27 maja 2008
Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu
Podsumowanie nie jest dostępne.
Kliknij tutaj, by wyświetlić tego posta.
26 maja 2008
Pod górkę ;)
Górski temat – przypomniany w rozmowie. Odżyły dziwne wspomnienia i zdarzenia. Wschód słońca na Śnieżce, spacerek po Chochołowskiej o piątej rano czy wreszcie zjazd na lawinie z Zawratu. Jakieś zdjęcia pod Ornakiem, jakieś zapiski, osoby i myśli. Nie brakowało mi tego przez lata, przez dwadzieścia lat a teraz zatęskniłam. Do ciężkiego śpiwora (te dzisiejsze mieszczą się w kieszeni niemal), do plecaka ze stelażem (ktoś to jeszcze pamięta – szczyt marzeń to był swego czasu), do pionierek, które służyły przez lata. Do czasów, kiedy na szlaku przez parę godzin można było nie spotkać żywej duszy. Do schroniskowej atmosfery. To wszystko miało swój urok, czy ma go jeszcze dziś? Nie wiem. W planach na 1989 miałam zapisane – zobaczyć wschód słońca na Rysach – nie zrealizowane do dziś. I raczej takie już pozostanie. Taka własna rysa na Rysach.
Swoją drogą zawsze bardziej mnie pociągały wschody słońca niż kiczowate w wyrazie zachody (zwłaszcza te na plaży z zarysem palm).
Swoją drogą zawsze bardziej mnie pociągały wschody słońca niż kiczowate w wyrazie zachody (zwłaszcza te na plaży z zarysem palm).
24 maja 2008
Rozmowa liryczna
- Powiedz mi jak mnie kochasz.
- Powiem.
- Więc?
- Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec.
Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
I gdy jajko roztłukujesz ładnie
- nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
I na końcu ulicy. I na początku.
I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.
W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.
Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
I wiosną, kiedy jaskółka przylata.
- A latem jak mnie kochasz?
- Jak treść lata.
- A jesienią, gdy chmurki i humorki?
- Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.
- A gdy zima posrebrzy ramy okien?
- Zimą kocham cię jak wesoły ogień.
Blisko przy twoim sercu. Koło niego.
A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.
Konstanty Ildefons Gałczyński
Jej własnie mogłabym wyszeptać tę dedykację. Jej własnie. Tak bliskiej i ciału, i duszy osobie. I tylko zrobić tego nie chcę, bo wciąż próbuję się nie zakochać. Zadurzam się w jej aurze, spijam słowa z warg rozchylonych rozkosznie, których wzbraniam sobie tknąć. Kolekcjonuje jej uśmiechy i zapachy, smakuję kawę jej dłonią podaną - ja, która kawy nie pijam. Nie chcę się zakochać, kobiety bolą tak bardzo i tak głęboko...
Barebacking nie dla mnie
Kolejna angielska nazwa - barebacking - określajaca zachowania trywialnie nazywane działaniem bez głowy. Co to dokładnie? Ano celowe narażanie się na ryzyko przez podejmowanie licznych kontaktów seksualnych, z przypadkowymi partnerami i bez zabezpieczeń. Dodać należy, że nie jest to efekt niewiedzy ale podejmowanie celowych działań przez osoby w pełni świadome zagrożenia (AIDS, choroby przenoszone drogą płciową itd). Zjawisko obserwowane najczęściej wśród homoseksualnych mężczyzn, ale nie tylko (skłonność do barebackingu jest bardziej charakterystyczna dla mężczyzn niż dla kobiet, stąd polaryzacja w kierunku homoseksualistów).
Nazwanie zjawiska to jedno, mnie raczej zastanawia co popycha takich ludzi do działań, w dłuższej perspektywie - przeciwko własnemu organizmowi. Adrenalinka podobna rosyjskiej ruletce? Uda się wyjść cało czy też nie z przygody? Bo trudno mi uwierzyc, że chodzi o świadome lekceważenie zagrożenia w rodzaju jadę powoli więc nie muszę zapinać pasów bezpieczeństwa w samochodzie.
Nie powiem, kategoria "sex z nieznajomym/nieznajomą" dla mnie także jest silnym afrodyzjakiem. Ale co innego mieć fantazję, a co innego ja skonsumowac. W tym przypadku pozostanę jednak na głodzie, bo szacunej ewentualnych kosztów za możliwą (co nie znaczy pewną) przyjemność nie wychodzi na korzyść realizacji fantazji. Dziękuję, nie jadam "fast-fuu-dów'.
Nazwanie zjawiska to jedno, mnie raczej zastanawia co popycha takich ludzi do działań, w dłuższej perspektywie - przeciwko własnemu organizmowi. Adrenalinka podobna rosyjskiej ruletce? Uda się wyjść cało czy też nie z przygody? Bo trudno mi uwierzyc, że chodzi o świadome lekceważenie zagrożenia w rodzaju jadę powoli więc nie muszę zapinać pasów bezpieczeństwa w samochodzie.
Nie powiem, kategoria "sex z nieznajomym/nieznajomą" dla mnie także jest silnym afrodyzjakiem. Ale co innego mieć fantazję, a co innego ja skonsumowac. W tym przypadku pozostanę jednak na głodzie, bo szacunej ewentualnych kosztów za możliwą (co nie znaczy pewną) przyjemność nie wychodzi na korzyść realizacji fantazji. Dziękuję, nie jadam "fast-fuu-dów'.
23 maja 2008
Julian Tuwim
"Żyj tak, aby znajomym zrobiło się nudno, gdy umrzesz."
Tak właśnie zamierzam, inaczej po cóż byłoby tyle trudu :). Znajomi, wszyscy ci, których kiedykolwiek poznaliśmy? Czy może wszyscy ci, którzy warci są zapamiętania. A może ci, którzy mogliby ze znajomych przerodzić się w przyjaciół. Przyjaciele - Ludzie Którzy Wiedzą. I nie ma znaczenia kiedy ostatnio się z nimi rozmawiało, wczoraj, rok temu, pięć czy dwadzieścia lat wstecz. Zawsze możesz wpaść i powiedzieć cześć, odpowiedzą jakbyśmy się nie widzieli od... wczoraj. Żyć ciekawie, to ważne. Żyć tak, żeby mieć z tego przyjemność.
Właśnie tak. Nie, żeby płakali po mnie ale właśnie wpomnieli, że cokolwiek o mnie nie mówic to jedno trzeba przyznać - ze mną nie sposób było się nudzić. Dobra i złe chwile i zdarzenia ulotne być mogą, ale to, co bywało interesujace i ciekawe - zostanie zawsze w zakamarkach pamięci. Ku pamięci zatem :)
Tak właśnie zamierzam, inaczej po cóż byłoby tyle trudu :). Znajomi, wszyscy ci, których kiedykolwiek poznaliśmy? Czy może wszyscy ci, którzy warci są zapamiętania. A może ci, którzy mogliby ze znajomych przerodzić się w przyjaciół. Przyjaciele - Ludzie Którzy Wiedzą. I nie ma znaczenia kiedy ostatnio się z nimi rozmawiało, wczoraj, rok temu, pięć czy dwadzieścia lat wstecz. Zawsze możesz wpaść i powiedzieć cześć, odpowiedzą jakbyśmy się nie widzieli od... wczoraj. Żyć ciekawie, to ważne. Żyć tak, żeby mieć z tego przyjemność.
Właśnie tak. Nie, żeby płakali po mnie ale właśnie wpomnieli, że cokolwiek o mnie nie mówic to jedno trzeba przyznać - ze mną nie sposób było się nudzić. Dobra i złe chwile i zdarzenia ulotne być mogą, ale to, co bywało interesujace i ciekawe - zostanie zawsze w zakamarkach pamięci. Ku pamięci zatem :)
20 maja 2008
Hikari Kesho - shibari po włosku
Włoch, pięćdziesięciolatek z czterdziestoletnim doświadczeniem w fotografii. Specjalizujący się w fotografowaniu mody i współpracujący z wielkimi świata mody. Gdzieś w środku oddający się swojej nieco odmiennej pasji. Już nie jako Alberto Lisi, ale pod pseudonimem artystycznym Hikari Kesho ubiera modelki w sznurki i uwiecznia w kadrze swoje unikatowe kolekcje. Kompozycje przynoszące na myśl układanki ikebany. Wycyzelowane, dopieszczone, wręcz idealne. Wycinane światłem, malowane szarością cienia sceny emanujące statycznym pięknem.
Na uwagę zasługują kompozycje podwieszane, zarówno ze względu na estetykę sznurowania jak i roztaczające cudowną aurę erotyki pozy modelek. Motyle. Po prostu. I tylko zamiast skrzydeł mające ramiona. Uwikłane w nieziemskie pajęczyny, ktorych stają sie ozdobami.
Fotografie wywołujące emocje tym większe, jeżeli zna się pieszczotę sznura na skórze, jeżeli doświadczyło się stanu nieważkości w pajęczynie. To, czego trochę brakuje to ślady po linkach, odciśnięte w ciele pocałunki więzów. Jeszcze ciepłe runy…
Na uwagę zasługują kompozycje podwieszane, zarówno ze względu na estetykę sznurowania jak i roztaczające cudowną aurę erotyki pozy modelek. Motyle. Po prostu. I tylko zamiast skrzydeł mające ramiona. Uwikłane w nieziemskie pajęczyny, ktorych stają sie ozdobami.
Fotografie wywołujące emocje tym większe, jeżeli zna się pieszczotę sznura na skórze, jeżeli doświadczyło się stanu nieważkości w pajęczynie. To, czego trochę brakuje to ślady po linkach, odciśnięte w ciele pocałunki więzów. Jeszcze ciepłe runy…
Absolutną osobliwością jest cykl Boundless. Z jednej strony nawiązanie do paleolitycznej Wenus, renesansowego wzorca piękna, z drugiej, jakby przekorne powiedzenie nie obecnemu kultowi ciała i kanonowi piękna reprezentowanemu przez wychudzone do granic modelki. Potrzeba na to i odwagi, i koncepcji, chylę czoła przed jednym i drugim.
Ewolucja uległości - uległość nieuświadomiona
Gdzie zaczyna się droga do uświadomionej uległości? Od jednej myśli, jednego skojarzenia rozpętującego kaskady impulsów elektrycznych w synapsach. Od czegoś, co ma się na przysłowiowym końcu języka, ale nie potrafi się tego nazwać. Od czegoś, co zagnieżdża się w zakamarkach umysłu i nie pozwala się stamtąd wyrzucić. Od czegoś, co zaczyna żyć własnym życiem, gdzieś między móżdżkiem a ciałem migdałowatym. Początkowo jest ignorowanym przebłyskiem. Z czasem staje się poszukiwaniem ziarnka piasku na plaży. Niezdefiniowanym czymś, czego brak staje się fizycznie odczuwalny. W chwilach wyciszenia, relaksu powraca samo. Ni to wspomnienie, ni marzenie, ciągle jeszcze bezkształtne, ale takie jakieś potrzebne. Jak brakujący kawałek układanki, zagubiony puzzel. Jeszcze później nabywa się umiejętności przywoływania tego stanu, ciągle jeszcze bardzo nieokreślonego. Dobrą porą jest stan tuż po przebudzeniu, ale jeszcze przed otwarciem oczu. Ja go nazywam snowaniem. Rozluźnione ciało, jeszcze rozespane, dookoła kojące i bezpieczne dźwięki mocy ustępujące powoli miejsca dziennemu zgiełkowi. I ta przywołana nienazwana myśl, która pod wpływem przyglądania się jej zaczyna nabierać kształtów. Nie od razu, nie pierwszego, nie dziesiątego dnia, ale w końcu będzie ukształtowana. Teraz zaś każdego takiego poranka można jej dokładać maleńkie kawałeczki pojedynczych detali. Przywołując ten zaczyn śnić na jawie o tym, czego się nie zna. Tak, właśnie oswaja się myśl. Czasami scena ewoluuje, a czasami odtwarzana jest dokładnie ta sama sekwencja. Przynosząca przyjemność. I podniecenie.
Czasami trzeba lat, żeby to, czego się doświadcza w snowaniu być w stanie wyartykułować na jawie. I nie chodzi mi o publiczne deklaracje, o dzielenie się z kimkolwiek tymi przeżyciami. Chodzi o trzeźwe powiedzenie samemu sobie – tak, właśnie to mnie podnieca, właśnie tego pragnę doświadczyć. Przyznać się przed sobą, co mnie w tym pociąga. Najtrudniejsze – osobisty coming out. Zaakceptowanie własnej fascynacji poniżeniem i bólem. Tym trudniejsze, kiedy kontrastuje z reprezentowana postawa życiową. Bez pełnej i świadomej samoakceptacji tego stanu nie sposób mówić o jakimkolwiek realizowaniu tych pragnień.
Czasami trzeba lat, żeby to, czego się doświadcza w snowaniu być w stanie wyartykułować na jawie. I nie chodzi mi o publiczne deklaracje, o dzielenie się z kimkolwiek tymi przeżyciami. Chodzi o trzeźwe powiedzenie samemu sobie – tak, właśnie to mnie podnieca, właśnie tego pragnę doświadczyć. Przyznać się przed sobą, co mnie w tym pociąga. Najtrudniejsze – osobisty coming out. Zaakceptowanie własnej fascynacji poniżeniem i bólem. Tym trudniejsze, kiedy kontrastuje z reprezentowana postawa życiową. Bez pełnej i świadomej samoakceptacji tego stanu nie sposób mówić o jakimkolwiek realizowaniu tych pragnień.
Sprowokowana
Jakoś tak się zdarza, że z rzadka, ale jednak trafiam na interlokutorów, którzy nie tylko potrafią, ale i chcą podejmować polemikę. Tak było i dziś. Każdy, kto zna mnie choć trochę wie jak bardzo cenię sobie język i swobodę formułowania myśli, zwłaszcza na przysłowiowym papierze. Uwielbiam tarzać się w słowach, podsycać jedną myśl inną, pielęgnującym pociągnięciem pióra bądź klawisza tworzyć byty zahaczone jedynie o rzeczywistość, a jednak realne do bólu.
Dyskurs o uległości, widziany oczyma obu stron. Uległości nieuświadomionej i płochej, uległości odkrywanej, uległości właściwej wreszcie. Dawno już nie pamiętam tak inspirującej wymiany zdań. Z dwóch skrajnie odmiennych pozycji, ze szczytu górskiego i morskiego odmętu. Niewiarygodnie kiczowate zestawienie z tego wyjść mogło, gdyby nie fakt, że tak właśnie chciało to rozlokować przeznaczenie.
Dyskurs o uległości, widziany oczyma obu stron. Uległości nieuświadomionej i płochej, uległości odkrywanej, uległości właściwej wreszcie. Dawno już nie pamiętam tak inspirującej wymiany zdań. Z dwóch skrajnie odmiennych pozycji, ze szczytu górskiego i morskiego odmętu. Niewiarygodnie kiczowate zestawienie z tego wyjść mogło, gdyby nie fakt, że tak właśnie chciało to rozlokować przeznaczenie.
19 maja 2008
Ocena? Nie... ewaluacja
Ewaluacja – słowo wytrych. Może być dłonią głaszczącą po głowie albo obuchem weń uderzającym. Kolejne, które można dołożyć do panteonu wymówek na wszelkie okazje. Moim zdaniem jest tuż za słowami „zarząd” oraz „procedura” i przed „system”. Wszystko i nic. Krótko mówiąc rozmówca to by człowiekowi nieba przychylił, ale trzeba zrozumieć jego sytuację, bo procedura, którą później zarząd musi… itp. Takie właśnie cudotwory wychodzą w sytuacji, kiedy rozwiązania charakterystyczne dla korporacji zaczynają być wdrażane w małych organizacjach. Na zasadzie kalki. Przerost formy nad treścią i generowanie bytów, którymi można się zasłonić przed niewygodnym interlokutorem.
Chyba wolę już korporację w korporacyjnym wydaniu – tam przynajmniej nie ma rozczarowań, bo zasady gry są od początku jasne.
Chyba wolę już korporację w korporacyjnym wydaniu – tam przynajmniej nie ma rozczarowań, bo zasady gry są od początku jasne.
18 maja 2008
Obnażające cięcie
Obcięła włosy, ma teraz zawadiacko opadającą na twarz grzywkę i bezwstydnie obnażony karczek. Kiedy odwraca się ode mnie mam ochotę zostawić ślady zębów na tym skrawku skóry poniżej linii włosów. Patrzeć jak promyki dreszczy rozchodzą się wzdłuż kręgosłupa, jak zaplata palce przedłużając drżenie. Jest jak motyl, który przysiadł na wyciągniętej dłoni – upajasz się tą chwilą i zdarzeniem, ale spróbujesz zamknąć dłoń a odleci. Motyl o wulkanicznej osobowości. Motyle łapie się w siatkę, może czas już zacząć zaplatać sieć – wyglądałaby zjawiskowo półnaga, rozpostarta na sznurach, w chybocącym świetle świec. Ubraną w sznur, wygiętą w ekstatyczny łuk uwiecznić w kadrze. Uwielbiam kompozycje z kobiet i sznurów, wyjątkowo inspirujące to połączenia. Ją widziałabym w rdzawozłotym oplocie, z przewiązanymi oczyma i rozchylonymi wargami i drżącymi palcami.
17 maja 2008
Na sprężonym powietrzu
Nieczęsto się zdarza, w każdym razie nie mnie, żeby całkowicie zapomnieć o świecie. Kilka takich momentów, które przeniosły mnie w inny wymiar. Teraz doświadczyłam jeszcze jednego. Świadomego przebywania w miejscu, gdzie kontakt ze światem nie jest możliwy. Po prostu – technicznie nie jest możliwy. Istnieje wyłącznie tu i teraz, a przyszłość sięga co najwyżej do kolejnego zejścia pod wodę. Czas płynie jakimś zupełnie innym tempem. Nawet cos, co nazywam katolickim poczuciem winy, które niestety wyniosłam z domu rodzinnego, nie było w stanie zaistnieć w tamtych warunkach. Żadnego odnoszenia się do tego, że ja tu oni tam. Nic. Zero. Całkowita przejrzystość świadomości skupionej na zwykłych czynnościach – klarowaniu sprzętu, ubieraniu się, wskakiwaniu do wody jak na drugą stronę lustra i powrotach na powierzchnię. Fizyczna przyjemność odczuwana w każdej komórce. Przyjemność w najczystszej formie. Drzemka w kołyszących objęciach koi. Posiłek. I kolejna ekstaza pod wodą. Bez pośpiechu. Świat został gdzieś tam, dalej niż brzeg.
Kiedyś zastanawiałam się, co powoduje ludźmi, że decydują się na pracę divemasterów właśnie tam. Pewnie ilu ludzi tyle odpowiedzi. Dla mnie byłaby to właśnie przyjemność bycia w innym wymiarze, innym czasie i przestrzeni. Ucieczka? Być może, ale jaka piękna i jaka skuteczna. Nie wiem czy na dłuższą metę potrafiłabym tak, ale wiem, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam powtarzać to przynajmniej raz na trzy miesiące, albo nawet dwa. Nie minęły trzy tygodnie od powrotu, a tęsknota mnie obezwładnia. Ja nie potrafię na pół gwizdka, cokolwiek robie musze się temu poświęcić bez reszty. Egiptowo – mój Eden, dziewicze południe.
Kiedyś zastanawiałam się, co powoduje ludźmi, że decydują się na pracę divemasterów właśnie tam. Pewnie ilu ludzi tyle odpowiedzi. Dla mnie byłaby to właśnie przyjemność bycia w innym wymiarze, innym czasie i przestrzeni. Ucieczka? Być może, ale jaka piękna i jaka skuteczna. Nie wiem czy na dłuższą metę potrafiłabym tak, ale wiem, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam powtarzać to przynajmniej raz na trzy miesiące, albo nawet dwa. Nie minęły trzy tygodnie od powrotu, a tęsknota mnie obezwładnia. Ja nie potrafię na pół gwizdka, cokolwiek robie musze się temu poświęcić bez reszty. Egiptowo – mój Eden, dziewicze południe.
5 maja 2008
Laleczka z porcelany
Wielka przyjemnością było wziąć w ramiona te filigranową postać. Znów pachniała tak słodko. Krucha i ufna. Mniam. Nie ma się co oszukiwać chciałaby się ją schrupać jak eklerkę, tak, żeby to, co w środku zostało lubieżnie na brodzie. Nie wiem jak długo dam radę jeszcze opierać się jej aurze, a może właśnie nie należy czekać. Zawsze kiedy ją tulę mam wrażenie, że dochodzimy do niewidzialnej linii i nie starcza charakteru, żeby ją przekroczyć. Wpić się w te zmysłowe usta, do utraty tchu, do zatracenia.
To takie urocze wrócić po nieobecności i widzieć, że ktoś czeka. Na mój powrót. Laleczka z porcelany, można popatrzeć, można dotknąć, ale nie można zabrać ze sobą. Jeszcze nie.
To takie urocze wrócić po nieobecności i widzieć, że ktoś czeka. Na mój powrót. Laleczka z porcelany, można popatrzeć, można dotknąć, ale nie można zabrać ze sobą. Jeszcze nie.
3 maja 2008
Słona retrospekcja
Nie mam szczęścia do instruktorów, oj nie mam. Dość powiedzieć, że to, co było konieczne wykonałam – testy napisałam, nurkowania zaliczyłam. Ale gdyby nie to, że każde z zagadnień przepracowałam własnoręcznie na podstawie materiałów to to, co szumnie nazwane było szkoleniem byłoby jedynie farsą.
Na szczęście jednak trafił się na łodzi divemaster, który pozwalał czerpać ze swojej wiedzy, dzielił się pasją i po prostu mu się chciało. A nie musiał przecież, bo inna jego rola tam była. Brytyjczyk, bardziej brytyjski niż cała rodzina królewska razem wzięta. Zdystansowany, opanowany, spokojny itp. Zachwycający w swojej wewnętrznej równowadze, emanujący radością nurkowania. Chłonęłam całą sobą tę jego wewnętrzna energie i pasję. W końcu ktoś, dla kogo nie liczy się dystans w dół czy w poziomie, ale ktoś, kto potrafi się cieszyć pływaniem tuż nad dnem lub w ślimaczym tempie przesuwać się wzdłuż ścianki. Ktoś, do kogo chce się dostosować rytm oddechu i ruch płetw. Ktoś, kto potrafi przeszukiwać poletko trawy wodnej, żeby znaleźć w nim zielono przezroczyste, dwucentymetrowe stworzenie przypominające włochatego i wyprostowanego konika morskiego. Ktoś, kto potrafi się cieszyć jak dziecko, kiedy już to znajdzie. Wciąż mam przed oczyma jego sylwetkę, która z gracją poruszała się w wodzie, te kocie ruchy, to zaglądanie pod skalne załomy i nawisy koralowców, przewrotki wyciskające ostatnie bąbelki powietrza uwięzione pod kapturem. Uwielbiałam z nim pływać.
Tydzień z nim nauczył mnie więcej niż wszyscy instruktorzy razem wzięci przez całe moje nurkowe życie. Jest moim guru. Kimś, kto potrafi w dwudziestym pierwszym wieku się nie spieszyć, przez godzinę śledzić najdrobniejsze ślady na piasku, żeby na koniec spotkać nagoskrzelnego ślimaka. Od razu przypomina mi się MPJ ze słowami
„Kto chce, bym go kochała, musi umieć siedzieć na ławce
i przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce”.
Właśnie taki jest James – potrafi patrzeć tam, gdzie inni nawet nie rzucą okiem i znajduje tam skarby. Za każdym razem, kiedy widziałam tuż nad powierzchnią wody jego skierowany ku dołowi kciuk wiedziałam, że zmierzamy w stronę kolejnej przygody. Pod wodą był u siebie, w swoim środowisku naturalnym. Absolutny perfekcjonista, pasjonat. Obcowanie z nim pod wodą dawało mi fizyczną przyjemność. Chciałabym jeszcze zakosztować tej przyjemności. W środowisku, w którym słowa nie istnieją, a komunikację tworzą gesty. Gdzie poznaje się człowieka od zupełnie innej strony niż na powierzchni. Jest jedną z dwóch osób, z którymi bez wahania skoczyłabym w wodę, w każdą wodę.
Nie chce mi się wracać do rzeczywistości, co najmniej połowa mojej duszy jest jeszcze tam, pod wodą. Nie wiem czy nie będzie konieczna wyprawa, żeby ją sprowadzić tutaj. Nigdy jeszcze nie było tak, żebym z takim trudem rozstawała się wyprawą. Ale i żadna inna do tej pory nie dała mi takiej frajdy.
25 kwietnia 2008
Złoto
Młoda dała czadu na basenie, wzięła i wygrała bieg na 25 mertów zmiennym, na powiatowych zawodach pływackich szkół podstawowych. A zmontowana na szybko sztafeta 4 x 25m uplasowała się na trzecim miejscu. To ją powinno nakręcić do dalszego pływania - pierwsze poważne zawody i dwa krążki. Szacun Młoda, oj szacun :)
18 kwietnia 2008
Reset
Niech już będę tam, gdzie dane mi będzie zasypiać i budzić się pod gołym niebem. Zmęczona fizycznie i najbardziej świeżym spojrzeniem na siebie i świat dookoła. Niech zapomnę na trochę te zmysłowe wargi, które śmieją się do mnie co dnia. Niech zostaną tu wszelkie ważne sprawy, od których uwalniam się na tydzień. Niech poczuję suchy oddech pustyni zanurzając stopy w słonym bezkresie. Tydzień bez łączności ze światem. Całkowita izolacja. Bez telefonu, maila i temu podobnych historii. Tylko notatnik i ołówek, aparat i kapelut na rozum. Totalny reset.
16 kwietnia 2008
German Fetish Ball 9-11 maja
Za naszą zachodnia granicą doroczna impreza trwająca cały weekend organizowana jest już po raz piąty. Rozmach do pozazdroszczenia. Zaczyna się od piątkowej imprezy przebieranej, w sobotę wystawa ("kameralne" 3 tysiące metrów kwadratowych), playroomy dostępne tylko dla par (z obowiązkowym dresscode i liczbą miejsc ograniczoną do 150 osób !!!). Czy dożyję takiej imprezy w kraju nad Wisłą? Tam limit liczby gości tu nie sposób nawet sięgnąć tego limitu. Na razie pozostaje patrzeć jak się ludzie bawią German Fetish Ball albo zaplanować majówkę w Berlinie :).
Mam coraz większa potrzebę reaktywowania Fetyszozy, coraz większą... Przy okazji właśanie stwierdziłam, że Onet wysłał w kosmos fetyszozowego bloga. Tak więc historia pozostaje już tylko w zapiskach i wspomnieniach uczestników. Tym bardziej należałoby ja odświeżyć :). Jeśli nie może być doroczna to może nich będzie to biennale?
Mam coraz większa potrzebę reaktywowania Fetyszozy, coraz większą... Przy okazji właśanie stwierdziłam, że Onet wysłał w kosmos fetyszozowego bloga. Tak więc historia pozostaje już tylko w zapiskach i wspomnieniach uczestników. Tym bardziej należałoby ja odświeżyć :). Jeśli nie może być doroczna to może nich będzie to biennale?
14 kwietnia 2008
Przedsmak męczącego :) wypoczynku
Za dziesięć dni będę tam, gdzie woda jest przejrzysta, gdzie słońce nakazuje szukać cienia a ludzie odziewają się w neopren. Chyba jeszcze nigdy nie leciałan na nury tak bardzo z marszu. A tu jeszcze tyle rzeczy pod rodze do zrobienia. Parę dupereli trzeba dobrac przed wyjazdem, z ludzmi się spotkac, materiały jakieś poczytać. A gdzieś ównolegle całkiem sporo różności pracowych wymagających zakończonia przed wyjściem. I spotkanie (potencjalne jak na razie) w temacie zapełnie przyziemno-futurystycznym. A czas płynie, oj płynie i to coraz szybciej.
Mam w planie że testy niekoniecznie nurkowych zabawek pod wodą. Choć i zastosowanie czysto nurkowych w innych celach tez jest bardzo prawdopodobne. Ot choćby pas krokowy od jacketu, z którym to jeszcze nie miałam przyjemności (co kolwiek to znaczy ;)).
Zatem odliczanie czas zacząć: 11 dni + kilka godziny w metalowej puszce parę kilometrów nad ziemią, kolejnych kilka w metalowej puszcze ale dla odmiany po piachu, a potem już tylko port i jak okiem sięgnąć woda przez tydzień. Mam nadzieję, że jedna rybka z drugą zechcą mi pozować do zdjęć :)
Mam w planie że testy niekoniecznie nurkowych zabawek pod wodą. Choć i zastosowanie czysto nurkowych w innych celach tez jest bardzo prawdopodobne. Ot choćby pas krokowy od jacketu, z którym to jeszcze nie miałam przyjemności (co kolwiek to znaczy ;)).
Zatem odliczanie czas zacząć: 11 dni + kilka godziny w metalowej puszce parę kilometrów nad ziemią, kolejnych kilka w metalowej puszcze ale dla odmiany po piachu, a potem już tylko port i jak okiem sięgnąć woda przez tydzień. Mam nadzieję, że jedna rybka z drugą zechcą mi pozować do zdjęć :)
8 kwietnia 2008
Dahmane - przestrzeń oswojona
Ikonograficzny francuski fotografik ukrywający się pod pseudonimem Dahmane przedstawia w swoich pracach swoisty konglomerat zurbanizowanych pejzaży i nagości. Linie, cienie, formy architektoniczne, przestrzeń miejska ze smakiem połaczona z pięknem nagiego, kobiecego ciała.
Dorastający w Paryżu artysta odwiedziły po ojcu drzeworytniku i matce poetce wyczucie piękna, artystyczne postrzeganie formy, otwartość na sztukę, które popchnęły go wprost w objęcia fotografii erotycznej już w wieku lat piętnastu. Powoli oswajał kolejne industrialne elementy krajobrazu – magazyny fabryczne, portowe doki, ulice. Z czasem nie poprzestawał na samej fotografii ale sięgnął po technikę komputerowa tworzą fotomontaże.
Dorastający w Paryżu artysta odwiedziły po ojcu drzeworytniku i matce poetce wyczucie piękna, artystyczne postrzeganie formy, otwartość na sztukę, które popchnęły go wprost w objęcia fotografii erotycznej już w wieku lat piętnastu. Powoli oswajał kolejne industrialne elementy krajobrazu – magazyny fabryczne, portowe doki, ulice. Z czasem nie poprzestawał na samej fotografii ale sięgnął po technikę komputerowa tworzą fotomontaże.
Jego pierwszy album erotyczny (Dahmane) został wydany przez wydawnictwo słynące z erotyki właśnie – Taschen, kolejne w seriach PornArt w 2996 i 1998 oraz w 2005r limitowana edycja albumu Nude Addict 1 & 2.
W jakiś sposób ‘przyłapuje’ swoje modelki miejscach i pozach najzwyklejszych, najbardziej codziennych, z ta tylko różnicą, że odarte z ubrania lub pełne podkasano-podwinięto-przezroczystej materii zdradzające niezwykłość. Właśnie to zestawienie niekompletności odzienia wprowadza do obrazów element zaskoczenia i tajemniczości. Paradoks – odsłonięte ciało opowiada swoja tajemnicę. Subtelnie i kobieco, jakby podpatrując...


Z równą łatwością zestawia kobiety z wystrojem restauracyjno-balowym. Zupełnie jakby gościa, dla których przygotowywały przyjęcie zjawili się przed czasem.


Na koniec dwa inne kadry. Na pierwszym kobieta-kot jakże inna od tej, którą wykreował komiks. Odwzorowane ubarwienie syjama… Oraz druga – w niemal kompletnym stroju jeździeckim… I tylko zamiast szpicruty w dłoniach ściska kwiaty, lecz nie róże ale pełnousty bez lilak.


5 kwietnia 2008
Poznałam raz pewną kobietę...
"...Poznałem raz pewną kobietę
O włosach najczarniejszych w świecie..."
Maciej Zembaty, Nauczyciele
Tak jest dużo lepiej – dzieli nas kilka pokoi i ulica, inny budynek. Mogę patrzeć na nią z bezpiecznej odległości. A jednocześnie paradoks rozdzielenia po raz kolejny w moim życiu daje o sobie znać. Te kilkadziesiąt metrów, które nas dzieli powoduje, że częściej słyszymy się przez telefon, a i odwiedzamy się częściej. Uwielbiam ogniki w jej oczach, zwłaszcza, kiedy pokazuję jej fotografie. Widzę jak wchodzi wzrokiem w kompozycje i faktury. Widziała jak zamarła oglądając kobiece ciało ubrane jedynie w sznurek. Widziałam, jak odzyskiwała oddech. Jest taka szczera w swoich reakcjach. Taka plastyczna. Jakże muszę się powstrzymywać, żeby nie wyciągnąć reki za szybko, żeby jej nie spłoszyć. Nie to, żeby była płochliwa, o nie. Po prostu to świat, którego zupełnie nie zna. Chcę rozpalić jej ciekawość. Rozpalić tak bardzo, żeby całą sobą prosiła o dotyk. Bez słów. Ale na razie muszę to odłożyć. Na kilka tygodni. Ma teraz swoją wymarzoną dwustupięćdziesięciokonną zabawkę. Niech się nacieszy. A patrzenie na jej radość jest równie fascynujące co wprowadzanie jej do nowego świata. Tak, to ktoś, komu prowadzenie samochodu, zwłaszcza sportowego, sprawia prawdziwą fizyczna przyjemność.
W piątek, kiedy siedziałam na miejscu pasażera obserwowałam jak staje się jednością z czarna skórą na kierownicy, jak zapada się i jednoczy z fotelem. Coś pięknego. Ta interakcja wywołuje u niej wszystkie objawy podniecenia. Od rumieńca na twarzy, przez przerywany oddech, wilgotniejące dłonie po płynność i feromony. Jestem przekonana, że kiedy prowadzi jest silnie podniecona. Wyczuwam zapach podnieconej kobiety na odległość, a w maleńkiej metalowej puszcze samochodu tym bardziej. Ona siebie nie czuje ale ja ją bardzo. Rozsunąć jej uda i posmakować tego nektaru, oto co chciałam uczynić wczoraj.
I tylko tych kilka obaw, które nie dają mi spokoju. Po pierwsze ten jej brak doświadczenia w kontaktach intymnych z płcią własną. Nigdy nie pociągała mnie perspektywa bycia przewodniczką dla inne kobiety. Ale tym razem chyba złamię zasady. Z drugiej strony świadomość bycia sprawca pierwszego razu trochę mnie studzi w moich zapędach. No i oczywiście kwestie relacji służbowych. A mimo to nie potrafię się uwolnić od jej osoby. Musze uważać, żeby się nie zadurzyć na wiosnę. Jej bliska obecność mnie zwilża a feromony działają na mnie ze zwiększona siłą. Mniam. Czarna linka podkreśliłaby pięknie jej ciało, idealnie dopasowując się do barwy włosów. Cudowna perspektywa i idealne połączenie. Taką właśnie chciałabym ja smakować – ubraną w sznury…
Była także pod wodą...
3 kwietnia 2008
Pocałunki
Próżno drażni mi nozdrza twoich włosów kosmyk
Kocham twych ust nęcący i słodkawy posmak
Gdy mi z lekka rozchylisz warg pąsowy lufcik
Wysypie garść pocałunków niewysłownych słów ci
Za balustradą zębów ustawionych w szereg
Mieszka twój mały język zawstydzony kleryk
A kiedy się przechyla przez poręcz balustrad
Bardziej jestem pieszczotą twoich słodkich ust rad
Przeskocz przeskocz odważnie przez mych zębów parkan
Wiele pieszczot ukrytych wgłębi słodkich warg mam
Tam gdzie nam miłość story z pocałunków utka
Czeka na cię mój język wiotka prostytutka
Długo trwa już jak blady nieruchomy Budda
Śniąc o tym komu sekret swoich słodkich ud da
Upieść upieść ją całą w dół wokół i w poprzek
Blade usta spragnione ci na ustach oprze
A kiedy was pieszczota porwie w wir gorętszy
Zawiśnie ci bezwładnie na zębów poręczy
I tając współomdlała jak zamarzły sopel
Wytryśnie ci na wargi krwi kilkorgiem kropel
W najgłębszym ciał dotyku płeć jest jak rekwizyt
Zajmiecie się wzajemnym oddawaniem wizyt
By wracając zmęczeni z tych długich eskapad
Nie zauważyć zmroku co tymczasem zapadł
Nudne są mi te usta teren wiecznych walk ów
Pójdziemy dla swych pieszczot szukać innych alków
Aż lecącym w swój odmęt by na mule dnia lec
Cisza nocy na ustach nam położy palec
Kocham twych ust nęcący i słodkawy posmak
Gdy mi z lekka rozchylisz warg pąsowy lufcik
Wysypie garść pocałunków niewysłownych słów ci
Za balustradą zębów ustawionych w szereg
Mieszka twój mały język zawstydzony kleryk
A kiedy się przechyla przez poręcz balustrad
Bardziej jestem pieszczotą twoich słodkich ust rad
Przeskocz przeskocz odważnie przez mych zębów parkan
Wiele pieszczot ukrytych wgłębi słodkich warg mam
Tam gdzie nam miłość story z pocałunków utka
Czeka na cię mój język wiotka prostytutka
Długo trwa już jak blady nieruchomy Budda
Śniąc o tym komu sekret swoich słodkich ud da
Upieść upieść ją całą w dół wokół i w poprzek
Blade usta spragnione ci na ustach oprze
A kiedy was pieszczota porwie w wir gorętszy
Zawiśnie ci bezwładnie na zębów poręczy
I tając współomdlała jak zamarzły sopel
Wytryśnie ci na wargi krwi kilkorgiem kropel
W najgłębszym ciał dotyku płeć jest jak rekwizyt
Zajmiecie się wzajemnym oddawaniem wizyt
By wracając zmęczeni z tych długich eskapad
Nie zauważyć zmroku co tymczasem zapadł
Nudne są mi te usta teren wiecznych walk ów
Pójdziemy dla swych pieszczot szukać innych alków
Aż lecącym w swój odmęt by na mule dnia lec
Cisza nocy na ustach nam położy palec
Bruno Jasieński
Przesycone feromonami i mokre od drobinek śliny słowa spływają po wargach i językach. Łaskoczą w zgięciu łokcia i szepczą lubieżnie do ucha. Słowa, które z ust wychodzą wdrapują się po skrawkach skóry na powrót miejsca swojego narodzenia. Przechodzą z ust do ust po moście języków. Mlaszczące oddechy dotrzymują im kroku.
Uwielbiam pocałunki.
Tak często zaniedbywane.
Niedocenione.
Deprecjonowane.
A przecież mające taką siłę.
Tak wielką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






