18 czerwca 2009

Skok Safony

Autor: Erica Jong

Ciekawie skomponowana opowieść stylizowana na biografię, ale opowiedziana w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Zaskakująca, jak na ten typ powieści, dynamika akcji. Ciśnie się na usta określenie książki drogi bowiem bohaterka przemierza świat w poszukiwaniach. Wstrząsające historie miłości i okrucieństwa, wzniosłe pieśni pochwalne, zwykła codzienność i fizyczna fascynacja przeplatające się z łzami szczęścia i rozpaczy. Królestwa mityczne mieszające się z rzeczywistymi, wierzenia stare i młodsze, miejsca czarowne – wszystko to staje się sceną, na której rozgrywa się życie Safo. Całość osnuta na kilku wersach ocalałych z płomieni, na przypadku osuwającego się kamienia, który urósł do rangi mitycznego zdarzenia. Przewrotne spojrzenie na coś co mogło być samobójstwem lub wyzwoleniem. 

Pochwała uczuć i uwielbienia.Co ciekawe pochwała miłości zarówno homo jak i heteroseksualnej. Owszem bohaterka opowiada się za swoją płcią, ale nie potępia płci przeciwnej, sama zaznawszy zarówno jednej jak i drugiej. Manifest tolerancji. 

Tych, którzy skuszeni imieniem w tytule szukać będą jedynie opisów miłości lesbijskiej rozczaruję – nie jest to bowiem powieść pornograficzna. To ewolucja świadomej miłości, jej droga od pierwszej fascynacji po dojrzały wybór. Wzbogacona o poetykę i filozofię, które niejednokrotnie same w sobie stanowić mogę nie lada podnietę. Książka zdecydowanie dla osób o sporej wrażliwości i empatii. Idealna na letnie popołudnie w ciepłym słońcu.

17 czerwca 2009

Tongijskie królowanie


Od króla wysp Tonga na Pacyfiku wymagano, by deflorował każdą dziewicę w swoim państwie. Mając 80 lat ciągle jeszcze wypełniał te obowiązki po kilka razy w tygodniu

"Seksmaczki" David Smith & Mike Gordon

Pogratulować... obowiązkowości i kondycji ;)

Dotykalskiemu cześć i chwała!

Nie mogę myśleć, zasypiam, żeby śnić i przywołać z wnętrza mózgu doznania niefizyczne. Wydrapaną opuszkami palców kruchość drżenia pojedynczego neuronu. Ciepło dłoni zamienione w pożar wnętrza nieugaszony powodzią rozkoszy nawet. Powłoka zewnętrzności okręcała się na tych palcach, które doprowadzały mnie do szaleństwa. Nie mogę dojść do siebie. I tylko ból mięśni międzyżebrowych przypomina ile wysiłku kosztowało mnie to, żeby nie wykrzyczeć całemu światu dokąd zaprowadziły mnie te palce. Spirala orgazmu, w którą skręciły moje wnętrze dotykiem nie miała sobie równych. Odrealniona sceneria przestrzeni publicznej odgrodzona ode mnie cienką gumową powłoką nie była w stanie mnie dotknąć. Skurcze orgazmów eksplodowały w mojej głowie wprawiając ciało w rezonans. Zęby zagryzane do bólu na krawędzi dłoni. Buty pełne mnie wypływającej falami z pod kombinezonu.


Cóż to za diabelska mieszanka, guma, ludzie, dźwięki, kołyszące się wśród nich upojenie. Słowa tak trudne do poskładania. Oczy, które chciały się przykryć powiekami i pod nimi pozostać. I tylko jedno pragnienie – wejść w kłębowisko ciał od silikonu śliskich. I zatracić się w dotyku. Przemykać po powierzchni ich i nimi się nakrywać. Tracić oddech i oddawać rozkoszne tchnienia. Amok. Obłęd. Kakofonia dotknięć. Głaskanie. Stukanie. Drapanie. Ściskanie.


Scena z Pachnidła mi się marzy, jedna z ostatnich. I tylko zawartość flakonika podmienić na silikon. Paradoksalnie bezwonny ale wywołujący większą chuć niż perfumy. Latex nawleczony na ciała, dłonie wyciągające się lubieżnie i ja znikająca pod naporem dotyku. Zostać zagłaskanym. Zapomnieć o wszelkich granicach. Chłonąć każdym milimetrem skóry inną istotę. Czerpać z niej energię oddając w zamian własną. I tylko maska nie powinna mieć otworów, żeby nic nie rozpraszało, żeby odczuwać wyłącznie jednym zmysłem. Dotykiem.


Zmieniłam się w dotyk.
Otworzyłam kolejny zakamarek duszy.
Tak po prostu stojąc obok.
Dotykając.
I będąc dotykaną.

DOTYKALSKIEMU cześć i chwała po wieki wieków.

Dziękuję...

15 czerwca 2009

Wiwisekcja Fetish FUCKtory 2


Na miejsce dotarliśmy bez problemów, ale już od progu czekały nas niespodzianki. Po pierwsze przemnożenie trzydziestu pięciu złotych przez siedem sztuk przekraczało możliwości osób (dwóch!) siedzących na kasie. Dzięki temu mieliśmy możliwość podziwiania niezwykle kunsztownych ubiorów z "fetyszowymi tiszertami" na czele. Rozumiem, że siedem osób w błyszczącej gumie może dziwić na warszawskiej ulicy, ale wśród gości 'fetyszowej" imprezy to co najmniej dziwne. Oczekiwanie na wynik mnożenia i wydanie reszty "umilały" nam komentarze dotyczące tego, że dosłownie wzięliśmy informację o fetyszu i nadzwyczaj gustowne wytykanie paluchami.


Kupić bilet to nie wszystko. Zaraz potem dowiedzieliśmy się, że w szatni należy zdeponować aparat foto i telefoniczny. Hmm ciekawe dlaczego ten drobny szczegół o telefonir został pominięty w regulaminie… Depozyt to... bezpieczna koperta zapewniająca choć minmum gwarancji, że po pierwsze nikt nie będzie używał mojego telefonu, po drugie nie będzie przegladał jego zawartości. Komfort i bezpieczeństwo powinno się zapewnić nie tylko osobom występującym ale również uczestnikom. Element niedopracowany.


Tuż za stolikiem kasowym obowiązkowe przeszukanie przez mięśniaków na bramce na okoliczność przemycenia telefonu (ukrytego przebiegle przed obsługą szatni) ukrytego w.. no właśnie gdzie może 'ukryć' cokolwiek osoba odziana w gumowy kombinezon? Chyba tylko w naturalnych otworach ciała. Jakiś metr dalej mój wzrok przykuła informacja o tym, że dwa dni temu nurbika się rozchorowała w związku z tym pokaz się nie odbędzie. Nie mam pretensji o stan zdrowia bo choroba nie wybiera. Zdecydowanie mam pretensję do organizatorów, że ukrywali ten fakt przez dwa dni. Jak wspomniałam troje z naszej siódemki przybyło na FF2 właśnie żeby zobaczyć ten pokaz, z czego dwoje z innych zakątków kraju. W tym wywieszonym komunikacie przejawia się specyficzny szacunek organizatorów do uczestników imprezy oraz troska o własną kieszeń. Innymi słowy wiemy, że pokazu nie będzie, ale nie mówimy nic publicznie żeby mała frekwencja nie wywołała deficytu budżetowego. Klasyczne wyrąbanie. Tyle tylko, że to jest numer na raz.


Z każdym stopniem zbliżającym nas do głównego parkietu wzmagała się siła łupanki lecącej z głośników i malała możliwość konwersacji. Taaak, kolejny ukłon w stronę uczestników – skoro już zapłaciliście to siedźcie cicho (na wypadek gdyby przyszło wam do głowy na przykład krytykować). To, co się zmieniło od mojej ostatniej wizyty w M25 (zmieniło się na plus!) to temperatura. W pomieszczeniu zostały zainstalowane nagrzewnice dzięki temu tym razem można było bez obaw wejść bez okrycie wierzchniego bez ryzyka opuszczenia lokalu z zapaleniem oskrzeli i gilem do pasa. Niestety nic się nie zmieniło jeśli chodzi o obsługę za barem. Kilka osób ruszających się jak muchy w smole i robiących łaskę, że w ogóle podchodzą. Sposobu zamawiania (na migi i wrzaskiem) nie komentuję. Ale nie pominę milczeniem faktu, że o godzinie drugiej nie możliwe było zakupienie w barze ŻADNEGO napoju bezalkoholowego (sic!). A odpowiedzi w rodzaju – cola tylko do drinków (ewentualnie zamiast coli wstaw inny napój) – były jedynymi jakie można było usłyszeć. Rozumiem, że pijany gość to mniej wymagający gość, ale dyskryminowanie gości, którzy nie mieli ochoty na C2H5OH to zdecydowana przesada.


Wizja lokalna wykazała, że poza nasza siódemką i krakowską trójką lateks był tylko na scenie, proporcja tekstylnych (wejściówki po 50 PLN) do wszystkiego co dało się podciągnąć pod dresscode (wejściówki po 35 PLN) w najlepszym wypadku 75/25. No ale z czegoś wydatki trzeba pokryć.


Pokazy tradycyjnie widzialne dla garstki gości. Organizatorzy konsekwentnie nie chcą zainwestować w wygrodzenie przestrzeni między scenką a widownią ustawiając ludzi półkolem wydłużając w ten sposób "linie brzegową" widoczności. Nie starczyło im także wyobraźni, żeby przekazywać obraz ze scenki na ekran za pomocą kamery, co znacząco powiększyłoby grono tych, którzy mają szansę zobaczyć pokaz. Jeśli chodzi o dobór tematyczny pokazów to zdecydowanie nie trafiły w mój gust. Dlaczego? No cóż, pewnie dlatego, że jak coś jest dla każdego to jest dla nikogo w rezultacie. Jeżeli do pokazu angażuje się panią rozbierającą się zawodowo to można być pewnym, że nie będzie w jej ruchach nic ze wstydu, krok będzie miała sprężysty i pewny, ruchy wystudiowane. I tak było. Tylko, że to nie była impreza z tańcem na rurze ani zdejmowaniem majtek. W każdym razie dla mnie nie powinna być z jednej prostej przyczyny – rekwizyty pasują jak przysłowiowy kwiatek do kożucha L. Dokładnie tak. Bo jak inaczej ocenić taniec z pseudopochodniami, które znacznie lepiej prezentowałyby się na urodzinowym torcie ośmiolatka niż przytulone do nagich piersi? Snopki iskier wyrzucane z tekturowej tutki i brokatopodbne coś rozsypywane po scenie i widzach. Hmmm no proszę państwa fetysz pełną gębą. Kolejny scenariusz przyodział tę samą panią w kuse ubranko przywodzące na myśl skojarzenie z mundurem policyjnym, łapaniem "przestępcy" itp. okraszone zgrabnymi ruchami i pozbywaniem się ubranka. I znowu w barze GoGo jak najbardziej na miejscu, tu trochę zgrzytało.
Osławiona Rubberstar i Sissidoll. Niewątpliwie ubrani w gumę (i w czapkę uszankę niektórzy J). Sissidoll był najbardziej statyczną i bezpłciową postacią całej imprezy. Obawiam się, że gość był po prostu na niezłych dragach bo kontaktu z nim nie było żadnego. Snujące się po scenie warzywo. I w zasadzie jako warzywo skończył siedząc na wózku inwalidzkim (który sądząc z osprzętów walających się obok miał być tą osławioną bryczką dla nurbiki), z pompowaną maską na głowie, ze śliną cieknącą z rurki umożliwiającej oddychanie. Widok bynajmniej nie godny polecenia. I tak to właśnie przewrotnie niewolnik (podobno zafascynowany Rubberstar) siedział na tronie a ona obskakiwała go głaszcząc i podtykając to i owo pod nos. Miała to być rosyjska dominacja ale chyba coś poszło nie tak. Sama Rubberstar trochę mnie rozczarowała, przede wszystkim swoim brakiem naturalności. Teatralne miny, rozłożone nogi, rozsunięty suwak w kroku i wyciągnięte z wnętrza kulki obnoszone przed zebranymi jak zakrwawione prześcieradło po nocy poślubnej w Izraelu – na dowód autentyczności aktu, który miał miejsce chwilę wcześniej. Na koniec domina (wielkość pierwszej litery nie przypadkowa) zdejmuje buty i pomyka po scenie w pończochach. Sissidoll po zdjęciu pompowanej maski ożywia się na tyle, że wykonuje fellatio (ciągle siedząc na wózku!) czerwonemu straponowi przypiętemu w kroku dominy. Całość zdecydowanie przydługa. Z gumowego punktu widzenia za malo tam było elementu najistotniejszego czyli dotykowo-glaskającego, z bdsmowego punktu widzenia dominacji jak na lekarstwo, dla waniliowych – mało golizny i 'facet przebrany za smurfa'. I tyle w temacie.


Za doskonały koncepcyjnie uważam pokaz Monique – przede wszystkim za tak uwielbiane przeze mnie kontrasty. Tu zestawienie baletu i tresury bdsm. Można zadać pytanie czy to kontrasty czy raczej 'wytknięcie' tortur w balecie jako takim. Nie bez powodu puenty w wersji zmodyfikowanej kozaczkowo-lakierowanej są elementem zarówno bdsm jak i dopełnieniem lateksowych strojów. Kontrast z całą pewnością był w strojach – zwiewny pastel baletowego kostiumu i błysk czerni. Dziewczę, któremu przypadła w udziale tresura starało się, nie powiem, lecz w zestawieniu z baletnicą wyglądało dość nieporadnie. Może Monique powinna nieco zdecydowaniej poprowadzić pokaz? Może zamiast odegrania tresury powinna po prostu ją przeprowadzić. Bez wątpienia pokaz zyskałby na widowiskowości. Nie mniej jednak widzę zdecydowane postępy jakości pokazu w stosunku do tych z lat wcześniejszych. Reasumując piątka za pomysł i stroje, trójka z plusem za wykonanie, dwója za ramy czasowe. Wyróżnienie za bilety :) naprawde fajne były.

Niestety dynamika pokazów nie była na tyle duża, żeby usprawiedliwić dłużyzny, co widać było po ludziach odchodzących z pod sceny w trakcie akcji. Inna sprawa, że przy dobrej widoczności część z nich pozostałaby na miejscu, a tak mamy efekt domina: nie widzę więc nie jestem zainteresowany, ergo idę sobie. Gdyby nie wartość dodana lateksowego wdzianka także odeszłabym od sceny przed końcem pokazów, ale o tym kiedy indziej…

Zgodnie z założeniami po pokazach opuściliśmy imprezowy przybytek zamieniając go na afterek u Gościnnych Gospodarzy. I na koniec dość ciekawe doświadczenie prowadzenie auta w masce, co prawda na nocnej stolicy nie robi to wrażenia, ale na mnie a i owszem :)

14 czerwca 2009

Niedzielnie i zawodowo

Przyjemność przyjemnością, niedospanie karą, ale trzeba było wziąć się w garść i pojechać na zawody. Z trzydziestu kilometrów dwadzieścia pić to była przebudowa więc wszelkie kalkulacje czasowe (delikatnie rzecz ujmując wzięły w łeb). Kiedy na miejscu okazało się, że zawody kategorii open to w rezultacie są zawody klubowe mina trochę mi zrzedła. Byłam nastawiona na rekreacyjne "ścignięcie" i powrót do domu.

Nie pozostało nic innego jak robienie dobrej miny do złej gry i pójście na całość. Okazuje się, że dzieci nieświadome trudności w ogóle się nie stresują. W każdym razie ten konkretny egzemplarz. Stanęła na słupku, skoczyła do wody i wylądowała na trzecim stopniu podium w biegu na pięćdziesiąt metrów dowolnym, a godzinę później sięgnęła po srebro w grzbiecie na pięćdziesiąt metrów. Co ciekawe skład podiumowej trójki był w obu przypadkach taki sam, zmieniła się tylko kolejność. I tak oto amator sięgnął po dwa krążki domyślnie przeznaczone dla zawodników klubowych.


Ave Córka! Oby tak dalej!

„before & after party”

To już chyba tradycja, że impreza w M25 bez "before & after party" w zaprzyjaźnionym domu obejść się nie może. Reguła została potwierdzona. Ze względu na "oczywistą oczywistość" podejścia organizatorów plan gry obejmował spotkanie uczestników na dłuuuugo przed imprezą, szybki wyskok na Mińską w okolicy pierwszej w nocy celem wizji lokalnej i ewakuacja na z góry upatrzone pozycje zaraz po pokazach. Z tego punktu widzenia zamierzenie zrealizowane w 100%.

Jakże miło było zobaczyć znajome pysie, a dodać należy, że niektórzy przybyli z daleka. Prawdę mówiąc nic (absolutnie nic!) nie zmusiłoby mnie do ruszenia czterech liter z poznania czy Wrocławia dla FF2. Dla niektórych magnesem, który ich przyciągnął był pokaz nurbiki (a dokładniej mówiąc jego zapowiedź). Na szczęście było "before & after party" - milutkie i udane.

Dość powiedzieć, że z ubioru, w którym przybyłam zostały jedynie buty, reszta została radykalnie zmieniona. A wszystko oczywiście za sprawą Tanyi, która nieodmiennie jest jedną z tych kobiet, do których mam niegasnącą słabość. Tego dnia smakowała jeszcze egipskim słońcem, ubrana w słoneczne złotobrązy. Oblekana w cyklamenową drugą skórę wywołała we mnie nieodpartą chęć dotykania. Nie ma co ukrywać kiedy pokrywa skórę błyszczącą śliskością nie sposób zostać obojętnym. Krople rozcierane palcami nabierającymi nieograniczonej śmiałości. Lateks przejmujący ciepło skóry, tarcie bez tarcia – zmysłowe przesuwanie zachłannych dłoni po ciele. Pośladki wtulające się w podbrzusze. Mogłabym ja po prostu zagarnąć dla siebie, zamknąć ramiona i zatrzymać dla tego nieziemskiego doznania. Zmiana temperatury lateksu jest niesamowita, w jednej chwili z chłodnego zaczyna parzyć, ale kiedy przesuwam dłoń gdzieś obok zastyga w oczekiwaniu na rozgrzewający dotyk. Nie sposób przestać kiedy zaczyna się czytać ciało palcami przez napiętą delikatną membranę. To nie jest doznanie, które człowiek jest w stanie sobie wyobrazić bez kontaktu organoleptycznego.

Przygotowania ewoluowały w takim tempie, że pod rozwagę poddany został nawet pomysł, żeby zostać w przytulnym wnętrzu i małym gronie. Nie mniej jednak przybycie kilku setek kilometrów dla zobaczenia nurbiki w akcji wymagało uszanowania determinacji gości.

Czas leniwie przybliżał nas do wyjścia kiedy Gospodyni poddała pomysł zagumowania także mojej osoby, co pozostali skwapliwie podtrzymali. Chwilę później zdejmowałam, kawałek po kawałku, swoją garderobę. Stojąc nago wiedziałam już, że oto właśnie przekraczam kolejny Rubikon. Ale nie przypuszczałam wtedy jeszcze, że będzie to ten moment mojego żywota, po którymi już nic nie będzie takie jak wcześniej. Po raz kolejny przekraczałam granice pod czujnym okiem doświadczonego przewodnika. Dłonie Tanyi pokrywały moją skórę silikonem, żeby chwilę później pomagać mi wejść w moją drugą skórę. Po raz pierwszy. Doskonały balans między czułością a nieznoszącym sprzeciwu nakazem. Cierpliwością i uśmiechem. Centymetr po centymetrze przechodziłam metamorfozę. Nogi, pośladki, ręce a na koniec cichy szelest suwaka. Wciąż jeszcze byłam brzydkim kaczątkiem nie świadomym potęgi drzemiącej wewnątrz gumowego kokonu. Maska dopełniła dzieła. Poczułam się jakoś tak kociosprężyście. Czułam na ciele powiew powietrza kiedy szłam, bezwstydnie owiewający mnie jęzorem oddech nieznanego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że druga skóra wniknęła tak głęboko. Jeszcze nie. Włożywszy buty poczułam się kompletna i zdolna zawojować świat. Owinęłam się płaszczem, który bardziej powiewał niż chronił przed chłodem i na czele podobnych mi czarno błyszczących ludzi opuściliśmy gościnne progi Gospodarzy.

6 czerwca 2009

Erotyk

Przez okno kwadratowe
Widzę wąsate drzewa,
Odkąd wdały się ze mną w rozmowę -
Śpiewam...
Przez kwadratowe okno
Widzę, że jesteś młoda,
A ja noc miałem taką samotną -
Szkoda!

Jan Brzechwa


Bałamutny facet pełną gębą. A wydawałoby się, że taki słodko-dziecięco sprofilowany. A tu proszę uprzejmie do jakich to wniosków doprowadzić może 'świtaniec' . Dotychczas Brzechwa figurował w mojej świadomości gdzieś w okolicy półki z bajkami dla dzieci, ale jak widać i bajki dla dorosłych popełniał .

5 czerwca 2009

Vicki Cristina Barcelona czyli poszukiwanie wierzchołka

Film prawie spada z afisza, wieczór, niemal pusta sala – jakieś dziesięć, może dwanaście osób. Innymi słowy komfortowe warunki do delektowania się obrazem – żadnych pogaduszek i szeleszczenia nie-wiadomo-czym.

Oczarowana, wzruszona, wzruszona i jeszcze wzruszona na dodatek. I trochę smutna na wspomnienie. Serio serio – oczy mi się zaszkliły i coś za gardło złapało na samo wspomnienie, jak to drzewniej fajnie bywało w wersji dwa plus. Co raz bardziej odczuwam brak jednego wierzchołka. Jakoś tak sobie radzę drobnymi działaniami ale daleko temu do pełni szczęścia. Johanson była słabo przekonywująca całując Penelope ale niech tam, nie będę się czepiać szczegółów. Swoją drogą w zależności od preferencji seksualnych film przenosi do odbiorcy zupełnie inne przesłanie. Jednym wzruszenie, innym zazdrość, komuś irytację a innemu "łyżka na to – niemożliwe". Co ciekawe nie spotkałam osoby, która miałaby negatywne odczucia po obejrzeniu tej historii. Innymi słowy pochwała odwagi sięgnięcia po tabu, choćby tylko wewnętrzna to jednak pochwała.

Gdzie się podziały wszystkie wierzchołki….

4 czerwca 2009

Czasami człowiek musi…

Się dowiedziałam to i dalej przekazuję. Nie reklamuję ino informuję i pytam: ktoś chętny, żeby się wybrać? Na jakieś rewelację nie liczę, ale jak to się mówi z braku laku... Innymi słowy spodziewam się ogłuszającego łomotu pseudomuzycznego czegoś, jakiś pokazów, które z fetysz i/lub bdsm będą pewnie miały tyle wspólnego co słoń z baletnicą, ale… No właśnie ciśnienie wewnętrzne, żeby wcisnąć się w coś błyszczącego i gładkiego jest bardzo wysokie więc, żeby uniknąć eksplozji do M25 wymarsz z międzylądowaniem w Gumisowym Gniazdku. Będzie okazja, żeby się spotkać z dawno nie widzianymi osóbkami. Do zobaczyska w sobotę!

Innymi słowy: udam się i zrelacjonuję to, co zapowiadane jest pod szumną nazwą Fetish FUCKtory 2. Nawigowanie po 'arcystronie' łatwe nie jest. Gdyby jednak ktoś próbował bezskutecznie podpowiadam, że menu po lewej stronie trzeba wybrać: program => imprezowy => a potem przewijać suwakiem aż się znajdzie napis FF. Swoją droga nie trzeba wykonywać badań użyteczności żeby poczuć jak bardzo nie niewygodna jest strona klubu w użytkowaniu.

3 czerwca 2009

Pobudka

Mózg skręca na powrót swoje zwoje oddychając po miesiącach wyczerpania. Podświadomość wychyla się nieśmiało z kąta. I myśli zaczynają zlatywać się jak głodne ptaki. Najpierw powoli, w czasie snu lub nad ranem. Potem coraz częściej, choć bardzo płoche i ulotne. Ostatnio udało mi się kilka zdybać i nie pozwolić im czmychnąć…

Już zapomniałam jaka to przyjemność zostać w pościeli do południa, na wpół śpiąca, na wpół na jawie, snuć myśl, które we śnie powstała. Minuta po minucie budować obraz, dźwięki, zapachy. Spokojnie prowokować rozwój wydatków. Jak łatwo wówczas sięgnąć palcami tam, gdzie przyjemność przybiera formę cielesną. I drażnić się ze sobą – zostać na progu czy już go przekroczyć. W nieskończoność powtarzać delikatne ruchy opuszków, które jak nikt inny znają drogę na szczyt. Bezgłośnie wzbierające pożądanie, które przelewa się nad tamą rozsądku. Wyuzdanie wyciekające z 'dobrowychowania'. I własny uśmiech do podświadomości – tej leniwej szelmy, która potrafi miesiącami udawać sen zimowy, żeby wybuchnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Jak gejzer wśród śniegu parując niczym pysk zgonionego konia. Tylko piana toczy się z innych zupełnie warg .

Uwielbiam budzić się z orgazmem na wargach J

2 czerwca 2009

Brothers Islands

I jak tu nie cieszyć się z takich widoków? Jedyne co, że tak szybko mija czas i zostają słonociepłe wpomnienia i czekanie na kolejną wyprawę w kolorową 'rupę rybną'. Co prawda nie Bonaparte, ale zawsze Napoleon we własnej osobie :)






1 czerwca 2009

Morgengeld

Pochodzący z kultury germańskiej zwyczaj polegający na tym, że mężczyzna po spędzeniu nocy poślubnej składał swej żonie podarunek stanowiący dla niej "rekompensatę" za utracone dziewictwo. Na pierwszy rzut oka całkiem miły obyczaj, ale... No właśnie jest jedno ale... Czy w przypadku niezadowolenia z nocy poślubnej nie składał go wcale? A co jak dziewictwo skonsumowane zostało przed sakramentalnym tak? Należał się prezent czy nie? I jeszcze jedno ale – a co w sytuacji, kiedy to pan młody nie stanął na wysokości zadania w poślubną noc? Czy składał dwa prezenty?
Swoją drogą zgłębianie zwyczajów około seksualno-związkowych potrafi nieźle nakręcić :)

31 maja 2009

Szczękę zbieram do dziś

Gdybym tego nie widziała na własne uszy i nie doświadczyła oczyma wiary bym nie dała. Nieomal prorocza okazała wzmianka o Pontonie. Kilka dni później odbyłam rozmowę z matką dziewiętnastolatki, która stała się elementem grupy wsparcia dla wpadniętej koleżanki. Włos zjeżył mi się na głowie kiedy usłyszałam, że Wpadnięta:
- nie słyszała o badania DNA w służbie potwierdzania/ wykluczania ojcostwa (była przekonana, że domniemanemu ojcu wystarczy się nie przyznać)
- nie słyszała o Postinorze Duo, Escapelle ani innych specyfikach „the day after”
- w ramach działań mających na celu eliminację wpadki podjęła głodówkę celem… (uwaga!) „zagłodzenia małego”.

Szukam na podłodze szczęki do dziś. Żeby zobrazować skalę szoku mogę tylko dodać, że Wpadnięta jest tegoroczną maturzystką, uczennicą renomowanego warszawskiego liceum (z zaliczonym przedmiotem wychowanie seksualne!!). Nie wiem czy bardziej nieprawdopodobne czy bardziej żałosne. Po szkole (mimo wszystko) nie spodziewam się zbyt wiele, ale rodzice dali ciała na całej linii. Prawdę powiedziawszy nie dociera do mnie, że można nie wyposażyć dorastającej kobiety w elementarną wiedze z zakresu życia seksualnego. Swoją drogą jak się ona uchowała w dobie wszechobecnego szumu informacyjnego z takimi lukami. Załamka na całej linii.

27 maja 2009

Grupa Edukatorów Seksualnych

Wygląda na to, że znalazłam miejsce, w którym można realizować potrzebę niesienia przysłowiowego kaganka oświaty (w tym przypadku seksualnego kaganka). Cel jak najbardziej słuszny a i formuła odpowiednia. Teraz tylko przemodelować rozkład dnia, żeby znaleźć czas na tę aktywność. Nie wiem jeszcze czy w formule odpowiedzi mailowych czy raczej spotkań twarzą w twarz ale spodobało mi się to towarzystwo. Przyjrzę się im bliżej.
Dobra nazwa, wieloznaczno-jednoznaczna, nie pozostawiająca miejsca na wątpliwości - PONTON.

25 maja 2009

Guido Crepax: Historia O i Justyna

Guido Crepax urodził się 15 lipca 1933 roku w Milanie, we Włoszech. Po ukończeniu architektury Uniwersytecie w Milanie pracował w reklamie, a następnie zajmował się ilustrowaniem okładek książek i płyt, tworzył rysunki do czasopism.


W 1965 zadebiutował jako rysownik komiksowy. Jego pierwszą kreacją była drugoplanowa bohaterka komiksu Neutron – Valentina, która w krótkim czasie przejęła rolę główną. Valentinę Crepax stworzył jako fotoreporterkę, która z racji hedonistycznego podejścia do życia i charakterystycznego dla wolnych zawodów trybu życia przeżywała niebanalne przygody. W trakcie serii ekstrawaganckich i często surrealistycznych przygód Valentina poznawała różnego rodzaju seksualne dewiacje.

Po "Valentinie" pojawiły się kolejne tytuły: "L'Astronave Pirata", "La Casa Matta", "La Calata di Mac Similiano", "Belinda", "Bianca", "Justine", "Salomé", "Histoire d'O", "Lulu" i wiele, wiele innych. Tytułowe bohaterki to kobiety w rolach ofiar, zanurzone w sadomasochistycznej rzeczywistości.

Crepax odcinał się od wszelkich spekulacji na temat własnych przeżyć zaklinanych kreską rysunków. Podkreślał, że mimo rysowania najzuchwalszych erotycznych perwersji, sam zawsze nienawidził przemocy i braku szacunku, a jego dzieła pozostawały tylko fantazjami przelewanymi na papier i nigdy nie przekraczały granicy dobrego smaku.

No cóż o dobrym smaku można dyskutować i doszukiwać się związków między fikcją literacką a wątkami biograficznymi. Bezsprzeczne jednak pozostaje, że tworząc te komiksy stworzył klasę sam dla siebie. Specyficzna, specyficzne historie, specyficzne kobiety… Wielbicieli komiksów nie zachwyci ze względu na tematykę. Miłośników bdsm ze względu na formę. Nie mniej jednak warto wiedzieć, że klasyka mistrza Sade występuję i w takim wydaniu. A co do wydania to jest bardzo staranne, powiedziałabym niekomiksowe. Dobry papier, twarda oprawa, obwoluta i czterysta czterdzieści stron obrazków.





24 maja 2009

Eric Marrian – Czarodziej Światła

Architekt i fotograf w jednym. Taki mix pozwala spojrzeć na linie i krzywizny kobiecego ciała z zupełnie innej perspektywy, traktując je jak szkielety konstrukcyjne kompozycji. Szkielety… no właśnie jeżeli prześwietlić zdjęcie do granic otrzymujemy odrealnione kompozycje, w których dopatrywać się trzeba cielesności. Układy linii i detali rozsmarowanych świetlistymi pociągnięciami na równie rozjarzonym tle. Seria zdjęć zatytułowana „Carre blank” to właśnie wyraz odmiennego stanu wrażliwości artysty. Wrażenie chłodu i zdystansowania uzyskane bardzo oszczędnym gospodarowaniem kolorem, długie, krzywizny rozcinające powierzchnię na mniejsze obszary z chirurgiczną niemal precyzją.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że te prace to bardziej malowidła podobne spłowiałym akwarelom czy freskom niż fotografiom. Ulotna eteryczność przesłaniająca konkretny kształt, który przedstawia. Mapa do ukrytego skarbu pokazująca wszystko i nic za razem. Taki właśnie jest Eric Marrian – Czarodziej Światła.


21 maja 2009

Albert Einstein

"Nie mam żadnych szczególnych uzdolnień.
Cechuje mnie tylko niepohamowana ciekawość".

świat jest ładny

to bezsilność uszminkowała świat
do fotografii
śnieg upudrowal kiełki konwalii
i drzewa mają wygięte rzęsy
prześwietlone okrągłym księżycem
- świat jest taki ładny
- na ulicy
długi cień latarni
wplątał się w deski płotu
milczącego podłużnie
w bramie - na przekór
skrzypiącym krokom
kwitną pocałunki
słyszysz - dzwonią
jak drzemiące główki konwalii
- świat jest taki ładny
- po drugiej stronie
zamkniętych okien

Halina Poświatowska


W codziennym biegu zapominam o tym, przechodzę mimo jak ślepiec. Nie dostrzegając drobnostek składających się na świat, budujących życie. Zachwyt konwaliowym aromatem wdzierającym się w najdalszy z neuronów pozostaje zachwytem. Choćby nawet konwalie oddały swoje ostatnie tchnienie. Odrodzą się znowu w kolejnym maju i równie upojnie będą pachnieć. Zielonogładki dotyk liści wzruszonych rosową kroplą w zagłębieniu blaszki przytulonej do filigranowej łodyżki. Perlista kropla rozkoszy, nektar bogów. W cieniu wielkich drzew, ukryta przed wścibskimi spojrzeniami czeka na dłoń, która pieścić będzie nim zada ból wyrywając życie z korzeniami. Do zobaczenia moja piękna w innym czasie i miejscu...

Testosteronowy tydzień

Jedenaste – tylko stały partnur lub partnurka zapewnią pełnię satysfakcji. Amen. A jak się nie ma to się jest skazanym na przypadkowe kontakty niestety. I ryzyko większe, i bezpieczeństwo niepewne. Ale mając wybór z przypadkowym lub wcale wybieram to pierwsze. Tym razem zestaw zwierzyńca jaki się trafił na łodzi przeszedł wszelkie dopuszczalne normy. Dziesięciu facetów, dwie kobiety, średnia wieku czterdzieści plus minus dwa. I jedno zastrzeżenie – większość panów to spuszczeni z łańcucha mężowie, spędzający czas na onanizowaniu się werbalnym, piwie i lekturze z rzadka przerywanymi znurkowaniami. Wiekowy dowcip o facecie, któremu wszystko się kojarzyło z dupą musiał powstać w takich właśnie warunkach środowiskowych. Panowie bowiem w każdym zdaniu umieszczali zarówno dynamizatory werbalne jak i wycieczki w krainę seksualności, fizjologii i preferencji seksualnych. Słuchają z boku można dojść do wniosku, że to banda krypto gejów na przepustce. Poziom testosteronu wzrastał wprost proporcjonalnie do poziomu zaazotowania. A mniej lub bardziej głębokie myśli o uprawianiu seksu ubierane w słowa i rozkładane na stole począwszy od śniadania były na porządku dziennym.

Żal mi ich. Po prostu żal. Tyle ich co sobie pogadają. Dowcipni, inteligentni ludzie wtłoczeni w okowy codzienności, z którą – najchętniej – nie mieliby nic wspólnego. Czasami takie przebywanie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w towarzystwie sfrustrowanych samców potrafi dać do myślenia. Czy naprawdę ludzie muszą uciekać od ludzi, których wybrali sobie na partnerów życiowych, żeby… no właśnie nie po to, żeby być sobą, ale po to, żeby móc powiedzieć głośno co im w duszy gra. Czy to pruderia czy strach? Pruderię jeszcze jestem w stanie zrozumieć – wychowanie wyniesione z domu, wolno- nie wolno, wypada – nie wypada i w końcu co ludzie pomyślą. Ale strach przed wyartykułowaniem własnych pragnień/ marzeń.
Życie jest zbyt krótkie, żeby kisić marzenia na później. Zdecydowanie za krótkie. A przecież mąż nie mydło i się nie wymydli. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć chorobliwej zazdrości i bycia zakładnikiem czyichś wyimaginowanych fobii. Ja osobiście uwielbiam zapach innej kobiety na Mojej Drugiej Połówce. Oj czas zrobić wiosenne porządki w sypialni i przekserować tu jakiś ruch.
Najwyższy czas.

20 maja 2009

Pracoholizm mordercą libido

Cichym mordercą. Skutecznym. Bezwzględnym. Co było najpierw tego nikt już dziś nie odgadnie. Czy brak chęci na sex popycha w dodatkowe godziny biurowe czy wręcz przeciwnie przepracowanie odparowuje wilgoć intymną? Faktem jest, że jednego z drugim pożenić nie sposób. Właśnie gdzieś mi umknęło pół roku. Tak po prostu. Jakbym się położyła spać i obudziła przespawszy kilka miesięcy. Niby nic, a jednak w kalendarzu były takie pozycje jak moja własne urodziny, imieniny, święta (jedne i drugie) sylwester, rocznica ślubu, pierwsza komunia i parę innych wydarzeń. I tylko mnie w nich nie było.

Pół roku. O zgrozo. Pół roku!

I w imię czego? Terminów? Raportów? Sprawozdań? Podatków? Ja wysiadam. Moje życie podróżuje expresem, miesiące przelatują jak obrazy za szybą. I nawet się nie spostrzegłam jak stałam się obcą osobą. W domu. Przeklinam to moje cholerne poczucie obowiązku i profesjonalizmu. Cóż z tego, że wyprowadziłam kolejny koniec świata na prostą? Nie można do końca życie przecież robić za jednostkę specjalną. Poszukam dla odmiany nudnej pracy dla starszej pani i przestanę zbawiać świat.

Na początek zacznę od jakiejś porządnej imprezy, panny (lub mężatki – bez różnicy), alkoholu i ogłuszającego brzmienia. A potem się zobaczy. Wróciłam do żywych!