Dużo można na nią zwalić i humory, i nastrojów huśtawkę, i zwiększone zapotrzebowanie na sex, i zmęczenie, i chęć nicnierobienia. Taka dobra wymówka po długiej zimie. Ale mimo wszystko odczuwam potrzebę odpoczynki i odmiany. Od października jadę na adrenalinie i chyba właśnie skończyły się jej wszelkie zapasy, a nawet jestem pod tym względem zapożyczona bo i na cudzej adrenalinie i emocjach też już jadę. I już myślałam, że poziom powróci do jakiej takiej normalności, z nadzieją wypatrywałam w telefonie wiadomości od Pani i szykować zaczęłam manatki na nurki. A tu nic z tego. Dwadzieścia metrów wody nad głową dopiero w czerwcu, a Pani… no cóż – lajfisbrutal.Nie ma co, trzeba sięgnąć ma marzenia z najwyższej półki. Jedno z tych totalnie nieosiągalnych ale i nakręcających na maxa.
Takie, które katalizować będzie przerób zimowego tłuszczyku na niskokaloryczna adrenalinę i pozwoli przeżyć do czasu naładowania akumulatorków.
Po czternastu godzinach snu obudziłam się mniej zmęczona ale za to z malowniczą opryszczką na ustach. No jak nie urok to cała reszta. Ważne, że się dzieje i że są nadzieje.
10 kwietnia 2006
9 kwietnia 2006
Wprowadzenie w temat GB
Niezbędnik jak dekalog potrzebny jest, żeby móc sięgnąć po to czego się chce. Niezbędnik dla tych, którzy pierwszy raz. Przede wszystkim pytanie gdzie sięgać. Podstawowym błędem jest po czatach błądzenie. Albowiem tam jedynie pary lub trójkąty znaleźć można, w porywach do czworokątów w wersji dwie pary. Ślepa uliczka. Gdzie zatem? No cóż, gang bang nie jest chyba sportem zbyt rozpowszechnionym biorąc pod uwagę, że ścisłą czołówkę męskiej części peletonu w stolicy stanowią faceci w ilości gdzieś między dwoma a trzema tuzinami. Niewiele, nieprawdaż? Są oczywiście okresowo stany wyższe lub niższe, za sprawą tzw. Satelitów, którzy pojawiają się i znikają, ale trzon jest mniej więcej stały personalnie. Przedział wiekowy trzydzieści czterdzieści lat. I to wszystko, co wolno, trzeba, można wiedzieć, reszta uznana będzie za wścibstwo. Co ciekawe nie jest to grupa kolegów z podwórka/ pracy/ drużyny itp. (*niepotrzebne skreślić) ale grupa utrzymująca ze sobą kontakty na tej jednej jedynej płaszczyźnie. I już. Można powiedzieć obcy sobie ludzie. Tylko czy można tak o nich powiedzieć? Raczej nie. Ale najwyraźniej tak określony zakres ich znajomości jest tym, co im odpowiada. Maximum anonimowości przy jakże daleko idącym ekshibicjonizmie. Wygląda na to, że w relacjach między sobą istnieją tylko jako pseudonimy, numery telefonów i adresy mailowe. No, ale najważniejsze, że TO DZIAŁA, a działa bardzo sprawnie.
Oni sami nazywają siebie hobbystami i coś w tym jest. Bo jako hobby oddają się przyjemnościom w czasie wolnym. Nie korzystają z płatnych ofert, a raczej hmm najbardziej pasuje mi tu określenie – spełniają marzenia. Istnieją, jak w każdej zorganizowanej społeczności jednostki spełniające określone role, istnieją zasady, dyscyplina. A jedynym kanałem informacji są… gorące polecenia czyli z ust do ust (jakkolwiek to rozumieć) innymi słowy nie co innego jak sprawdzona poczta pantoflowa. I może właśnie dzięki temu działa bez szwanku. Tym sposobem każdy wprowadzający nową osobę w krąg zainteresowanych ma świadomość odpowiedzialności za tę osobę, a aura tajemniczości tylko dodaje pikanterii. Krótko mówiąc wystarczy wiedzieć gdzie zadzwonić… O castingu w następnej odsłonie.
Oni sami nazywają siebie hobbystami i coś w tym jest. Bo jako hobby oddają się przyjemnościom w czasie wolnym. Nie korzystają z płatnych ofert, a raczej hmm najbardziej pasuje mi tu określenie – spełniają marzenia. Istnieją, jak w każdej zorganizowanej społeczności jednostki spełniające określone role, istnieją zasady, dyscyplina. A jedynym kanałem informacji są… gorące polecenia czyli z ust do ust (jakkolwiek to rozumieć) innymi słowy nie co innego jak sprawdzona poczta pantoflowa. I może właśnie dzięki temu działa bez szwanku. Tym sposobem każdy wprowadzający nową osobę w krąg zainteresowanych ma świadomość odpowiedzialności za tę osobę, a aura tajemniczości tylko dodaje pikanterii. Krótko mówiąc wystarczy wiedzieć gdzie zadzwonić… O castingu w następnej odsłonie.
8 kwietnia 2006
Fotografia
Ze snu obudził mnie Jej obraz. Była tuż obok. Z tym swoim uśmiechem przy którym mięknę do cna. I nagle ta świadomość, która boli, że to już nieosiągalne. Niedostępne. Bo Pan Mąż, który nie mówiąc ani nie ani tak stłamsił moją wolę czekania. Bo Pani, która nie słysząc ani nie ani tak wzgardziła mną. Bo w końcu ja z moimi własnymi zasadami i definicjami, których nic ani nikt zmienić nie jest w stanie.
Gdy się miało szczęście,
Jest coś, co mówi, że nadzieję mieć trzeba, ale realia są zbyt sztywne. Choć z drugiej strony byłam w niebie i mam wspomnienie nieziemskiej rozkoszy. Ale mam też świadomość, że jestem ostatnim mamutem na ziemi i moje wyginięcie jest nieuniknione. Nikt inny, tylko Ona jest moją Panią. I zostanie na wieczność, choćby tylko jako wspomnienie. I nie potrafie przestać Jej uwielbiać tą moją suczą miłością. Tylko ta tęsknota tak jakoś uwiera pod powiekami i wypływa ze mnie. Idę pooglądać zdjęcia, to zawsze mogę.
Gdy się miało szczęście,
które się nie trafia
czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to, to jest bardzo mało.
MPJ
Jest coś, co mówi, że nadzieję mieć trzeba, ale realia są zbyt sztywne. Choć z drugiej strony byłam w niebie i mam wspomnienie nieziemskiej rozkoszy. Ale mam też świadomość, że jestem ostatnim mamutem na ziemi i moje wyginięcie jest nieuniknione. Nikt inny, tylko Ona jest moją Panią. I zostanie na wieczność, choćby tylko jako wspomnienie. I nie potrafie przestać Jej uwielbiać tą moją suczą miłością. Tylko ta tęsknota tak jakoś uwiera pod powiekami i wypływa ze mnie. Idę pooglądać zdjęcia, to zawsze mogę.
7 kwietnia 2006
Wielbiciel piękna uległości - Frederic Levar
Urodził się jakieś pięćdziesiąt lat temu, małej mieścinie w środkowej Francji. Dzieckiem będąc przeniósł się wraz z rodzicami do Holandii. Dziś Frederic Levar żyje w obu tych miejscach i w amsterdamskim mieszkaniu i w wiejskiej posiadłości francuskiej. Zawodowa działalność w reklamie i filmie stała się dopełnieniem fotograficznych ambicji. Pracował z fotografami, operatorami, spędzając tygodnie na patrzeniu im na ręce, jak wybierają obiektywy, rzeźbią światło w cieniach, budują kompozycje. W tym czasie on sam robił jedynie okazjonalne zdjęcia, fotografia nie była dziedziną, której się poświęcał w taki sposób jak obecnie. A dziś? Dziś nie wychodzi z domu bez aparatu. Bez względu na to czy przed oczyma ma francuskie krajobrazy czy amsterdamską noc.


Ale najciekawszy, moim zdaniem, jest ten okres jego pracy, kiedy pod wpływem swojej muzy odkrył nagość uległą. Fascynacja kombinacją zmysłowości i wulgarności pchnęła go w kierunku piękna zniewolenia. Zdjęcia o tej tematyce odbiegają od wszystkich o fetyszowej tematyce, jakie kiedykolwiek widziałam. Mają w sobie coś tajemniczego, są żywe, patrząc na nie mam wrażenie, że to pojedyncze kadry filmu. Kiedy widzę naprężone łańcuchy czuję ich ciężar i chłód, czuję ograniczenie jakie nakładają na ciało. Twardość stołu pod nagimi kolanami i ostrza wymuszające stąpanie na palcach. Piękno zniewolenia i oddania. I zmęczenie rozkoszą, bólem, upływającym czasem. Zmęczenie, nad którym nie sposób zapanować, dotyk nieuniknionego. Przepięknie uwieńczony na tych zdjęciach, na których nie widać nic innego poza fragmentami błogości i spokoju. Szczególnie polecam galerię Le diner oraz Behind the eyes.




Modelka
Jak stos pereł świeci w kącie modelka,
wśród głów, sztalug, papierów jaśniejąca i wielka.
W roztopionym owalu leży na dywanie,
z ręką zwisającą, jak liść róży,
Wkrótce wstanie,koszulą się zachmurzy,włoży czarne, półślepe buciki
zapinane na nieliczne guziki
i zniknie za parawanem,
i wyjdzie
niby słońce zaćmione suknią i kaftanem.
MPJ
Pochwała wolności, pochwała piękna, tęsknota za swobodą. Kaftany konwenansów czym są jeśli nie krępującą życie pruderią. Chciałabym móc odrzucić wszystko to, co uwiera. Sięgać po to, czego chcę bez skrępowania i ograniczeń cywilizacji. Przez drobne chwile jaśnieję jak ona, ale najczęściej przywdziewam kapelusz z woalką, na której wyhaftowany jest służbowy uśmiech numer pięć. I tylko czasami kiedy przyoblekam się w błyszczącą czewień jestem sobą wśród innych. Małe manifesty wolności kiedy między końcem koronki a spódnicą nie ma nic. Swoboda w ukryciu. Manifest przeciwko kanonom zachowań.
Świadomość, że pod mundurkiem kostiumu brakuje bielizny potrafi dać siłę do przetrwania niejednego nudnego spotkania. Zwłaszcza kiedy zaczynam się zastanawiać kto jeszcze z obecnych ma niekompletną garderobę, komu czego brakuje i (!) gdzie to coś zostawił :)
6 kwietnia 2006
Z czego składa się mężczyzna
Męski głos – niski, ciepły, mocny, głęboki i chropowaty w dotyku. Lubię właśnie taki. Głos, który dotyka. I na dokładkę zostaje na długo w pamięci. A jego wspomnienie wywołuje gęsią skórkę na karku, bo właśnie tam przechowuję głosy… Albo obezwładniający szept. Mężczyźni w archiwum mojej pamięci mogą nie mieć twarzy ani sylwetki, mogą nie mieć imion ale zawsze mają zapach, dłonie i głos (znaczy jeśli takowe posiadali w momencie spotkania). Niektórzy maja także inne detale budowy anatomicznej, ale bardziej jako dodatek niż informacja zasadnicza. Jednak jedną z trzech podstawowych cech musi mieć, inaczej nie ma podstaw, żeby zachować go w archiwach pamięci. Są zapachy, które automatycznie przywołują obraz konkretnego faceta w mojej głowie. Zdarzyło mi się kilkakrotnie, że odruchowo zaczynałam w otaczającym mnie tłumie szukać wzrokiem kogoś bo przez nozdrza wpłynął we mnie znajomy zapach. A głos? Głos czasami kojarzy się określonymi słowami – wyłącznie. Czasami nie jest poparty żadną fizycznością, jest tylko głosem. Taki jest głos Macieja Zembatego. Miałam osiemnaście lat kiedy słuchałam go pasjami, jest jednym z tych głosów, które maja u mnie dożywocie w głowie. Można go lubić lub nie znosić, ja zaliczam się do tej pierwszej grupy. I właśnie dlatego, kiedy ostatnio słyszałam go na żywo dotarło do mnie jak bardzo żywy jest to w mojej świadomości głos. Na widowni sami dorośli ludzie (nie licząc wycieczki szkolnej rząd dalej). Atmosfera skupienia i delektowania się tą charakterystyczną barwą głosu. Głos jak wehikuł czasu przeniósł mnie tam, gdzie słyszałam go po raz pierwszy. Spłynęłam łzami przy Słynnym niebieskim prochowcu, a potem już nie było odwrotu Wspomnienia, Jedno z nas nie może się mylić, Goście, Prawo, Alleluja… I ciągle mało, mało, mało… Cudowny wieczór teraźniejszości przyprawiony odrobiną wspomnień. I znów – ideał nie sięgnął bruku, nie zabiła go konfrontacja. Uwielbiam Zembatego za tę jego mieszankę szowinizmu i adoracji, którą roztacza wokół. Lata płyną, a on wciąż w swojej skórze – fascynujący brzydal otoczony wianuszkiem młodych kobiet. Rozpłynęłam się tak bardzo, że nie podeszłam do niego po spektaklu. Nie wiem dlaczego. Może czasami trzeba zostawić tę przestrzeń, którą może wypełnić tylko głos.
Dziękuję Panie Macieju za uroczy wieczór.
Wczoraj dałam sobie jego namiastkę z płytą i kąpielą w pianie. I znowu płakałam.
Bo Jane i kosmyk włosów…
Bo Jesabel…
Bo dzisiaj tu, jutro tam…
Bo nie wie nikt dokąd noc prowadzi…
Bo…
===========
Azael azael69@wp.pl2006-04-13 13:11:20 83.31.132.95
Czy ja Ci już mówiłem, że uwielbiam Cię czytać? UWIELBIAM. O czymkolwiek piszesz, robisz z tego małe misterium, a zwłaszcza tam gdzie szybciej bije Twoje serce... Nie podzielam zachwytu nad panem Zembatym, ale lubię go pospołu z innymi. I mam podobny głos... nie tak głęboki, porównywalny do głosu śp. Leszka Herdegena, ale podobny do opisu z początku postu.Miło mi, że mogę Cię czytać. Dziękuję.
Dziękuję Panie Macieju za uroczy wieczór.
Wczoraj dałam sobie jego namiastkę z płytą i kąpielą w pianie. I znowu płakałam.
Bo Jane i kosmyk włosów…
Bo Jesabel…
Bo dzisiaj tu, jutro tam…
Bo nie wie nikt dokąd noc prowadzi…
Bo…
===========
Azael azael69@wp.pl2006-04-13 13:11:20 83.31.132.95
Czy ja Ci już mówiłem, że uwielbiam Cię czytać? UWIELBIAM. O czymkolwiek piszesz, robisz z tego małe misterium, a zwłaszcza tam gdzie szybciej bije Twoje serce... Nie podzielam zachwytu nad panem Zembatym, ale lubię go pospołu z innymi. I mam podobny głos... nie tak głęboki, porównywalny do głosu śp. Leszka Herdegena, ale podobny do opisu z początku postu.Miło mi, że mogę Cię czytać. Dziękuję.
5 kwietnia 2006
Konie (by nurbika)
O uległości mogę dużo powiedzieć, uległość mogę godzinami konsumować – zachłannie i bez umiaru. Ale uległość o jakiej pisze nurnika to dla mnie coś innego – inny świat. Fascynujący, pociągający ale jednak na dystans. O ile temat ponyplay jest w zasadzie marginesem bdsm, o tyle teksty poruszające ten niezwykły temat można policzyć na palcach jednej ręki. I dlatego odnotowania warte są te, które wyszły z pod palców nurniki. Żeby przekroczyć prób bdsmowej stajni potrzeba wyobraźni, najlepiej popartej choć trochę znajomością jeździeckiego tematu. Wystarczy wyciągnąć przed siebie ręce i dać chłonąć historię metamorfozy. Opowiadanie Konie jest niezwykłe, przede wszystkim dlatego, że jest plastyczne. Czytając wyczuwałam opuszkami palców strukturę kamieni, po których wspinała się bohaterka i piasek, po którym biegła. Widziałam kobietę w uprzęży i wyciągnięta dłoń, na której spoczywała kostka cukru. To właśnie w tym momencie odezwało się we mnie pragnienie sięgnięcia po cukier. We mnie, która nigdy nie miała ciągot do tego obszaru uległości. A jednak, jest jakaś magia, większa nawet momentami niż ta, którą znam. Chyba najbardziej fascynuje wyobrażenie piękna właśnie w tym nieludzkim obliczu. Opowieść ma swoje tempo, niespieszne myśli próbujące ogarnąć sytuację lub gwałtowny sprzeciw, strach i ucieczka. Zaprzeczenie instynktom, wyparcie się fascynacji, a mimo wszystko zwycięstwo pragnień. Odnajdywanie nowego bytu, przyjemność płynąca z nieznanego źródła. Metamorfoza. Nie złamanie siła hardego karku, ale powolne oswajanie. Czasami wracam do tej opowieści tylko po to, żeby wyzwolić w umyśle obraz, który powstał podczas pierwszej lektury. Fascynacja inną uległością, rozmarzenie, zapach karmelu…Podziwiam za doskonały dobór słów, za czarowanie obrazem, za piękno. Konie - sztuka w trzech aktach - to idealny tekst wprowadzający w klimat – łagodnie i z wyczuciem.Nieodmiennie mam wrażenie, że opisany kawałek plaży leży tuż za Sopotem…
===========
Nurbika 2006-04-12 17:24:35 212.2.99.84
...dziękuję...
===========
Nurbika 2006-04-12 17:24:35 212.2.99.84
...dziękuję...
Wieloboki, wielokąty i insze figurki
Przebudzenie w środku nocy, zupełnie bez powodu, z dziwnym uczuciem tęsknoty. Spokojny, miarowy oddech tuż obok. Poczucie bezpieczeństwa. Tylko skąd ta tęsknota. To nie pierwsza, nie druga noc, kiedy budzi mnie to uczucie. Przecież tęsknić można za czymś, co się zna, a nie za nieznanym Wtedy tęsknota staje tęsknotą za wyobrażeniem. Ale przecież wyobrażenie to nic innego jak fantazja ubrana w namiastkę realności. To moment kiedy fantazja przeradza się w marzenie. To niebezpieczny moment. Bo marzenie jest tym, co można spełnić, tym, po co można sięgnąć. Marzenie jest dużo bliżej niż fantazja. I ma całkiem realny kształt. I jedna mała wątpliwość – czy to jest to czego chcę. Bo przecież wiem jak realizować marzenia, potrafię. I znowu pytanie zadane głosem Macieja Zembatego ‘czy to jest to czego chciałaś?” i brak odpowiedzi.
Bo nie wiem czy to jest to. Bo nie wiem co to jest to. Bo nie wiem czy chcę. Jestem hipokrytką pisząc te słowa. Bo odpowiedź na te wszystkie pytania jest twierdząca. Chociaż trudno jest się przyznać przed sobą, że natknęłam się na kolejny niesamowity obszar nieznanego, który mnie woła. I podchodzę do niego jak do każdego nieznanego – próbuję się dowiedzieć. Najpierw to, co najłatwiejsze – słowo pisane. I tu jest kłopot bo temat nie należy do opisanych. Z jednej strony zawód bo brak źródła wiedzy bywa frustrujący, z drugiej zaś niesamowite wręcz wyzwanie. Oto bowiem widzę białą plamę, którą mogę wypełnić. Wyzwanie. Uwielbiam brzmienie tego słowa. Już się cieszę na samą myśl o badaniach, które mnie czekają, o poszukiwaniu ludzi, którzy znają temat od strony praktycznej. O rozmowach w czasie których moje oczy będą się robić coraz większe, a oddech płytki i szybki. Dozowanie adrenaliny i podniecenia. Zawsze tak reaguję. Jeszcze tylko pytanie czy uda mi się przekonać ludzi, żeby chcieli mówić. Mam nadzieję, że tak. Pierwsze kroki już w tym kierunku przecież poczyniłam.
A potem, kiedy będę miała swoje zdanie zastanowię się „czy to jest to czego chciałam” i czy będę jeszcze chcieć. Są rzeczy niezmienne – najpierw teoria przedmiotu (nawet jeśli trudno osiągalna). Obszar rozważań na temat najlepiej chyba opisze jakiś... hmmm... wzór matematyczny... Już wiem: studium simpleksu uważam za otwarte.
Bo nie wiem czy to jest to. Bo nie wiem co to jest to. Bo nie wiem czy chcę. Jestem hipokrytką pisząc te słowa. Bo odpowiedź na te wszystkie pytania jest twierdząca. Chociaż trudno jest się przyznać przed sobą, że natknęłam się na kolejny niesamowity obszar nieznanego, który mnie woła. I podchodzę do niego jak do każdego nieznanego – próbuję się dowiedzieć. Najpierw to, co najłatwiejsze – słowo pisane. I tu jest kłopot bo temat nie należy do opisanych. Z jednej strony zawód bo brak źródła wiedzy bywa frustrujący, z drugiej zaś niesamowite wręcz wyzwanie. Oto bowiem widzę białą plamę, którą mogę wypełnić. Wyzwanie. Uwielbiam brzmienie tego słowa. Już się cieszę na samą myśl o badaniach, które mnie czekają, o poszukiwaniu ludzi, którzy znają temat od strony praktycznej. O rozmowach w czasie których moje oczy będą się robić coraz większe, a oddech płytki i szybki. Dozowanie adrenaliny i podniecenia. Zawsze tak reaguję. Jeszcze tylko pytanie czy uda mi się przekonać ludzi, żeby chcieli mówić. Mam nadzieję, że tak. Pierwsze kroki już w tym kierunku przecież poczyniłam.
A potem, kiedy będę miała swoje zdanie zastanowię się „czy to jest to czego chciałam” i czy będę jeszcze chcieć. Są rzeczy niezmienne – najpierw teoria przedmiotu (nawet jeśli trudno osiągalna). Obszar rozważań na temat najlepiej chyba opisze jakiś... hmmm... wzór matematyczny... Już wiem: studium simpleksu uważam za otwarte.
4 kwietnia 2006
Ostatnia droga
Niniejszym oświadczam wszem i wobec, że pozostaje nieutulona w żalu i smutku, albowiem ziemski padół (ten w okolicy mojej wanny i łóżka) opuścił Gandalf. Nie był ze mną długo. Nie nacieszyłam się wystarczająco jego miłym bzyczeniem. I fakt ten nie jest nawet spowodowany wyeksploatowaniem (znaczy pracą w godzinach mocno nadliczbowych). Prawda jest dużo bardziej banalna i brutalna. Wbrew zapewnieniom producenta i sprzedawcy to nieziemskie cudeńko (w dalszym ciągu za takiego coś go uważam!) NIE JEST WODOODPORNE. Niestety. Wygląda na to, że jedyny poziom wilgoci na jaki jest odporny ten bzyczek dwudziestego pierwszego wieku to mokra cipencja. Woda w wersji wannowej nie służy mu niestety. I pomyśleć, że ja go chciałam zabrać dwadzieścia metrów pod wodę…
=============
picadorre stinger47@gazeta.pl2006-04-04 15:51:40 194.187.145.4
No cóż mogę powiedzieć. Jestem pod wrażeniem. Nareszcie te klimat, które lubię. Chyba nie pogniewasz się jeżeli link do Ciebie dam na moim blogu. PozdrawiamJpicadorre.blox.pl
=============
picadorre stinger47@gazeta.pl2006-04-04 15:51:40 194.187.145.4
No cóż mogę powiedzieć. Jestem pod wrażeniem. Nareszcie te klimat, które lubię. Chyba nie pogniewasz się jeżeli link do Ciebie dam na moim blogu. PozdrawiamJpicadorre.blox.pl
31 marca 2006
Historia z wanną w tle
Co robi człowiek jak się dowiaduje (znienacka), impreza oznacza coś zupełnie innego niż , można byłoby się spodziewać? Upuszcza szczękę na podłogę i zaczyna ją powoli zbierać. No ale od początku. A na początku był swing (w każdym razie tak to nazwane było). Czyli pojedyncze strzępki informacji wplatane w rozmowy na zupełnie inny temat. Czas jakiś upłynął i strzępki stawały się bardziej widoczne, wtedy już wiedziałam, że lubi zabawić się w towarzystwie. Ale to ciągle była kategoria swingersowa, w każdym razie żyłam w takim przekonaniu, a on mnie nie wyprowadzał z błędu (nawet jeśli wiedział, że w nim tkwię). Potem były mniej lub bardziej konkretnie nazwane miejsca, ostatnio wersja dużego apartamentu w wielką wanną po środku. No cóż, młodość ma swoja prawa tak to wówczas skwitowałam w myślach. Ale wczoraj przekroczona została pewna granica i zobaczyłam kilka kadrów utrwalonych dla potomności. Hmm i tu właśnie przyszło mi zbierać szczękę z podłogi. Według mojej najlepszej wiedzy swing to sex grupowy a i owszem, wymiana partnerów na porządku dziennym, ale… no właśnie do wymiany to zdałoby się, że żeby tych partnerów było tak jakoś mniej więcej podobna liczba. A tu proszę państwa nic innego jak drużyna piłkarska (bez rezerwowych) przeciw jednej kobiecie. Czy to jeszcze jest swing? Na wikipedię się nie powołam ale jak dla mnie to taki układ zwykło się nazywać gang bang. No, ale nie nomenklatura mnie powaliła, tylko ilość. Po pierwsze dlatego, że panna wyglądała na zadowoloną więc znaczy lubi ostro grać. Po drugie dlatego, że cholernie podniecający był widok jej wypiętych pośladków, które aż ociekały spermą. Tak, tak to nie to, że trysnął na nią jeden z drugim, było tego towaru tak na oko małe wiaderko. Gdzieś z zakamarków podświadomości wypełzła moja fantazja związana z dużą ilością spermy, ale to może przy innej okazji (całkiem o niej zapomniałam!). I stałam tak z wypiekami na twarzy i śliniącą się psychiką i jedynie resztki zdrowego rozsądku podpowiadały mi do ucha: ale jedenastu!?! To przegięcie! Może i przegięcie, ale wyglądało niesamowicie. I tak od razu pomyślałam sobie, że moje nieosiągalne MMK jest całkiem przyzwoitym marzeniem, żeby nie powiedzieć, że wręcz ‘po bożemu’ wygląda. Swoją drogą to ma kobieta kondycję! Szacuneczek!
FETYSZufka
Data: 24 marca 2006
Lokal: Rasko, Warszawa
Innowacje organizacyjne:
- brak
- trampling (Don Kichote, Gloria_Victis)
- Drag Queen
- zabawy z woskiem (Gloria_Victis)
Abstrakt:
Klub NoMercy, w którym miała się odbyć impreza na 3 tygodnie przed terminem zmienił zdanie i skasował rezerwację
Publikacje:
30 marca 2006
Sezon czas zacząć
Się mi rzuciło na różne elementa ale najbardziej na ten, który nakazuje przyodziać się w neopren. Tak, tak podjęłam kolejna próbę dobrania sobie pianki w rozmiarach uznawanych (zupełnie nie rozumiem zresztą dlaczego) przez producentów za typowe. Pytanie co to jest typowe. Typowe jest to, że kobieta ma cyc (znaczy zazwyczaj ma, choć w niektórych przypadkach brak – patrz Mila Jovoicz – a i tak się ślinię na jej widok). W każdym razie od paru lat producenty chcąc dogodzić coraz większej rzeszy nurasek robią damskie wersje pianek. I co? Hmm może faktycznie komuś pasuje, ale w większości istnieje jakieś ale. Przede wszystkim te jakże kobiece kształty pianek zakładają, że do wzrostu 165 cm to przynależy cyc typu małe B i ani centymetra więcej. No sorry, ale jakoś nie bardzo mogę pozostawić cyc na lądzie nie zabierając go ze sobą w otchłań. I co ciekawe jeśli olać kobiece kształty pianki i rzucić się na te dla facetów to nie dość, że dobrze leży to jeszcze i cyc się mieści (hmm po kiego grzyba w męskiej piance miejsce na cyc – no chyba, że to na muskle mają być, hihi). Ale i to rozwiązanie nie jest pozbawione wad. Brakuje jakiś 20-30 cm w długości. Z rękawów ledwie widoczne są paznokcie a nogawki można byłoby zawinąć jak w dżinsach do pół łydki gdyby były szersze.
Poza tym nie zna życia kto się w piankę nie ubierał tuż przy ciągle jeszcze emitującym ciepło grzejniku, w małej przymierzalni. Nowy neopren ma dwie właściwości jest bezwonny i cholernie trudny do wciągnięcia. Ile to się trzeba nasapać, nawściekać, nawciągać, żeby ujrzeć się w tej drugiej skórze. I kiedy już ostatnim pociągnięciem suwaka odpływa się w niebieskie gorąc uderza do głowy. Na łodzi zawsze znajdzie się pomocna para rąć, która szarpnie odzieniem ściągając górę poza linię ramion. A tu? Radź sobie sam Grzegorzu Dyndało. Poradziłam sobie, ale po tych operacjach bardziej się nadawałam żeby pójść pod prysznic niż wracać do biura. Ale butki dobrałam perfekcyjnie i tym sposobem rozpoczęłam realizację kolejnego punktu z listy przewidzianej na ten rok. Zobaczymy co będzie następne…
Poza tym nie zna życia kto się w piankę nie ubierał tuż przy ciągle jeszcze emitującym ciepło grzejniku, w małej przymierzalni. Nowy neopren ma dwie właściwości jest bezwonny i cholernie trudny do wciągnięcia. Ile to się trzeba nasapać, nawściekać, nawciągać, żeby ujrzeć się w tej drugiej skórze. I kiedy już ostatnim pociągnięciem suwaka odpływa się w niebieskie gorąc uderza do głowy. Na łodzi zawsze znajdzie się pomocna para rąć, która szarpnie odzieniem ściągając górę poza linię ramion. A tu? Radź sobie sam Grzegorzu Dyndało. Poradziłam sobie, ale po tych operacjach bardziej się nadawałam żeby pójść pod prysznic niż wracać do biura. Ale butki dobrałam perfekcyjnie i tym sposobem rozpoczęłam realizację kolejnego punktu z listy przewidzianej na ten rok. Zobaczymy co będzie następne…
28 marca 2006
Mów mi DYRFIN :)
Taaa daaam! chciałoby się zakrzyknąć I zakrzykuje się. Oto bowiem po 364 dniach od czasu kiedy myśl ta zrodziła się mojej głowie i po niezaplanowanym objeżdzie głównoksięgowym cel został osiągnięty. I to w czasie krótszym od zamierzonego (cóż z tego, że krótszym tylko o jeden dzień). Piękne ukoronowanie cholernie ciężkiego półrocza i jeszcze większego uporu oraz niezwykłej wręcz CIERPLIWOŚCI wszystkich tyk, którym przyszło ze mną żyć, a w szczególności Panu Mężu.Nie czas zasiadać na laurach trzeba skorygować listę ‘to do’ i zabrać się za realizację kolejnych punktów z tej listy (dwa kolejne są w zasięgu ręki i do tego jakże przyjemne!).
I to jest to, co tygryski lubią najbardziej - sięgać wysoko i zdobywać to, po co się sięga!
===========
Piotr 2006-03-28 19:38:15 80.75.243.102
Gratulacje!
Raven 2006-03-28 13:17:34 195.136.47.66
gratuluję zoozko:)
I to jest to, co tygryski lubią najbardziej - sięgać wysoko i zdobywać to, po co się sięga!
===========
Piotr 2006-03-28 19:38:15 80.75.243.102
Gratulacje!
Raven 2006-03-28 13:17:34 195.136.47.66
gratuluję zoozko:)
27 marca 2006
Zaczyna mi się coś gotować pod czaszka jak słyszę narzekania, że impreza taka czy siaka, że ‘się nie przebrałem bardziej bo nie było klimatu’ i temu podobne pierdoły. Przecież klimat zależy właśnie od tych, którzy przychodzą, jak są ubrani i jak się bawią. Zresztą uważam, że impreza była udana a przy okazji wiemy już których malkontentów pominąć na liście zaproszonych następnym razem. Może właśnie taki powinien być podtytuł imprezy – malkontentom dziękujemy.
A może tak zamiast krytykować "w MetalCave było do bani", "M25 poracha", "Rasko żenada" to ruszyć dupsko w wyśfeichtanych skórzanych portkach i zdecydowanie przykusej koszulce (tych samych na każdej imprezie)i samemu zorganizować imprezę pokazując całemu światu co to jest dresscode-by-MeSe? Droga wolna. No a argument, że A. mogła się bardzie postarać z ubiorem powalił mnie na miejscu. Faktycznie długi lateksoxy kombik i zasznurowany na maxa wiktoriański gorset to nie dresscode. Temu panu już dziękujemy...
A może tak zamiast krytykować "w MetalCave było do bani", "M25 poracha", "Rasko żenada" to ruszyć dupsko w wyśfeichtanych skórzanych portkach i zdecydowanie przykusej koszulce (tych samych na każdej imprezie)i samemu zorganizować imprezę pokazując całemu światu co to jest dresscode-by-MeSe? Droga wolna. No a argument, że A. mogła się bardzie postarać z ubiorem powalił mnie na miejscu. Faktycznie długi lateksoxy kombik i zasznurowany na maxa wiktoriański gorset to nie dresscode. Temu panu już dziękujemy...
26 marca 2006
FETYSZufka the day after
Tak, tak już po imprezie – niestety. Inicjator i główna lokomotywa przedsięwzięcia – Płaszczowy – wziął się i rozchorował. Złośliwi dworowali, że nie wytrzymał napięcia związanego z przygotowaniami, ale niestety nic bardziej prozaicznego niż angina nie zatrzymało go w łóżku. Jego nieobecność brzemienna w skutkach była – wielu gości na wieść o jego nieobecności porzucało to miejsce rozpusty i trzaskając drzwiami odchodziło z kwitkiem żeby łączyć się chorym w bólu. I to właśnie jeden z powodów był, dla których było nas tak niewiele, jakieś czterdzieści parę sztuk. Tak więc na dwadzieścia cztery godziny przed godziną zero stanęłyśmy oko w oko z problemem pod tytułem: GOSPODYNIE imprezy. Żeby podnieść poziom trudności należy nadmienić, że Płaszczowy uzgadniał imprezę z właścicielem klubu, który w piątkowy wieczór – nie mógł się zjawić. Tak więc kiedy przyszło co do czego to w klubie zjawiła A i rozpoczęła rozmowy z… siostrą właściciela. Zatem zmiana warty została wykonana po obu stronach. Nie mniej jednak A. należą się słowa uznania za to, że podjęła się zastępstwa i jak na mój gust poradziła sobie nieźle.
Dwa słowa o klubie. Nieduży i przytulny, z miękkimi kanapami (jak to obiecywał Płaszczowy). Ale było też kilka mankamentów niestety. Po pierwsze zdecydowanie za jasno, po drugie zimny wychów (miejscami nie do zniesienia) czyli nadzwyczaj sprawnie działająca klima. Co do ochrony to bez zarzutu, przestrzegali ustaleń a w razie wątpliwości wzywali A., która podejmowała decyzję ostateczną o możliwości wejścia dekliwentów. Barmani początkowo dość oschle i z dystansem odnosili się do uczestników, ale cóż na pierwszy rzut oka całe to towarzystwo wygląda przecież niezwyczajnie. Co do następnej imprezy to koniecznie musi to być sobota a nie piątek.
A teraz do rzeczy czyli to co najciekawsze. Przede wszystkim nie zawiedli stali bywalcy i ci miejscowi, i ci z dalekich rubieży (a reprezentowane było całe południe i zachód, i środek, i wschód). Było parę nowych twarzy i było całkiem sporo tych, którzy robili duuuże oczęta (i vice versa zresztą). No ale to nieuniknione biorąc pod uwagę całkiem pokaźny udział TV wśród uczestników. O pełnej integracji nie można mówić, ale była ona dużo większa niż w październiku. Po części zapewne dlatego, że większa była liczba osób, które już się znały, po drugie dlatego, że pojawiły się ‘zajęcia w podgrupach tematycznych”. No i przede wszystkim tym razem sporo ludzi zdecydowało się zabrać (i pokazać!) swoje zabawki. Tak więc można było potrzymać w dłoni różne ciekawe noże (nie powiem niektóre powodowały szybszy oddech) a i parę urządzeń spankingowatych przemknęło przez ręce i tyłki. Nie zabrakło lin dla tych, którzy mają ‘talent tkacki’ w rękach. A i parafina popularnie woskiem zwana zmieniła się w apetyczny pancerzyk na plecach, piersiach i tyłku. Siłą rzeczy konieczne było oczyszczenie oczywiście przy użyciu… palcata.
Jedną z atrakcji wieczoru był występ Drag Queen. W całkiem normalnych okolicznościach mało kto wybiera się, żeby zobaczyć taki występ na żywo. Choć z drugiej strony jeśli oglądało się Klatkę dla ptaków to czasami przychodzi ochota, żeby zobaczyć taki występ na własne oczęta. Jedno jest pewne pozazdrościć im można swobody poruszania się (i to nie wyłącznie po płaskiej i równej podłodze) w tych niebotycznych szpilkach. No bo jak inaczej ocenić piruety, wymachy, wchodzenia na krzesła czy stoły bez jednego zachwiania równowagi? A jeżeli dodać do tego dynamiczną choreografię i wokal to już duża sztuka. W jakiś sposób byliśmy obcy w przestrzeni klubu, co dawało się zaobserwować zwłaszcza podczas jednego ze spontanicznych występów wokalno-tanecznych kiedy to zarzucenie uda na heretyckie męskie ramię wzbudzało sprzeciw (właściciela ramienia rzecz jasna). Ale, że w przyrodzie każda akcja wywołuje reakcję to była i nieoczekiwana zmiana miejsc. Kiedy w ferworze występu Drag Queen wskoczyła na barana jednemu z gości, odsłoniła nieopacznie tę część ciała, która do sparkingu najbardziej się nadaje. Wówczas to właściciel heretyckiego ramienia wziął odwet serwując pośladkom parę solidnych razów tawsem lub packą (dokładnie nie wiem, bo wszystko działo się szybko). Tak więc można zaskoczyć także zaskakującą innych Drag Queen. To taki mały przykład integracji środowisk różnych, zakończony oczywiście brawami i śmiechem. Jak widać odmieniec z odmieńcem zawsze znajda wspólny język eeee… tyłek… czy co tam.
Impreza spełniła oczekiwania jednego z nowo przybyłych – fana trampingu bo poza oficjalnym pokazowym deptaniem w wykonaniu A. znalazło się kilka chętnych tramplinek. Zwłaszcza jedna wykazywała niezwykły zapał w spacerowaniu po żywym dywaniku. Jedna z Drag Queen także wybrała się na spacerek. Nie sposób pominąć faktu, że małego stępa zdecydowała się ponygirl, jej podkute kopytka stukały wdzięcznie po podłodze kiedy podchodziła do podestu. Później zaś były już cichutkie kiedy „steplowały” ciało. Tak, tak to kolejny przykład na to, że w specyficznych okolicznościach i towarzystwie można się odważyć na coś, co na co dzień wydaje się niemożliwe, albo po prostu nie mamy pojęcia, że coś takiego istnieje
Oczywiście był i lateks i to całkiem dużo, w różnych kolorach i formach. Była Biała Dama i Srebrny Szerszeń, była Kobieta w Długiej Sukni i Człowiek z Lampasami, zaszczycił nas obecnością nawet Diabeł z Piekła Rodem (albo z Krakowa jeśli ktoś woli). Aż mi się ciepło robi na samo wspomnienie – nic nie jest w stanie dorównać gładkości lateksu z odrobiną olejku silikonowego. Z każdym pociągnięciem dłoni budzi się w człowieku jakieś pazerne na głaskanie stworzenie. Ale wracając do kreacji to nie sposób pominąć faktu, że był na Sali Ten-Który-Z-Lateksu-Zrobi-Prawie-Wszystko czyli wykonawca wszystkich tych gumo-cacek.
Tak sobie piszę i prawie bym zapomniała o grupie facetów (całkiem zresztą licznie reprezentowanych). Odkąd pamiętam to takie sceny wydawały mi się możliwe jedynie w amerykańskich filmach, a tu się okazuje, że po pierwsze nie tylko w filmach ale i w realu, a po drugie nie tylko w Ameryce ale także w Kaczogrodzie. Tak, tak mam na myśli facetów ubranych w skóry w wersji, która optycznie chyba najbardziej kojarzy się z gejami (w każdym razie nam laikom). Czyli kurtki, spodnie z gatunku bryczesów albo czapsy odsłaniające gołe pośladki (doceniam bo mnie nie starczyło charaktery żeby się tak pokazać), czapki z daszkiem i temu podobne (w tym jeden całkiem kompletny mundur wyglądający na mundur amerykańskiego policjanta). Super. Serio, jestem p
wrażeniem, w końcu to była koedukacyjna (i płciowo i ‘wyznaniowo’) impreza więc duże brawa za zaprezentowanie się w takiej formie. Poza tym aż miło było popatrzeć na relacje między nimi, dużo ciepła i czułości w najlepszym wydaniu. Była też słynna kurteczka o policyjno-motocyklowym fasonie wykonana z lateksu (właściciel pomimo maski został zidentyfikowany czyli – po kurtce go poznacie). Z męskiego ale heretyckiego towarzystwa nie sposób pominąć Człowieka-W-Wermachtowych-Spodniach, który na dodatek uroczo (głośno przełykam ślinę na samo wspomnienie) włada nożem…
Przedstawiciele wyznania „goth-fetish-cyber… itp.” decydowanie najbardziej alienowali się choć niektórzy pod koniec pozowali nawet do wspólnych fotek. A właśnie skoro już przy zdjęciach jestem to niestety wraz z chorobą Płaszczowego pozbawieni zostaliśmy Nadwornego Fotografa imprezy, stąd dokumentacja fotograficzna wykonana została jedynie dla i przez Gumisiów oraz tych, którzy mieli ochotę się z nimi pobawić przed obiektywem.
Reasumując można to lubić, można nie lubić, może się podobać albo nie, ale wartości poznawczej takiej imprezy nie sposób przecenić, zwłaszcza w dobie kaczyzmu i moheryzacji społeczeństwa. I chociaż Płaszczowy stwierdził, że następna to będzie raczej prywatka niż impreza klubowa to mam nadzieję, że uda się go odwieść od tego pomysłu (może za duuużą porcję głaskania?). W każdym razie pomysł na konwencję następnej jest już wstępnie omówiony :)
Dwa słowa o klubie. Nieduży i przytulny, z miękkimi kanapami (jak to obiecywał Płaszczowy). Ale było też kilka mankamentów niestety. Po pierwsze zdecydowanie za jasno, po drugie zimny wychów (miejscami nie do zniesienia) czyli nadzwyczaj sprawnie działająca klima. Co do ochrony to bez zarzutu, przestrzegali ustaleń a w razie wątpliwości wzywali A., która podejmowała decyzję ostateczną o możliwości wejścia dekliwentów. Barmani początkowo dość oschle i z dystansem odnosili się do uczestników, ale cóż na pierwszy rzut oka całe to towarzystwo wygląda przecież niezwyczajnie. Co do następnej imprezy to koniecznie musi to być sobota a nie piątek.
A teraz do rzeczy czyli to co najciekawsze. Przede wszystkim nie zawiedli stali bywalcy i ci miejscowi, i ci z dalekich rubieży (a reprezentowane było całe południe i zachód, i środek, i wschód). Było parę nowych twarzy i było całkiem sporo tych, którzy robili duuuże oczęta (i vice versa zresztą). No ale to nieuniknione biorąc pod uwagę całkiem pokaźny udział TV wśród uczestników. O pełnej integracji nie można mówić, ale była ona dużo większa niż w październiku. Po części zapewne dlatego, że większa była liczba osób, które już się znały, po drugie dlatego, że pojawiły się ‘zajęcia w podgrupach tematycznych”. No i przede wszystkim tym razem sporo ludzi zdecydowało się zabrać (i pokazać!) swoje zabawki. Tak więc można było potrzymać w dłoni różne ciekawe noże (nie powiem niektóre powodowały szybszy oddech) a i parę urządzeń spankingowatych przemknęło przez ręce i tyłki. Nie zabrakło lin dla tych, którzy mają ‘talent tkacki’ w rękach. A i parafina popularnie woskiem zwana zmieniła się w apetyczny pancerzyk na plecach, piersiach i tyłku. Siłą rzeczy konieczne było oczyszczenie oczywiście przy użyciu… palcata.
Jedną z atrakcji wieczoru był występ Drag Queen. W całkiem normalnych okolicznościach mało kto wybiera się, żeby zobaczyć taki występ na żywo. Choć z drugiej strony jeśli oglądało się Klatkę dla ptaków to czasami przychodzi ochota, żeby zobaczyć taki występ na własne oczęta. Jedno jest pewne pozazdrościć im można swobody poruszania się (i to nie wyłącznie po płaskiej i równej podłodze) w tych niebotycznych szpilkach. No bo jak inaczej ocenić piruety, wymachy, wchodzenia na krzesła czy stoły bez jednego zachwiania równowagi? A jeżeli dodać do tego dynamiczną choreografię i wokal to już duża sztuka. W jakiś sposób byliśmy obcy w przestrzeni klubu, co dawało się zaobserwować zwłaszcza podczas jednego ze spontanicznych występów wokalno-tanecznych kiedy to zarzucenie uda na heretyckie męskie ramię wzbudzało sprzeciw (właściciela ramienia rzecz jasna). Ale, że w przyrodzie każda akcja wywołuje reakcję to była i nieoczekiwana zmiana miejsc. Kiedy w ferworze występu Drag Queen wskoczyła na barana jednemu z gości, odsłoniła nieopacznie tę część ciała, która do sparkingu najbardziej się nadaje. Wówczas to właściciel heretyckiego ramienia wziął odwet serwując pośladkom parę solidnych razów tawsem lub packą (dokładnie nie wiem, bo wszystko działo się szybko). Tak więc można zaskoczyć także zaskakującą innych Drag Queen. To taki mały przykład integracji środowisk różnych, zakończony oczywiście brawami i śmiechem. Jak widać odmieniec z odmieńcem zawsze znajda wspólny język eeee… tyłek… czy co tam.
Impreza spełniła oczekiwania jednego z nowo przybyłych – fana trampingu bo poza oficjalnym pokazowym deptaniem w wykonaniu A. znalazło się kilka chętnych tramplinek. Zwłaszcza jedna wykazywała niezwykły zapał w spacerowaniu po żywym dywaniku. Jedna z Drag Queen także wybrała się na spacerek. Nie sposób pominąć faktu, że małego stępa zdecydowała się ponygirl, jej podkute kopytka stukały wdzięcznie po podłodze kiedy podchodziła do podestu. Później zaś były już cichutkie kiedy „steplowały” ciało. Tak, tak to kolejny przykład na to, że w specyficznych okolicznościach i towarzystwie można się odważyć na coś, co na co dzień wydaje się niemożliwe, albo po prostu nie mamy pojęcia, że coś takiego istnieje
Oczywiście był i lateks i to całkiem dużo, w różnych kolorach i formach. Była Biała Dama i Srebrny Szerszeń, była Kobieta w Długiej Sukni i Człowiek z Lampasami, zaszczycił nas obecnością nawet Diabeł z Piekła Rodem (albo z Krakowa jeśli ktoś woli). Aż mi się ciepło robi na samo wspomnienie – nic nie jest w stanie dorównać gładkości lateksu z odrobiną olejku silikonowego. Z każdym pociągnięciem dłoni budzi się w człowieku jakieś pazerne na głaskanie stworzenie. Ale wracając do kreacji to nie sposób pominąć faktu, że był na Sali Ten-Który-Z-Lateksu-Zrobi-Prawie-Wszystko czyli wykonawca wszystkich tych gumo-cacek.
Tak sobie piszę i prawie bym zapomniała o grupie facetów (całkiem zresztą licznie reprezentowanych). Odkąd pamiętam to takie sceny wydawały mi się możliwe jedynie w amerykańskich filmach, a tu się okazuje, że po pierwsze nie tylko w filmach ale i w realu, a po drugie nie tylko w Ameryce ale także w Kaczogrodzie. Tak, tak mam na myśli facetów ubranych w skóry w wersji, która optycznie chyba najbardziej kojarzy się z gejami (w każdym razie nam laikom). Czyli kurtki, spodnie z gatunku bryczesów albo czapsy odsłaniające gołe pośladki (doceniam bo mnie nie starczyło charaktery żeby się tak pokazać), czapki z daszkiem i temu podobne (w tym jeden całkiem kompletny mundur wyglądający na mundur amerykańskiego policjanta). Super. Serio, jestem p
wrażeniem, w końcu to była koedukacyjna (i płciowo i ‘wyznaniowo’) impreza więc duże brawa za zaprezentowanie się w takiej formie. Poza tym aż miło było popatrzeć na relacje między nimi, dużo ciepła i czułości w najlepszym wydaniu. Była też słynna kurteczka o policyjno-motocyklowym fasonie wykonana z lateksu (właściciel pomimo maski został zidentyfikowany czyli – po kurtce go poznacie). Z męskiego ale heretyckiego towarzystwa nie sposób pominąć Człowieka-W-Wermachtowych-Spodniach, który na dodatek uroczo (głośno przełykam ślinę na samo wspomnienie) włada nożem…
Przedstawiciele wyznania „goth-fetish-cyber… itp.” decydowanie najbardziej alienowali się choć niektórzy pod koniec pozowali nawet do wspólnych fotek. A właśnie skoro już przy zdjęciach jestem to niestety wraz z chorobą Płaszczowego pozbawieni zostaliśmy Nadwornego Fotografa imprezy, stąd dokumentacja fotograficzna wykonana została jedynie dla i przez Gumisiów oraz tych, którzy mieli ochotę się z nimi pobawić przed obiektywem.
Reasumując można to lubić, można nie lubić, może się podobać albo nie, ale wartości poznawczej takiej imprezy nie sposób przecenić, zwłaszcza w dobie kaczyzmu i moheryzacji społeczeństwa. I chociaż Płaszczowy stwierdził, że następna to będzie raczej prywatka niż impreza klubowa to mam nadzieję, że uda się go odwieść od tego pomysłu (może za duuużą porcję głaskania?). W każdym razie pomysł na konwencję następnej jest już wstępnie omówiony :)
22 marca 2006
Myślę maska - myślę lacka - myślę...
Nie jest dobrze, nie jest dobrze z moją koncentracją. A co najgorsze stan ten się pogarsza. Choćby dziś. Przez całe śniadanie wodziłam oczyma za spinkami przy mankietach Młodego Człowieka i bardzo się musiałam pilnować, żeby się nie ślinić do nich. A na dodatek w każdym słowie, które mówię, słyszę doszukuję się zawoalowanych znaczeń. Właściwie to nie muszę się ich doszukiwać, komentuję, odpowiadam i tak jakoś sam mi wychodzi ten drugi kontekst.Albo rozmowa z A. o masce, którą wczoraj uszyłam. Myślę maska – myślę lacka – myślę gładkie – i już przestaję myśleć a zaczynam marzyć. Jak to będzie miło, gładko i wesoło. I jeszcze kombinacje dotyczące ubrania. Sukienka czy czapsy? Niby wolałabym sukienkę, ale skoro mam maskę… to może jednak czapsy… tym razem bez rajtek pod spodem… No sama nie wiem. Kuszące. Ale z drugiej strony jeśli zrealizujemy plan B to sukienka będzie do niego dużo bardziej odpowiednia…
Świadomość tego, że cały strój przygotowany jest własnoręcznie, a przez to niepowtarzalny i odpowiadający moim potrzebom jest ekscytująca. W zasadzie to lubię wszystkie swoje lackowe kreacje. I powoli szycie z lacki staje się coraz łatwiejsze. A konstruowanie i wykonywanie batystowych prototypów nakręca jeszcze bardziej. Jak tak dalej pójdzie to może trzeba będzie się zastanowić nad jakimś autorskim pokazem fetyszowej mody? Hmm całkiem fajna koncepcja, może na następnej imprezie? To co prawda było by (najbardziej) zaspokojenie mojego ekshibicjonizmu, ale co tam. Biorąc pod uwagę monotonną ofertę ciuchów w sklepach branżowych z cała pewnością stanowiłoby ciekawy punkt programu. To co wisi na sexshopowych wieszakach to maksymalne wykorzystanie materiału czyli mini mini spódniczki i topiki. A przecież lacka cholernie wdzięcznym materiałem jest i można z niej uszyć prawie wszystko. Ot chociażby długą do ziemi suknię, którą uszyłyśmy z A. na październikową imprezę. ‘Lady In Red’ to coś, na co nie sposób pozostać obojętnym.
Tik tak płynie czas, a do piątku całkiem już niedaleko (w każdym razie bliżej niż wczoraj). Dziś wieczorkiem uszyjemy maskę dla A, jeszcze drobne wykończeniówki przy sukience i masterskiej masce, i można zaczynać. Niech już będzie piątek.
==============
picadorre stinger47@gazeta.pl2006-03-24 10:20:33 194.187.145.4
Dojrzałem od pewnego czasu do klimtów BDSM. Nie wiem skąd to się wzięło. Trochę przypadek. Spotkania klimatyczne w kilka osob, regularnie co jakiś czas. Podniecenie, gdy widzę moją sukę w lateksowych ciuchach. Jak jest zdominowana przez "S" (S to ona). Jej pokorny wzrok. Knebel, sznur, kajdanki. Ponure klimaty miejsca, w którym sie spotykamy. Roziskrzony wzrok wszystkich. Razy na wypięty tyłek. Jęki tej suki. Dzisiaj następny seans. picadorre.blox.pl
A 2006-03-22 14:21:25 62.233.167.70
O, a jak wyszłam z pisania komentarza to upierdiwy googiel zniknął :-) Całkiem, ani kawałek nie zasłąnia tekstu..
A 2006-03-22 14:20:05 62.233.167.70
Niech już będzie..Też nogami przebieram i ślinić się zaczynam na samą myśl o gładkim tłumie (zwłaszcza, że tłum raczej nie będzie protestował przy głaskaniu)...I nadal nie wiem w co się ubrać...
Świadomość tego, że cały strój przygotowany jest własnoręcznie, a przez to niepowtarzalny i odpowiadający moim potrzebom jest ekscytująca. W zasadzie to lubię wszystkie swoje lackowe kreacje. I powoli szycie z lacki staje się coraz łatwiejsze. A konstruowanie i wykonywanie batystowych prototypów nakręca jeszcze bardziej. Jak tak dalej pójdzie to może trzeba będzie się zastanowić nad jakimś autorskim pokazem fetyszowej mody? Hmm całkiem fajna koncepcja, może na następnej imprezie? To co prawda było by (najbardziej) zaspokojenie mojego ekshibicjonizmu, ale co tam. Biorąc pod uwagę monotonną ofertę ciuchów w sklepach branżowych z cała pewnością stanowiłoby ciekawy punkt programu. To co wisi na sexshopowych wieszakach to maksymalne wykorzystanie materiału czyli mini mini spódniczki i topiki. A przecież lacka cholernie wdzięcznym materiałem jest i można z niej uszyć prawie wszystko. Ot chociażby długą do ziemi suknię, którą uszyłyśmy z A. na październikową imprezę. ‘Lady In Red’ to coś, na co nie sposób pozostać obojętnym.
Tik tak płynie czas, a do piątku całkiem już niedaleko (w każdym razie bliżej niż wczoraj). Dziś wieczorkiem uszyjemy maskę dla A, jeszcze drobne wykończeniówki przy sukience i masterskiej masce, i można zaczynać. Niech już będzie piątek.
==============
picadorre stinger47@gazeta.pl2006-03-24 10:20:33 194.187.145.4
Dojrzałem od pewnego czasu do klimtów BDSM. Nie wiem skąd to się wzięło. Trochę przypadek. Spotkania klimatyczne w kilka osob, regularnie co jakiś czas. Podniecenie, gdy widzę moją sukę w lateksowych ciuchach. Jak jest zdominowana przez "S" (S to ona). Jej pokorny wzrok. Knebel, sznur, kajdanki. Ponure klimaty miejsca, w którym sie spotykamy. Roziskrzony wzrok wszystkich. Razy na wypięty tyłek. Jęki tej suki. Dzisiaj następny seans. picadorre.blox.pl
A 2006-03-22 14:21:25 62.233.167.70
O, a jak wyszłam z pisania komentarza to upierdiwy googiel zniknął :-) Całkiem, ani kawałek nie zasłąnia tekstu..
A 2006-03-22 14:20:05 62.233.167.70
Niech już będzie..Też nogami przebieram i ślinić się zaczynam na samą myśl o gładkim tłumie (zwłaszcza, że tłum raczej nie będzie protestował przy głaskaniu)...I nadal nie wiem w co się ubrać...
Puk! Puk!
Impreza już puka do drzwi. Na samą myśl cieplej robi się mi. I to nie powiem gdzie. Cieszę się jak dziecko. No bo przecież i miłe ludki tam będą (i do tego gładkie i miękkie w dotyku!). I kreacji kilka nowych do pooglądania (albo i do pogłaskania!). A poza tym jak fetysz to fetysz i to pełną gębą więc i parę drobnym elementów wyposażenia wywołujących przyspieszone bicie serca powinno się znaleźć. No, ale przede wszystkim cieszę się na sam fakt, że można będzie POBYĆ bez zastanawiania się czy aby wypada, tak po prostu i najzwyczajniej w świecie. Parę metrów laki w połączeniu z maszyną do szycia wywołuje we mnie niebezpiecznie wysoki stan wilgotności, a co będzie jak wszyscy dookoła będą ubrani na gładko? W zasadzie to już nie mogę się doczekać, a to jeszcze trzy dni i dwie noce zanim się ziści. Chyba mam kłopoty z koncentracją i utrzymaniem myśli na mniej śliskich tematach. Bo już by się chciało. A tam przecież kilka świeżo nawróconych duszyczek będzie, a i tacy, dla których będzie to jak Bal Debiutantek. Pierwsze wysunięcie nosa z własnego grajdołka i pokazanie się ludziom, co też maja ‘jedną nóżkę bardziej’. Będzie fajnie, czuję to przez skórę.
A przy okazji gdzieś w środku mnie kołacze się pewna wizja. Zmaterializowany pociąg do długich, sznurowanych baletek I nie oto chodzi, żeby je mieć (bo to jest sprawą najprostszą) ale żeby móc swobodnie w nich chodzić. Tak, wiem, niektórzy dostaną oczu wielkości kół od wozu na tę wieść (znając mój stosunek do wysokich obcasów). Ale taka jest prawda. Jestem zakochana, zafascynowana i zauroczona tymi butkami. Raz jeden miałam na nodze (nawet nie na dwóch tylko na jednej) i mnie dopadło. To trochę jak zakładanie maski i stawanie się inną sobą, zew gdzieś z wnętrza. A potem już tylko trening, trening i jeszcze raz trening. Ale za to jaki jest efekt! Nic nie może się z nim równać.
Podczas którejś wizyty u M&M nie mogłam się napatrzeć na film z baletkami w roli głównej właśnie. Dwie kobiety – dwa światy. Jedna pełna gracji płynęła nad ziemią w drobnych kroczkach i druga, całkiem jeszcze niestabilna, niewprawna, nieporadna. A przecież ja nawet kroków dwóch nie uczyniłabym dziś w takich butkach. Podziw mój dla nich był ogromny i fascynacja, i chyba nawet coś na kształt zazdrości. Bo taka jest prawda zazdrościłam im tej swobody balansowania na szczycie kobiecości. I w końcu sam widok – jakże podniecający. Szaleństwo do potęgi entej na samą myśl. Chciałoby się powiedzieć – na następną imprezę przybywam w takich butkach (ale to mogłoby oznaczać dłuuugie czekanie na kolejną okazję do spotkania w tym gronie). Jedno jest pewne, spróbuję to zrobić. Nie na następną, to na kolejną, albo jeszcze dalszą, ale tak bardzo chodzi mi to po głowie, że spróbować muszę. No bo jak się nie nakręcić widząc coś takiego? Rozpływam się w marzeniach…
A przy okazji gdzieś w środku mnie kołacze się pewna wizja. Zmaterializowany pociąg do długich, sznurowanych baletek I nie oto chodzi, żeby je mieć (bo to jest sprawą najprostszą) ale żeby móc swobodnie w nich chodzić. Tak, wiem, niektórzy dostaną oczu wielkości kół od wozu na tę wieść (znając mój stosunek do wysokich obcasów). Ale taka jest prawda. Jestem zakochana, zafascynowana i zauroczona tymi butkami. Raz jeden miałam na nodze (nawet nie na dwóch tylko na jednej) i mnie dopadło. To trochę jak zakładanie maski i stawanie się inną sobą, zew gdzieś z wnętrza. A potem już tylko trening, trening i jeszcze raz trening. Ale za to jaki jest efekt! Nic nie może się z nim równać.
Podczas którejś wizyty u M&M nie mogłam się napatrzeć na film z baletkami w roli głównej właśnie. Dwie kobiety – dwa światy. Jedna pełna gracji płynęła nad ziemią w drobnych kroczkach i druga, całkiem jeszcze niestabilna, niewprawna, nieporadna. A przecież ja nawet kroków dwóch nie uczyniłabym dziś w takich butkach. Podziw mój dla nich był ogromny i fascynacja, i chyba nawet coś na kształt zazdrości. Bo taka jest prawda zazdrościłam im tej swobody balansowania na szczycie kobiecości. I w końcu sam widok – jakże podniecający. Szaleństwo do potęgi entej na samą myśl. Chciałoby się powiedzieć – na następną imprezę przybywam w takich butkach (ale to mogłoby oznaczać dłuuugie czekanie na kolejną okazję do spotkania w tym gronie). Jedno jest pewne, spróbuję to zrobić. Nie na następną, to na kolejną, albo jeszcze dalszą, ale tak bardzo chodzi mi to po głowie, że spróbować muszę. No bo jak się nie nakręcić widząc coś takiego? Rozpływam się w marzeniach…
21 marca 2006
Ścieżka do…
Szukałam bramy do Nieświata, drzwi, które można uchylić, progu, który można przekroczyć. A znalazłam ścieżkę, która wprost tam prowadzi. Wśród mgieł unoszących się nad wodą, przytulona do ściany lasu, przesycona zapachem mokrego mchu, majacząca w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Ścieżka między dniem i nocą. Ścieżka, na którą wkroczyć mogą tylko ci, którzy potrafią widzieć nie mając oczu. Ścieżka, która tylko początkiem jest, a dalsza droga nie nabrała jeszcze cielesności w słowie i umyśle. Powiedz słowo, a postawię bosa stopę na wilgotnej trawie. Słowo, które zmusi do rozstąpienia się chaszcze. Słowo, które z każdym biciem serca jest bliżej ust. Słowo, które widać. Powiedz Słowo i wejdź na ścieżkę, albowiem nie ma innej drogi…

by Ewa_Z
20 marca 2006
Apel do ludzi dobrej woli władających hateemelem
Ktokolwiek wie jak pozbyć się upierdliwej reklamy google (którą net mi dokwaterował) i chciałby się podzielić tą wiedzą (podnosząc jednocześnie poziom mojej edukacji w tym zakresie) jest mile widziany. Ekwiwalent w ramach zadośćuczynienia za żmudne „obyś cudze dzieci uczył” do uzgodnienia. Gumolubów mogę pogłaskać, Pitofobów rozliczyć, Rymolubom podeklamować, Nurasom pobulgotać, co do pozostałych –lubo / –filów to uzgodnienia trzeba poczynić Sami-Wiecie-Z-Kim.
=============
asdf 2006-03-21 13:32:01 83.5.47.230
A ja podejrzewam, że to ten licznik generuje dodatkowo reklamę.
Piotr 2006-03-20 23:23:57 149.156.9.242 10.100.100.6
Zooza, cóż nie znalazłem Twojego maila - wal więc na coro1231 (at) wp (kropka) pl
zooza 2006-03-20 22:10:32 83.24.33.155
zooza ==> A Rozwiązanie skuteczne i nie wymagające nakładów, dzięki :). Nie mniej jednak spróbuję usunąć przyczynę.
zooza ==> PiotrPrzejrzałam kod strony głównej i podstron, ale nie znalazłam nic, co wyglądałoby jak Twoja wskazówka. A co do napisania to napisać mogę, a i owszem pytanie tylko gdzie wysłać Tajemniczy Nieznajomy ;-)
Piotr 2006-03-20 21:08:56 149.156.9.242 10.100.100.6
A jeśli masz dostęp do kodu strony to znajdź kawałek wywołujący takie coś:http://www.popunder.hostingpro.pl/ad/adjs.phpi wywal go.
A 2006-03-20 20:21:53 87.96.115.176
No i można jeszcze olać totalnie, a chcąc przeczytać całość bez upierdliwej obecności googla - kliknąć na "skomentuj".. Tekst widać cały i żaden googiel nie podskoczy ;-)
Piotr 2006-03-20 19:53:27 149.156.9.242 10.100.100.6
Droga Zoozo!Rzecz jse jak podejrzewam niezależna od Ciebie - można ją usunąć tylko przez przeglądarkę. Ja to zrobiłem (z niemałym wysiłkiem), a używam jako przeglądarki Firefoxa dodatkowo z wtyczką o nazwie Adblock Plus. Jak chcesz więcej informacji, napisz.
=============
asdf 2006-03-21 13:32:01 83.5.47.230
A ja podejrzewam, że to ten licznik generuje dodatkowo reklamę.
Piotr 2006-03-20 23:23:57 149.156.9.242 10.100.100.6
Zooza, cóż nie znalazłem Twojego maila - wal więc na coro1231 (at) wp (kropka) pl
zooza 2006-03-20 22:10:32 83.24.33.155
zooza ==> A Rozwiązanie skuteczne i nie wymagające nakładów, dzięki :). Nie mniej jednak spróbuję usunąć przyczynę.
zooza ==> PiotrPrzejrzałam kod strony głównej i podstron, ale nie znalazłam nic, co wyglądałoby jak Twoja wskazówka. A co do napisania to napisać mogę, a i owszem pytanie tylko gdzie wysłać Tajemniczy Nieznajomy ;-)
Piotr 2006-03-20 21:08:56 149.156.9.242 10.100.100.6
A jeśli masz dostęp do kodu strony to znajdź kawałek wywołujący takie coś:http://www.popunder.hostingpro.pl/ad/adjs.phpi wywal go.
A 2006-03-20 20:21:53 87.96.115.176
No i można jeszcze olać totalnie, a chcąc przeczytać całość bez upierdliwej obecności googla - kliknąć na "skomentuj".. Tekst widać cały i żaden googiel nie podskoczy ;-)
Piotr 2006-03-20 19:53:27 149.156.9.242 10.100.100.6
Droga Zoozo!Rzecz jse jak podejrzewam niezależna od Ciebie - można ją usunąć tylko przez przeglądarkę. Ja to zrobiłem (z niemałym wysiłkiem), a używam jako przeglądarki Firefoxa dodatkowo z wtyczką o nazwie Adblock Plus. Jak chcesz więcej informacji, napisz.
Ogrodnik Michael Schultes
Jeden ze współczesnych fotografów niemieckich Michael Schultes dojrzały rocznik 1954. Mistrz aluzji, łowca tego czego nie widać, bo chociaż na jego fotografiach figurują nagie ciała to jednak cały smaczek zatopiony jest w projekcji jaką fotografia generuje w umyśle oglądającego. Bawi się efektami zestawień. Wyznaje zasadę, że obiektyw jest okiem, któremu zawsze można zaufać, ale nie zawsze można go kontrolować. Jeden z tych, którzy fotografii uczyli się praktycznie – asystując tym innym, którzy wiedzieli do czego służy spust migawki. Od 1981 roku wolny strzelec pracujący na rzecz branży reklamowej. Choć reklama ma dość nienasycony apetyt na goliznę to jednak na pracach Schultesa nie bardzo może się pożywić. On, który wielbi piękno zaklęte w ciele akty popełnia na użytek własny. Hołdując zasadzie, że każde ciało jest zdolne wywołać reakcje poszukiwanie tych najbardziej reakcjogennych traktuje jak wyzwanie. I muszę przyznać, że z doskonałym skutkiem.

Najwyższą notę wystawiam serii czarnobiałych aktów zaakcentowanych kroplą koloru, jak nazwałam te kompozycje. Ciało wyłowione z mroku tła jedynie subtelną grą świateł samo zaczyna stanowić tło – dla przyciągających wzrok detali odcinających się od szarości. Owocowe szaleństwo przywodzące na myśl ciepłe letnie noce. Parada nagich ciał, z których snop księżycowego światła wydobywa tajemnice nocy…
Mechatą powierzchnię maliny wylegującej się na piersi…

Połyskliwą skórkę czereśni huśtających się na sterczącym sutku…
Tulące się do siebie soczyste gruszki papugujące subtelną linię ud i pośladków…
Jagodowe pocałunki na dekolcie…
Jeżyna odpoczywająca samotnie ze świadomością bycia pępkiem świata…
Czerwone porzeczki lubieżnie okupujące łono…
Może wiosna zachęcona tymi obrazkami przypomni sobie, że jest mile widzianym gościem w mojej okolicy i przyjdzie na sesję fotograficzną… w ciepełku łatwiej rozebrać modelkę, choćby i z… kapusty :)
Jagodowe pocałunki na dekolcie…
Jeżyna odpoczywająca samotnie ze świadomością bycia pępkiem świata…
Czerwone porzeczki lubieżnie okupujące łono…
Może wiosna zachęcona tymi obrazkami przypomni sobie, że jest mile widzianym gościem w mojej okolicy i przyjdzie na sesję fotograficzną… w ciepełku łatwiej rozebrać modelkę, choćby i z… kapusty :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)