31 maja 2006

Dajmy się zaskoczyć miłości

Nie kupujmy
marzeń
jak mebli,
nie bądźmy
zanadto
przebiegli,
nie wstydźmy się własnej nagości,
tylko dajmy, dajmy, dajmy się zaskoczyć miłości.
Nie paktujmy
z panem Bogiem,
z panem diabłem,
nie mówmy,
że jest głupie,
to co nagłe,
zamknijmy stare życie
na klucz, na dwa,
wystarczy spuścić ze smyczy
to słowo "ja", "ja", "ja"...
Nie kupujmy
nieba
na kredyt,
nie planujmy
szczęściani biedy,
nie grajmy w dwa życia jak w kości,
tylko dajmy, dajmy, dajmy się zaskoczyć miłości.
Niech przyjdzie
zbyt nagle
zdyszana,
niech nie da
dotrwać
do rana,
niech przyjdzie nie na czas,
nie w porę,
niech krzyknie: "Gore... gore, gore, gore..."
Zamknijmy stare życie
na klucz, na dwa, na trzy,
wystarczy spuścić ze smyczy
to słowo, jedno słowo: "my", "my", "my"...
Niech przyjdzie
znienacka
zdyszana,
niech nie da
doczekać
do rana,
niech przyjdzienie na czas,
nie w porę,
iech krzyknie:"Gore, gore, gore, gore!..."
Agnieszka Osiecka

Zacna to myśl i słowa pięknie dobrane. Pozwolę zawsze zaskoczyć euforii, emocjom i zatraceniu. A już najbardziej w najmniej odpowiednim miejscu i czasie. Za krótkie jest życie, żeby wzbraniać się przed tym co przynosi rozkosz. I tylko słów czasami brakuje... wtedy niech mówią dłonie, języki i oczy. Niech zamknąwszy powieki umrę by znów się narodzić. Nowa ja. Od poprzedniej silniejsza.

29 maja 2006

3 P

Potrzebuję. Pragnę. Pożądam. Może to wiosna w pełni rozbuchana swoją witalnością. A może zbliżające się letnie przesilenie. A może trudne przeżycia z ostatniego weekendu. Nie wiem i tak naprawdę nie chcę wiedzieć. Wiem tylko, że potrzebuję oczyszczenia, zrzucenie z siebie wszystkich masek i zmierzenia się z bólem. Zanurzenia się w nieprzewidywalnym i nieuniknionym. Z jedne strony przemożna chęć sięgnięcia po to ukojenie, z drugiej zaś ochrona dziecka przed stycznością z tym, czego pojąc nie zdoła, a co mogłoby spustoszyć psychikę na zawsze.

Dotykam pejcza i łzy kręcą mi się w oczach. Widzę haki i dłonie bezwiednie wysuwają się ku nim. To jak lizanie cukierka przez szybę, jak machanie dziecku upragnioną zabawkę przed oczyma, a następnie odłożenie jej na najwyższą z półek. Przekleństwo ludzi – uświadomienie sobie własnych pragnień w niewłaściwym czasie… o ile łatwiej byłoby je spełniać sześć, siedem, dziesięć lat temu…

Pragnę chłosty, takiej, która przenosi w inny wymiar obie panie z mojej głowy i pod- i świadomość. Chłosty, która uwalnia dusze od ciała. Chłosty, która więzi głos i łzy gdzieś w głębi ciała. Chłosty, która pozwala omdleć. Chłosty bez końca, która dotknie każdego zakamarka ciała. I tego, co przychodzi potem. Krzyku ulgi i histerycznego przeżywania misterium w spazmach szlochu, w niemożliwym do opanowania drżeniu rąk, w nogach niewładnych utrzymania pionu. W oddaniu ciała rozedrganego bólem i kojonego dotykiem, w dzikim seksie będącym ukoronowaniem tej pieszczoty bólu, w zaspakajaniu pierwotnej żądzy, w kroplach potu zraszających świeżo otartą skórę. Zimnego dotyku nagiej posadzki na policzku i lepkiej spermy na twarzy.

Małe tęsknoty… A potem długi sen, w którym śnić będę bez końca tę scenę rozkoszy.

=================

andon1 2006-05-31 00:00:22 83.5.100.91
...skłania do przemyśleń.

DOMIN_ik
artdesign@interia.pl2006-05-30 14:38:19 83.17.86.46
Piękna zaprawdę wizja ukazała się Twym oczom...

Couching

To miało być normalne szkolenie. Kolejne w całej serii i ostatnie w niej. A potem powrót to normalności, noc w łóżku a nie w zadymionym barze z kolejnym kieliszkiem wina lub kolejnym drinkiem. Miały zacząć się niedzielne poranki w pościeli do późna a nie wstawanie o świcie, z odwodnieniem większym od góra lodowa. Tak miało być, ale było inaczej.Wbrew tradycji, która się wykształciła podczas szkoleń nie było wspólnego biesiadowania, tylko kilka małych grupek w oddzielnych zakamarkach baru, nerwowość, docinki. A przecież nie było łatwo, dwa dni zajęć z kamerą i ciągłe analizowanie scenek - to źle, to lepiej, tu poprawiłeś, teraz popracuj nad… Już po pierwszym dniu wiedziałam, że jest ciężko, ale narzucona sobie dyscyplina nie pozwalała ujawnić tego, co było drugim dnem mojego nastroju. Kolejne zadanie, kolejne nagranie, kolejna analiza. Wychodziliśmy z sali szkoleniowej pojedynczo, analiza z osobą, która nie uczestniczyła na bieżąco w zajęciach, a jedynie dostawała do analizy taśmę z nagraniem. Psyche powoli rozsypywało się jak piasek z worka z bajki o Grzesiu – ziarenko po ziarenku. Jeśli dodać do tego własne niezadowolenie ze sposobu poruszania się, z gestykulacji i tysiąca innych drobiazgów to niewiele trzeba, żeby eksplodować. I nawet te najwyższe oceny części działań nie były w stanie zrekompensować tej wrednej wściekłości na całokształt. Najchętniej usiadłabym w jakimś zakamuflowanym miejscu odosobnienia. Ale nic z tego, z pokoi wyrugowano nas tuż po śniadaniu, więc nie było gdzie. Dopiero kiedy wtuliłam się w fotel samochodu, kiedy objął mnie mocno pasami poczułam się bezpieczniej. Ale nawet wtedy nie mogłam dać upustu nagromadzonej we mnie frustracji – miałam pasażera. Lubię człowieka, ale wczoraj irytował mnie strasznie, miałam ochotę zatrzymać auto i wysadzić go na jakimś leśnym poboczu żeby poczuć ciszę. Dopiero kiedy zostałam sama wszystkie hamulce puściły. Nie przypominam sobie czy kiedykolwiek wcześniej prowadziłam samochód ledwie widząc drogę przez łzy. W tle Kora po raz enty śpiewała Krakowski spleen a ja uwalniałam emocje łzami. Nie było krzyku, tylko łzy. Może byłoby łatwiej wykrzyczeć złość, ale nie miałam siły nawet na to. Wanna i łóżko – dwa małe-wielkie cele. Próba uwolnienia się od tego, co działo się przez dwa ostatnie dni. Nie śniłam. O świcie obudziłam się zmęczona nie mniej niż wieczorem. Ocena sytuacji, ocena kondycji i tylko jeden wniosek – urlop na telefon, tym bardziej, że właśnie zaczynający się tydzień będzie ciężki.

Couching jest trochę jak seans hipnozy. Pokazuje takie miejsca w umyśle, o istnieniu których nie miałam pojęcia. Bezlitośnie obnaża do cna, w jakiś sposób zgoda na pełne uczestnictwo w takich praktykach jest przejawem masochizmu, ale tak trudno jest odnaleźć czystą przyjemność w tym. Następna sesja sprawdzająca za kilka miesięcy. Dopiero. Aż. Sama nie wiem…

26 maja 2006

Jedynie słuszny kierunek?

Nie jest dobrze powiedziałam sobie, kiedy zaglądając do jednego z moich ulubionych blogów zobaczyłam komunikat – blog zawieszony. Bo niby dlaczego i komu to przeszkadzało. Wieczór był jeszcze młody, a ja robiłam przegląd sytuacji. Kolejny blog i kolejny komunikat. Hmm to już trochę bardziej zastanawiające. Dwa różne pamiętniki, dwie różne osoby. Jedyne, co je łączy to swoboda wypowiedzi na intymno-seksualne tematy. Szybkie myśli podpowiadają teorię spisku, ale nie dajmy się zwariować. Pozostało jeszcze parę miejsc do odwiedzenia. I tu czekały mnie kolejne niespodzianki. Na początek polczat, z którego strony głównej zniknęły wszystkie pokoje nazwijmy je okołoseksualne. WSZYSTKIE! I te erotyczne, i bdsmowe. Na szczęście można wejść gdziekolwiek i później już droga wolna, ale widać tu działanie celowe i to działanie wbrew. Na koniec jeszcze szkoła bdsm i tu kolejna niespodzianka, strona główna co prawda nie zablokowana ale wyczyszczona. Z wykładów, z dyskusji i z opowiadań. Z późniejszej rozmowy z ‘derekcją’ wynikało jednoznacznie – włam na stronę i kasowanie zawartości. To już nie jest przypadek, może jeszcze nie spisek, ale już działanie zorganizowane. I tylko zastanawiam się czy to na okoliczność kalendarza wizytacji kościelnej czy też z okazji mianowania wielkiego nauczyciela na czele ministerstwa edukacji? A może w ramach zlikwidowania wojskowych służb informacyjnych dwóch wielkich braci sterowanych radiem zafundowało społeczeństwu wywiadownię netową? Obym się myliła, bo jeśli nie to powiedzenie „źle się dzieje w państwie duńskim” przyjdzie przerobić na „źle się dzieje w 4rp”.

Dobrowolnie się stąd nie zwinę, nie zacznę nagle pisać tego, co jest politycznie poprawne. Ale zastanawiam się nad przeniesieniem zapisków na serwer w jakimś bardziej normalnym miejscu i aktualizację archiwum. Czy można zawiesić obywatelstwo tego kraju do czasu ‘znormalnienia’ sytuacji? Jak tak dalej pójdzie to nawet najbardziej prostackie dowcipy o rodakach w Stanach nie będą przysparzały takiego obciachu jak dowód osobisty. Wygląda na to, że chińska klątwa – obyś żył w ciekawych czasach – właśnie się uaktywniła.

=============

nana suka_nana@gazeta.pl2006-06-04 11:40:33 84.10.168.106
No cóż.... ja się z tym zetknęłam juz 1,5 roku temu... jż wtedy czułam że wkraczam na niebezpieczne ścieżki... już mnie nie dziwi a wiem, że będzie jeszcze gorzej.... lepiej faktycznie zadbaj o porządne archiwum na innym serwerze....

anatema
dag.mara2@wp.pl2006-05-28 11:31:12 87.207.71.206
tez mnie to zaniepokoilo, zniknal jeden z moich ulubionych blogow, potem odkrylam, ze i inne sie gdzies ulotnily... szlag mnie trafia na ten ciemnogrod, szczegolnie, ze jak pokazaly lata doswiadczen takie zabiegi sa bezcelowe, zakazany owoc kusi jeszcze bardziej... w koncu kiedy w polskich kosciolach bylo najwiecej wiernych, wtedy gdy teoretycznie pojawianie sie w kosciele bylo conamniej zle widziane... zatem z tego nalezy wysnuc wniosek, ze komus zalezy na rozwoju swobody wypowiedzi erotycznych... czyz nie... (szkoda tylko ze polacy nie ucza sie na bledach)

Napastować kwiat

Napastować kwiat,
rwać go z dziką i bezmyślną chciwością,
to jakby nad piękną, śpiącą w narkozie kobietą znęcać się obłędnie
dlatego, że cicha i że nic nie czuje...
Łamać jej ręce dla jednodniowych bransolet,
zdzierać z jej palców więdnące pierścienie...

MPJ





Z całkiem niewiadomych powodów majowy bez staje się obiektem takich właśnie ataków. Kiedy widzę zmierzwione gałęzie, naręcza nałamanych łodyg w objęciach ludzkich ramion chcę płakać. I po co to? Dla tych kilku dni piękna umierającego w szklanym wazonie na stole? Dla spływających z kielichów rozchylonych jak usta bezgłośnych skarg łzawego nektaru? Dla odurzającego zapachu, zbyt intensywnego w zamkniętych czterech ścianach? Dla złości i bólu głowy, który nie pozwala zasnąć od ciężkości powietrza?To samo. Co roku to samo. Bez lilak, nie należący nawet do botanicznej rodziny, którą sugeruje nazwa jest celem napaści. Co roku odnawia swoje włości, co roku rozkwita obfitymi, lubieżnymi kiściami pełnych kwiatów. Licytuje się z pobratymcami barwą i wonią. Od nieskazitelnej bieli, przez pastelowe lilaróże aż do wyuzdanych, nasyconych fioletów. Przekrwiona, sinofioletowa suknia odsłaniająca perwersyjne, mięsiste wnętrze zroszone lepkimi kroplami i hipnotyzujące wonią intymności. Dlaczego? Dlaczego się nie obroni? Dlaczego nie zaniecha tego obnoszenia się z pełnią bzowatości wśród swoich bezlitosnych oprawców? Dlaczego…Za tę konsekwencję, za determinację, za umiłowanie bólu wybieram bez na symbol uległości. Znoszący w pokorze wszystko, co ludzie mu zgotowali. Niezniszczalny. Niepokonany. Syringa vulgaris





25 maja 2006

Wybranka Kusziela

Czytam, czytam, czytam i nie przestaję się dziwić. Czasami to jakbym swoje słowa czytała. Wtedy z przestrachem odrzucam książkę i zastanawiam się jak to możliwe. Genialnie napisana powieść. Co prawda losy szpiegującej kurtyzany znajdującej przyjemność w bólu nie zawierają już tak niesamowitych opisów jego przeżywania jak część pierwsza, ale pokazują zupełnie inne aspekty życia. Tęsknota za stanem odmiennej świadomości, niespełnione pragnienie i niezaspokojona żądza. Skąd ja to znam… To tych parę lat, kiedy bałam się przyznać przed sobą czego pragnę. Lata, kiedy fantazje musiały zastąpić jakiekolwiek marzenia o realnym spełnieniu. Lata wstydu i poczucia winy za grzeszenie nie ciałem nawet ale umysłem. Ta śmieszna hipokryzja, w którą ubierałam się przez lata – dziś wspominam ją z kpiącym uśmieszkiem na ustach. Ale wówczas nawet nie byłam w stanie przelać na papier tego, co przezywałam. Nawet w „Listach do…” nie zapisałam tego. Ze strachu? Ze wstydu? Nie wiem. Wiem jedno znalazłam spełnienie, znalazłam oczyszczenie, znalazłam spokój. I tylko ciągle mi mało, chcę więcej. Może gdybym nie przesiedziała tych dziesięciu lat na zapiecku byłoby inaczej. A może to właśnie dlatego, że moje wizje były takie przemyślane, wypielęgnowane, dopieszczone teraz potrafię się nimi cieszyć. I czerpać pełnymi garściami. I nie jestem w stanie się nimi nasycić, a przesyt w ogóle mi nie grozi.W każdym razie czytając historię Fedry widzę w niej dużo siebie. Chciałabym móc nosić jej przydomek. Jest to najbardziej adekwatne określenie tego, kim była ona, kim jestem ja – anguisette...

Integra a rzeczywistość

Na horyzoncie widać już Morze Czerwone, ale balast spraw do zrobienia przed wyjazdem jest ogromny. Ludzików mam wciąż w niepełnym składzie a ilość zadań spoczywających bezpośrednio na mnie rośnie lawinowo. Najbardziej boli mnie niekompetencja niektórych z moich ludzi, i ich koszmarna niesamodzielność. Już fakt, że nie władają żadnym obcym powoduje, że cała korespondencja z kwaterą główna spada na mnie, ale niestety to nie wszystko. A ja zamiast zająć się opracowaniem modelu przepływów i prognozowaniem sprawdzam cholerne literówki w pismach (sic!) w końcu to ja się pod tym podpisuję. No, ale są też miłe aspekty takie chociażby jak możliwość dilowania całkiem okrągłymi sumkami. Nie jest to giełda (i dobrze patrząc na to, co się na niej dzieje od paru dni) ale zawsze coś nowego. I tylko przydałoby się jakieś narzędzie do zarządzania tym w sposób bardziej zorganizowany.

Myślałam już, że posprzątałam poprzednia epokę w mojej działce – myliłam się. Dostałam pochodzący z przeszłości plan kont (podstawa wdrożenia systemu ERP) do zatwierdzenia i włos mi się zjeżył na głowie. Sądziłam, że w jeden dzień załatwię temat, no bo ile może zająć sprawdzenie czy od czasu koncepcji nie pojawiły się nowe konta i nowa analityka. Się pomyliłam! Plan kont z koncepcji i plan kont rzeczywisty to dwie zupełnie inne bajki, a sprawdzenie będzie tak naprawdę przygotowaniem tego dokumentu od początku. Przy takiej rozbudowanej analityce rozjazd jest niesamowity. Wczoraj udało mi się zakończyć inwentaryzację zespołu zero, jeden i dwa, reszta przede mną. Najciekawsze jest to, że rozjazdy są we wszystkie możliwe strony. Koncepcja jest jednocześnie i za duża i za mała. Syzyfowa praca. No ale mam nadzieję, że jak teraz poustawiam dostępy i wymagania dla poszczególnych operacji to przynajmniej będę miała pod kontrolą zmiany (albo ich próby).

Poszliśmy na kręgle, całym departamentem. I tak jak sądziłam, zajęcia ‘po godzinach’ potwierdziły tylko moje przypuszczenia co do istniejących podziałów i animozji. Zaskoczyło mnie, że wszyscy przyjęli to wyjście entuzjastycznie (w końcu w biurze o godzinie 15.05 trudno uświadczyć choćby jedną osobę z działu). Pracuję z nimi już dość długo, udało mi się polepszyć i jakość pracy, i wzajemne relacje z innymi działami. Ale jest zadra, która jątrzy i którą rad nie rad będę musiała usunąć. Moja cierpliwość i pokłady pobłażliwości się wyczerpały. To jak z roślinami – cięcia są konieczne. Swoją drogą nie sądziłam, że jedna leniwa dusza – mistrz w leseranctwie i pozorowaniu – jest w stanie aż tak destruktywnie wpływać na współpracowników. I tu nie pomaga ani prośba, ani sankcja, ani groźba, ani integra. Egzemplarz niereformowalny! Łatwiej z elektryka zrobić księgowego niż z pseudoksięgowego kogokolwiek użytecznego.

24 maja 2006

Czekając na nurki

A. siedzi gdzieś na łódce robiąc za zastępcę kapitana a ja nie mogę się już doczekać słupa wody nad głową. Na samą myśl o pierwszym skoku z łodzi robi mi się tak jakoś ciasno w okolicy przepony. Trochę ze strachu, trochę z niecierpliwości, trochę z tęsknoty. Im szybciej ciało zanurza się pierwszym odruchu pod wodę tym szybciej podnosi się poziom adrenaliny, Aż do bolesnego skurczu, aż do wstrzymania oddechu. Palce dłoni przytrzymujące maskę i automat są wówczas jakby nie moje, są jak obca dłoń wymuszająca milczenie i odbierająca wzrok. Przez jeden jedyny moment, kiedy mijam linię wody uciekającą w górę tracę poczucie czasu i miejsca. Fizyka. Ciało wyniesione na powierzchnię. I oddech, przywrócony po chwili nieistnienia. To trwa kilka, może kilkanaście sekund. A w pamięci zostaje jak długie godziny, Kontakt wzrokowy i po symbolicznym ok. inflator w ruch. Już spokojniej, powoli zapadam się w otchłań turkusowego błękitu. I tylko zatykające się uszy przypominają mi, że nie jestem z tego świata. Z każdym metrem wyciszam się, wyrównuję oddech, otwieram oczy coraz szerzej. Skafander ciasno opina ciało, klatka piersiowa uwięziona w kamizelce i czujne oko partnura. I znów ta natrętna myśl, jaka szkoda, że nie ma tu Pana Męża. Wszak w tym rynsztunku, powolna skinieniu, odczytująca polecenia z ruchów rąk i wyrazu oczu cała jestem uległością. I tylko dłonie są jakieś takie za swobodne, aż prosi się, żeby można je było skuć dla pełnej kontroli. A wówczas nie jestem w stanie ani sięgnąć do manometru, ani do inflatora, ani do oktopusa. Czy można bardziej? Można. Można byłoby, gdyby…

23 maja 2006

Zagumowane tęsknoty

Zatęskniłam za gładkością lateksu. Zatęskniłam za Kobietą weń odzianą. Za jej miękkimi ustami o smaku kobiecości tak wyrafinowanym, jak tylko można to sobie wyobrazić. To wszystko jakoś tak dziwnie się potoczyło. Lateks już zawsze będzie mi się z nią kojarzył. Te krótkie chwile kiedy delektowałam się jej dotykiem. Ach, mieć ją tylko dla siebie przez czas jakiś, dotykać, składać pocałunki na wargach wychylających się z pod maski, przeglądać się źrenicach zerkających na mnie z pod niebotycznych rzęs. Kiedy przypomnę sobie jak leżała na wybiegu w M25, w wyzywającej pozie, z rozchylonymi udami, odziana w czerń i czewień do dziś nie potrafię sobie odpowiedzieć jak to się stało, że nie rzuciłam się, żeby ją pochłonąć. Tam i wtedy. Na tym wybiegu. Wśród ludzi, którzy i tak patrzyli na nas jak na cudaków. Albo później w bieli niewinności, kiedy kołysząc się ocierała się o mnie. I jej dłonie ubrane w rękawiczki przesuwając się po lace gotowały mi dreszcz.
Znów otwieram album wspomnień...
Wyszukuję w nim śliskiego śladu silikonu...
Tęsknię za tym…

Rzymska maksyma

Volenti non fit iniuria
chcącemu nie dzieje się krzywda
błogosławieni ci, którzy doznali i uwierzyli

22 maja 2006

Miara

Dziwna to umiejętność potrafić dojrzeć erotyzm tam, gdzie go nie ma. Jeszcze dziwniejsza umieć go poczuć i doprawić uległością. Szalone, ale prawdziwe. To się dzieje niemal codziennie, tak jak dziś…Marzenie o dokładnie przylegającej piance zaczęło się krystalizować w momencie kiedy umówiłam się na miarę. Przybyłam więc i oddałam się w ręce pani Emilki. I stałam tak pośrodku sklepu, za sobą mając wieszaki ze skafandrami, przed sobą gablotę z automatami i dookoła całe mnóstwo gadżetów różnych. Suterena. Lekki zaduch. Małe okienka pod sufitem. A moja wyobraźnia już podszeptuje mi zupełnie inną historię. Zamiast wieszaków haki w ścianie, zamiast neoprenu lateks, kneble w miejscu ustników automatów. Czuję, że powieki powolutku opadają, słyszę łomot pod żebrami. I nagle głos materializujący się w dwa słowa – rozbierz się. Nie unosząc powiek zaczynam rozpinać bluzkę. Z odrętwienia wyrywa mnie ucisk na szyi. Błyskawiczna kontrola sytuacji, tętno skacze pod sufit i… okazuje się, że to wcale nie obroża jak odczytała to moja narwana podświadomość, tylko centymetr krawiecki. A potem, choć już wiedziałam, mierzenie nadgarstków i kostek było jak zakładanie opasek. Mierzenie korpusu, od mostka przez krok do atlasa jak naciągany sznur karady. I ten spokojny głos ręka… ugnij.. tyłem… wyprostuj… Kocham ten stan. Nawet jeżeli jest tylko wytworem mojej podświadomości. Znaleźć erotykę tam, gdzie inni jej nie widzą. Znaleźć uległość tam, gdzie jej nie ma. Cała ja…

============

zooza 2006-05-24 08:41:44 83.17.85.195 10.222.222.1
Mała literówka , a zmiana kontekstu ogromna. Dzięki Sokole Oko - już poprawione.

andon1
2006-05-24 01:00:52 83.5.125.101
Ja tak nieśmiało, bo nie na temat... Jak sutenera, to u (niego). A jeśli to pomieszczenie to suterena. Taki drobiażdżek. Mały. ;-)PS 1. Dlaczego tu nie ma komentarzy?PS 2. Dawno nie trafiłem na tak ładne zdjęcia jak tu.

21 maja 2006

Gdy pochylisz nade mną twe usta...

Gdy pochylisz nade mną twe usta pocałunkami nabrzmiałe,
usta moje ulecą jak dwa skrzydełka ze strachu białe,
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko
i o twarz mi uderzy płonąca czerwona rzeka.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.
MPJ

Chciałoby się, żeby uczucie było tak prostym, ale życie weryfikuje oczekiwania. I okazuje się, że zamiast miękkość jest rzeczywistość, z która co rano trzeba staczać bój. Zamiast rozkoszy codzienność szorstka jak Włosienica. Zamiast spełnienia obowiązki. I na koniec kiedy zostaje maleńki okruch czasu można tylko wtulając się westchnąć i zapłakać zanim sen rozsiądzie się na powiekach. Czy czas płynie inaczej wraz z upływem lat czy może (nie)sprawność ciała go spowalnia? Czy może znikam powoli nawet tego nie zauważając?

19 maja 2006

BDSMowy Vlad Gansovsky

Ma niespełna trzydzieści lat i pochodzi z rosyjskiej rodziny z inżynierskim rodowodem i nazywa się Vlad Gansovsky. Ojciec, zajmujący się amatorsko fotografią, postarał się, żeby młody Vlad otrzymał solidną porcję podstaw fotografowania. Ale, jak to często bywa, okres dorastania przyniósł kontestację autorytetów i wartości, owocując zerwaniem z fotografią na ładnych parę lat. Co nie oznacza, że młody gniewny nie próbował w tym czasie wyrażać siebie w inny sposób. Początkowo zachwycił się grafiką komputerową, którą z upodobaniem uprawiał. Nie było to trwałe uczucie, porzucił ją bowiem dla body art. A to z kolei stało się przyczynkiem powrotu do korzeni. W przeciwieństwie do grafiki komputerowej malowanie na skórze jest nietrwałe i jedyną możliwością utrwalenia tych prac było… sięgnięcie po aparat fotograficzny. Początkowo rzeczywiście służył jedynie do celów dokumentalnych, ale 1998 małymi krokami, ale systematycznie, powracał do czystej fotografii. Od 2000 roku jest to jedyna dziedzina, której się poświęca. W swoich pracach stara się ujawniać ludzkie wnętrze, pasje, emocje.

Wśród jego prac znajdą się i sentymentalne portrety stylizowane na retro, i surrealistyczne kompozycje nagości, i pełne piękna uległości inscenizacje, i nieco fetyszowych eksponatów.

Dwa pierwsze zdjęcia jednoznacznie kojarzą się z pięknem dominacji, za sprawą pięknie i równo uplecionego bata. Raz piękno ciała odzianego w przejrzystą gazę pończoch, na tle których bat wygląda jak szorstki język jaszczura



Efektowne sznurowania mają swoją kontynuację na zdjęciach utrwalających, odciśnięte w delikatnym ciele, znaki więzów. Oba emanują spokojem, bezruchem, ale nie są martwe. Luźno ułożone palce, nie zaciśniętych w pięść dłoni uzmysławiają rozkosz jaką dawać może samo pozowanie do tych zdjęć…




Ta fotografia została zatytułowana przez autora Woda. A to przebiegłe połączenie dwóch przeciwstawnych żywiołów – wody i metalu – w zupełnie odrealnionej dla nich przestrzeni kobiecości zachwyciło mnie, podobnie jak sama kompozycja w ruchu zastygła pod palcami fotografa.

Detale bdsmowe – ostroga i klamerka – nie przytłaczają swoją obecnością. Wręcz przeciwnie idealnie współgrają z intymnymi zakamarkami ciała, wydobywając na światło ich kształty. Zagłębiające się w ciało żeberka ostrogi wywołują dreszcz, gęsią skórkę a mnie w głowie kołacze się pytanie czy to dreszcz rozkoszy czy bólu?

Na koniec jeszcze ujęcie brzemienności, którego nie spotkałam nigdzie indziej. Kontrasty materii i skóry, sposób ich prezentacji może zaskoczyć, ale nie można im odmówić aury niesamowitości, odrealnienia. Nigdy wcześniej nie spotkałam zdjęć, na których ciąża byłaby tak silnie podkreślona przez bdsmowy charakter kompozycji. I smycz, i sznur, i lateks z jednej strony eksponują to, co ma się niebawem wydarzyć, z drugiej zaś symbolizują rezygnację z wielu elementów obecnego życia, choćby tylko czasowo. Carpe diem szepczą bo już za chwilę nie będzie czasu na przyjemności.



18 maja 2006

Kryształowe gody

Piętnaście lat minęło, od kiedy wypowiedzieliśmy sakramentalne tak. I najcenniejsze jest to, że dziś powtórzylibyśmy to samo bez cienia wątpliwośći. Pan Mąż, który rzekł, że nie nudził się ze mną i ja odpowiadająca - robię, co mogę. Tak, tak mamy już za sobą rocznicę bawełnianą (1), papierową (2), skórzaną (3), kwietną (4), drewnianą (5), wełnianą (7), cynową (10) i jedwabną (12). Przed nami jeszcze porcelana oraz metale i kamienie szlachetne. Jest tego jeszcze trochę :)

Apopleksja po raz enty

Wkurzam się jak jasna cholera i to z powodu człowieka, którego nawet nie znam. Na litość boską czy w dobie Internetu wszystko wydaje się proste jak metr sznurka w kieszeni? Nie każdy, w przeciwieństwie do mnie, ma umiłowanie do syndromu pierwszych razów i należy to uszanować, a nie stroić fochy i robić za obrażoną panienkę. No bo gdzie tu happy end? Kobieta i mężczyzna. Znają się (wirtualnie) od jakiegoś roku. On siedzi na jakimś końcu świata gdzie gęsi zimują i potrafi się nie odezwać przez parę miesięcy. Pojawia się i znika. Wyrywa jej serducho i posypuje solą do smaku, a potem pojawia się jakby nigdy nic. Ma do niego słabość, cóż każdy jakieś słabości ma… I nagle szybki zwrot akcji bo ona chce się odwirtualizować, ustalanie terminu i takie tam. I… pierdut, jego wysokość Herbatnik się obraża bo ma zanocować w hotelu. No do jasnej cholery jakbyś tu był człowieku to dostałbyś ode mnie w dziób. Chyba bardziej naturalną rzeczą jest spotkać się bez zobowiązań niż uchylać rąbek kołdry. Zaczyna wyglądać, że z nim jest jak z tą baletnicą z porzekadła, co to jej rąbek u spódnicy przeszkadza. Jak nie gęsie zimowisko to hotel. A jak nie będzie chemii to co? Maja powiedzieć sobie dobranoc i odwrócić się plecami pod jedna kołdrą. Optymista cholerny.Może lepiej byłoby gdybym nie przyłożyła ręki do ich znajomości… Mam nadzieję, że się Młodsza Laska i tym razem wygrzebie z dołka, który jej zafundował. Mam taką nadzieję…

17 maja 2006

Boję się chcieć

Czasami taka myśl budzi mnie w nocy. Boję się chcieć, bo wiem, że jestem w stanie dopiąć swego. Boję się zachłysnąć zdobyczą i boję się tego, co jeszcze wylęgnie się moim umyśle. Coraz głębiej, coraz dalej, coraz mocniej. Sprzężenie zwrotnie – im więcej tym więcej. I cóż z tego, że się boję? Ja lubię się bać. I nie chodzi strach, który można nakarmić kinowym horrorem, nie chodzi o balansowanie na krawędzi życia i śmierci. Chodzi o nieznane granice własnych pragnień. Spoglądając na swoje marzenia z przed dwudziestu lat uśmiecham się. Dziś wydają się takie proste, ale wówczas niebotycznie abstrakcyjne. Odkąd pamiętam miałam zawsze do zrobienia coś, co zupełnie nie pasowało do mojego otoczenia i sposobu bycia, coś na wyrost, coś z innej bajki. I chyba najbardziej popychały mnie do tego stwierdzenia w rodzaju nie dla ciebie, nie dasz rady, za wcześnie. Ambicja i upór. Dwa kierunkowskazy, dwie drogi, dwa cele. Zawsze tak było. I to się chyba nie zmieni. Taka skaza w genotypie. Żyję nie po to, żeby nadstawiać drugi policzek, ale jeśli upadam to się podnoszę. Czasami z płaczem, czasami z żalem, czasami ze złością. Kocham mój strach.

16 maja 2006

Namiętność natury

Słyszałam ich wczorajszej nocy. Jego wołanie, zawodzenie ciągnące się nad łąką i szmer jej odpowiedzi. Jego drapieżne palce wplecione w uliścione gałęzie włosów, szarpiące bezlitosnymi ruchami, zdzierające suknie kwiatów. Jej łzy spływające z chmurnych oczu, łzy nieprzebrane, prędkie. Płakała deszczem, z rozkoszy czy z bólu nie wiem tego. Płakała długo w noc podczas gdy jego palce zaciskały się na bezbronności. Rzęsy traw falowały miarowo, coraz szybciej jak ekstatycznie unoszone piersi w łapczywym oddechu. Powoli ulegała jego sile, skłaniała przed nim głowę, dłonie składała w modlitwie, kolanami sięgnęła piekieł. On nieprzejednany w swoim gniewie, szaleńczym opętaniu… Kiedy jej ciało znaczone płonącym śladem błyskawicy wyginało się w nieludzkim wysiłku. Kiedy jego głos rozbrzmiewał pod postacią gromu. Ziemia drżała, powietrze było ciężkie od dusznej żądzy, kiedy posiadł ją, ujarzmił.

Rankiem o ich nocnej ekstazie świadczyły jedynie rozrzucone w nieładzie liście zerwane z drzew, pokładające się łany traw i smugi mgły. To jej oddech. Dysząc pożądaniem zostawiała mu ślady swojego oddechu – jak podziękowanie, jak zaproszenie, jak pamiątkę. Takie są wiosenne burze. Taka jest namiętność natury. Gwałtownie piękna.

14 maja 2006

Dyskretny urok trójkąta Już niemal zapomniałam jak miło być może w łóżku we troje. Wtedy kiedy wszyscy mają na to ogromną ochotę. Wtedy kiedy jest to kolejny z pierwszych razów. Kiedy ociera się krople potu z Mężowskiego czoła. Kiedy sex trwa godzinami i tylko łechtaczka zanurzana na moment w kieliszku delikatnie aromatyzuje alkohol. Czysty sex, przyjemność nie ograniczona konwenansami. Nie sesja, nie służenie, nie dominacja ale sex w najbardziej klasycznym (nie licząc liczby rzecz jasna) wydaniu. I zdjęcia, które mogę robić, zatrzymane w kadrze chwile krzyku i uniesienia. Jest w tym coś zwierzęcego, coś co lubię. Bo niby małżeńskie to łoże ale trochę nas więcej. Uwielbiam kiedy kocha się z inna kobietą, tuż obok. Kiedy Jego oddech i jej mimika świadczą o doznawanej przyjemności. Kiedy zapach w pościeli pozostaje nie własny, ale trochę obcy. I przyjemność w Jego oczach. Ten widok wart jest wielu wyrzeczeń, wart jest oczekiwania. I później te rozmowy długo w noc, kiedy wtuleni w siebie leniwie szukamy słów i dłońmi szukamy ciała obok. I długa, ciepła kąpiel tuż obok, w zasięgu wzroku, w zasięgu głosu. W takich przypadkach zawsze się cieszę, że zdecydowaliśmy się połączyć sypialnię z łazienką w jedną przestrzeń. To był dobry pomysł, choć wówczas nie myślałam, że posłuży nam do takich celów. I wanna, w której spokojnie kąpiel biorą dwie osoby, to także był strzał w dziesiątkę, dziś pięknie procentujący.

Trójkąt to więcej przyjemności. Więcej pracy ale i większa frajda. I tylko gdzieś głęboko mały żal, że mmk pozostanie tylko w sferze fantazji. Żal spływający wraz ze łzą, żłobi ścieżkę smutku, może frustracji. Nadzieją, że kropla drąży skałę nie jest niestety panaceum na moją fantazję. Jeszcze rok, może dwa i odłożę tę fantazję na półkę z tymi, którym termin przydatności do spożycia już minął. Ech, powiększa mi się ta półeczka, powiększa. A może to nie termin przydatności się kończy ale po prostu ‘brak dostępu’? Szkoda tylko, że w tym przypadku kontakt z administratorem nie jest możliwy…

==================

hm... 2006-05-17 11:50:48 81.190.30.42
Jeżeli nie drugi facet to druga kobieta z doczepionym sprzętem... może nie będzie to gorące ale zawsze...

somebody
2006-05-14 17:48:23 212.76.37.136
Nie rozumiem tego, to dla mnie nie do pojęcia i wszystko się we mnie buntuje i krzyczy jak czytam, że mąż nie pozwala Ci na trójkąt MMK. On na twoich oczach bierze inną kobietę tyle razy ile chce a Tobie śmie zabraniać realizacji tej jednej fantazji, o której marzysz od tak dawna!!! Jakie to niesprawiedliwe i egoistyczne! Ty jesteś gotwa zrobić dla niego tak wiele, wycierpieć wszystko i jeszcze więcej...a on??? Zoozo - najszczersze wyrazy współczucia. A małżonek niech czasem wyjdzie poza czubek własnego nosa jeśli naprawdę Cię kocha...pozdrawiam"oburzona czytelniczka"

12 maja 2006

Powrót i oczekiwanie

Kolejne dni poza domem, szkolenie, spotkanie budżetowe a wszystko przetykane telefonami. Z jednej strony nuda, z drugiej czas, żeby marzyć i snuć plany na później. Zaspałam po wczorajszej długiej w noc walce z winami. Zaspałam. Najzwyczajniej w świecie zaspałam i nie pamiętam kiedy mi się zdarzyło poprzednio. I tylko czas się dłuży niemiłosiernie, nawet teraz kiedy już jestem w domu muszę czekać. Czekać aż noc otuli wszystko swoim czarnym płaszczem a Morfeusz zabierze Młodą, zabierze i zaopiekuje się nią do świtu.

A ja czekam. Rozedrgana, miękka i wilgotna. Przed chwilą czułam Jego bliskość tuż pod skórą. Kiedy lizałam Jego dłonie i ssałam palce czułam jak wilgotnieję wiąż bardziej i bardzie. Czułam jak staję się spragnioną swego Pana suką gotową na jedno skinienie dać Mu przyjemność sobą. Oszalałam od dotyku Jego dłoni i słowa, którymi kazał mi być taką do wieczora. Kiedy wstałam soczyste smugi spływały mi po udach. Potem wyszedł z domu, pozostawiając mnie na granicy szaleństwa. Jest dziś smutny, bardzo. Chciałabym zabrać smutek z Jego oczu może właśnie tak, może swoim smutku zechce zadać mi ból, który smutek przegoni. Tak bym chciała móc zrobić to dla Niego, dla mojego Pana.

Zassałam łechtaczkę do bańki na czas Jego nieobecności, żeby była sinopurpurowa i wychylała się na Jego powitanie. Siedząc na łóżku z ugiętymi i rozchylonymi nogami patrzyłam jak nabiera kształtów, jak pręży cię w oczekiwaniu na dotyk. I jednocześnie wyobrażałam sobie jak zgniecie ją między palcami. I to wyobrażenie popchnęło mnie w kierunku spełnienia. Bańka wraz z zaklętym w niej kwiatem kobiecości drgała rytmicznie. Lecz to wciąż było za mało, za mało, żeby pokazać jak bardzo Go pragnę. Ktoś porównał moją „hodowlę pod szkłem” do Róży Małego Księcia. Dziś i ja zobaczyłam ją właśnie taką. Kiedy z każdym skurczem serca odrobina krwi zatrzymywała się w tym zaułku, kiedy płatki nabrzmiewając rozchylały się pokazując Szczyt Wrażliwości. I wtedy zobaczyłam, że moja róża nie ma kolców. Sama więc postanowiłam ją w nie wyposażyć. Uwolniona z pod klosza wzięła głęboki oddech a wtedy moje palce zapięły na rozpulchnionym podciśnieniem ciałku zębatą spinkę do włosów. Normalnie jest ona absolutnie nie szkodliwa ale teraz na tak wrażliwe różowości była jak metalowe igły. Już to zapięcie wywołało kolejne skurcze, ból rozpływał się słodko okrężnymi ścieżkami kiedy zasysałam bańkę wraz z tym maleńkim dodatkiem. Kolejny ruch tłoczka i ból stawał się nieznośny, a z wnętrza spływem ślizgowym wypełzało ze mnie podniecenie. Im bardziej łechtaczka pęczniała w szklanym więzieniu tym mocniej długie zęby krokodylka wbijały się w jej najwrażliwe miejsca. Kolejne zassanie doprowadziło do zetknięcia. Już nie tylko podciśnienie, nie tylko zębata ozdoba ale jeszcze nacisk szkła mieszał mi zmysły. Ale orgazmowi wcale nie chciało się do mnie zawitać…

Dopiero kiedy Pan wsunął we mnie palec zmysły zabrzmiały jak symfoniczna orkiestra pod Jego batutą, a przypływ rozkoszy zalał świat dookoła. Trącany grzbietem dłoni krokodylek podrygiwał zadając ból i przywołując kolejne przypływy. Spełnienie było ciągle krok za mą kiedy poczułam dłoń szarpiącą za włosy. Bez słowa oddałam usta dla pańskiej przyjemności, pęczniejący w nich kutas zapowiedzią był rozkoszy. Wystarczyło, że wsunął się we mnie żebym eksplodowała. A potem z każdym ruchem reakcja łańcuchowa przywoływała kolejne szczyty, z których spadałam w bezdźwięczne doliny przyjemności. Zdjęty krokodylek odebrał mi wzrok, żebym ślepa szukała drogi powrotnej znaczonej spazmami bólu. Jego rozkosz wdzierająca się w mnie i mój krzyk kiedy palce zacisnął na łechtaczce tak mocno, że aż kostki palców zbielały. O tak, tego trzeba mi dziś, bólu, który przerasta moje możliwości. Bólu, który zatopi zwoje szpony w ciele i rozerwie go na strzępy erupcją orgazmu.

Wszechogarniającego. Kiedy puls zamieniał się w skurcz, oddech zamierał a oczy ślepły ja wciąż pragnęłam więcej. Bardziej. Dalej. Poza granice, te świadome i te nieuświadomione. Gdzieś za horyzont człowieczeństwa. Orgazmy wygrywane palcami trącającymi macicę z łoskotem przemierzały moje wnętrze. Wtedy poczułam coś cienkiego i ostrego zagłębiające się w skórę. Nie miałam siły, żeby spojrzeć, cichym krzykiem wyraziłam błaganie o jeszcze. Ale nic z tego. Słyszałam jak odchodzi, kroki milkły na schodach kiedy ja dogorywałam w pożodze. Znowu muszę czekać na czas rozkoszy i bólu, czekać bez słowa skargi. Niech noc już przyjdzie okrywając snem tych, którzy muszą spać żebym ja mogła przyjąć z rąk Pana moją obrożę i klęknąć błagając o przeznaczenie. Czekanie… moja zmora.

10 maja 2006

Rwanie bzu

Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego,
Białego i tego bzowego.

Liści tam - rwetes, olśnienie,
Kwiecia - gąszcz, zatrzęsienie,
Pachnie kropliste po uszy
I ptak się wśrod zawieruszył.

Jak rwali zacietrzewieni
W rozgardiaszu zieleni,
To się narwany więzień
Wtrzepotał, wplątał w gałęzie.

Śmiechem się bez zanosi:
A kto cię tutaj prosił?
A on, zieleń śpiewając,
Zarośla ćwierkiem zrosił.

Głowę w bzy - na stracenie,
W szalejące więzienie,
W zapach, w perły i dreszcze!
Rwijcie, nieście mi jeszcze!

Julian Tuwim



Narwali, naszarpali, nadarli, natargali słowa wymowne, słowa szalone. Jak daleko nam do przyrody - tyle, co słowo. Te same co do bzu do człowieka wypowiedzieć można. Czyż nie byłoby uroczo znaleść się tam, wsród spadających kropli deszczu w dłoniach, które zdzierają wszystko to, czy ciało jest przykryte. W dłoniach, które potrafią potargać włosy i silnym uściskiem wstrząsnąć ciałem całym? Tak, tak i raz jeszcze tak wypowiem. Być zabawką, być kwiatem w męskich dłoniach czekajac na cud. Na jedno małe chodź, na odbierające oddech tulenie, na całą kaskadę emocji obmywającą ciało z trosk codzienności. Być jak bez - w Jego dłoniach, niczym mniej ale i więcej niczym. Być bzem... A potem już tylko wykrzyczane prawie-słowami poety: na stracenie, w szalejące więzienie, w zapach i w dreszcze! Rwijcie, nieście MNIE jeszcze! Jeszcze! Jeszcze! Zanim się dopełni dzień...