4 stycznia 2009

Płonące ćmy (by Amberlake Cyrian)

Co można powiedzieć o tekście rzeczonym? Hmm… Jedno z całą pewnością – jest to tekst zawierający sporo opisów scen s/m. Niestety jak to zwykle z kontynuacjami bywa nie dorównuje jakością Tatuażowi nocy. Fabuła tak bardzo banalna i przewidywalne, że czytałam głównie dla zasady. Szkoda, bo utracona została aura tajemniczości. W drugiej części nawet ‘szkoła’ nie jest wystarczająco przekonywująca. Autor prześlizgnął się przez to co robią ‘mistrzowie’ w sposób najbardziej skrótowy z możliwych, sprowadzając ich role do playboyów w ciągu dnia i biczowników w nocy. Nawet próba znalezienia wytłumaczenia znaczenia domina-mydłą została w sposób pośpieszny i pozbawiony autentyzmu skonstruowana. Szkoda.
Reasumując – lepiej pozostać przy lekturze pierwszej części i nie zaprzątać sobie głowy sztampową historyjką. Dzięki temu można uniknąc niesmaku. Tym razem 'kolekcja afrodyty' jest jak najbardziej dobranym podtytułem.

3 stycznia 2009

Kazikowe prawdy

„Gdy nie ma w domu dzieci to jesteśmy niegrzeczni…” jak śpiewał Kazik. A zakrzyknąć mogę tylko amen. Ferie i wakacje wymyślone są wszak jedynie po to, żeby… dać oddech rodzicom. Będąc dzieckiem patrzyłam na to z trochę innej perspektywy – własnych przyjemności związanych z wyjazdami. Punkt widzenia zmienia się z wiekiem jak widać Dziś na hasło zimowisko robi mi się uśmiech baaardzo szeroki. I nawet fakt, że jest to w czasie największej gorączki w robocie nie potrafi mi zepsuć tej przyjemności.

Po pierwsze śpię ile chcę i nic ani nikt mnie nie budzi. Na własne życzenie przekręcam sobie dobę. Po drugie spędzam w łóżku dowolna ilość czasu – śpiąc, leżąc, czytając czy bzykając się do upadłego. Otóż właśnie upadłą kobietą jestem po ostatnim weekendzie. Swoboda. To jedno słowo ciśnie się na usta, których nie trzeba już zatykać poduszką. Swoboda wyrażająca się w otwartej SZUFLADZIE i walających się po sypialni sprzętach różnorodnego pochodzenia i zastosowania. Nocne spacery po świeżym śniegu i gorąca herbatka przy kominku. Swoboda – bo NIC NIE MUSZĘ!

„Jeszcze tylko kilka dni i nocy i wszystko wróci do normy…” śpiewa dalej Kazik. Wróci, to prawda, ale to co się wydarzy przez ten czas to moje. A poza tym ferie zimowe, regularne dwutygodniowe już niebawem. Oj będzie się działo, tym bardziej, że będzie już po pożarze w robocie więc i wieczory będą się mogły wcześniej zaczynać, i towarzystwo można będzie sprosić, i supełki poćwiczyć w większym gronie. Iiiiiha!

2 stycznia 2009

Porcelanowa Laleczka z gołym tyłkiem!

Najnormalniej w świecie mam ochote przełożyć ją przez kolano o wklepać na gołą parę razy. Cholera mnie trafia na miejscu i na dodatek ślinię się na samą myśl o niej. Nie ma to jak oddać namiętny pocałunek a potem zabrać dupę w troki i pojechać na narty. Oszaleję przez nią jak tak dalej pójdzie.

31 grudnia 2008

Roboczy nocodzień

Dzień z nocą się zlewa bo kiedy wstaję jeszcze ciemno, kiedy wracam już ciemno. Gdyby nie to, że czas ten spędzam przy biurku mogłabym powiedzieć o sobie, ze prowadzę nocny tryb życia. Poziom stresu rośnie jak temperatura w wulkanie, oczy i mózg odmawiają posłuszeństwa. A możeby tak zmienić rok obrotowy i kończyć go powiedzmy w marcu? Można by wówczas pomyśleć o świąteczno-noworocznym wypadzie gdziekolwiek, albo o feriach zimowych (nie koniecznie na nartach co prawda, ale jednak).
Równania ze zbyt dużą ilością zmiennych po prostu długo się rozwiązuje. A do tego jeszcze negocjacje warunków i najbardziej trywialne sprawozdania i deklaracje. W sumie gdyby wyciąć z kalendarza grudzień i styczeń byłoby naprawdę miło!
Zmęczenie wyssało ze mnie całą energię przywieziona w listopadzie z Egiptowa, nic już nie zostało, żeby nie powiedzieć, że jadę na debecie energetycznym. Gdzieś tam majaczy nieśmiało Wyspa Gorąca… kto wie, może jak się już obrobię z tą "końcoroczną" buchalterią…

30 grudnia 2008

Richard Young - Studium dopieszczenia

Richard Young kolejny przypadek artysty spełnionego w dorosłości. No bo jak inaczej określić człowieka, urodzonego w Yourshire w 1961 roku, który po ukończeniu studiów artystycznych decyduje się na pracę w inżynieryjnym przedsiębiorstwie? Na szczęście jego pasja do podróżowania zawiodła go na Środkowy Wschód, gdzie zakotwiczył aż na dziewiętnaście lat. Obecnie osiadł w Devon, gdzie komercjalizuje swoją twórczość – posiadaną łatwość do rysowania, skoncentrowaną na ciele, w tym, w szczególności na ciele nagim lub… tańczącym. Jego prace należałoby określić jednym słowem – dopieszczone. I to zarówno pod względem pociągnięć pędzla czy węgla jak i kompozycji. Kobiety na jego płótnach roztaczają aurę swojej woni, przesyconą upojna barwą spełnienia. Rozciągnięte leniwie jak kotki jeszcze dyszą dopiero co zaspokojoną namiętnością. Nie potrafię pomyśleć o nich inaczej jak tylko – jeszcze ciepłe, jeszcze wilgotne, jeszcze zdyszane. I chociaż artysta próbował uchwycić je w bezruchu to ich piersi wciąż jeszcze falują w rozedrganym oddechu, nozdrza unoszą się łapiąc łapczywie hausty powietrza, ciało dopiero co wyprężyło się w ekstazie. Tak, bez wątpienia mogę nadać mu miano Pierwszego Dopieszczyciela.















Rozogniona samba, płonące tango, zmysłowy balet i pelnokrwiste flamenco - zatrzymane pod pędzlem w galerii Dancers cielesność kobiecości w galerii Figurative to coś, co szczególnie polecam.

Nie mogłoby również zabraknąć czerwieni rozchylonych warg. Zmysłowo zapraszających do tego żeby ich dotknąć. Przyprószone bielą może wyschnięte od zbyt szybkiego oddechu i krzyku, a może z zaschniętą i skruszoną już teraz powłoką z płynnej męskości? Kto może wiedzieć, jak to było naprawdę…


29 grudnia 2008

Tatuaż nocy (by Amberlake Cyrian)

Pozycje opatrzone etykietą „Kolekcja Afrodyty” nigdy nie wzbudzały mojego zainteresowania ani, co może istotniejsze, uznania. Słabe wydanie kieszonkowe, gazetowy papier, drobna czcionka i ta etykietka przywodząca na myśl pospolite „charlekinowate” romanse o miernej wartości literackiej, z fabuła osnuta na gołym tyłku. Ponieważ jednak książek o tematyce bdsm nie jest dużo, jat to mówią na bezrybiu i rak ryba.

I jakie miłe zaskoczenie subtelnością języka i ciekawą konstrukcją fabuły. Retrospekcja oprawiona w ramki z czasu teraźniejszego. Nieprzypadkowa przypadkowość sytuacji, gra na ludzkich emocjach – tych najsilniejszych – od zatracenia się rozkoszy po nienawiść, od złamania do buntu. Całość zaś owiana tajemnicą niedopowiedzenia. I to, co tak bardzo lubię – i w literaturze, i w rzeczywistości – złudzenie. Wytworzenie w umyśle rzeczywistości, która nigdzie poza nią nie istnieje. Podsycanie namiętności przez aranżowanie sytuacji, spotkań, miejsc, nadawanie im nowych wymiarów i znaczeń. Misterium przemienienia zwykłego w niezwykłe, snu w jawę i marzenia w spełnienie.

Bardzo trafnie i dogłębnie pokazana ewolucja postrzegania samej siebie przez główną bohaterkę. Jej droga od wyparcia, przez rezygnację do akceptacji… własnych pragnień. Mieć odwagę je spełniać to pełnia człowieczeństwa, bez względu na to jakie to pragnienia. Nawet jeżeli ich ujawnienie okupione jest swoistym przymusem. To, co najbardziej jednak ekscytujące w konstrukcji powieści to niezłomność zasad przyjętych w społeczności. To symbole zamiast słów. To świadomość, że bez względu na to jak bardzo szalone wydają się być pragnienia ich spełnianie ma dawać, i daje, wyłącznie przyjemność. Niepisane reguły, bezpieczeństwo i opieka – to warunki, w którym można pielęgnować i hodować własną uległość. Anonimowość pozwalająca czasami na więcej. Ale nigdy poza granice dobrego smaku i zdrowego rozsądku.

Nie miałabym nic przeciwko powstaniu takiego… klubu powiedzmy tuż za rogiem…

25 grudnia 2008

George Sand



Kobiet nie można zrozumieć - trzeba je kochać.


23 grudnia 2008

(...) więc jesteś

więc jesteś jesteś jesteś
daj niech sprawdzę
niech cię dotknę raz jeszcze dłonią i ustami
niech w oczy spojrzę chociaż najmniej wierzę
oślepłym ze zdumienia oczom
jeszcze twój głos usłyszeć chcę
zapachem się zaciągnąć
pojąć cię raz na zawsze wszystkimi zmysłami
i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo
dochodzić prawdy pocałunkami
Halina Poświatowska


Trzysta pięćdziesiąt pięć. Tyle właśnie i ani jeden dzień krócej czekałam aż rozchyli dla mnie wargi i odda pocałunek. Delikatność wnętrza wynagrodziła każdy dzień oczekiwania. Perfekcyjnie upojna chwila, która dołącza do kolekcji emocji, mojego osobistego panteonu wzruszeń. Nigdy jeszcze kobieta nie urzekła mnie tak swoją delikatnością. Nieśmiała, niezdecydowana, płocha. Oddała pocałunek tak żarliwie, tak namiętnie, że musiałam przywołać całe pokłady silnej woli i zdrowego rozsądku, żeby nie skonsumować jej publicznie. Właśnie tam, wśród ludzi. Wystarczyło ją posadzić na barze, o który się opierała…

Kiedy oddechem dotykałam jej karku odwracała się i zarzucała mi ręce na szyję podając usta. Cudownie krucha. Filigranowo kusząca. Zamykałam ją w objęciach walcząc z pożądaniem i innymi dłońmi. Była mrocznym obiektem pożądania. Roztańczona, emanująca zwierzęcym magnetyzmem i rozsiewająca feromony. Rozchwytywana przez tancerzy, powracająca raz za razem do wodopoju i moich ramion. Młodość ma swoje prawa. Cudownie było patrzeć jak wzbudza zachłanność ust i dłoni, jak mami i odchodzi pozostawiając wiszące w powietrzu niespełnienie. Ale jeszcze cudowniejsze było wyjść tuląc ją do siebie. I mieć tylko dla siebie. Przez chwilę. Bo w życiu piękne są tylko chwile, a ta była jedną z nich.
Moja Laleczko z Porcelany powtórzę za poetką - niech cię dotknę raz jeszcze dłonią i ustami.

15 grudnia 2008

Afrodyzjak prochem podszyty

Niezmiennie elektryzuje mnie myśl o trzymaniu w dłoni pistoletu. Nie, to nie jest elektryzowanie, bo to rodzi się gdzieś w gardle ściśniętym z wrażenia. I spływa w dół, zapierając dech w piersiach zaczaja się na chwilę w słonecznym splocie. Przycicha, przygasa, żeby buchnąć płomieniem w podbrzuszu. Trzepocze skrzydłami rozwijanymi do lotu. Z każdą sekundą, z każdą minutą coraz mocniej, coraz śmielej.

I w końcu nadchodzi ten moment, kiedy wyciągam palce, żeby dotknąć zimnej stali. Tym razem na wolnym powietrzu. Tak lepiej. Wiatr oblatywacz zabiera moje westchnienia. I tylko tak trudno się skoncentrować, pamiętać, żeby nie wsunąć dłoni między uda, żeby ugasić kotłującą się tam żądzę.

Glocka nawet nie dotknęłam, dziś moim towarzyszem skrywanej rozkoszy był Jericho. Większy, cięższy, obcy. A mimo to dreszczył mnie rozkoszą przez zgrabiałe z zimna palce. A może właśnie to fakt, że był nieznajomy jeszcze bardziej ekscytował. Już samo ładowanie magazynka ma dla mnie konotacje iście seksualne. Kaliber 9 – maleńkie, gładkie metalowe łechtaczki. Cudeńka przetaczane w opuszkach palców, wgniatane kciukiem w otwarte wnętrze stali.

Ona gdzieś tuż obok, tak krucha i zaangażowana. Tym razem przegrała ze Stalowym Potworem. W każdym razie stawał się obiektem nie tyle pożądania co raczej zaspokojenia żądzy. Właśnie tak. Kiedy stawałam tuż za nią dotykając wzgórkiem jej pośladków mogłabym ją pochłonąć. Na szczęścia musiałam się podporządkować rygorowi, słuchać poleceń i wykonywać je. Na szczęście. Na miłość boską jak ja to uwielbiam. To drżenie palców zmęczonych ładowaniem magazynków, to wstrzymywanie oddechu, to szarpnięcie po strzale. Fala przepływająca przeze mnie od góry aż po stopy i ciągnąca gdzieś w głąb ziemi.

Czysta przyjemność przyprawiona testosteronem. Pierwotna i jakaś taka odrealniona. Mocny chwyt, palec wskazujący warujący na kabłąku, magazynek lekko uwierający w bok. I strzał. Idealnie zsynchronizowany ze skurczem. I nie wiem czy strzelam w rytm orgazmu czy raczej szczytuję w takt wystrzałów. Kłębowisko bodźców ograniczone wyłącznie do mojego ciała. Słuchawki – trak skutecznie odcinające to, co na zewnątrz, okulary budujące przezroczystą barierę i tylko skóra, która odbiera wszystko. Maleńkie skrawki ciała, nieosłonięte, niechronione, łapczywie wysysające z pistoletu jego aurę i siłę, męskość i samczość. Podporządkowujące się, powolne, uległe…

Powracająca wizja niespełnionego jeszcze marzenia, teraz taka realna, taka bliska, taka możliwa. I rozsadzająca od wewnątrz potrzeba zaspokojenia bestii. Najlepiej tu i teraz. Ale nie, potrafię ją trzymać na wodzy. Potrafię wrócić tam, gdzie moja chuć znajdzie zaspokojenie.
Do następnego razu.

1 grudnia 2008

Słoneczno-wietrzny listopad

Oddech umysłowi, ciału umęczenie – takie są moje wypady z butlą. I za to właśnie je uwielbiam. Cóż z tego, że o szóstej rano na nogach skoro zaraz potem pod wodą, a po wyjściu śniadanko podane. Każdą komórką ciała kocham ten tryb życia, kiedy na tych naście dni codzienność przestaje istnieć a rzeczywistość przybiera całkiem inne oblicze. Kiedy zapomina się ojczystego języka zamieniając go na tygiel z mieszanką różnych. A tym razem, dla odmiany, kierownikami podwodnymi byli Argentyńczycy. Czyli rozbrzmiewał wokół hiszpański śpiewny ton.

Spojrzałam w twarz kolejnemu wyzwaniu – wrakom. I, niestety, nie mogę powiedzieć, że darzymy się obopólnym zainteresowaniem. W każdym razie jeśli chodzi o „inside”. Byłam, zobaczyłam, nad kolejnym razem się zastanowię. Konfrontacja rafa wrak zakończyła się wynikiem dwa zero dla rafy. Ale za to po kokardy miałam nurkowań w prądzie i strzelania bojki. Jedynie trzy nocne nurki były w wersji z łodzi i na łódź, wszystkie inne powroty to zbieranie towarzystwa zodiakiem z obszaru najeżonego czerwonymi bojami.
Ilość muren przeszła wszelkie pojęcie. W zasadzie nie było nurkowania, na którym nie spotkałabym co najmniej kilku sztuk!

Powrót do deszcz-śniego-zimnej-chlapy nie nastraja optymistycznie, a najbliższa (ewentualna) przyjemność nie wcześniej niż w kwietniu, czyli po audycie i zatwierdzeniu sprawozdań. Cierpliwości trzeba mi.

29 listopada 2008

Luksus a człowieczeństwo

A może raczej luksus czy człowieczeństwo należałoby zapytać. To, co nieodmiennie kojarzy się z luksusem to jacht, więc o jachcie będzie ta historyjka i o przemyśleniach na pokładzie. Tym razem rejs klasą Luksory. I co? I rzeczywiście luksusowo jest bez dwóch zdań. Od nitroksu w cenie po szlafroki, od wielkiej plazmy w salonie po doskonałą kuchnię, od szerokich koi po separowane natrysk w łazience i marmurowy blat umywalki. Jednym słowem wszystko czego można sobie życzyć. Ale coś jednak zgrzyta.

Wszystko jest bardziej brytyjskie niż brytyjska królowa, załoga jak po szkole kamerdynerów, briefingi prezentacje powerpointowe z trójwymiarowymi modelami raf i wraków. Ale… ale brakuje w tym wszystkim człowieka. Divemasterzy a i owszem uśmiechnięci i serdeczni, dbający o to, żeby było miło. A jednocześnie trzymają dystans, żeby za żadne skarby się nie spoufalić. Realizują zadania na nich nałożone. Nawet dzieląc się powietrzem z którymś z nurków robią to machinalnie, nie zważając na fakt, że octopus ma tylko osiemdziesiąt centymetrów i nie sposób oglądać się za grupą bez wyrwania temu biedakowi automatu z ust.

Nawet arabska załoga jest jakaś taka nieprzystępna (sic!) a przecież oni zawsze są bliżej nurków niż cała reszta. Brakowało mi swobody i familiarnej atmosfery Amelii. Tu było po prostu sztywno. Jednym słowem wikt i opierunek z najwyższej półki ale emocje zostawiamy na brzegu. Na dłuższą metę wolę jednak swobodę niż zimny wychów, więc następnym razem raczej węższa koja, spanie na pokładzie i wesoła atmosfera niż bułkę przez bibułkę! Im więcej luksusu tym mniej człowieka – jak wykazała praktyka.

28 listopada 2008

26 listopada 2008

Meteorologicznie

Pogoda nie jest taka fajna, jak się spodziewałam. Słoneczko a i owszem obecne, ale wiatr silny i nawet w południe trudno wysiedzieć na sundecku z krótkim rękawkiem – koniec listopada na morzu, nie można wybrzydzać jak się nie znalazło czasu na wcześniejszy wyskok. Na szczęcie woda przyjemne i nie daje w kość mimo, że zapodziałam gdzieś kaptur!. Na pierwszym nurku walka z cieknącą maską, na drugim zużyłam trzy czwarte powietrza w dwadzieścia minut. Niezły początek, nie ma co.
Jutro będzie lepiej, musi być. Odpuszczę sobie nocne nurkowanie bo jeszcze nie będę miała siły na kompas popatrzeć i po co sobie obciachu nastrzelać.

2 listopada 2008

13

Jeszcze trzynaście liczb przyjdzie skreślić na kalendarzu zanim nadejdzie osiem dni i siedem nocy tylko moich. Niebo wyglądające trochę inaczej niż tutaj, rozkoszne kołysanie, plusk i szum wiatru. Słońce, któremu można pokłonić się w podzięce za to, że jest. Proste czynności, proste przyjemności, przyjemne zajęcia. Palce sztywniejące od walki z neoprenem, kuchnia tak odmienna od codziennej, inne języki i inne twarze. Sól we włosach i książka. A w przerwach łyk nitroksu i wypatrywanie oczu w niebieskości lub śledzenie newsów z życia koralowców. Mrauuu.

1 listopada 2008

M jak...

Wydawać by się mogło, że piętnaście lat w korporacjach uodporniło mnie na wszelaki przejaw głupoty i zawiści ludzkiej. Do wczoraj tak sądziłam. I życie zrewidowało moje poglądy. Kiedy chodzi o naprawdę duże pieniądze wszelkie chwyty dozwolone i to bez względu na wysokość zajmowanego stołka. W głowie się nie mieści. Po prostu.

Kolejne zdarzenie, kolejna cegiełka do koszy doświadczeń, kolejne ‘nigdy’. Innymi słowy nigdy nie przyjmuj odpowiedzialności za finanse spółki, która jest na earnoucie. NIGDY. Złamanie zakazu grozi schizofrenią (w najlepszym wypadku). Konflikt interesów to mało powiedziane. Naginanie rzeczywistości także. Efekt podejmowanych decyzji może być widoczny i odczuwalny w krótki lub długim okresie – w zależności od perspektywy. Niektórzy o tym zapominają. I to wystarczy, żeby zacząć wojnę.

Mobbing. Obco brzmiące słowo. Obco? Czyżby? Nie wówczas kiedy podają go na pierwsze i drugie śniadanie, na lunch a nawet na podwieczorek. Pięć dni w tygodniu. Mnie się przejadł, czas na dietę oczyszczającą. Aaaaaaaby dietetyka od zaraz.

30 października 2008

Metamorfoza

Ta sama osoba, tak samo inteligentna i dowcipna jak dotychczas. Równie pogodna i towarzyska. Z uśmiechem, za dotyk którego na swoich wargach dałabym się pokroić. Stała się całkowicie aseksualna. Coś nieprawdopodobnego. Jest kobietą, jest koleżanką, bywa przyjaciółką, kompanem do rozmowy ale… No właśnie, przestała być obiektem pożądania. Te same oczy, dłonie te same, i usta, i policzki, i głos, i śmiech, i perfumy. A jednak. Brunetki pozostają brunetkami nawet kiedy przywdziewają złoty blond. Ale tracą seksowność a ich feromony stają się mi obojętne. Zaskoczyło mnie to. I zaskakuje co dzień. Patrzę na nią, ale jej nie widzę. Nie czuję. Zupełnie jakbym zapomniała.
Chcę znowu mojej Laleczki z Porcelany. Filigranowej figurynki z kości słoniowej skreślonej czarną kreską.

25 października 2008

Lekcja erotyki

Zbiór felietonowatych opowiadań pod egidą przygód z seksem w tle, autorstwa Anny Rozen. Nic bulwersującego, nic zapierającego dech. Po prostu kilkanaście historyjek niepowiązanych ze sobą opowiedzianych delikatnym, subtelnym językiem. Ciekawa formuła narracji, nienachlana ale jednocześnie nie pozostawiająca wątpliwości, że to opowieść z pierwszej ręki. Pozbawiona piont, które potrafią zburzyć budowane słowami napięcie. Za to pozostawiająca miejsce na domyślanie się ciągu dalszego. Niezaprzeczalną wartością tekstu jest właśnie to, że pomimo precyzyjnej opowieści zostawia miejsce na dopisek czytelniczy.

Lektura idealna na melancholijne jesienne popołudnie, takie z ostatnimi promieniami babiego lata. Pozwalająca przywołać z głębi umysłu własne wspomnienia. No właśnie, opowiedziane zdarzenia są na tyle naturalne, że mogły się przydarzyć każdej niemal kobiecie. A jeżeli nie dokładnie to bardzo podobne. Może hotel miał inną nazwę, może inne imię nosił Mężczyzna lub Kobieta. Metafizyczne uniesienia przeplatają się z rzeczywistością. Człowiek sprowadzony do poziomu ciała, emocje do poziomu fizjologii.

Można żyć nic nie tracąc bez lektury Lekcji erotyki, ale można dzięki niej spojrzeć na erotyczny aspekt życia w trochę inny sposób. Mocna czwórka.

20 października 2008

Do biegu, gotowi, start

Zawody pływackie w telewizorze oglądane wydają się być miła rozrywką. Kiedy spędza się na płycie basenu czternaście godzin nie wygląda to tak różowo niestety. Zwłaszcza kiedy na zajątrz powtórka. Atmosfera współzawodnictwa? Nic a tych rzeczy – hodowanie młodocianych zawistników. Serio, gdzie jest miejsce na zabawę jeśli okazuje się, że ośmiolatki trenują… sześć razy w tygodniu (sic!). Już w tym wieku zabijać się o setne sekundy? To ja już wolę nasze amatorskie pływanie – ładne technicznie – niż wyścig szczurów wodnych. Pewnie wyhodują mistrzów w wieku lat dziesięciu, w wieku jedenastu będą przetrenowane a jako dwunastolatki znikną wypalone.
I może właśnie dlatego do wieku olimpijskiego ‘dożywa’ tak niewielu zawodników. Może nie tylko PZPN wymaga reformy ale PZP także.

12 października 2008

Piniata w galarecie

Pogoda dopisała i można było pobawić się w mokre wydęte kulki. Dokładnie tak – największą atrakcją (znaczy tuż po piniacie) były oczywiście bańki mydlane. Zabawa wobec, której nikt nie pozostaje obojętny. A jeżeli jeszcze bańki są ogromniaste i pływają w powietrzu jak wieloryby, albo zasnuwają niebo tysiącami niewielkich kropli czego trzeba więcej. Dla małych i dużych, singli i matek polek. Po prostu sama radość. Trochę mokra i nietrwała, ale jednak.

I tort z galaretki też był trafiony. Więc nawet zapomniałam już, że jego zrobienie kończyło się o 4 nad ranem. No ale jak sobie ktoś wymyśla nie tylko kilka pięter galaretki ale do tego każde piętro w kolorowe paski to takie są efekty. Żeby się galaretka zaczęła uczciwie trząść trzeba swoje odczekać.

I jeszcze słowo w kwestii piniaty. Strzał w dziesiątkę! Ta szczęście obyło się bez ofiar choć niewiele brakowało. I kto by pomyślał, że taką frajdę może sprawić zbieranie z trawy kilku kilogramów cukierków na wyścigi.

6 października 2008

Róża Wspomnień

Strach, uwielbienie, rozkosz, ból. Wszystko w jednym. Nie sposób zapomnieć. Emocjonalny Szczyt Świata. Zwłaszcza jeśli czytam coś takiego:

"kiedyś czytałam na jej blogu, że pewnie była jedna z wielu.. niby tak a jednak jest jedyną którą wspominam ciepło.. jest wyjątkowa".

A więc pamiętasz i Ty. Ziemia drżała, a światło było wprost boskie kiedy pozwoliłaś mi dotknąć raju Słodka Dręczycielko. Tyle dni, miesięcy, ba już nawet lat, a Róża wciąż trwa - są rzeczy niezmienne.