27 lutego 2008
Nieużywane dystynkcje
Zewnętrzne oznaki, ozdoby, dystynkcje. Coraz trudniej móc się nimi cieszyć. Młoda coraz bardziej stara się dokonać wglądu do Szuflady Podręcznej w sypialni (co za szczęście, że nie ma jeszcze świadomości istnienia miejsc dużo bardziej zasobnych w Różne-Dziwne-Rzeczy – to zaleta posiadania niedostępnych pomieszczeń). Jeżeli dodać do tego długie dni pracy, weekendy na uczelni, szkolne ferie, jakieś przeziębienie to po prostu brakuje czasu na to, żeby można się było zachłysnąć ulubionymi przyjemnościami. Niebawem będę znowu mogła nosić jawnie mały kawałek srebra, już się cieszę.
26 lutego 2008
Chardonnay Planeta
Alkohol w moim organizmie lubi czynić spustoszenie niestety. Mówią, że trening czyni mistrza, ale wolę raczej stosować metody homeopatyczne – maleńkie dawki trucizny nie tylko nie zabijają, ale wręcz pomagają. Zgodnie z tą metodą dostarczam organizmowi niewielkie próbki w celu stwierdzenia, która kombinacja tej trucizny najbardziej mu odpowiada. Niezagrożone pozostaje miejsce tradycyjnej mieszanki - Gordon’s lub Beefeater w towarzystwie tonicu. Utrzymuje swoją pozycję Jose Cuervo oraz Olmeca zarówno w wersji z cynamon & mandarynką jak i sól & cytryna. Obronił się na pozycji beniaminka John Walker z połówką cytryny. I nagle, niespodziewanie wprost na piedestał, przed wszystkimi innymi wkroczyło wino. No, dobra nie wino tylko -Chardonnay. A żeby już być precyzyjna do bólu to cudo pochodzi z Sycylii, a „popełniono” je w winnicy Francesco Planeta. Rozkosz smakowania tego trunku nie jest do opisania, po prostu nie ma takich słów, nie istnieją. Już sama barwa i konsystencja zbija z nóg. Gęsta, nasycona, ociekająca słońcem. Nic wspólnego z cienkuszowatą barwą płynu pod tytułem zielona herbata. To chardonnay jest po prosu mięsiste w kolorze, głęboko bursztynowe. Ale nic to w porównaniu z rewolucją, w jaką wprawia kubki smakowe. Absolutnie kosmiczna kombinacja smaków. Zaskakująca. Jednym słowem – wino nie ma prawa tak smakować. Jest miękkie i ciepłe, zupełnie nie wyczuwa się w nim elementów przychodzących na myśl na hasło – białe, wytrawne. Jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało przywodzi mi na myśl smak wulkanu z pomarańczą. Aż dziw, że nie słychać cichego syknięcia w zetknięciu z językiem. Niesamowicie ciepłe, mimo, że ma tylko te swoje czternaście stopni, a jednocześnie orzeźwiające. W delikatności smaku zatraca się gdzieś całkowicie prozaiczny alkohol. Absolutnie druzgocące zmysły wszelakie. Ambrozja. Dokładnie tak – ambrozja przez baaardzo duże A. Każda ciężka głowa nazajutrz warta jest spektaklu dnia wczorajszego, każdej jego kropli. Jego Wysokość Planeta Chardonnay 2006. Wiele jestem w stanie zrobić dlań.

25 lutego 2008
Martin Kovalik - kolekcjoner subtelnego uroku
Z jego zdjęć emanuje subtelna aura erotyki, ulotna, wręcz efemeryczna. Zatrzymuje w kadrze oddech odurzającej woni. Mieszanka zawstydzenia i ekshibicjonizmu przysłonięta delikatną pajęczyną szydełkowej woalki. A może to coś więcej? Może to nie woalka ale skraj sukienki albo bluzeczki? Promiemieniująca delikatność w oprawie z nibyubrania. Nieodparte wrażenie podglądania, przyłapania na uchylaniu rąbka tajemnicy...

Zbliżenie. Szkło obiektywu niemal ociera się o wargi. I nie wiadomo czy obecne na nich palce rozchylają podwoje jaspisowej jaskini czy wręcz przeciwnie - wzbraniają do niej dostępu. Obraz jakże zwyczajny, a jednocześnie jakże magiczny. Idealna kompozycja jutrzenki, ktorej blask powoli wydobywa z mroków ciepłej jeszcze nocy zakamarki intymności. Światło powoli przeslizgujące się po skórze, niesmiało przeganiające świeże wspomnienie rozkoszy...

Spelnione oczekiwanie, które mozna uczcić lampką wina. Barwa płynu przywołująca na myśl krew, która jeszcze nie tak dawno wrzala w uniesieniu. Teraz wyciszając się rozpływa się uspokojona po ciele. Dłoń bez drżenia sięgająca po kieliszek wypełniony burgundowym wspomnieniem lata. Długa nóżka kieliszka stająca na straży nietykalności, az do kolejnej nocy, która rozpocznie gra z woalem...

Taki wlasnie potrafi być Martin Kovalik - czarujący, uwodzący, kobiecy...
12 lutego 2008
Wnioski techniczne
Forum. Takie nie dla pruderyjnych typów. Ludzie o liberalnych, żeby nie powiedzieć libertyńskich poglądach. Temat dnia – głębokie gardło (ewolucja od fellatio, przez irrumatio). Dyskusja a i owszem dynamiczna. Tylko jeden zaskakujący wniosek – biorą w niej udział niemal wyłącznie kobiety (nie liczę wypowiedzi męskich w rodzaju ironicznego zawiadomienia w rodzaju poszukuję pani do głębokiego gardła jako wypowiedzi merytorycznych). No zaraz, chwila wygląda na to, że panowie nie mają nic do powiedzenia na temat. I od razu zastanawiam się dlaczego. Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Albo nie mają doświadczeń własnych w temacie albo z męskiego punktu widzenia ten rodzaj aktywności jest zwyczajnie przereklamowany. Jeżeli to drugie to tym bardziej cenna byłaby taka informacja, ponieważ samo opanowanie techniki wymaga trochę pracy więc po cholerę uszczęśliwiać kogoś na siłę, skoro można te energie spożytkować na doznania dające przyjemność obu stronom? Jeśli to pierwsze to pojawiają się kolejne pytania. Dlaczego się z tym nie zetknęli? Z powodu niechęci partnerki/ partnera? Czy może z powodu własnej nieśmiałości? A może w męskiej optyce jest to aktywność o konotacji pejoratywnej, przywodząca na myśl wyłącznie akt przemocy? Krótko mówiąc chęć to może i mieliby, ale nie chcą wyjść na ‘zwierzęta czy innych brutali’. No dobra, a co z tymi, którzy obracają się w kręgu aktywności bdsmowych, w tych kategoriach GG ni byłoby specjalnie agresywną czynnością? Reasumując może GG to rodzaj jednorożca – niby wszyscy o nim wiedzą, mało kto widział a nieliczni spróbowali. A może po prostu kobiety są mniej pruderyjne? A może faceci jednak nie znają (i nie doceniają!) swoich partnerek. Faceci – niezmienna zagadka. dziś
=============
jonasz 2008-02-21 20:39:53 193.239.80.7
potwornie irytujace sa te banery uniemozliwiajace przyczytanie pierwszych wpisow... nie da sie tego zlikwidowac?
... 2008-02-17 12:47:19 78.28.12.134
jest jeszcze trzecia odpowiedź - mężczyźni mają mniejsza potrzebę dzielenia się wrażeniami. Stąd to częsciej kobiece wpisy... Ale postaram sie z własnego doświadczenia napisać dla Ciebie kilka własnych opinii. Nie aspiruję przy tym do wypowiadania się za większosć... ot moje przemyślenia.GG nie jest częsta i popularna praktyką. Zdecydowanie częściej pozostaje tylklo w sferze fantazji. Zarówno dlatego że mężczyzna obawia się zaproponować coś takiego partnerce jak i dlatego że partnerka obawia się taką fantazję realizować (bo przecież nie jest to łatwe)Czy jest to przyjemne? Jest. Dla mnie tym bardziej że poza przyjemnością fizyczną daje jeszcze satysfakcję z tego że partnerka robi to dla mnie. Nie wydaje mi się by była to aktywność o konotacji pejoratywnej, choć z pewnością ma wydźwięk lekkiej perwersji a tym samym może kojarzyć się z czymś wulgarnym, bliskim prostytucji... lecz powiedz sama czy to aby czasem nie wzmaga jeszcze podniecenia? Bo wg mnie wzmaga. :) Z pewnością też kojarzy się z formą przemocy, czy choćby wymuszenia. To jednak w większości także nie powinno przeszkadzać nawet jeśli mężczyzna nie jest świadomym zwolennikiem bdsm. Podsumowując - Nieczęsto mam możliwość doświadczenia czegoś takiego, jesli jednak to się zdarza jest to coś co się pamięta i co się docenia.
=============
jonasz 2008-02-21 20:39:53 193.239.80.7
potwornie irytujace sa te banery uniemozliwiajace przyczytanie pierwszych wpisow... nie da sie tego zlikwidowac?
... 2008-02-17 12:47:19 78.28.12.134
jest jeszcze trzecia odpowiedź - mężczyźni mają mniejsza potrzebę dzielenia się wrażeniami. Stąd to częsciej kobiece wpisy... Ale postaram sie z własnego doświadczenia napisać dla Ciebie kilka własnych opinii. Nie aspiruję przy tym do wypowiadania się za większosć... ot moje przemyślenia.GG nie jest częsta i popularna praktyką. Zdecydowanie częściej pozostaje tylklo w sferze fantazji. Zarówno dlatego że mężczyzna obawia się zaproponować coś takiego partnerce jak i dlatego że partnerka obawia się taką fantazję realizować (bo przecież nie jest to łatwe)Czy jest to przyjemne? Jest. Dla mnie tym bardziej że poza przyjemnością fizyczną daje jeszcze satysfakcję z tego że partnerka robi to dla mnie. Nie wydaje mi się by była to aktywność o konotacji pejoratywnej, choć z pewnością ma wydźwięk lekkiej perwersji a tym samym może kojarzyć się z czymś wulgarnym, bliskim prostytucji... lecz powiedz sama czy to aby czasem nie wzmaga jeszcze podniecenia? Bo wg mnie wzmaga. :) Z pewnością też kojarzy się z formą przemocy, czy choćby wymuszenia. To jednak w większości także nie powinno przeszkadzać nawet jeśli mężczyzna nie jest świadomym zwolennikiem bdsm. Podsumowując - Nieczęsto mam możliwość doświadczenia czegoś takiego, jesli jednak to się zdarza jest to coś co się pamięta i co się docenia.
30 stycznia 2008
Mała czarna
Jedną z tych rzeczy, których nie lubię jest sytuacja, w której mężczyzna pokazuje mi swoją kobietę ale nie pozwala jej dotknąć. Może nawet nie to, że jawnie zabrania, ale z racji łączących nas relacji jest to niepisana zasada. I nie ma znaczenia czy jest to żona czy kochanka, ktorej obraz znam tylko ze zdjęcia. Czy asystentka, która torturuje mnie swoją obecnością na wyciągnięcie ręki. A wszystkie one to filigranowe brunetki, które gotują we nie krew. Czasami trudno mi się powstrzymać, żeby nie przeprowadzić z mężczyznami męskiej rozmowy. Przecież nie zjem tych kobiet, chciałabym je tylko posmakować, pododtykać, popieścić. Niby mężczyźni wolą blondynki, ale brunetek pilnują jak oka w głowie ;). Małą czarną poproszę lekko posypaną cynamonem.
28 stycznia 2008
Lew Tołstoj
"Lekko i bez wysiłku, jednym pchnięciem, otwierają się tylko drzwi do zguby"
Kiedy kładę dłoń na klamce nigdy nie wiem czy otworzą się łatwo czy też trzeba będzie włożyć w to sporo wysiłku. Zaskakujące, że czasami masywne monstra uchylają się jak za dotknięciem różdżki a filigranowo wyglądające wymagają pracy lub sprytu. Ciekawe ile progów przekroczyłam, ile drzwi już otworzyłam i ile zatrzasnęłam za sobą na wieczność. Drzwi. Za nimi inny świat, za nimi tajemnice. Czasami przydałby się klucznik albo po prostu wytrych...
27 stycznia 2008
... (Kiedy mnie pragniesz)
Kiedy mnie pragniesz
ulegam każdej cząsteczce powietrza
drżącej pomiędzy nami
Marta Mazurkiewicz
Knajpiano-atwistyczno-salomonowe
Przyśniła mi się nieoczekiwanie i rozbudziła potrzebę, którą ułożyłam do snu miesiące temu. Najpierw zagrała cichym chiloutem, zaszemrała wielobarwnym głosem ludzi, zapachniała dymem i cytryną gdzie niegdzie zaakcentowanym mocnym zapachem perfum. Potem otworzyła przede mną drzwi, za którymi gwar nabierał twarzy i życia. Emocje krystalizowały się w oddechach, a prąd płynął między dotykającymi się palcami. Lekcja fizyki i chemii w praktyce. Mogłabym tak siedzieć godzinami. Po prostu siedzieć i chłonąc otoczenie przez skórę. Sycić się Nocnym Życiem Miasta. To jest to, czego mi brakuje. I nie chodzi wcale o to, żeby coś skonsumować. To nie potrzeba „mieć” tylko „być”. Kolejna noc i kolejne drzwi, które otwiera przede mną Pani Noc. A potem jeszcze jedne. Narastająca tęsknota…
Miałam całkiem inne plany na wieczór, z żalem odrzuciłam propozycję spotkania się z Ludźmi, z którymi spotkałabym się z największą przyjemnością. Ale… No właśnie… Było już późno… a ja byłam w Mieście. Wiedziałam, że siedzą tam wśród wszystkich symptomów Nocnego Życia. I poszłam tam Musiałam pójść. Cudowny wieczór, bez jednego grama alkoholu, na który tak bardzo miałam ochotę. Takie zasady BHP ustalone z Panią Nocą – ona pozwala mi napawać się atmosferą, a ja przyjeżdżam samochodem, żeby nie przekroczyć magicznej granicy. Jestem Kopciuszkiem, który co prawda nie gubi pantofelka, ale ma swoją karocę, wyczarowaną z dyni. Trywialny, namacalny element życia, które jest poza Nocnym Życiem. Papieros, kto trzymam w palcach przez cały wieczór jest symbolem tego, co mogę czuć, widzieć, wąchać a czego nie wolno mi posmakować. Tym razem nie stracił wypełniającego go tytoniu. Hołubiłam go w palcach jak najcenniejszy z klejnotów, odsuwałam od siebie jak zarazę, której potrafiłam się oprzeć. To kolejny cichy układ z Panią Nocą. Przedmiot, który pozwala mi się nie zapomnieć. Jest jak okruszki rzucane przez Jasia i Małgosię, jak nić Ariadny. Ale mnie potrzebny nie po to, żeby wrócić do domu, ale po to, żeby nie wejść w Mrok. Pragnienie zadurzenia się upojną wonią Nocy jest we mnie tak duże, że potrafiłabym się zapomnieć. To bardzo silny głód, namacalny, konkretny. Płomień, którego pragnę, spopieliłby mnie w mgnieniu oka, a nie wiem czy feniks we mnie potrafiłby się odrodzić do życia poza Nocą. Nie chcę próbować. Prośba o papierosa nie zawsze jest prośbą o ogień. Bo o to chodzi, żeby gonić Ogniczka…
Powrót do rzeczywistości. Zdejmuję z siebie ubranie, z każdym skrawkiem materiału odkładam świeże jeszcze wspomnienie gościny u Pani Nocy poza zasięg fizyczności. Woda zmyje te drobiny, które przedarły się aż do skóry i oblepiły ją lubieżnymi oddechami. Zdejmuję z siebie zawieszone w kroplach potu spojrzenia i rozmowy, powitalno-pożegnalne buziaki i uściski, zapach prochu. Wyjałowioną cielesność składam w pościeli. Budzi mnie gorący oddech na karku i woń męskiego pożądania. Atawistyczna, odwieczna męska żądza znaczenia terytorium. Bezceremonialnie posiadł moje ciało, wyganiając z wnętrza te drobiny Nocy, które oparły się kąpieli. Samczo bezwzględny, władczy i nieznoszący sprzeciwu napełnia mnie sobą, dezynfekuje spermą i piętnuje swoim zapachem. Dopiero teraz jestem czysta. Dopiero teraz czuję się czysta. To spowiedź i rozgrzeszenie w jednym akcie. Zwierzęca siła przeciw bezradności. Najbardziej pierwotne z praw dominacji. Może właśnie dla takich poranków tak bardzo pożądam Nocy.
Ten wieczór, noc i poranek były jak krótkie wakacje w raju. Kiedyś znowu odwiedzę Panią Noc i powrócę z jej objęć, żeby odnaleźć swoje miejsce u boku Pana Męża. Życie na krawędzi. Mieć i nie mieć zarazem. Być i nie być. Ale móc i chcieć, oto klucz to życia na krawędzi światów.Salomon powiedział „Jeśli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku Twoje nie było”. Kocham wracam.
Miałam całkiem inne plany na wieczór, z żalem odrzuciłam propozycję spotkania się z Ludźmi, z którymi spotkałabym się z największą przyjemnością. Ale… No właśnie… Było już późno… a ja byłam w Mieście. Wiedziałam, że siedzą tam wśród wszystkich symptomów Nocnego Życia. I poszłam tam Musiałam pójść. Cudowny wieczór, bez jednego grama alkoholu, na który tak bardzo miałam ochotę. Takie zasady BHP ustalone z Panią Nocą – ona pozwala mi napawać się atmosferą, a ja przyjeżdżam samochodem, żeby nie przekroczyć magicznej granicy. Jestem Kopciuszkiem, który co prawda nie gubi pantofelka, ale ma swoją karocę, wyczarowaną z dyni. Trywialny, namacalny element życia, które jest poza Nocnym Życiem. Papieros, kto trzymam w palcach przez cały wieczór jest symbolem tego, co mogę czuć, widzieć, wąchać a czego nie wolno mi posmakować. Tym razem nie stracił wypełniającego go tytoniu. Hołubiłam go w palcach jak najcenniejszy z klejnotów, odsuwałam od siebie jak zarazę, której potrafiłam się oprzeć. To kolejny cichy układ z Panią Nocą. Przedmiot, który pozwala mi się nie zapomnieć. Jest jak okruszki rzucane przez Jasia i Małgosię, jak nić Ariadny. Ale mnie potrzebny nie po to, żeby wrócić do domu, ale po to, żeby nie wejść w Mrok. Pragnienie zadurzenia się upojną wonią Nocy jest we mnie tak duże, że potrafiłabym się zapomnieć. To bardzo silny głód, namacalny, konkretny. Płomień, którego pragnę, spopieliłby mnie w mgnieniu oka, a nie wiem czy feniks we mnie potrafiłby się odrodzić do życia poza Nocą. Nie chcę próbować. Prośba o papierosa nie zawsze jest prośbą o ogień. Bo o to chodzi, żeby gonić Ogniczka…
Powrót do rzeczywistości. Zdejmuję z siebie ubranie, z każdym skrawkiem materiału odkładam świeże jeszcze wspomnienie gościny u Pani Nocy poza zasięg fizyczności. Woda zmyje te drobiny, które przedarły się aż do skóry i oblepiły ją lubieżnymi oddechami. Zdejmuję z siebie zawieszone w kroplach potu spojrzenia i rozmowy, powitalno-pożegnalne buziaki i uściski, zapach prochu. Wyjałowioną cielesność składam w pościeli. Budzi mnie gorący oddech na karku i woń męskiego pożądania. Atawistyczna, odwieczna męska żądza znaczenia terytorium. Bezceremonialnie posiadł moje ciało, wyganiając z wnętrza te drobiny Nocy, które oparły się kąpieli. Samczo bezwzględny, władczy i nieznoszący sprzeciwu napełnia mnie sobą, dezynfekuje spermą i piętnuje swoim zapachem. Dopiero teraz jestem czysta. Dopiero teraz czuję się czysta. To spowiedź i rozgrzeszenie w jednym akcie. Zwierzęca siła przeciw bezradności. Najbardziej pierwotne z praw dominacji. Może właśnie dla takich poranków tak bardzo pożądam Nocy.
Ten wieczór, noc i poranek były jak krótkie wakacje w raju. Kiedyś znowu odwiedzę Panią Noc i powrócę z jej objęć, żeby odnaleźć swoje miejsce u boku Pana Męża. Życie na krawędzi. Mieć i nie mieć zarazem. Być i nie być. Ale móc i chcieć, oto klucz to życia na krawędzi światów.Salomon powiedział „Jeśli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku Twoje nie było”. Kocham wracam.
10 stycznia 2008
38
Kreska na ścianie, w metryce rok – pojawiły się i zniknęły równie szybko. Zawodowy był to rok, niemal wyłącznie zawodowy. Czasami jednak muszę wybierać, jak w tym przypadku. Płacę za to czasem, który przestaje być wolny. Płacę przyjemnościami, które staja się tylko wspomnieniem. Płacę cząstkami siebie, które popadają w niebyt rozpryskując się atomy. Gdzieś głęboko ukryty głos dopinguje, a ten drugi, cichy staje się jeszcze cichszy i pozwala się zagłuszyć. I znów demon, któremu na imię ambicja podszeptuje swoje niecne plany, nęci wizjami tak realnymi, że wydaj się, że wystarczy po nie wyciągnąć rękę. Rozmowy, które prowadzę, eskalacja wymagań z jednej strony i oczekiwać z drugiej. I tylko w tym wszystkim zatraca się moje wewnętrzne ja zbudowane z małych pragnień. Z małych przyjemności, które potrafią przenosić w niebu. Zagubiłam gdzieś maleńki kawałek srebra, który pozwalał mi nie zapominać o tym, kim jestem. Tam, w środku. Przestałam być zbiorem uporządkowanych elementów, stałam się siedliskiem wolnych elektronów, z których każdy żyje własnym życiem. Zgubiłam amulet życia. Potrzebuję go. Tak bardzo.
6 stycznia 2008
Przepis na udany weekend
Uczestników co najmniej dwójka (płci dowolnej), duże łóżko, duża wanna, płonący kominek, wyłączone telefony, pusty dom, sex, sen, posiłek, sex, kąpiel w masie piany, afrodyzjaczek, sex, sen. Powtarzać w dowolnej kolejności aż do zmęczenia materiału. Dziecko nauczy się jeździć na nartach, a ja przyjrzę się z bliska kolejnemu obliczu cielesnych przyjemności…
4 stycznia 2008
AvP2
Nawet będąc na takim głodzie S-F na jakim jestem od dłuższego czasu nie da się obejrzeć tego czegoś (film to za dużo powiedziane!!) bez popadania w załamanie nerwowe. No tak zeszmacić i podszyć tandetą pięknego, seksownego i błyszczącego Obcego to nikt inny nie byłby w stanie. Scenariusza i fabuły bram, gry aktorskiej nie widziała, scenografia zerowa, a sposób poruszania się zwinnego i szybkiego dotychczas Obcego porównywalny z gracją gumowych potworów w filmach S-F z lat sześćdziesiątych. Zdecydowany numer jeden na liście gniotów wszech czasów. Żadna zła recenzja jaką czytałam gdziekolwiek nie oddaje beznadziejności, którą reprezentuje ta produkcja. Jedno wielkie błeee.
1 stycznia 2008
Sexowne bąbelki...
Nie ma jak noworoczny sex po paru lampkach bąbelków. O tak, to jest to, co tygryski lubią bardzo. Mraaauuuu. A potem przeogromna dawka snu w ciszy… Cisza to taki stan kiedy w domu nie słychać odgłosów kreskówkowych, śpiewanych piosenek, tupania na schodach i innego porannego skradania się (krótko mówiąc Młoda na imprezie poza domem). REWELACJA! Już zapomniałam jak to pięknie smakuje.No to sobie i innym życzę dużo (nie)skrępowanego sexu w nadchodzącym roku. Oj duuużo.
31 grudnia 2007
Paranoja technologiczna
Oszaleć można z tym "nowym, lepszym" panelem administracyjnym. No, bo jak nazwać sytuację, kiedy połowa napisanego tekstu z bliżej nieokreślonej przyczyny nie raczy się wyświetlić?? Kombinacje alpejskie ze zmianą korou czcionki aż się nóż w kieszeni otwiera. Zaglądam na stronę główną, a tam jakaś nibydebata na tematy od czapy! I to w imię tego, pseudopostępu? Nie dość, że spaprali portal robiąc go bezpłatnym to jeszcze zamienili sprawnie działające, proste mechanizmy na wydumane nie-wiadomo-co, które na dodatek nie działa jak powinno. Wpisanie urla jak pan bóg przykazał nie jest strwne dla tego nowego powalonego panelu, konieczne jest użycie ikonki, która działa jakby chciała i nie mogła. W sumie to przeniesienie się na inną platformę ma w tej chwili coraz więcej sensu. W końcu czy uczyć się nowych klocków tu czy gdzieś indziej jeden czort. Gdybym tylko miała pewnośc, że przeprowadzka nie wywali w kosmos całego archiwum zrobiłabym to bez wahania. Wkurzyli mnie ci tutaj na maxa.
30 grudnia 2007
Wladimir Fernandes Junior
Jedne z najpiękniejszych aktów, jakie kiedykolwiek widziałam. Z mistrzowskim wyczuciem nakreślona granica między ciałem na pierwszym planie i rozmytą, drugoplanową, ulotną duszą. Aksamitna gładkość skóry niezmącona nawet jednym drżeniem od chłodnego oddechu wiatru. Emanująca ciepłem doskonałość kryjąca się przed łzami chmur pod delikatną powłoką parasola. Przemykając między nimi, uciekająca. Odziane w idealnie czarne pantofelki stopy wystukujące bicie serca na kocich łbach. Zachłanne sięganie murów – jakby te mogły stanowić osłonę, azyl. Skulone ciało – miękkie i soczyste w kontraście z chłodnym i śliskim brukiem i chropowato niedostępną ścianą obcego budynku. Niechciane. Niezauważone. Aż proszące się, żeby wziąć je w ciepłe dłonie, otulić oddechem, zaróżowić wargami. Przepiękna, poetycka słodycz. Parafrazując strofę z Fortepianu Szopena Norwida - Ideał, Który Sięgnął Bruku… Sięgnął i oparł się nieczułemu, zimnemu kamieniowi.
A wszystko to za sprawą Brazylijczyka o rosyjskim imieniu - Wladimir Fernandes Junior


A wszystko to za sprawą Brazylijczyka o rosyjskim imieniu - Wladimir Fernandes Junior


29 grudnia 2007
Około-po-świąteczno-rodzinno-popularnonaukowo
Zawsze wydawało mi się, że potrafię tego uniknąć, ale niestety byłam w błędzie. Przychodzi taki dzień, że człowiek zostaje obdarowany najbardziej popapranym prezentem w życiu i słowo prezent traci swoje pozytywne konotacje. Przestaje być miłą niespodzianką albo też z dawna oczekiwanym drobiazgiem. Staje się czarną rozpaczą w najgorszym z możliwych wydań. Tym bardziej, że ten, kto go ofiarowuje robi to ze świętym przekonaniem dobrze spełnionego obowiązku. Do jasnej cholery lepiej odpuścić sobie niż dawać coś, co nie wywoła jednej pozytywnej myśli. Szlag. Błee. Przy okazji kina familijnego spotkałam się dziś z pytaniami z zakresu rozmnażania homo sapiens. A to spora sztuka odpowiedzieć w jednym zdaniu siedmiolatce co to jądra, pochwa, obrzezanie i dlaczego kobieta która rodzi mówi, że to boli. Ja mogę bez problemu i to nawet dość dokładnie, ale nie w jednym zdaniu! Jak dla mnie temat wymaga poświęcenia mu nieco więcej uwagi. Nie mniej jednak chyba się udało. Co prawda wyjaśnienie istoty obrzezania zaskutkowało pytaniem czy dziewczynkom też się to robi. No i tu się zawahałam, bo w pierwszym odruchu odpowiedziałam, że nie, ale po chwili zastanowienia pomyślałam o klitoridektomii. A tu trzeba byłoby o uwarunkowaniach kulturowych i geograficznych - sorry, nie da się w jednym zdaniu. Więc póki co wersja skrócona.
Świat się zmienia. Ja w jej wieku nie słyszałam nawet słowa obrzezanie, nie mówiąć o tym, że do dziś nie widziałam na żywo (znaczy efektu, zresztą procesu też nie, ale to mnie mniej interesuje). Przetworzenie fizjologii i anatomii płciowej na wersję dla siedmiolatków to spore wyzwanie. Tym bardziej, jak się ma w pamięci, że wyjaśnienie pięciolatce terminu cesarskie cięcie zaskutkowało zabawą w inscenizację w/w kilka dni później, w przedszkolu. Wolałabym nie wylądować u dyrektora na dywaniku za analogiczne przedstawienia szkolne na temat klitoridektomi. Powiedzenie ‘obyś cudze dzieci uczył’ to nic w porównaniu z uczeniem własnej pociechy. Trzeba się pięć razy nad każdym słowem zastanowić.
Świat się zmienia. Ja w jej wieku nie słyszałam nawet słowa obrzezanie, nie mówiąć o tym, że do dziś nie widziałam na żywo (znaczy efektu, zresztą procesu też nie, ale to mnie mniej interesuje). Przetworzenie fizjologii i anatomii płciowej na wersję dla siedmiolatków to spore wyzwanie. Tym bardziej, jak się ma w pamięci, że wyjaśnienie pięciolatce terminu cesarskie cięcie zaskutkowało zabawą w inscenizację w/w kilka dni później, w przedszkolu. Wolałabym nie wylądować u dyrektora na dywaniku za analogiczne przedstawienia szkolne na temat klitoridektomi. Powiedzenie ‘obyś cudze dzieci uczył’ to nic w porównaniu z uczeniem własnej pociechy. Trzeba się pięć razy nad każdym słowem zastanowić.
25 grudnia 2007
Wspomnienie twoich rąk
Kiedy wspomnę pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki
na sosnowej półce
Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona
Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręką usta
Nie mogę przecież krzyczeć
Małgorzata Hillar
Są takie wspomnienia, które chciałabym na wieczność zatrzymać w zakamarkach pamięci. Są takie dotyki, które równie mocno chciałabym wyrwać z korzeniami z miejsc, w których tkwią. Te same dłonie potrafią wykreować tak różne doznania…
Czy gdybym pozbyła się niechcianych przebłysków czasów minionych byłabym szczęśliwsza? A co, gdybym wraz z nimi utraciła te, których tchnienie po prostu mieć muszę? Nie warto. Tylko dlaczego tak trudno jest zapomnieć…
Staje czasami wśród ludzi mijających mnie i zasłaniam usta. To takie ludzkie. A może bez tego, co boli byłabym mniej ludzka?
Niech wspomnienia tych wszystkich dotyków, które rozpalały żądze zasłonią te mniej pożądane. Właśnie tak – do pierwszego szeregu poproszę Palce, Dłonie i Usta, które potrafią przenosić góry, zatrzymać czas i tworzyć magię. Gdziekolwiek się znajdą. Karuzela wspomnień niech wiruje.
22 grudnia 2007
Pobożne...
Od Mikołaja, bynajmniej nie świętego, poproszę duże pudło wolnego czasu i kochankę pod choinkę. No dobra, niech będzie jeszcze rózga do pełni szczęścia.
Perspektywa końca roku trochę mnie zniechęca do życia, chciałabym włączyć pauzę, albo przelecieć ten kawałek na zwolnionych obrotach. Zanim się otrząsnę z nawału pracy miną i święta, i sylwester, i moje urodziny. Tak, tak, złapię pierwszy oddech gdzieś koło walentynek dopiero.
Perspektywa końca roku trochę mnie zniechęca do życia, chciałabym włączyć pauzę, albo przelecieć ten kawałek na zwolnionych obrotach. Zanim się otrząsnę z nawału pracy miną i święta, i sylwester, i moje urodziny. Tak, tak, złapię pierwszy oddech gdzieś koło walentynek dopiero.
21 grudnia 2007
Christmas party
Fraza, która za czasów korporacji nabrała odcienia obowiązku, a za czasów fabryki obowiązku do kwadratu (tyle, że w fatalnym kiczowato-wieśniackim wyglądzie). Wczoraj przywrócony został jej pierwotny charakter. Oczyszczona ze sztuczności, blichtru przerośniętego ego organizatorów, pompatyczności i łaski zarządzających została tym, czy była pewnie kiedyś w pierwotnym zamyśle. Z pracowniczej/ firmowej wigilii czy anglezowanego christmas party zostało to, co najlepsze – party. Zamiast sztywnej i nadętej ‘zasiadanej’ kolacji z przemowami, pseudokonkursów organizowanych przez wyspecjalizowanych ‘wodziryjów’ trzy razy W – Wolny parkiet – Wolny mikrofon – Wolny bar. Ludzie potrafią się bawić, oj potrafią – wystarcz im nie przeszkadzać.
No, nie powiem była część oficjalna, ale tak przyjaznej oficjalności życzyłabym sobie zawsze. Było wręczanie nagród (taka branża – wciąż jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam), ale były też słowa uznania, wywołanie z ‘imia i nazwiska’, cmok w mankiet i róża dla tych, o których się zazwyczaj nie myśli czy tak zwanych służbach pomocniczych kosztotwórczych – księgowe, sekretarki, recepcjonistki. Dziewczyny wzruszone do niemożliwości, Prezio urośnięty też do niemożliwości. Grunt, że było miło.
A potem już tylko pogaduchy, drinusie, tańce i śpiewance. Serio doskonała impreza. Lokal – palce lizać (nie wiem tylko dlaczego w toalecie były ostrzeżenia proszę się nie wychylać wiszące na atrapach okien, no ale co kraj to obyczaj). Ubawiłam się serdecznie. A gremialnie chóralne wykonanie „Baranka” w charakterze karaokowych szranków przejdzie chyba do historii. Tak czy owak zachrypnięta jestem, a i owszem. Do biura dotarłam około 10 a i tak byłam jedną z pierwszych. Delikatny ‘afterek’ przy kuchennym stole, na którym królowały wynalazki uzupełniające elektrolity trwał prawie do dwunastej. Ale w miłym towarzystwie to i kac nie straszny. Czego i innym życzę.
No, nie powiem była część oficjalna, ale tak przyjaznej oficjalności życzyłabym sobie zawsze. Było wręczanie nagród (taka branża – wciąż jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam), ale były też słowa uznania, wywołanie z ‘imia i nazwiska’, cmok w mankiet i róża dla tych, o których się zazwyczaj nie myśli czy tak zwanych służbach pomocniczych kosztotwórczych – księgowe, sekretarki, recepcjonistki. Dziewczyny wzruszone do niemożliwości, Prezio urośnięty też do niemożliwości. Grunt, że było miło.
A potem już tylko pogaduchy, drinusie, tańce i śpiewance. Serio doskonała impreza. Lokal – palce lizać (nie wiem tylko dlaczego w toalecie były ostrzeżenia proszę się nie wychylać wiszące na atrapach okien, no ale co kraj to obyczaj). Ubawiłam się serdecznie. A gremialnie chóralne wykonanie „Baranka” w charakterze karaokowych szranków przejdzie chyba do historii. Tak czy owak zachrypnięta jestem, a i owszem. Do biura dotarłam około 10 a i tak byłam jedną z pierwszych. Delikatny ‘afterek’ przy kuchennym stole, na którym królowały wynalazki uzupełniające elektrolity trwał prawie do dwunastej. Ale w miłym towarzystwie to i kac nie straszny. Czego i innym życzę.
15 grudnia 2007
Pędzel miłości
"Pędzel miłości. Penis – życie i twórczość" autorstwa Bo Coolsaet’a
Jeden z nielicznych przypadków, kiedy o sprawach ogólnie nazywanych „tymi sprawami” autor opowiada nie tylko w sposób przyswajalny dla zwykłego człowieka, ale wręcz bardzo zajmująco. Ciekawa jest już formuła książki – nie monolog przeładowany terminologią medyczna, nie felietony, ale korespondencja faksowo-listowa oraz zapisy rozmów. Tak, właśnie dialog między dwoma mężczyznami, z których jeden jest klasycznym posiadaczem i użytkownikiem penisa, a drugi dodatkowo uznanym urologiem. Forma pytań zadawanych przez użytkownika, jego drążenie tematu sprawia, że temat wciąga zarówno udzielającego odpowiedzi, jak i czytelnika.
Kopalnia wiedzy na temat anatomii. Nigdy nie przypuszczałam, że do erekcji ‘przykłada palce’ aż tyle mięśni. Bo to i dźwigacz jądra, i mięsień opuszkowo-jamisty, i kulszowo-jamisty, i opuszkowo-gąbczasty. Przede wszystkim jednak informacja na temat ćwiczeń mięśni przepony miednicy (taki odpowiednik kobiecego Kegla). Krótko mówiąc jak wykorzystać korki na ulicach do efektywniejszego korzystania z własnego sprzętu , a docelowo zwiększenia zadowolenia z seksu zarówno penisoposiadacza jak i jego partnerki czy partnera. Opowieści o fascynującej (moim zdaniem) fizjologii wytrysku – odruchy warunkowe i bezwarunkowe zadające kłam teoriom powstrzymywania wytrysku siła woli (zwłaszcza metodą myślenia o czymś innym i aseksualnym). Co można, to można, ale na odruchy bezwarunkowe nie ma mocnych – czysta żywa fizjologia. Garść informacji na temat tego komu i do czego prostata potrzebna. I wiele innych ciekawostek.
Formuła książki pozwala połknąć ją niemal za jednym zamachem ze względu na swoją lekkostrawność. Interesująca z punktu widzenia kobiety, ale facet znający swojego penisa ‘od małego’ znajdzie tu informację, które go zaskoczą.
Jeden z nielicznych przypadków, kiedy o sprawach ogólnie nazywanych „tymi sprawami” autor opowiada nie tylko w sposób przyswajalny dla zwykłego człowieka, ale wręcz bardzo zajmująco. Ciekawa jest już formuła książki – nie monolog przeładowany terminologią medyczna, nie felietony, ale korespondencja faksowo-listowa oraz zapisy rozmów. Tak, właśnie dialog między dwoma mężczyznami, z których jeden jest klasycznym posiadaczem i użytkownikiem penisa, a drugi dodatkowo uznanym urologiem. Forma pytań zadawanych przez użytkownika, jego drążenie tematu sprawia, że temat wciąga zarówno udzielającego odpowiedzi, jak i czytelnika.Kopalnia wiedzy na temat anatomii. Nigdy nie przypuszczałam, że do erekcji ‘przykłada palce’ aż tyle mięśni. Bo to i dźwigacz jądra, i mięsień opuszkowo-jamisty, i kulszowo-jamisty, i opuszkowo-gąbczasty. Przede wszystkim jednak informacja na temat ćwiczeń mięśni przepony miednicy (taki odpowiednik kobiecego Kegla). Krótko mówiąc jak wykorzystać korki na ulicach do efektywniejszego korzystania z własnego sprzętu , a docelowo zwiększenia zadowolenia z seksu zarówno penisoposiadacza jak i jego partnerki czy partnera. Opowieści o fascynującej (moim zdaniem) fizjologii wytrysku – odruchy warunkowe i bezwarunkowe zadające kłam teoriom powstrzymywania wytrysku siła woli (zwłaszcza metodą myślenia o czymś innym i aseksualnym). Co można, to można, ale na odruchy bezwarunkowe nie ma mocnych – czysta żywa fizjologia. Garść informacji na temat tego komu i do czego prostata potrzebna. I wiele innych ciekawostek.
Formuła książki pozwala połknąć ją niemal za jednym zamachem ze względu na swoją lekkostrawność. Interesująca z punktu widzenia kobiety, ale facet znający swojego penisa ‘od małego’ znajdzie tu informację, które go zaskoczą.
14 grudnia 2007
Prezentem w blog
No i zaczyna się nauka na nowo, bo się adminom usprawnień zachciało. Niby wiem, że postęp i te rzeczy, ale jeśli chodzi o techniczną stronę pisacielstwa to wolę wiedzieć co się gdzie znajduje i jak działa. A tak będę zmuszona parę razy kliknąć tu i ówdzie zanim się rozeznam w nowej wirtualnej rzeczywistości. Mam tylko cichą nadzieję, że w tym przypadku lepsze nie będzie wrogiem dobrego. Nie ma co narzekać – zakasać rękawy i do zapoznania się z nową materią odmaszerować. Na razie widze, zednia czcionak nie jest możliwa do używania niestety, a jednicześnie w ramach udogodnień za każdą notką konieczne jest ustawianie czcionki. No dla mnie bomba - przepadam za uszczęsliwianiem na siłę. Zamiast takich pierdół dołożyliby edytor wyłapujący brakujące ogonki w ęćkach i ąćkach. Wrrrr.
Subskrybuj:
Posty (Atom)