6 sierpnia 2011

Służbowo czy jakoś tak

Jest czas udręki i jest czas detoxu. A potem przychodzi spokój. Formalnie dwa, praktycznie trzy miesiące resetu. To najdłuższa przerwa zawodowa jaką sobie zafundowałam od 1990. Ale po dwudziestu paru latach zwykła wymiana płynów ustrojowych nie wystarcza do pracy na pełnej mocy.

Słodkie nieróbstwo zawodowe. Żadnych podatków i raportów. Zero list płac i audytów. Izolatka. Zakaz zbliżania. I duuuużo wody żeby wypłukać toksyny z krwioobiegu.

Ale po prawdzie to po dwóch miesiącach miałam dość. I zaczęłam nawet wyczekiwać tego pierwszego dnia w ‘nowej szkole’. Kontrolowana przerwa ma swoje dobre strony. Przede wszystkim dlatego, że dokładnie wiadomo ile potrwa oraz kiedy i jak się zakończy.

Nowi ludzie. Hmm straszliwie młodzi. Ale co mi tam – zawsze to jakieś potencjalne dusze do zdeprawowania ;). Dwa najistotniejsze elementy zostały zaimplementowane: w strukturze jest główna księgowa co znacząco wpływa na mój komfort pracy a w przedsiębiorstwie obowiązują określone godziny pracy. Ergo – w niektórych knajpkach już mnie znają – nie pamiętam kiedy miałam czas żeby od późnego popołudnia do późnego wieczora udzielać się towarzysko dwa-trzy razy w tygodniu. Całkiem miłe to.

Generalnie cieszy mnie uczestniczenie w życiu organizacji rozumianym jako relacje z ludźmi a nie tylko rycie w cyferkach i takie modelowanie rzeczywistością, że duże było jeszcze większe. No to czas zaplanować kalendarium na resztę roku…

25 czerwca 2011

31 maja 2011

FETYSZ-O-MANIA 5


Data:    25 maja 2011  
Lokal:  Fabryka Kotłów , Warszawa

Innowacje organizacyjne:    
·         brak

Innowacje artystyczne:        
·        gość specjalny Sophia Disgrace


Publikacje:

11 marca 2011

Pisanie na żądanie

Przymus i termin są mordercami weny. Zobowiązałam się zrecenzować książkę, dostałam z wydawnictwa egzemplarz i rozpoczęłam lekturę. Niestety wolny duch weny poszedł spać i nie zamierza unosić się nad moją głową. Książka źle się czytała, z przerwami na inne lektury. Ale najgorsze jest to, że nie mogę się zebrać, żeby popełnić recenzję. To gorsze niż szkolne wypracowanie – pisanie na zamówienie a nie z wewnętrznej potrzeby. Składanie myśli pod dyktando cudzych oczekiwań jest mi obce. Zaczekam aż panna wena da znać o sobie i poskładam literki tak jak mi w duszy zagra. I dopiero wtedy, kiedy to nastąpi.

9 marca 2011

Napuszanie surowo wzbronione

Zazwyczaj wisi w powietrzu niemy zakaz konsumowania cudzych drugich połówek. I zazwyczaj jest to ogólnie przyjętą normą. Ale 'zazwyczaj' to takie miejsce w czasie i przestrzeni, które często jest mi nie po drodze. I właśnie tamtego wieczora przed skrętem na 'zazwyczaj' był objazd. A nawet więcej – niemal obowiązujący kierunek jazdy na 'doit'. O nie! Nic z tych rzeczy. Takiej zmiany organizacji ruchu nie było w mojej rozpisce.

Z jednej strony jest we mnie przekora, wewnętrzny nakaz do postępowania wbrew oczekiwaniom osób trzecich. Z drugiej strony konsekwencja, która pozwala mi zrealizować zamierzone (przeze mnie!) przedsięwzięcia.

Cudowny sensorycznie wieczór był celem. I orgia opuszków. I poczęstowanie kogoś drugą stroną lustra. I spełniło się co do milimetra. I jestem usatysfakcjonowana po czubki uszu.

Czy mogłam więcej dać? Zapewne tak. Czy mogłam więcej wziąć? Niewątpliwie tak. Czy chciałam wziąć i dać więcej? Możliwe. Czy zrobiłam to? Nie. Czy żałuję, że nie poszłam dwa kroki dalej? Nie. Było idealnie. Perfekcja to taki stan umysłu kiedy poziom satysfakcji z doznań jest maksymalny ale jednocześnie pozostaje niedosyt. Niezaspokojony apetyt, który będzie siłą napędową wewnętrznego projektora pozwalającego na odtwarzanie wspomnienia, jego dopieszczanie i rozwijanie w kolejny ekscytujący scenariusz.

Wewnętrzny metronom nadaje tempo ruchom dłoni i ust. Nic poza interakcją 'tu i teraz' nie ma władzy nad nim i nie zaburzy jego rytmu. A z całą pewnością nie oczekiwanie osób trzecich. Jeżeli pod sanktuarium kobiecych relacji podkradają się wścibskie oczy i umysły nic im po tym, niczego nie zobaczą, na nic nie wpłyną. Kobiece relacje mają w moim umyśle 'bus pasy' na które męskim użytkownikom ruchu wstęp wzbroniony. Bez względu na to jak bardzo im się spieszy. Nie mogą także kupić u kierowcy biletu dla swoich wybranek. Tu nie ma przystanków na żądanie.


1 marca 2011

Nowa jakość

Kiedy tak siedzieliśmy nocą aż po świt w cieple kominka, przytulnym wnętrzu, z dobrym alkoholem wielce perwersyjnymi rozmowami i działaniami utwierdziłam się w przekonaniu, że może być inaczej. Że przecież są ludzie, którzy podobnie jak my zamiast mniej lub bardziej zimnych a czasami obskurnych miejsc woleliby spędzać czas klimatycznie we wnętrzach o zupełnie innym charakterze. A kolacja – w pełnym tego słowa znaczeniu – może upływać przy stole zastawionym nie tylko potrawami gdzie blask ognia łagodzi obyczaje i dodatkowo podgrzewa atmosferę. Zdjęcia w takiej scenerii zrobione także mają inny wymiar – estetyczny i sentymentalny.

Ale ludzie musieliby nieco zmienić swoje nastawienie do charakteru takiej imprezy. Tandetne kabaretki i image ala tirówka królujące od jakiegoś czasu na imprezach z przyrostkiem bądź przedrostkiem "fetish" w nazwie należałoby zamienić na wieczorową suknię a panów odziać w smoking lub choćby garnitur. Peleryna i wenecka maska jakże miłym są dopełnieniem klimatu. Koszty takiego lokalu znacząco podwyższają koszty uczestnictwa, ale jakość ma swoją cenę. I jeszcze jeden ważny aspekt – brak przypadkowych gości bo poza zaproszonym przez organizatorów wstęp mają wyłącznie osoby rekomendowane przez nich. To zupełnie inny wymiar klimatu i perwersji. I to jest właśnie ten kierunek, któremu będę kibicować, i który chcę kultywować.

21 lutego 2011

Kot(ka) w worku

Czy sprawił to błysk w jej oku czy blik na metalicznym fiolecie – tego nie wiem. Ale kiedy przekroczyła próg sypialni wyglądała jak dziewczynka przytulona do wystawowej szyby sklepu z zabawkami lub słodyczami. To coś, co tak uwielbiam wyciekało jej przez opuszki palców i ulatywało z oddechem. Kiedy dotknęła płaszczyzny fioletu jej skóra stała się elektryczna a ja wciąż nie mogłam się zdecydować czy wole zjeść czy mieć to ciastko. Walka pożądania z powściągliwością. Przecież to takie proste, dwa kroki i wyciągnięcie ręki, złożenie oddechu na odsłoniętym karku. Ale przecież ta elektryczność nie jest jeszcze tym, czy mogłaby być. Czekam. Ona także czeka. I chociaż czekamy na to samo, to jednak oczekujemy czegoś innego.

Pierwsza tama puszcza kiedy odsłania tatuaż na łopatce. Mam tę słabość i każdy tatuaż, którego mogę dotknąć staje się po części moim własnym. Chylę czoła przed każdym z nich bo wiem, że nigdy takie cywilizacyjne znamię nie zakwitnie na mojej skórze. Powstrzymuję jednak niecierpliwe palce, nie to bowiem ma być dzisiejszą ucztą. Chciałabym powtórzyć za Zembatym "(…) lubię patrzeć jak ona się dla mnie rozbiera (…)" choć wiem, że nie dla mnie odsłania skórę zdejmując z niej wszystkie ozdoby i okrycia. Pozostaje naga z jedną tylko ozdobą - jak Dama z łasiczką – ale nie ręku tylko na łopatce. I znowu narastające pragnienie, żeby zasmakować sinych konturów.

I tylko głos w tyle głowy przywołuje mnie do rzeczywistości i wtłacza w rolę przewodnika, podaję dłoń i czuję jak wkracza do mojego sanktuarium. Drżąca, niecierpliwa. Pachnie przedsmakiem podniecenia i strachu – najpiękniejszą z woni. Torturą byłoby zatrzymać ją właśnie w tej chwili, a jednak to właśnie ten zatrzymany w umyśle kadr drżącej nagiej postaci dołączam do osobistej galerii emocji.

Kiedy przekracza magiczną granicę umyka mi. Zaczyna żyć własnym życiem, odkrywać ciemność i prężyć się z niecierpliwości. Wargi i zęby zaciskające się rurce oddechowej kiedy zasuwam zamek. To ten moment kiedy nie wiem co będzie dalej bo zupełnie nie znam jej reakcji ale jednocześnie fizycznie czuję co stanie się za moment. Kiedy szum zasysanego powietrza wypełnia uszy moim oczom ukazuje się kształt wyczarowany z lateksu. Powoli napina się na każdej wypukłości, podkreśla każdą krzywiznę biodra i smukłość łydki. Obciągnięte niczym u baletnicy palce stóp wyglądają perwersyjnie.

Nie powinna zostać sama w tym nowym otoczeniu zbyt długo. Wyciągnąwszy dłoń dotknęłam jej nowej fioletowej skóry, a moje palce śliniły się lubieżnie silikonem. Pierwsze dotknięcie zawsze jest elektryzujące. Nieziemska gładkość latexu a pod nią ciepłe, żywe ciało. Uwielbiam dotykać twarzy, przesuwać palce po zamkniętych powiekach, policzkach i szyi. I dalej przez mostek –zatrzymując się przez chwilę na unoszącej się i opadającej klatce piersiowej – dotykam brzucha. Rozpalony, aksamitny, kuszący. Kiedy palce sięgają uda zaczyna tańczyć. Pręży się – niczym nomen omen kot – podążając za wędrującymi dłońmi. Tak to właśnie ten moment kiedy już wiem, że miejsce strachu zajęła przyjemność. Kiedy widzę, jak nieruchomienie przeszkadza w osiągnięciu moich palców wiem co się musi dziać w jej podbrzuszu. Buzujący gejzer energii. Widok niesamowity. Przez dłuższą chwilę walczę ze sobą, tak niewiele trzeba, żeby zrzucić ciuchy usiąść na wijącym się ciele okrakiem. Żeby przykryć sobą, zjednoczyć będąc oddzielonym. Na to potrzebowałabym godzin nie minut, żeby dotykając stopami łydek, brzuchem brzucha lizać zamknięte powieki i przygryzać brodawki. Trans, z którego tak trudno powrócić. Ale wówczas zaspokoiłabym głównie swoje potrzeby. Ona miała dziś dostać więcej dotyku niż tylko mój, nie ja byłam mistrzem ceremonii.

Z premedytacją omijałam uwypuklone sutki i kuszące łono. Głaszcząc wewnętrzną stronę ud widziałam i czułam jak wypycha biodra w stronę gdzie były dłonie. Symetryczne ruchy burzone przez szybkie pociągnięcia jednej dłoni utrzymywały ją w ciągłej gotowości, żeby popchnąć ciało w kierunku upragnionego dotyku. Wiem jak się czuła – to nieznośne pragnienie osiągnięcia celu wbrew ograniczeniom. Pieszczotę opuszków zamieniałam czasami na paznokcie. Od razu widoczne były inne skurcze mięśni, inne impulsy przenoszone tuż pod powierzchnia latexu. Niby przypadkiem palec zahaczył o wzgórek i pomknął dalej po oleistej ślizgawce na ciele. Potem kolejny raz i jeszcze jeden. Kiedy zamknęłam go w dłoni kipiał, a z rurki do oddychania z oddechem wydobywały się dźwięki – muzyka, której się nie zapomina.

Trudno było oderwać się i zejść piętro niżej. Jeszcze trudniej było dzielić się tą żywą zabawką z innymi dłońmi. Ale tak miało być. Chwila na dostrojenie i zaczynamy koncert na cztery ręce. To nie lada wyzwanie dla jej mózgu, który nagle musi odbierać zwielokrotnione i różne bodźce. Trudno jest się skoncentrować dotyk każdej osoby odczuwa się inaczej. Miałam tę przewagę, że mój dotyk poznała jako pierwszy więc stanowił punkt odniesienia. Ale teraz cała skóra była sensorycznie aktywna i głodna dotyku. Palce stóp miała zimne, krew została zatrudniona do krążenia w bardziej strategicznych miejscach. On miał nade mną przewagę znajomości jej ciała i jej reakcji. Kiedy stymulował łechtaczkę muzyka stawał się głośniejsza. Po dłuższej chwili zeszła ponownie na dół z zaproszeniem dla Pana Męża. Więcej dłoni, więcej różnorodności, więcej dotyku.

Uwielbiam kiedy cała uwaga i działanie kilku osób jest nakierowane na przyjemność jednej osoby. Ale nie potrafię nie uszczknąć nic dla siebie. Stojąc tuż za jej głową przykucnęłam z zaciśniętymi udami i rozkoszowałam się własnym spełnieniem. W tym przypadku nie mogłam odciągać uwagi od Kotki odbierając jej przyjemność więc szczytowałam niemo. Najbardziej perwersyjne było to, że głaszcząc jej twarz czułam jakbym głaskała własna łechtaczkę. To nieprawdopodobne jak bardzo latex eskaluje moje współodczuwanie. Emocji nie daje się przy vacbedzie odczytać z twarzy ale wystarczy dotknąć, żeby poczuć. I dotykałam, i czułam, i syciłam się tym. Co więcej dotykając jej ciała odbierał dotyk tych męskich dłoni, które ją pieściły.

Wszystko wokół stawało się dotykiem. Kiedyś mogłam osiągnąć ten stan wyłącznie będą wewnątrz, dziś wystarcza mi dotyk bez względu po której stronie się znajduję. Latex otwiera w moim systemie nerwowym jakieś dodatkowe kanały, ciało zachowuje się jak synapsa do której skierowano wszystkie bodźce.

Kiedy ustał szum przez uchylony suwak zobaczyłam rozbiegany wzrok, rozmazany makijaż i drżenie. Wracała z dalekiej podróży, otulona ciepłym szlafrokiem, siedząc na stole. Na jedno tylko krótką chwilę sięgnęła wargami moich ust. Były dokładnie takie jak się spodziewałam – ciepłe, silne, drapieżne. Ale i płochliwe. Cudownie kobiece. Musiałam bardzo się starać, żeby nie zacisnąć na nich zębów. Ma nieprawdopodobnie zmysłowe usta, które sama mi podała. Doskonałe Finale Grande.

19 lutego 2011

Dlaczego?

Nie mówi ć źle o zmarłych. Dogmat. Mówić dobrze o zmarłych bez względu na to co się myślało o nich za życia. Hiperpoprawność? Hipokryzja? Dlaczego? Parafrazując Gombrowicza odpowiedź jedna ciśnie się na usta – bo wielkim człowiekiem był.

Ale dlaczego? Jeśli ktoś mi zalazł za skórę to zalazł. Jeśli kogoś lubiłam to lubiłam. A jeśli był mi obojętny to był obojętny. Śmierć nie powoduje zmiany faktów z przeszłości. Bo niby dlaczego miałaby to czynić - co się stało to się nie odstanie.

Mierzi mnie umieszczanie metodą 'kopiuj wklej' tego samego zestawu zdań w różnych miejscach w sieci. Jak ktoś koniecznie chce coś przekazać to powinien mieć na tyle rozumu, żeby różnicować komunikaty. Powielając te same wypowiedzi sam je dewaluuje. Zastanawia mnie ilu z tych internetowych żałobników odwiedziło w szpitalu osobę, którą pośmiertnie nazywają przyjacielem. Ilu z nich pojawi się, żeby towarzyszyć mu w ostatniej drodze. Ilu odwiedzi najbliższych żyjących wciągu najbliższego roku. A może nie znają jego najbliższych? Czy to możliwe? Przecie zmarły był ich przyjacielem…

Jeśli kogoś nazywam przyjacielem traktuję go jak przyjaciela za życia, a nie honoruję go przyjacielem pośmiertnie. "Nie zrobię już tego…", "Nie powiem tamtego…" - rozdzierają szaty i zawodzą nad sobą. Teraz? Teraz o tym myślą? A gdzie byli wcześniej? Zabiegani. Zajęci swoimi sprawami. Spotykający się z innymi ludźmi, którzy wówczas wydawali się ciekawsi czy których towarzystwo było po prostu milsze. Co ludźmi powoduje, że w obliczu śmierci starają się publicznie usprawiedliwić swoje zachowania przywdziewając szaty pokutne? Bo tak wypada? Bo tak się robi?

Do cholery jeśli odchodzi Przyjaciel to żyjący przyjaciele wiedzą jak uczcić jego pamięć. Grudką ziemi rzuconą na trumnę w cichej zadumie. Toastem wzniesionym ulubionym jego trunkiem. Wspominkami w gronie tych, którzy pozostali. Albo dobrą imprezą – jeżeli zmarły życzyłby sobie tego. A jak się nie wie to nie zostaje nic innego jak tylko dostosowanie się do istniejących "jedynych słusznych wzorców społecznych" i powtarzanie: bo wielkim człowiekiem był, bo wielkim człowiekiem był, bo wielkim człowiekiem był…

Odszedł człowiek, pozostaje wspomnienie – takie wspomnienie na jakie sobie zapracował za życia. Takie jakie każdy kto go znał ma w pamięci. Dla niektórych był pewnie przyjacielem, dla innych znajomy, a dla jeszcze innych irytującym typem z ostrym językiem. Śmierć tego nie zmieni. Hipokryzja także nie.

"Żyj tak, aby znajomym zrobiło się nudno , gdy umrzesz"

Julian Tuwim

18 lutego 2011

Lidia Jasińska

Marzyć, oznacza pragnąć gwiazdki z nieba.

Działać - to wiedzieć której.

Lidia Jasińska

17 lutego 2011

Szef kuchni poleca

Z luźnej rozmowy wyklarował się plan na jeden z tych dni kiedy dzieci nie ma w domu i jesteśmy niegrzeczni. Co prawda agenda uległa znacznej modyfikacji w odniesieniu do pierwotnego założenia ale sądzę, że może być ciekawie.

Czym innym jest bowiem socjalizowanie w przestrzeni publicznej a czymś zupełnie innym otwarcie drzwi własnego domu dla cudzych perwersji. Nasz salon był już niemym światkiem kilku spełniających się ludzkich fantazji, był miejscem, w którym ludzie odkrywali swoje mniej lub bardziej mroczne strony. Był takim miejscem i stryszek na wieży, a teraz ma do nich dołączyć sypialnia.

Tym razem w menu latex z silikonem podawany na łóżku i kameralny koncert na harfie z towarzyszeniem trzasku ognia w kominku. W pierwszym daniu będę pełnić role wirtuoza dostarczając wrażeń dotykiem. W drugim daniu uczestniczyć będę z bezpiecznej odległości bo jednak kłujące zabawki nie są moją bajką – dziękuję postoję (i popatrzę).

12 lutego 2011

Shiny people

Nie wiem czy w spisie dewiacji wszelakich znajduje się latexowe dotykalstwo ale ja mam tę przypadłość. Kiedy spoglądam wstecz na swoją gumową historię zawsze jest tam jedna osoba. Ten-Który-Był-Moim-Pierwszym-W-Lateksowym-Świecie. Pierwsze ciało obleczone w druga skórę, które dotknęłam. Pierwsza osoba, która uchyliła dla mnie zamek vacbeda. Pierwszy umysł, który opisał przyjemność dotykania. Pierwszy facet, który wziął mnie za rękę i przyodzianą w kombik doprowadził dotykiem do bezgłośnego spełnienia – na stojącą w sali pełnej ludzi.

Kiedy spotkaliśmy się w Dublinie miał na sobie fioletową skórę. Chlorowany latex, którego gładkość elektryzuje nawet bez silikonowego poślizgu. Hipnotyzuje mnie. Nie pytam o pozwolenie, po prostu wyciągam palce i dotykam.

I w sposób najbardziej naturalny, niemal nie przerywając konwersacji z innymi osobami przekraczam magiczną linię przyjemności dotyku. O przepraszam – przekraczamy bo przecież po drugiej stronie membrany jest ktoś kto także odczuwa przyjemność. Kumulacja doznań i balansowanie na granicy eksplozji, permanentnego podniecenia.

Kątem oka rejestruję mężczyznę, który przeistacza się w kobietę ale wciąż zachowując kontakt dotykowy buduję kolejne piętro przyjemności. Sięgam coraz dalej w miarę jak padają kolejne tamy. Aż do momentu kiedy pada hasło - wychodzimy. Jest za zimno żeby iść w samym kombiku, niechętnie wciągam jeansy – materiał toporny i asensoryczny. Na szczęście to tylko tymczasowa powłoka bo tuz po wejściu do klubu zaczyna się proces przepoczwarzania i wraz z grupą innych zrzucam kokon. Tyle pomocnych dłoni, tyle lśniącego lateksu i śliskiego silikonu, że aż dech zapiera. Ale prawdziwe wow następuje dopiero po wejściu na samą imprezę. Nigdy jeszcze nie przebywałam w towarzystwie tak dużej liczby gumofilów – na oko jakieś 35-40 osób – bajeczny widok. Odrealnione postacie odcinające się od tła i innych osób, bliki świateł tańczące na latexowej skórze. Aż chce się wyć z wizualnej przyjemności. Shiny people – usłyszałam to określenie po raz pierwszy ale nie dość, że od razu przypadło mi do gustu to jeszcze stwierdzam, że nie ma bardziej pasującej nazwy dla maniaków gumowych ciuchów.

A później już był tylko dotyk , kaskady gładkości i wodospady dreszcze. Pierwsze apogeum miało miejsce na parkiecie podczas pokazu bondage. Drugie kiedy mną a fioletowym obiektem mojego pożądania wyrosła stalowa klatka. Kontrast zimnego kanciastego metalu z ciepłym gumowym ciałem działał jak afrodyzjak. I jeszcze ten ograniczony dostęp, ta bariera, którą trzeba było pokonać. On rozpięty we wnętrzu klatki w nienaturalnej wręcz pozycji, unieruchomiony, ograniczony metalem ale poddający się dotykowi. Nadstawiający się dłoniom wbrew pasom i karabińczykom. Plastyczny, powolny, przeciekający wręcz przez palce.

Łyk zimnej coli i złapanie oddechu – tylko tyle, żeby poczuć na nadgarstkach zapięte skórzane opaski a w ustach knebel. Siedząc między dwojgiem staję się zabawką ale i przyjmuję lawę dotyku. Zamykam oczy, żeby nie rozpraszać umysłu zbędnymi zmysłami. Dłoń jedna, druga, trzecia, czwarta i już można zacząć wspinaczkę ku szczytowi. Niewygodna pozycja – tym razem to ja muszę walczyć z ograniczeniami – ręce spięte i unieruchomione gdzieś za głową, stopy zaparte o coś pod stołem, rozchylone kolana i jestem gotowa na tsunami. Drażniąca nieregularność dotyku, jej dłonie, jego dłonie asynchronicznie poruszające stawiają zmysły na baczność dwa razy częściej – uzupełniają się ale jednocześnie ciągle realokują źródło przyjemności. I co najgorsze odbierają przyjemność tuż przed spełnieniem. Podbrzusze zaciśnięte wokół niewidzialnej ciężkiej kulki zasysa mnie do wewnątrz. Paznokcie na sutkach przywołują do rzeczywistości na moment ale w tym samym czasie dotyk na wewnętrznej stronie uda oferuje zupełnie inne wrażenia. Sprzeczność doznań. Ból pomieszany z ukojeniem, w różnych miejscach, z różnym natężeniem i odmiennych reakcjach. Myśl, że za dużo swobody ruchu, zapragnęłam skórzanych pasów, którymi skrępowanie uniemożliwia inicjatywą własną ciała pozwalając przeżywać wyłącznie to, co pochodzi z zewnątrz. Tak… nie kanapa ale twardy stół i brązowe skórzane pasy podbite białym filcem… i te dłonie… Mała retrospekcja jako dodatek do istniejących warunków doprowadza mnie na szczyt. Knebel skutecznie tłumi jęk.

Kolejna porcja dotyku sprawia, że po wyprężeniu niczym napięta do granic struna spływam miękko na podłogę pod stołem. Zatapiam się we wnętrzu własnego ciała, kontempluję fale rozkoszy przelewające się przeze mnie. Podobno nad moim ciałem pracowite dłonie wzniosły toast pełnymi szklankami. Podobno usta z ukontentowaniem odnotowały moje 'zejście'. Podobno… Ja tego nie pamiętam. Ja mam swoje własne wspomnienie tej chwili.

Czas wracać do klubu, do domu, do rzeczywistości. Wracam zatem. Ale po raz kolejny wiem, że ja chcę jeszcze (nie)raz! I po raz kolejny mam wizję – wariacja na temat ostatniej sceny z Pachnidła… Kiedyś zrealizuje i to J a na razie będę pielęgnować dotykalstwo z tą garstką shiny people, którzy żyją w kraju nad Wisłą. I tym optymistycznym akcentem pożegnać trzeba gościnne Wyspy.

5 lutego 2011

(…) wiedzą o nim


wiedzą o nim
moje nabrzmiałe piersi
pocałunkiem obudzone o zmroku

ramię draśnięte
pamięć
drzemiąca w zagłębieniu dłoni

we wnętrzu moim
okwitł
jak kolczasty krzak głogu

zmarznięte ptaki
moich nocy
sfrunęły wszystkie
jedzą

Halina Poświatowska

Gdzieś w głębi mnie budzi się krzyk, odpowiedź na zew słyszany ciemną nocą. Krzyk będący pragnieniem bólu i zapomnienia. Gdzieś głęboko dochodzi do głosu moja uległość dopraszając się swego prawa do istnienia. Stłamszona rzeczywistością, zagłodzona niemal na śmierć, żywiąca się resztkami wspomnień. I ciało, które pamięta. Zawsze pamięta. Tym razem mój wewnętrzny feniks przyszedł na świat nie w ogniu ale w cieple dłoni. W dotyku przejmująco delikatnym i balansującym na granicy nierealności. Mój szczyt był odlotem Feniksa. Mój Feniks się zmienia.

4 lutego 2011

Gilberto Giardini człowiek renesansu

Niezbadane są ścieżki, którymi krążą myśli, zakamarki między synapsami gdzie rodzi się idea. Tym razem ciężko powiedzieć co było najpierw książka czy rysunki albowiem w jednym czasie, z dwóch różnych źródeł i przez inne media wdarła się do umysłu informacja, że odkryłam kolejnego artystę do mojej osobistej galerii. Tradycyjnie po kilku obrazkach rozpoczęłam śledzenie autora rysunków.




Urzekła mnie swoboda kreski, zaczarowała bezpośredniość. Męskie akty , naturalistyczne do najmniejszego włoska ale nie pozbawione aury voyeryzmu przypomniały mi fotografie Dylana Ricci. Zdjęcia a rysunek to jakby dwie warstwy tego samego obiektu, rysunek jest czymś w rodzaju szkieletu odcinającego się od tła ostrymi pociągnięciami ołówka, które wygładzane są przez barwne plany farby. Zdjęcie natomiast jest odwzorowaniem powłoki, skory, cielesności. Zupełnie inne a jednak tak bardzo się przenikające obrazy.

Tropiąc prace Gilberto Gardiniego trafiłam początkowo na stronę, która między wierszami szeptała, że to nie wszystko co wyszło z pod jego ręki. Pojedyncze akty zdawały się mrużyć oczy w porozumiewawczym spojrzeniu i kazały mi szukać dalej. I tak znalazłam ilustracje do powieści "Za drzwiami" Aliny Reyes, a potem na znaki zodiaku i cykl słynni kochankowie. I karuzela z obrazkami ruszyła a ja poczułam się jak we wnętrzu kalejdoskopu – odrobina retro, trochę przerysowania i sporo ołówka. Dziś taka mieszanka wydaje się być archaiczna – w dobie komputerowej grafiki i fotografii cyfrowej obrabianej w photoshopie. Jakże miło zatrzymać wzrok na akrylu na płótnie czy pastelach na kolorowym kartonie, czy choćby ołówku na białym papierze. Spokojnie delektować się kreską i kolekcjonować emocje wywołane własną projekcją wizji autora.
W dwudziestym pierwszym wieku Gilberto jawi się jako człowiek renesansu – mieszanka różnorodności. Urodzony w Warszawie w polsko-włoskiej rodzinie, dorastał w Niemczech i we Włoszech. Od najmłodszych lat otoczony artystycznym duchem, za sprawą matki – śpiewaczki operowej – poznawał teatralne kulisy, dziś projektuje scenografie i kostiumy. Zafascynowany ludzkim ciałem odwzorowuje je wieloma technikami, które doskonalił choćby w rzymskiej "The Academy of Fine Art."

3 lutego 2011

Erotic Art Exibition

Podobno żadne tabu nie zostanie pominięte przez The Gallery Liverpool w jej drodze do zgłębiania twórczej erotyki. Oczekiwać należy zarówno rzeźbienia sznurem czyli jak sądzę instalacji z pod znaku bondage, jak i sztuki waginalnej (czymkolwiek ona jest), przyprawione jakimś performance na żywo i tańcem na rurze w męskim wykonaniu. Pewnie gdybym wcześniej wiedziała można było bryknąć z Dublina do Liverpool'u a tak trochę za mało czasu.


Nie mniej jednak jeśli komuś po drodze i ma wolną chwile niech za mnie odwiedzi przybytek otwarty od poniedziałku do piątku w godzinach 10-16.30, do 11 lutego jeszcze parę dni zostało J

2 lutego 2011

Ciała, wiele ciał

Autor: Philip José Farmer

Tytuł sugestywny więc nie sposób było się powstrzymać przed sięgnięciem po niego. Gatunkowo to historyczno-futurystyczne fantasy, bo rzecz się dziej co prawda na ziemi ale w przyszłości, z tym, że populacja ludzka jest trochę cofnięta ewolucyjnie. Dokładny opis krańcowo promiskuitystycznego, rozwiązłego społeczeństwa z jednej strony a brak opisów działań bohaterów. W dużej mierze autor odwołuje się do wyobraźni czytelnika grając niedopowiedzeniem i aluzją.

Życie bohaterów powieści oparte jest o cykliczność zdarzeń, trąci pogańskimi korzeniami, z których pozostały rytuały – odprawiane choć nie wiadomo dlaczego, ich genealogia została zatracona gdzieś w mrokach przeszłości. Trochę magiczno-narkotycznych wizji po napojach i jedzeniu. Trochę zwierzęcej żądzy przejawiającej się choćby przeszczepianiem jelenich rogów człowiekowi, który tym samy staje się bóstwem (a dokładnie dawcą nasienia) – taki rogacz wszechojciec.

Tekst nie powala jakością słowa, fabuła także. Bardziej pornografia niż erotyka jeśli chodzi o język i obraz stworzony przez autora. W mojej ocenie klasa harlequin tyle, że z orgią zamiast romansu.

1 lutego 2011

Fetish Flae Market

Zanim noc roztoczyła swoje przyjazne skrzydła spacerkiem do Dublinie dotarłyśmy pod wskazany adres. Większa nazwa niż sam market ale i tak fajnie, że komuś się chce. Przepiękne wnętrza mocno zrujnowanej kamienicy, sztukaterie, wytarte drewniane schody, duże okna z wewnętrznymi okiennicami, które odgrodzą od świata w razie potrzeby, ceramiczna podłoga w czarno białe romby.


Sala wystawiennicza na piętrze, wejście przez kafejkę, za barem przesympatyczny starszy pach chętnie wskazujący drogę, przy stolikach pary męsko-męskie i damsko-damskie, kwiatki wręczane z uśmiechem na twarzy, herbata w filiżankach. Domowa atmosfera.

A na pięterku stoliki z wydawnictwami albumowymi bondage, sporo skórzanych ubrań (bardziej dla motocyklistów niż uczestników fetish party ), oficerki i wojskowe buty obok koronkowych gorsetów i knebli, kajdanki zaplątane w pęczki sznurka we wszystkich kolorach tęczy. Sprzedających niewielu, kupujących także, ale ci akurat wchodzą i wychodzą więc liczę trudno oszacować. Piętro wyżej pokój gdzie zawrzeć można małżeństwo dwóch żon lub dwóch mężów a piętro niżej kupić coś na noc poślubną J.

I znowu nie skala, nie lokal ale ludzie tworzą atmosferę tego wydarzenia. I fakt, że można się spotrkać z kimś a kilka godzin później nie poznać go na imprezie. Tego samego dnia odbywały się w Dublinie także warsztaty bondage ale tam już nie dotarłyśmy, nie tym razem.

31 stycznia 2011

FETYSZ-O-MANIA 4


Data:    22 stycznia 2011  
Lokal:   No Mercy, Warszawa

Innowacje organizacyjne:    
·         brak

Innowacje artystyczne:        
·         rotacyjny VacBed 3D (Yoshimura)
·         prezentacja oferty Absynt (www.sklepabsynt.pl )
·         playroom by Leather Design Mastero (www.mastero.com )

 

Publikacje:


Czym się różni impreza?

Bo ma jedną nóżkę bardziej chciałoby się odpowiedzieć cytując jeden ze starych, abstrakcyjnych dowcipów. Ale dokładnie tak jest bo różni się wszystkim i niczym za razem.


Jest dużo dalej i trzeba wznieść się ponad chmury żeby spaść na samo dno ludzkich dziwnych upodobań. Paradoksalnie spaść na samo dno żeby być w niebie. Tym co różni nasze rodzime piekiełko od tamtejszego nieba nie jest wcale przewypasiony lokal czy skrajnie wyuzdane czy nowatorskie pokazy ani nawet niebotyczne ceny drinków w euro.


To co robi prawdziwą różnicę to ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Tam nikogo nie dziwi para stałych bywalców w wieku sześćdziesiąt plus ani spora grupa ich rówieśników. Tam nie szokuje ani osoba na wózku inwalidzkim ani rozmiar xxxl. Tam na porządku dziennym jest komplement od nieznajomej czy nieznajomego bo zachwycił ich czyjś ubiór. Tam osoba w latex odziana może o dotyk poprosić i dotyk zaoferować nieznajomemu i nie będzie to nie na miejscu. Tam zamknięcie lokalu zbyt wcześnie jest przyczynkiem do tego, żeby w pełnym świetle sycić oczy strojami wypełnionymi ciałami i ciałami owianymi skrawkami materii. Jest pretekstem do rozmów bez muzyki, umawianiem na aft erki bądź kolejne razy.

Tym co robi różnicę jest fakt, że jak chcę to mogę. Kiedy potrzebuję to mogę. W tym samym miejscu co miesiąc, z regularnością owulacji czy płatności czynszu - jest ten czas i to miejsce gdzie ludzie gromadzą się wokół tego co kochają. Bez specjalnych udziwnień, bez celebracji, bez akredytacji, bez zaproszeń i przedpłat. Po prostu zakładam na siebie to, co akurat mam ochotę założyć i spacerkiem na Abbey St. Potem wystarczy kupić bilet w kasie i przekroczyć próg magicznego miejsca gdzie czas płynie inaczej i ludzie wiedzą po co przychodzą. To zupełnie inna bajka niż stałe grono kilkudziesięciu osób, to samo od zawsze (nie takie znowu to zawsze odległe), te same zabawki, pokazy, miejsca, atrakcje. Tam nikt nie prowadzi dysputy o potrzebie dresscodu – przychodzą ci, którzy chcą i akceptują zasady gospodarzy. Tam nie ma moderacji, nikt nie ogłasza, że oto będzie teraz to i czy tamto pokazywane. Po prostu ludzie zanurzeni w dźwiękach, obrazach i dotykach przemieszczają się w klubie, rozmawiają bądź zabawiają się i jeżeli akurat trafią przed scenę patrzą. Albo sami stają się obiektem pożądania, atrakcją, pokazem. Nie potrzebują moderacji i nie oburzają się, że nie ma rozpiski godzinowej pokazów.

To co się tam dzieje jest naturalne i nie potrzebuje ręcznego sterowania. I to właśnie stanowi o atrakcyjności miejsca. To właśnie jest jak zew – woła, przyciąga, wyzwala, inspiruje, uzależnia. Pozwala czekać, kumuluje pragnienia i wyobrażenia żeby pozwolić im eksplodować w samym sercu pulsującego życiem tłumu.

I myśl kiełkująca nieśmiało w ślepym zaułku umysłu żeby sięgnąć po więcej, przeżyć to bardziej, głębiej, każdą komórką skóry wchłaniać aurę wyrafinowanego wyuzdania. Poszukać miejsca o mniej restrykcyjnych zasadach i większej liczbie ludzi. No cóż, trzeba będzie wsiąść do samolotu żeby tego doświadczyć ale już wiem gdzie będzie kolejny raz, wiem dokładnie!



14 stycznia 2011

Potencjał erotyczny mojej żony

Autor: David Foenkinos

Książka z równym powodzeniem mogłaby nosić tytuł Historia pewnego Hektora. To właśnie Hektor jest jej bohaterem. A jest to człowiek ze wszech miar dziwny, który w ciągu życia zajmował się głównie zbieraniem, ale na miarę manii kolekcjonerskiej. A jego zainteresowania były czasami wprost absurdalne. Jak często trafia się kolekcjoner patyczków do przekąsek, chorwackich przysłów, wróżb z chińskich ciasteczek czy pierwszych stron książek albo wisielczych sznurów? Do tego dochodzą tradycyjne przedmioty zbieractwa ja np. znaczki pocztowe czy kinder niespodzianki.


Hektor w ramach zrywania z nałogiem rozpoczyna znajomość z Brigitte. Był przekonany, że to prosta droga do wyleczył się z manii. Pozory, pozory i jeszcze raz pozory. Co prawda w momencie kiedy ujrzał Brigitte balansującą na drabince w trakcie mycia okien zapomniał skutecznie o wszelkich kolekcjach jakimi w życiu się zajmował. Przekornie jednak postanowił w tym samym momencie, że teraz poświęci się już tylko jednemu celowi, jednemu zbiorowi. Będzie kolekcjonował chwile, w których jego żona myje okna...


Ale nie chodzi tylko o oglądanie tych scen, to kolekcjonowanie to polowanie. To wielbienie kobiecości właśnie w czasie tej jednej czynności. To konieczność uporania się z nieprawdopodobnym podnieceniem i napięciem seksualnym. Nie ma co ściemniać Hektor stał się fetyszystą w najbardziej słownikowym znaczeniu tego słowa. Osiągał satysfakcję seksualną wyłącznie obserwując żonę myjącą okna. We własnych czterech ścianach nie stanowiło to problemu, ale Brigitte potrafiła umyć cudze okno ot na przykład będą z wizytą. Co więcej osoby, które widział ją w akcji były tym zjawiskiem zauroczone podobnie jak Hektor.


Lekkie pióro, ciekawie rozwijająca się fabuła, humor a to wszystko w erotycznych kontekstach. Przyjemna lektura o sporym ładunku pozytywnej energii.

13 stycznia 2011

Paulo Coelho

"Zawsze trzeba wiedzieć kiedy kończy się jakiś etap w naszym życiu.

Jeżeli uparcie chcemy w nim tkwić dłużej niż to konieczne,

tracimy radość i szansę poznania tego co przed nami."

Właśnie rysuję grubą kreskę, która kończy pewien rozdział. Nowego jeszcze nie napisałam. Jeszcze tylko zwyczajem feniksów doczekam dnia spalenia, żeby narodzić się z popiołów. Na nowo, po raz kolejny. Wówczas będę wiedziała co dalej. Teraz aż do dnia spalenia będę tracić pióra.