ciała kocham ten tryb życia, kiedy na tych naście dni codzienność przestaje istnieć a rzeczywistość przybiera całkiem inne oblicze. Kiedy zapomina się ojczystego języka zamieniając go na tygiel z mieszanką różnych. A tym razem, dla odmiany, kierownikami podwodnymi byli Argentyńczycy. Czyli rozbrzmiewał wokół hiszpański śpiewny ton.

Spojrzałam w twarz kolejnemu wyzwaniu – wrakom. I, niestety, nie mogę powiedzieć, że darzymy się obopólnym zainteresowaniem. W każdym razie jeśli chodzi o „inside”. Byłam, zobaczyłam, nad kolejnym razem się zastanowię. Konfrontacja rafa wrak zakończyła się wynikiem dwa zero dla rafy. Ale za to po kokardy miałam nurkowań w prądzie i strzelania bojki. Jedynie trzy nocne nurki były w wersji z łodzi i na łódź, wszystkie inne powroty to zbieranie towarzystwa zodiakiem z obszaru najeżonego czerwonymi bojami.
Ilość muren przeszła wszelkie pojęcie. W zasadzie nie było nurkowania, na którym nie spotkałabym co najmniej kilku sztuk!

Powrót do deszcz-śniego-zimnej-chlapy nie nastraja optymistycznie, a najbliższa (ewentualna) przyjemność nie wcześniej niż w kwietniu, czyli po audycie i zatwierdzeniu sprawozdań. Cierpliwości trzeba mi.

29 listopada 2008

Luksus a człowieczeństwo

A może raczej luksus czy człowieczeństwo należałoby zapytać. To, co nieodmiennie kojarzy się z luksusem to jacht, więc o jachcie będzie ta historyjka i o przemyśleniach na pokładzie. Tym razem rejs klasą Luksory. I co? I rzeczywiście luksusowo jest bez dwóch zdań. Od nitroksu w cenie po szlafroki, od wielkiej plazmy w salonie po doskonałą kuchnię, od szerokich koi po separowane natrysk w łazience i marmurowy blat umywalki. Jednym słowem wszystko czego można sobie życzyć. Ale coś jednak zgrzyta.

Wszystko jest bardziej brytyjskie niż brytyjska królowa, załoga jak po szkole kamerdynerów, briefingi prezentacje powerpointowe z trójwymiarowymi modelami raf i wraków. Ale… ale brakuje w tym wszystkim człowieka. Divemasterzy a i owszem uśmiechnięci i serdeczni, dbający o to, żeby było miło. A jednocześnie trzymają dystans, żeby za żadne skarby się nie spoufalić. Realizują zadania na nich nałożone. Nawet dzieląc się powietrzem z którymś z nurków robią to machinalnie, nie zważając na fakt, że octopus ma tylko osiemdziesiąt centymetrów i nie sposób oglądać się za grupą bez wyrwania temu biedakowi automatu z ust.

Nawet arabska załoga jest jakaś taka nieprzystępna (sic!) a przecież oni zawsze są bliżej nurków niż cała reszta. Brakowało mi swobody i familiarnej atmosfery Amelii. Tu było po prostu sztywno. Jednym słowem wikt i opierunek z najwyższej półki ale emocje zostawiamy na brzegu. Na dłuższą metę wolę jednak swobodę niż zimny wychów, więc następnym razem raczej węższa koja, spanie na pokładzie i wesoła atmosfera niż bułkę przez bibułkę! Im więcej luksusu tym mniej człowieka – jak wykazała praktyka.

28 listopada 2008

26 listopada 2008

Meteorologicznie

Pogoda nie jest taka fajna, jak się spodziewałam. Słoneczko a i owszem obecne, ale wiatr silny i nawet w południe trudno wysiedzieć na sundecku z krótkim rękawkiem – koniec listopada na morzu, nie można wybrzydzać jak się nie znalazło czasu na wcześniejszy wyskok. Na szczęcie woda przyjemne i nie daje w kość mimo, że zapodziałam gdzieś kaptur!. Na pierwszym nurku walka z cieknącą maską, na drugim zużyłam trzy czwarte powietrza w dwadzieścia minut. Niezły początek, nie ma co.
Jutro będzie lepiej, musi być. Odpuszczę sobie nocne nurkowanie bo jeszcze nie będę miała siły na kompas popatrzeć i po co sobie obciachu nastrzelać.

2 listopada 2008

13

Jeszcze trzynaście liczb przyjdzie skreślić na kalendarzu zanim nadejdzie osiem dni i siedem nocy tylko moich. Niebo wyglądające trochę inaczej niż tutaj, rozkoszne kołysanie, plusk i szum wiatru. Słońce, któremu można pokłonić się w podzięce za to, że jest. Proste czynności, proste przyjemności, przyjemne zajęcia. Palce sztywniejące od walki z neoprenem, kuchnia tak odmienna od codziennej, inne języki i inne twarze. Sól we włosach i książka. A w przerwach łyk nitroksu i wypatrywanie oczu w niebieskości lub śledzenie newsów z życia koralowców. Mrauuu.

1 listopada 2008

M jak...

Wydawać by się mogło, że piętnaście lat w korporacjach uodporniło mnie na wszelaki przejaw głupoty i zawiści ludzkiej. Do wczoraj tak sądziłam. I życie zrewidowało moje poglądy. Kiedy chodzi o naprawdę duże pieniądze wszelkie chwyty dozwolone i to bez względu na wysokość zajmowanego stołka. W głowie się nie mieści. Po prostu.

Kolejne zdarzenie, kolejna cegiełka do koszy doświadczeń, kolejne ‘nigdy’. Innymi słowy nigdy nie przyjmuj odpowiedzialności za finanse spółki, która jest na earnoucie. NIGDY. Złamanie zakazu grozi schizofrenią (w najlepszym wypadku). Konflikt interesów to mało powiedziane. Naginanie rzeczywistości także. Efekt podejmowanych decyzji może być widoczny i odczuwalny w krótki lub długim okresie – w zależności od perspektywy. Niektórzy o tym zapominają. I to wystarczy, żeby zacząć wojnę.

Mobbing. Obco brzmiące słowo. Obco? Czyżby? Nie wówczas kiedy podają go na pierwsze i drugie śniadanie, na lunch a nawet na podwieczorek. Pięć dni w tygodniu. Mnie się przejadł, czas na dietę oczyszczającą. Aaaaaaaby dietetyka od zaraz.

30 października 2008

Metamorfoza

Ta sama osoba, tak samo inteligentna i dowcipna jak dotychczas. Równie pogodna i towarzyska. Z uśmiechem, za dotyk którego na swoich wargach dałabym się pokroić. Stała się całkowicie aseksualna. Coś nieprawdopodobnego. Jest kobietą, jest koleżanką, bywa przyjaciółką, kompanem do rozmowy ale… No właśnie, przestała być obiektem pożądania. Te same oczy, dłonie te same, i usta, i policzki, i głos, i śmiech, i perfumy. A jednak. Brunetki pozostają brunetkami nawet kiedy przywdziewają złoty blond. Ale tracą seksowność a ich feromony stają się mi obojętne. Zaskoczyło mnie to. I zaskakuje co dzień. Patrzę na nią, ale jej nie widzę. Nie czuję. Zupełnie jakbym zapomniała.
Chcę znowu mojej Laleczki z Porcelany. Filigranowej figurynki z kości słoniowej skreślonej czarną kreską.

25 października 2008

Lekcja erotyki

Zbiór felietonowatych opowiadań pod egidą przygód z seksem w tle, autorstwa Anny Rozen. Nic bulwersującego, nic zapierającego dech. Po prostu kilkanaście historyjek niepowiązanych ze sobą opowiedzianych delikatnym, subtelnym językiem. Ciekawa formuła narracji, nienachlana ale jednocześnie nie pozostawiająca wątpliwości, że to opowieść z pierwszej ręki. Pozbawiona piont, które potrafią zburzyć budowane słowami napięcie. Za to pozostawiająca miejsce na domyślanie się ciągu dalszego. Niezaprzeczalną wartością tekstu jest właśnie to, że pomimo precyzyjnej opowieści zostawia miejsce na dopisek czytelniczy.

Lektura idealna na melancholijne jesienne popołudnie, takie z ostatnimi promieniami babiego lata. Pozwalająca przywołać z głębi umysłu własne wspomnienia. No właśnie, opowiedziane zdarzenia są na tyle naturalne, że mogły się przydarzyć każdej niemal kobiecie. A jeżeli nie dokładnie to bardzo podobne. Może hotel miał inną nazwę, może inne imię nosił Mężczyzna lub Kobieta. Metafizyczne uniesienia przeplatają się z rzeczywistością. Człowiek sprowadzony do poziomu ciała, emocje do poziomu fizjologii.

Można żyć nic nie tracąc bez lektury Lekcji erotyki, ale można dzięki niej spojrzeć na erotyczny aspekt życia w trochę inny sposób. Mocna czwórka.

20 października 2008

Do biegu, gotowi, start

Zawody pływackie w telewizorze oglądane wydają się być miła rozrywką. Kiedy spędza się na płycie basenu czternaście godzin nie wygląda to tak różowo niestety. Zwłaszcza kiedy na zajątrz powtórka. Atmosfera współzawodnictwa? Nic a tych rzeczy – hodowanie młodocianych zawistników. Serio, gdzie jest miejsce na zabawę jeśli okazuje się, że ośmiolatki trenują… sześć razy w tygodniu (sic!). Już w tym wieku zabijać się o setne sekundy? To ja już wolę nasze amatorskie pływanie – ładne technicznie – niż wyścig szczurów wodnych. Pewnie wyhodują mistrzów w wieku lat dziesięciu, w wieku jedenastu będą przetrenowane a jako dwunastolatki znikną wypalone.
I może właśnie dlatego do wieku olimpijskiego ‘dożywa’ tak niewielu zawodników. Może nie tylko PZPN wymaga reformy ale PZP także.

12 października 2008

Piniata w galarecie

Pogoda dopisała i można było pobawić się w mokre wydęte kulki. Dokładnie tak – największą atrakcją (znaczy tuż po piniacie) były oczywiście bańki mydlane. Zabawa wobec, której nikt nie pozostaje obojętny. A jeżeli jeszcze bańki są ogromniaste i pływają w powietrzu jak wieloryby, albo zasnuwają niebo tysiącami niewielkich kropli czego trzeba więcej. Dla małych i dużych, singli i matek polek. Po prostu sama radość. Trochę mokra i nietrwała, ale jednak.

I tort z galaretki też był trafiony. Więc nawet zapomniałam już, że jego zrobienie kończyło się o 4 nad ranem. No ale jak sobie ktoś wymyśla nie tylko kilka pięter galaretki ale do tego każde piętro w kolorowe paski to takie są efekty. Żeby się galaretka zaczęła uczciwie trząść trzeba swoje odczekać.

I jeszcze słowo w kwestii piniaty. Strzał w dziesiątkę! Ta szczęście obyło się bez ofiar choć niewiele brakowało. I kto by pomyślał, że taką frajdę może sprawić zbieranie z trawy kilku kilogramów cukierków na wyścigi.

6 października 2008

Róża Wspomnień

Strach, uwielbienie, rozkosz, ból. Wszystko w jednym. Nie sposób zapomnieć. Emocjonalny Szczyt Świata. Zwłaszcza jeśli czytam coś takiego:

"kiedyś czytałam na jej blogu, że pewnie była jedna z wielu.. niby tak a jednak jest jedyną którą wspominam ciepło.. jest wyjątkowa".

A więc pamiętasz i Ty. Ziemia drżała, a światło było wprost boskie kiedy pozwoliłaś mi dotknąć raju Słodka Dręczycielko. Tyle dni, miesięcy, ba już nawet lat, a Róża wciąż trwa - są rzeczy niezmienne.

3 października 2008

Mniej niż zero

Libido na minusie. I nie mogę nawet uciec w pracoholizm, bo jakoś mnie to nie kręci. Zło konieczne. Wszystko dookoła nim jest. Konsekwencją wcześniejszych wyborów. Coraz częściej przemyka mi przez głowę myśl o rzeczywistości równoległej. Co gorsza wiem, że ona nie da mi satysfakcji, niestety. Tam jestem za pan brat z Panią Nocą, przesypiam resztki doby w pustym mieszkaniu, przyjaźnię się z Samotnością i jadam śniadania z Beztroską. Nie zaprzątam sobie głowy myślą o jutrze.
Nie żałuje, w sumie nie żałuję niczego. Ale dziś dokonałabym odmiennych wyborów. Nie wiem czy zadowoliłyby mnie ich efekty, ale same wybory byłyby inne.
Pragnienie? Żyć tak, jakby jutro nie istniało. Usłyszeć życzenia carpe diem. I smakować je do ostatniego tchnienia. Nie mogę już umrzeć młodo, ale ciągle jeszcze mogłabym żyć szybko. Amen.

23 września 2008

52

Listopadowy wschód słońca. Ciekawe jaki będzie.

22 września 2008

Architektonika romansu - Tomasz Szlendak

Wielce intrygująca pozycja, głównie ze względu na podejście do tematu. Zachowania ludzkie, a przynajmniej za takie uchodzące, rozebrane na czynniki pierwsze i porównane do… zachowań przedstawicieli świata zwierząt. Analogie i antagonizmy. Zaskakujące jak dużo jest tych pierwszych i jak niewiele tych ostatnich. Spojrzenie zoologa, który zamiast mężczyzny i kobiety widzi po prostu samca i samice określonego gatunku. Trochę szokujące zestawienia miejscami, ale jakże obnażające ludzką próżność. Jakże często zachowania, które uważamy za ludzkie mają swoje odpowiedniki wśród zwierząt. I to nie tylko wśród najbliższych krewnych, ale wśród form niższego rzędu.

Obszary porównań są bardzo szerokie od zachowań fizjologicznych, przez instynktowne aż po społeczne. Ciekawie stawiane tezy i zaskakujące ich udowadnianie. Można powiedzieć, że książka opisuje życie seksualne i społeczne człowieka na przykładach innych gatunków. Kiedy się czyta nie sposób odgonić myśli, że jako gatunek wcale nie jesteśmy aż tak wyjątkowi jak się nam wydaje. A wiele zachowań, jak choćby tendencja do poligamii może mieć bardzo, bardzo proste wytłumaczenie. Może zamiast wizyt u psychoanalityków należałoby ludziom przepisywać wizyty w ogrodach zoologicznych? Terapia szokowa? Możliwe, ale w końcu ktoś dosadnie powiedział, że król jest nagi i zmniejszył nieco piedestał wyjątkowości gatunkowej.

Książkę polecam pasjonatom fizjologiczno-socjologicznego spojrzenia na człowieka z dystansem do siebie. Szkiełko i oko bywają tu czasami bezlitośnie bolesne. Wciągający sposób narracji, ciekawy układ ‘akcji’ pozwalający prześledzić zmiany ewolucyjne. Nie ma tu głaskania po przysłowiowej głowie żadnej z płci. Uważny czytelnik znajdzie tu zarówno argumenty, które można byłoby włożyć w usta wojującej feministki jak i zdeklarowanego szowinisty. Zaskakująca mieszanka, choć przyznam, że może trochę za długa, raczej nie przypuszczam, żeby ktoś przeczytał całość za jednym zamachem. To, co zdecydowanie należy zapisać na plus to taka kompozycja rozdziałów, która pozwala sięgać po książkę po kawałku, w dowolnych okresach czasu. Rozdziały stanowią spójne, zamknięte obszary, a sama książka ma kompozycję karty dań. Można szybką przystawkę wybrać lub obiad z sześciu dań z deserem. I każdy będzie ukontentowany wyborem , a to nieczęste.


20 września 2008

Gabriel García Márquez

"Nikt nie jest wart Twoich łez, a ten kto jest nigdy Cię do nich nie doprowadzi".

Sentencja warta zastanawienia.

18 września 2008

Federic Fontenoy - voyerysta z wyobraźnią

Staję wybredna lub po prostu za dużo widziałam, żeby zachwycić się byle gołym tyłkiem. Ale od czasu do czasu spostrzegam coś, co mnie elektryzuje. Dosłownie i w przenośni stawia mnie na baczność i nakazuje otworzyć dusze, żeby mogła z zachwytem wyszeptać swoje ochy i achy. Tak było i tym razem.

Śmiałe i dekadenckie aranżacje, trącące nutką zepsucia i wonią zakazanego owocu. Przeszłość mieszająca się przyszłością, wspomnienie z marzeniem, odbicie z realnością. Dopracowane detale scenografii, obrazoburcze konstelacje ciał, wyzywające pozy emanujące grzesznym podglądactwem i tajemnicą. Sam autor nazywa te scenki burdelem wyobraźni i gabinetem dziwów. Coś w tym jest. Postać mężczyzny, który na wielu fotografiach jest jak cień, który przypadkowo zaplątał się w kadrze – cień przyłapany na podglądaniu czy próbie dotknięcia. Pokój. Ten pokój musi znajdować się gdzieś na strychu, stanowić domowo tabu – Miejsce, Którego Nie Ma. Ważnym elementem są lustra, obrazy lustrzane pokazują coś z poza kadru. Może przeszłość, która zamieszkała pod powłoką rtęciowe srebra, może niespełnione fantazje, a może po prostu świat równoległy.

Zapraszam na spacer po odnalezionym tajemniczym zamkniętym pokoju, podróż w czasie i przestrzeni, aż do ogrodu podświadomości. To przystawki, na danie główne zaprasza sam mistrz - Federic Fontenoy.


























16 września 2008

Z odzysku

Strząsnąć z siebie staram się ćmy paskudnych myśli, które traktują mnie jak świecę. Gromadzą się na orbicie mózgu i eksplodują jedna po drugiej z głośnym sykiem. Ale to w żaden sposób nie odstrasza kolejnych. Oczyścić umysł – to najważniejsze z pragnień. Osuszyć z kropli gromadzących się w jego wnętrzu i wywindować cień uśmiechu w kąciki ust. Nie jest to niestety objaw nadchodzącej jesieni, ale raczej przesilenia życiowego. Porządkowanie spraw narosłych przez lata.

Ostrokół zbudować wokół siebie chcę. Solidny, wysoki, niezłomny. Przywdziać maskę obojętnej niby-normalności oraz płaszczyk z membraną topomniespływa. I robić swoje. Ale to trudne, kiedy ma się serce na dłoni a takt i dyplomację w zupełnie innym miejscu niż większość ludzi. Po prostu trudne.

Parafrazując piosenkę - Tam, gdzieś na dnie został mój świat. To jedno się nie zmienia we mnie, wieczny niedosyt, pragnienie bycia tam. Po prostu w miejscu, które mogę nazwać Edenem. W czasie poza czasem. Tam upływ czasu mierzy się zupełnie inną miarką. I ważność spraw.

10 września 2008

Wiadomość z Nieświatu

"nardilwen, amin meluva lle an meth en arch".

Słowa to za mało, żeby odpowiedzieć.

9 września 2008

Mikstura

Lupuli strobulus, melissae folium, hyperici herba i valerianae radix. Kto by pomyślał, że pozwolę im zawładnąć sobą. Później już wszystko wydaje się być spokojniejsze, dalsze, mniej ostre, mniej ważne. I tylko trzeba pamiętać żeby przestać – inaczej nici z zasiadania za kierownicą.

8 września 2008

Pacyfikacja

Tak łatwo jest przekreślić wszystko i odejść. Tak trudno spojrzeć bestii w oczy poprosić o pomoc. Kolejny kawałek mnie odpłynął do Krainy Wiecznych Łowów. Dumna, niezależna, samodzielna. Czy jeszcze to jest prawdziwe? Nie wiem. Niestety.