30 czerwca 2006

GOTHIC FETISH PARTY


Data:    2 czerwca 2006
Lokal:   Club Rock,Warszawa



Innowacje organizacyjne:     
  • brak

Innowacje artystyczne:        
  • brak

Abstrakt:    

impreza bez wymagań dresscode, ‘fetish’ jedynie w nazwie



Publikacje:

  • brak

29 czerwca 2006

Kobieca bezcielesność

Lubię zapach kobiety na męskim ciele. Innej kobiety. Świadomość, że niedawno kochał się z inną w połączeniu z wyczuwalnym świadectwem tych jeszcze świeżych wydarzeń. Nuta obcych perfum na skórze i namiętna woń kobiecości, która otacza Go swoistą aurą. Albo czasami frapujący kwaskowaty smak innego ciała. Sama nie wiem dlaczego mnie to podnieca, ale nie zamierzam z tym walczyć, za bardzo to lubię. Podobnie zresztą jak cichy szept wprost do ucha, słowa zamieniające się w obrazy. Niewiele więcej trzeba, żeby nawet z głębokiego snu przywrócić mnie do życia i zwierzęcości. Opowieść o tym, co przed chwilą robił z inną działa na mnie jak najskuteczniejszy afrodyzjak. Jest coś zwierzęcego w tym zlizywaniu śladów obecności innej kobiety z Jego ciała i zostawianiu w zamian swojego zapachu. Doznania są niemal tak silne jak wówczas, kiedy kocha się z inną tuż obok.Uwielbiałam zasypiać kiedy kochali się przy mnie. Kiedy ich oddechy odmierzały czas, a ruch ciał kołysał mnie do snu. I ta upojna woń podniecenia, która zajmowała wszystkie wolne przestrzenie w pościeli. To uwielbiałam i tego mi brakuje. A dziś zamiast ciała śpi z nami tylko woń innej kobiety. To trochę mało…

27 czerwca 2006

Zdeklarowana heteroseksualność

Często spotykane hasło, zwłaszcza wśród mężczyzn. Czasami zastanawia mnie przed czym tak się bronią? Przecież z fizycznego i fizjologicznego punktu widzenia fellatio czy ananl będą wyglądały tak samo. A jeśli chodzi o fellatio to, jak sądzę, w męskim wykonaniu będzie zdecydowanie lepsze. Co ciekawe mężczyznom sprowokowanym do takiej dyskusji nie zawsze udaje się być równie przekonywującym przy jej końcu.

Można podzielić deklarujących heteroseksualność mężczyzn na dwie grupy. Tych którzy spróbowali i wiedzą, że to nie ich bajka oraz tych, którzy nie spróbowali i odżegnują się od tego rękoma i nogami. Jedni i drudzy mają trochę racji, ale zdanie tych pierwszych bardziej do mnie przemawia. W końcu wiele jest rzeczy, których nie sposób ocenić dopóki się ich nie spróbuje. Hipotetyczny przykład, który rozpatruję to tajemniczy wieczór, kiedy mężczyzna pozwala kobiecie, żeby zawiązała mu oczy i oczekuje na niespodziankę. W ramach niespodziani dostaje najdoskonalsze fellatio z jakim kiedykolwiek miał doczynienia. Ba! Lepszego nie byłby w stanie sobie wyobrazić nawet w najśmielszych marzeniach. Swoje ukontentowanie werbalizuje nadzwyczaj jednoznacznie („Kochanie nigdy w życiu nikt nie zrobił mi tak dobrze laski”). Jedwabna przepaska opada niczym kurtyna i okazuje się, że u stóp rzeczonego klęczy facet. I co? Najpierw szok to pewne. A potem? Najczęściej chyba ambiwalentne uczucia. No bo przecież laska była bezsprzecznie doskonała, no ale to (tfuu!) facet był. I karuzela w głowie. No bo nie bardzo wiadomo co zrobić. Z jednej strony obawa, że przyznanie się do odczuwanej przyjemności w kontekście sytuacji, która zaszła, może skutkować posądzeniem o skłonności gejowskie. Z drugiej strony nie da się wykasować z mózgu tej dawki dopaminy, która już się wytworzyła. Trochę tak jak w dowcipie o teściowej lecącej w przepaść nowym autem zięcia.

Wiem, że stawianie faceta w takiej sytuacji to w pewnej mierze sadyzm. Ale czy na pewno? A może właśnie taka uchylona furtka pozwoli mu przeżyć coś, na co sam nigdy by się nie zdecydował? Na ile zakorzenione jest w świadomości ludzkiej tabu dotyczące własnej płci? Nie spodziewam się reakcji w rodzaju „no to jestem gejem idę rzucić się z mostu”, w każdym razie nie hurtowej. Ale od ludzi o otwartym stosunku do własnej seksualności, kolekcjonerów źródeł przyjemności (czasami bardzo ekscentrycznych) spodziewałabym się raczej analizy sytuacji. Owszem, ciężko po jednokrotnym doświadczeniu obarczonym dysonansem poznawczym i szokiem oczekiwać nagłej zmiany upodobań seksualnych. Część z takich facetów zapewne sięgnęłaby po drugi raz, żeby się przekonać, część pozostałaby na jednorazowym doświadczeniu, u niektórych pojawią się reakcje typowe dla wyparcia.

I po co to wszystko? Tylko dlatego, że „to nie wypada”? Jesteśmy niewolnikami rozwoju społecznego i cywilizacji. W takiej starożytnej Grecji czy Rzymie ludzie robili to, co sprawiało im przyjemność. I tak na dobrą sprawę to w sferze seksualności nie ludzkość nie posunęła się znacząco do przodu jeśli nie liczyć gadżetów techniki. Zazdroszczę im swobody i hedonistycznego spojrzenia na życie (strach pomyśleć co wymyśliliby gdyby mieli Internet).

Może więc Woody Allen ma rację mówiąc, że „biseksualność zwiększa prawdopodobieństwo sobotniej randki o 50%”.

============

walker coconut1@o2.pl2006-06-29 10:51:47 193.239.80.21
komentarz do komentarza: to nie jest kobiecy punkt widzenia ani zadna kalka - to jest wypowiedz na temat istoty rzeczy. Bo one, w swej istocie, tak wlasnie wygladaja. A istota rzeczy musi byc odarta z elementow zaciemniajacych, jak milosc, malzenstwo czy w ekstremalnych przypadkach nawet patriotyzm (wyobrazam sobie, ze sa wsrod nas tacy, ktorzy nie wyobrazaja sobie orgazmu z nie Polka, vide Giertych :-))itp. Seks to seks, milosc to milosc, moga one ze soba wspolbrzmiec i sie uzupelniac, ale nie musza. Jako mezczyzna mowie: chapeau bas dla zoozy za bezkompromisowa dociekliwosc i rzetelny filozoficzny stosunek do spraw seksu. Zooza proponuje inna optyke i zacheca do skorzystania z niej. Kto nie umie, niech dalej wali heteroseksulanego konia.



artark 2006-06-28 18:31:55 83.30.79.70
Ciekawe. Rozmawiałem o podobnej sprawie z moją Panią. Nie wiem czemu, ale istnieje olbrzymia różnica w podejściu do kontaktów homoseksualnych między kobietami a mężczyznami. My, faceci, czujemy do tego olbrzymią niechęć, obrzydzenie po prostu. Natomiast panie często fantazjują na temat seksu z inną panią. Co więcej, gdyby powstały sprzyjające okoliczności, to chętnie te fantazje wprowadziłyby w czyn. Podejrzewam, ze wykazujesz w swoich rozwazaniach damski punkt widzenia. Otóż wiele pań sądzi, ze nikt inny, jak druga kobieta, nie jest w stanie dać takiej rozkoszy. Kobieta wie, co jej sprawia przyjemność, więc wie jak pieścić inną panią. Piszę tak, poniewaz odniosłem wrazenie, ze traktujesz to jak kalkę i przenosisz na mężczyzn. Myśle, ze w tych sprawach ważna jest ta druga strona - partner. Mam nadzieję, ze moja Pani nie byłaby w stanie zaznać w pieszczotach takiej przyjemności, jakiej ja jej daje. Znam doskonale jej ciało, każdy element spragniony pieszczot. Nie oznacza to rutyny - dalej poszukuję i dalej odnajduję nowe miejsca lub nowe techniki. A z drugiej strony - w temacie fellatio. Nie wyobrażam sobie faceta, a nawet kobiety, którzy byliby w stanie robić to lepiej od mojej Pani.Wracając do fellatio, które mógłby wyśmienicie zrobić mi mężczyzna. Jest to przecież element pieszczot, te z kolei są elementem seksu - a seks jest wybitny tylko tam, gdzie istnieje miłość. A mężczyzny w ten sposób pokochać nie mógłbym. Przeraził mnie wój pomysł doprowadzenia do tego w sposób, jaki opisałas, z zaskoczenia. Owszem to tylko usta i uczucie byłoby przyjemne. Przy czym jestem pewny, ze gdybym miał wygłosić post factum jakiś komentarz, to brzmiałby on następująco - coś się dzisiaj nie postarałaś, kochanie. Po prostu nikt nie może zrobic tego tak i z takim podejściem do mojego ...(tutaj określenie w naszym intymnym języku). Po drugie, załóżmy, że wymyślisz jakiś sposób aby doprowadzić faceta np. do owieczki lub innego zwierzątka. Kto wie, może w ich budowie anatomicznej jest coś, co pozwoliłoby mu na jakieś superdoznania... i co z tego, obrzydzenie okropne.

Przepraszam, ale pisałem to ad hoc, więc pewnie trochę nieskłądnie... ale mam nadzieję, ze w miarę jasno wyłożyłem mój punkt widzenia. Pozdrawiam i graratuluję świetnwgo bloga.

Książę Ciemności

Doskonale skomponowany kawałek fantasy. Płomienne oblicze magii otaczające realny wymiar bólu. Całość osnuta na zagadce, a dokładnie na drodze do jej rozwiązania. Bardzo realistycznie odmalowana scenografia i postacie. To, co ma budzić grozę czuje się pod skórą. Ale i dotknięcia dobra rozpływają się w powietrzu. Genialna wprost scena z lustrzaną komnatą. Studium ekshibicjonizmu jako środka do wyższego celu. Piękne sceny niemal rytualnego obmywania tuż po opisie nienasyconych stworzeń będących, dla mnie, ucieleśnieniem żądz.. Kiedy czyta się o ich oczach wystarczy przymknąć własne powieki, żeby tuz pod nimi ujrzeć tętniące dzikim blaskiem zwężone źrenice i poczuć się jak zaszczute zwierzę.
Wszystko jednak rozpływa się w scenach finałowych. Kiedy bohaterka kosztem niesamowitych wyrzeczeń osiąga to, co pozwoli jej sięgnąć po cel swoich starań i odrzuca to. Nie z pychy, nie dla innych, bardziej wymiernych korzyści, ale z miłości. Wyrafinowana scena, w której niczym w kalejdoskopie przed oczyma przesuwają się jej wszystkie poprzednie doświadczenia. Jest bunt i zwątpienie, jest walka i uległość, jest obojętność i jest uwielbienie.
Jedyny tak plastyczny tekst wskazujący na fakt, że uległość może być darem, że jest nim. Że obdarowanie własną uległością drugiej osoby ma sens wtedy, kiedy idzie w ślad za miłością. Najpiękniejszy z darów jaki można sobie wymarzyć, dozgonny, zdolny zmienić losy świata. Taki właśnie jest Książę Ciemności – mroczny, trudny, piękny.

26 czerwca 2006

Być kochanką... być kochanką...

Kochanek. Słowo, którego brak w Słowniku wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego. W Słowniku języka polskiego ma dwa znaczenia. Kochankiem jest bowiem mężczyzna utrzymujący z kobietą stosunki miłosne nie w małżeństwie. Ale kochankami jest także dwoje ludzi utrzymujących ze sobą takie stosunki. Dlaczego zatem w naszej kulturze słowo to ma tak pejoratywne zabarwienie? Dlaczego tylko jedno ze znaczeń przyjęło się uważać za jedynie słuszne? Dlaczego odmawiać miana kochanków tym, których nie związała przysięga małżeńska? Nie związała jeszcze, albo już nie wiąże, a może nigdy jej nie było i nie będzie.

Dla mnie kochankowie to jedno z najpiękniejszych określeń, przesycone erotyzmem, namiętnością, poszanowaniem i czułością kiedy trzeba, siłą i szorstkością kiedy chęć po temu. Kochanka, kochanek to nie epitety a komplementy. Nazwać kogoś kochankiem to uznać jego fizyczność i psyche godnym uwagi. Do miana męża czy żony potrzebne są obrzędy, świadkowie, urzędnicy, biurokracja i opłaty. Do starania się o miano kochanka wystarczy być i chcieć. Z potrzeby serca i ciała kochankiem stać się można jedynie. Jeśli pocałunek jest ostatnim przejawem ludożerstwa to kochankowie są ostatnim symbolem hedonizmu we współczesnym świecie.

Uwarunkowania kulturowe uczyniły mnie żoną. Z wyboru i świadomości własnej seksualności jestem suką. Dla przyjemności rozkoszy jestem kochanką. I dobrze mi z tym.

Po nocy przychodzi dzień, a po burzy… nowe pomysły

Dziwny tydzień, chyba jeden z najdziwniejszych w życiu. Ciągle jeszcze powiew morskiej bryzy i słonawy smak w ustach. Zdjęcia, słowa i nie całkiem rozpakowane bagaże. Z drugiej strony oswajanie nowej rzeczywistości. Ciągłe, niekończące się rozmowy. Długo w noc, długo w dzień. Niby to, co mój mały rozumek lubi najbardziej czyli składanie kawałków w całość i gdybanie. Ale nie tylko. Bo to, co czasami wyrosło z małego ukłucia szpilką ironii staje się wielką dziura ziejącą nowym spojrzeniem. I tworzą się tematy zupełnie inne, które pozornie nie mają związku z tym, co je zainicjowało. Ot choćby zdeklarowana heteroseksualność jako wynik rozwoju społecznego, albo na ile homofobia jest pochodną wychowania odebranego w dzieciństwie. Etymologia i semantyka słowa kochanek, kochanka w kontekście religii katolickiej, znaczenie i rola przysięgi małżeńskiej w życiu codziennym, zdrada w kontekście sukcesu ewolucyjnego, biseksualizm jako przejaw hedonizmu. Nie mogło zabraknąć tego o czym rozmawiają kobiety kiedy nikt nie słyszy. I całe mnóstwo innych ekscytujących tematów.

Zasadniczo nie powinno mnie to dziwić, wszak jedyną stałą w dzisiejszym życiu jest zmiana. Ale każda zmiana powinna być ZAPLANOWANA i to w miarę możliwości jak najdokładniej i najbardziej precyzyjnie. Mój stosunek do spontanów nie ewoluował, w dalszym ciągu twierdzę, że dobry spontan to zaplanowany spontan. I trzeba było tygodnia, żeby wszystko wyzbyło się znamion chaosu. Tygodnia. A nie lepiej było przez ten tydzień zaplanować i przeprowadzić zmianę łagodnie? Ze „wszystkimi szykanami”? I to o mnie mówią, że jestem narwana, impulsywna i działam pod wpływem emocji. A reszta to niby oazy spokoju i opanowania.

Po nocy przychodzi dzień, a po burzy… nowe pomysły ;)

Jest taki samotny dom
Uderzył deszcz, wybuchła noc,
Przy drodze pusty dwór,
W katedrach drzew, w przyłbicach gór,
Wagnerowski ton.
Za witraża dziwnym szkłem,
Pustych komnat chłód,
W szary pył rozbity czas,
Martwy, pusty dwór.
Dorzucam drew, bo ogień zgasł,
Ciągle burza trwa,
Nagle feria barw i mnóstwo świec,
Ktoś na skrzypcach gra,
Gotyckie odrzwia chylą się
I skrzypiąc suną w bok
I biała pani płynie z nich
W brylantowej mgle.
Zawirował z nami dwór,
Rudych włosów płomień,
Nad górami lecę, lecę z nią,
Różę trzyma w dłoni.
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
Znowu szary, pusty dom,
Gdzie schroniłem się
I najmilsza z wszystkich, z wszystkich mi
Na witraża szkle,
Znowu w drogę, w drogę trzeba iść,
W życie się zanurzyć,
hociaż w ręce jeszcze tkwi
Lekko zwiędła róża...
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
Muzyka: Lipko Romuald i Krzysztof Cugowski
Tekst: Sikorski Adam
Budka Suflera

23 czerwca 2006

Przyjaciel potrzebny od zaraz

Wezwać cicho Przyjaciela. Odczekać trzy, nieznośnie długie uderzenia serca. Otworzyć oczy a on przybędzie. Mówić i słuchać, bo on i słucha i mówi. Mała-wielka rzecz - przyjaźń. Pamiątki, wspomnienia, uczucia, myśli, osoby, teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, rozgrzeszenie i pocieszenie, nadzieja. A wszystko to zaledwie w 76 minut. Mam Przyjaciela i nie zawaham się go użyć :)

Wcielenie Kusziela Carey Jacqueline

Wcielenie Kusziela Carey Jacqueline Dramaturgia poprzednich części nie tylko utrzymana ale i podsycona. Ponowna eksploracja sfery psyche. Głownie w kontekście tego jak daleko można się posunąć dla osiągnięcia zamierzonego celu. Ile poświęcić, jaką maskę przybrać. Tym razem autorka popychając bohaterkę na ścieżkę tropiciela doprowadza ją do dalekowschodniego haremu. Nie jest to jednak obraz z baśni tysiąca i jednej nocy. Jest to obraz zezwierzęcenia jakiego może się dopuścić człowiek, brudna, mroczna kloaka rozpusty i wynaturzenia. Walka z naturą, której nakazy wywołują rozkosz w tym odrealnionym świecie. Pole do popisu dla psychoanalityków. Uzależnienie od doznań fizycznych kontra zachowanie godności. Opisy momentami naprawdę drastyczne, ale studium psychologiczne bezapelacyjnie doskonałe. Zdecydowanie polecam, choć uprzedzam, że czytanie może boleć.


22 czerwca 2006

Okruchy znalezione w piance



Zapisane na kartkach, wciśnięte w bagaże, zapomniane – odnalazły się. Okruch pierwszy. Zadziwiające jak nurkowanie potrafi przytłumić potrzebę uciech cielesnych, przyjemności, rozkoszy i bólu. Nawet o tym nie myślę. Ciało mam zmęczone, ale duszę oczyszczoną i lekką. Każdy ma swoją podróż do Mekki, moją jest Morze Czerwone. To, które najpierw poniewiera i poniża, potem upokarza i uczy pokory, żeby w następnym kroku odkryć łono i przyjąć jak dziecię marnotrawne. Tak. Wróciłam. Wróciłam tu, gdzie jest mały raj na ziemi, moja Mekka, moja Itaka, moja Ziemia Obiecana. W którymś z wcześniejszych wcieleń musiałam żyć na rafie – to jedyne wytłumaczenie.Okruch drugi. Niesamowite zmęczenie, po wczorajszej eskapadzie bolą nawet stopy. Ale czego się spodziewać skoro droga z bazy do wody była długa i piaszczysta. Stopy zapadały się po kostki w miałki i suchy piach, na grzbiecie garb sprzętowy. Pierwszy spacerek był prawie normalny, potem było już gorzej – buty pełne wody i latające w nich stopy. Dziś rano nogi, które zdjęłam z łóżka zdawały się być nie moje.Biorąc pod uwagę fakt, że następna taka okazja nie pojawi się szybko więc zachłannie sięgam po jeszcze. Dziś light w całej okazałości – Gotta Abu Ramada – max trzynaście metrów głębokości.


Pamiętam jak przez mgłę pojedyncze ergi – przecież tu właśnie nurkowałam po raz pierwszy – czy będą takie jak je zapamiętałam? To się okaże, ale podejrzewam, że zobaczą je na nowo, jak całkiem świeżą rafę. Ostatnie dwa klarowania sprzętu, ostatnie dwa nurki. Nawdychać się tego piękna i spokoju, zmagazynować go tyle, ile tylko możliwe, żeby wystarczyło do następnego razu. Kiedy obudzi mnie głęboki oddech i błękitno-turkusowe otoczenie. Mów się, że morze oddziela mężczyzn od chłopców. I to prawda. Oddziala także mężów od żon. Jeszcze, jeszcze, jeszcze. Wiem, że już nie wyrzeknę się tego z własnej woli, tej przyjemności graniczącej z rozkoszą. Tego fizycznego zmęczenia, które ma swoje bliźniacze odbicie w czasie sesji, z tym tylko, ze tu jest rozłożone w większej jednostce czasu. Ale właśnie teraz skumulowało się do tego stopnia, że zasypiam kiedy tylko jest to możliwe, choćby na kilka minut. A potem wcisnąć automat do ust i zapomnieć o całym świecie, zatracać się w tym, co unosi toń. To jest jak pierwotne wezwanie natury, jak wspomnienie czasów kiedy organizm nie znał jeszcze oddechu płucami, do czasów szczęśliwości.

A potem sen. Długi spokojny sen we własnym łóżku, z oddechem tak dobrze znanym, tuż obok. Lubię odjechać i lubię powrócić. Punkt odniesienia, który pozwala spojrzeć na wszystko z dystansem. Z jednej strony pozwala odpocząć umysłowi, z drugiej zmęczyć ciało, z trzeciej odetchnąć duszy. Ale przede wszystkim włączy tęsknotę i to na bardzo wysokie obroty. Tak, chcę do domu.

Tym bardziej kiedy po powrocie do hotelu zastaje się takie coś na łóżku - czyty żywy animal :)


21 czerwca 2006

Gianni Candido - ciało w trzech aktach

Często jest tak, że w pracach jednego artysty na pierwszy rzut oka widać jego ‘autograf’. Ale niektórzy pokazują swoje nowe oblicza w każdej sesji zdjęciowej. Przedstawicielem tej drugiej grupy jest Gianni Candido i to, co nazwałam – ciałem w trzech aktach – czyli co można zrobić z nagością za pomocą aparatu fotograficznego.

Na początek niemal klasyczne akty - kobieca nagość na tle rysunków przywodzących na myśl zapiski Leonarda da Vinci. Ciepłe barwy sepii i mocniejsze brązowe linie anatomii i konstrukcji maszyn, piękno doskonałe. A wśród tego mleczna kobiecość przeciągająca się ospale i otulająca w skórę. Tym, co chciałoby zgrzytać w tych obrazach jest właśnie skóra. Nie miękko wyprawione skórka rękawiczek, nie opinająca biodra skórzana spódniczka, nie ciepłe futerko ale głowonóg - ośmiornica. Z jednej strony uosobienie ‘potworowatych’, z drugiej macki jako symbol objęcia w posiadanie, plątanina zależności, perwersyjnej przyjemności dotyku – chłodnej miękkiej zaborczości przyssawek…








Akt drugi to harmonia męskiego ciała. I nie ciała ślicznego młodzieńca-modela z okładki pisma ale mężczyzny o wypracowanym ciele. O przedramionach rzeźbionych kanałami żył, o wierchu dłoni szorstkim i spracowanym. O kontrastujących fakturach napiętych mięśni lśniącymi płaszczyznami odcinających się od sterczących kosmyków włosów. O palcach wskazujących na coś dużo dalej niż może dostrzec oko. Sylwetka wyłowiona z mroku przez subtelne, miękkie światło. Statyka. Żywe ciało zaklęte w zastygłe pozy rzeźb. Czarno-biało-szara konwencja bez tła, potęgująca wrażenie alienacji, samotna, nieutulona nagość czekająca z rozpostartymi ramionami, czekająca na…








Kurtyna unosi się po raz trzeci, po to tylko, żeby pokazać supermarketyzację seksualności. Wypracowane, wypielęgnowane ciało zostaje sprowadzone do poziomu towaru. Silikonowe produkty przemysłu chirurgii plastycznej czekające tylko na dłoń, która zdejmie je z półki. Etykietki, składy, numery katalogowe. Wrażenie surrealistycznej inscenizacji spotęgowane dodatkowo fioletową poświatą, niemal identyczną z tą, jaka roztaczają lampy oświetlające sklepowe lady z mięsem. „Produkty” dokładnie wyselekcjonowane, sterylnie spreparowane, nawilżone i natłuszczone - gotowe do użycia. Wystarczy wyciągnąć rękę, żeby spełnić marzenie czy zaspokoić głód. Kult ciała narzucony przez cywilizację – pozbawiony uczuć i emocji. Czysta żywa konsumpcja…



20 czerwca 2006

Sharmelnaga

Wyobrażenie parku narodowego każdy jakieś ma, ja także miałam. Tym większe było moje zaskoczenie kiedy po godzinie jazdy przez pustynię zajechaliśmy... na pustynną zatoczkę. Kawał piachu ogrodzony solidnym murem i pilnowany przez całkiem sporą bandę ludzi. No, ale w końcu to - podwodny park narodowy. I jak się już znurzyło głowę pod wodę to naprawdę widać, że to duża rzecz. Nie wiem czy za sprawą bogatych prądów morskich czy może wobec minimalnej ilości oglądaczy i znacznego oddalenia od najbardziej popularnych nurkowisk. W każdym razie koralowce są tam dużo większe. Ale to wszysko parę metrów pod powierzchnią. Na wierzchu zaś wygląda to delikatnie mówiąc nieciekawie.






19 czerwca 2006

Niewybaczenie

jutro skończy czterdzieści jeden lat
znam Go od przeszło szesnastu
od piętnastu dzielę z Nim codzienność
jest introwertykiem
dwa razy widziałam Jego łzy
dwa razy przez tyle lat
dziś był raz trzeci
przez ciebie kobieto
tego nie potrafię ci wybaczyć
nie mogę
nie chcę

15 czerwca 2006

Ciemność widzę, widzę ciemność

Ostatnie emocje w ciemności się narodziły i w ciemność pozostać powinny. Zanurzyć się w otchłań która nie przebyta jest dla wzroku ludzkiego to duże wyzwanie. Zanurzyć się bez lęku – nie możliwe. Nie przypominam sobie, kiedy bałam się równie mocno jak tego wieczora. Serce kołatało głośno jak pięści skazańca w dudniące w drewniane drzwi. Aż woda odbijała się od rozkołysanych piersi. Strach. Paraliżujący. I Walka. Z lękami. Przy mojej wyobraźni wszędzie było pełno stworów nie z tej planety. I oddech – szybki, płytki, urywany. Czułam jak wyschnięty język poszukuje odrobiny wilgoci w zakamarkach policzków. Panika. I nawet nie można spojrzeć w górę, ku słońcu, bo przecież już go nie widać.I nagle ciepły strumień światła płynący od dłoni ku dołowi. Rozpływający się w chwiejną ścieżkę prowadzącą do nikąd. W blasku latarki ryby kołysały się zawieszone w wodzie, nieświadome tego, co się dzieje dookoła. Gdzieś u podstawy rafy ogromna brunatna ośmiornica próbowała umknąć światłom jupiterów. Leniwie przelewając ciało przez zgrubienia koralowców. Spokojna, cicha krok po kroku konsekwentnie zapadała się w mrok. Była piękna. I zawstydziła mnie swoim opanowaniem. Morze nocą jest mniejsze, wzrok sięga niewiele dalej poza smugę światłą. Za to wszystko, co da się oświetlić jawi się w zupełnie innym kształcie i barwie. Te same ryby, do których już zdążyłam się przyzwyczaić stają się bardziej kolorowe. Może dlatego, że mniej ruchliwe pozwalają się gapić na siebie. Może dlatego, że oświetlone sztucznym światłem nabierają innych barw. A może dlatego, że dziś wszystko było inne. I koralowce trzy do czterech razy większe niż gdziekolwiek indziej. Ryby jakby oswojone. Spacerujące ośmiornice. Warujące mureny.

Przełamałam kolejną barierę, zrobiłam kolejny krok. I nie żałuję. Było pięknie. Chciałabym to jeszcze powtórzyć. I mieć siłę, żeby zjednoczyć się z otoczeniem, wyrzekając się światła. Choćby na chwilę. Żeby ujrzeć prawdziwe oblicze Mroku i Ciemności, poczuć własną małość, ukorzyć się przed majestatem Natury.

14 czerwca 2006

Kwadrat jaki jest każdy widzi?

Kolejne głębokie. Tym razem dokładnie zaplanowane i zrealizowane a do tego seria ćwiczeń. Na początek słupki do zliczenia pod wodą żeby sprawdzić czas reakcji i ewentualny stan zaazotowania. Potem zestaw „mały daltonista” czyli jaki to kolor. Wszystko byłoby dobrze, ale dlaczego ten czerwony zrobił się brunatny? Potem przyszedł czas na zaprzyjaźnianie się z kompasem, którego uhonorowaniem było płynięcie po kwadracie do wytyczenia, którego musiał wystarczyć rzeczony kompas. Wiem jak wygląda kwadrat, nawet logikę azymutów zmieniających się o dziewięćdziesiąt stopni na każdym wierzchołku przyswoiłam. Ale okazuje się, że dodanie dziewięćdziesięciu do liczby trzycyfrowej, po czterdziestu minutach pod wodą, może być problematyczne. Tak czy owak zamiast kwadratu wyszedł lekko niedomknięty trapez. Grunt to zrozumieć, reszta to praktyka.

A potem już tylko przyjemność czyli spacerkiem po rafie. A było co oglądać. Nie ścianka, tylko rozrzucone w niedużej odległości, kolumny, które można opływać dookoła. Bardzo dużo ryb, w ogóle nie zwracających uwagi na nurków. Wyjątkowo dobrze widoczna terytorialność – różne gatunki na różnej głębokości – niewzruszone na swoich posterunkach. Duże papugoryby skubiące miękkie koralowce, dostojne rogatnice. Ale zdecydowaną królową nurkowania była niebiesko nakrapiana płaszczka. Siedziała sobie pod załomem koralowca, częściowo zagrzebana w piasku. Jej błękitne plamki skrzyły się jak kamienie szlachetne – załamujące i odbijające promienie słoneczne przeciskające się przez hektolitry wody.

Wyszłam zmęczona ale szczęśliwa. Znowu osiągnęłam stan, kiedy to, co pod powierzchnią jest bardziej pociągające niż cokolwiek innego. A rzecz się miała wówczas, kiedy mała brunatno pomarańczowa rybka rozpłaszczyła mi się na moment na szybce maski. Wystraszyła mnie nie na żarty tym manewrem. I chciałam jej dotknąć wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Oczywiście uciekła przed powolnymi palcami.

Kocham ten stan, kiedy przestaje odczuwać swoje ciało i staję podobnie wiotka jak morska trawa. Kiedy jedyny ciężar jaki odczuwam to balast. Kiedy wypuszczając powietrze widzę całe galaktyki zamknięte w bąblach mojego oddechu. Uwielbiam przepływać nad innymi nurkami, kiedy kaskady ich bąbli szumią mi w uszach. Kiedy przez jedną krótką chwilę nie widać nic poza srebrzystym deszczem westchnięć ku niebu skierowanych. Kiedy bąble rozpryskują się o ciało na setki mniejszych. Lubię łapać w dłonie duże bąble śmigające szybko ku słońcu. Więzić je w palcach, dzielić, tworzyć…

A potem trzeba wyjść, z wysiłkiem trzymać się drabinki, kiedy morze zazdrosnymi falami próbuje zatrzymać przy sobie każde z ciepłych ciał. Wysiłek, którym trzeba zerwać tę subtelną nić porozumienia, którą wreszcie udało się wypracować. Jeszcze wodą chlapnie po twarzy, jeszcze ruchem przepastnych ramion ukołysze spoglądając zawadiacko z tyłu. I wiemy oboje, że przecież tu wrócę. Jeśli nie dziś to jutro, pojutrze, za rok. Ale wrócę.

Rozważania młodego nurka

Dziś pierwsze głębokie. Nie powiem, żebym była zadowolona perspektywą nurkowania na wraku, ale jak mus to mus. Przejrzystość wody znośna, no ale czego można się spodziewać po zanurzeniu parę metrów od wyjścia z portu? Wrak podobno ładny i całkiem młody – okręt wojenny zatopiony w 67 roku. Zaległ na dnie po uderzeniu torpedy. Fakt, dziura w burcie całkiem pokaźna, rozdarte poszycie i grodzie szczerzą zardzewiałe stalowe zębiszcza. Poszycie i pokład porośnięte już w większości roślinnością. Ryb mało, głownie ławice białego drobiazgu, ale na dziobie powitała nas piękna skrzydlica stojąca na straży. Podobno gdzieś jeszcze wylegiwała się skorpena, ale niestety (dla mnie, bo dla niej jak najbardziej stety) była zakamuflowana pierwszorzędnie.

Całe nurkowanie dość dziwne. Przede wszystkim zejście po linie a nie swobodna podróż w dół. Z jednej strony pomaga bo całe towarzystwo opada w jednym miejscu, ale przez to traci nieco na świeżości doznań. Po drugie lina stanowi punkt odniesienia tuz przed szkłem maski i widzi się prędkość z jaką ciało opada. Potem ciągła praca nad pływalnością. I strach. Strach generowany świadomością, że pode mną znajduje się nie piaszczysta łacha, nie koralowce, ale wielka sterta żelastwa sterczącego na wszystkie strony. Wraki nigdy mnie nie pociągały, a teraz budzą we mnie strach. Realne zagrożenie czającego się na mnie metalu oblepionego tężcem. Nie mogę zaprzeczyć – robi wrażenie, nawet większe niż drewniane szkielety rozparte leniwie na piasku. Ale jednocześnie nie znajduję w nich nic fascynującego. To w końcu cmentarzysko i tylko tak potrafię o nich myśleć. Nie wiem, może kiedyś zmienię swój stosunek do wraków, ale na razie nic na to nie wskazuje.

Za to świadomość sięgania w głąb morza jest podniecające, niesamowicie podniecająca. Wczoraj przekroczyłam limit głębokości nieświadomie, w związku z utrzymywaniem kontaktu z partnerem i chęcią obejrzenia z bliska ogromnej mureny. Później omawiałam to z instruktorem. Nawyk bycia przy partnerze jest jednak bardzo silny. W końcu jeżeli cokolwiek się wydarzy tylko on jest na wyciągnięcie ręki. Nie powiem miałam wczoraj rozterki. Z jednej strony widziałam instruktora wysoko nad głową (a wiedziałam, że wisi na osiemnastu metrach) a z drugiej strony partner. Czyli bliższa koszula ciału i dwa metry od dwunastu. Rozłożenie problemu na czynniki pierwsze wskazuje, że w takich przypadkach podstawowym parametrem jest zdrowy rozsądek. Partner partnerem tak długo jak długo nie zagraża mojemu zdrowiu i życiu. I pochwała monogamii – stały partnur. Niestety nie mam takiego komfortu więc przyjdzie mi borykać się z tym także w przyszłości. A może A. zaprzyjaźni się uczciwie z Adamem, wtedy może byłoby jakoś łatwiej. Bo ludzie się zgrywają, zaczyna się odczytywanie emocji bez słów.

Zastanawiam się czy kiedy Młoda weźmie automat do ust ja też będę takim powalonym rodzicem tworzącym nurka-kalekę? Nie chciałabym, żeby tak się stało, ale obserwuję sporo takich przypadków. Dwunastolatki (bo to zawsze są córeczki tatusiów), którym wszystko jest podane na tacy. Od klarowania sprzętu na łodzi po wypełnianie logbooka. Koszmar. A przecież te pannice nie będą całe życie nurać z tatusiem w parze. Schodząc pod wodę będą stanowiły zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Boże uchowaj nurać z taką!

Czuję się doskonale z każdym zanurzeniem nabieram praktyki. Czuję jak ciało się przystosowuje, jak mięśnie zaczynają żyć innym życiem. Lubię nawet ten śmieszny ból głowy po wyjściu z wody. Odpoczywam. Naprawdę odpoczywam nadrabiając zaległości w spaniu i lekturze. I tylko brakuje mi laptopa, brakuje go jak diabli. I to nawet nie netu, o którym zapomniałam (szok! Ja nie odczuwam złości w związku z brakiem dostępu do sieci!). Brakuje mi go, żeby notować. Wieczorami zapisuję więc kolejne stronice, pisząc jak dawniej – ołówkiem. Dużo śpię, naprawdę dużo – osiem (!) godzin w nocy plus drzemki na łodzi miedzy nurkami (bywa, że trzy razy po godzince). Uwielbiam nurać z łodzi. Tu czas biegnie inaczej. Nawet ten czas na drzemkę…

Uległość podwodna

Co jest z tym nuraniem? Zmęczenie i ból, a w nagrodę krótka wizyta w odrealnionym świecie. Tyle tylko ile wiatru w butli, tyle tylko ile ciało znieść potrafi. Poranione dłonie wystawione na pastwę koralowców, gdzie każde skaleczenie goić się będzie tygodniami. Palce powoli tracące umiejętność chwytania. Ciągłe pilnowanie siebie – postawy, ułożenia ciała, oddechu, trajektorii ruchu. I wzrok partnera pełen politowania lub aprobaty. A na koniec zimna wiwisekcja całego nurkowania. Piętnowanie bez pardonu uchybienia, słowa, które potrafią szczypać bardziej od słonej wody. I ta bezsilność, kiedy okazuje się, że umysł i ciało niby wiedzą, co mają robić, ale brak rutyny niweczy ich zamysły.

A mimo to kocham ten stan. A może kocham go właśnie dlatego? No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt wciągania ciasnej neoprenowej pianki na podrażnioną słońcem skórę bez jednego słowa skargi? Jak rozciągając mięśnie niwelować bolesny skurcz wiedząc, że nadejście kolejnego jest tylko kwestią czasu? Jak wziąć na siebie ponad dwadzieścia kilogramów sprzętu wszelkiej maści i skoczyć w otchłań? Kiedy stojąc na pomoście jedna myśl „po co mi to?” wyganiana jest z głowy przez inną – „skacz!”. Kiedy adrenalina przekracza poziom zdrowego rozsądku, kiedy oddech wstrzymywany z wrażenia zaczyna pulsować pod czaszką, kiedy lustro wody zostaje daleko w górze.

I powracająca jak fala myśl, że jest tylko jeden sposób żeby opanować technikę do perfekcji. Droga przez zniewolenie, nakaz i rozkosz jak z tego płynie…

13 czerwca 2006

Fantazja realnością przeplatana

Żyję tu sobie według własnego rytmu odliczanego snem, posiłkami i nurkami. Z niewielkimi zaburzeniami wprowadzanymi przez esemesy. Te mężowskie trzymają mnie w równowadze, ale te od A. są czymś zupełnie innym. Bo przecież innych dotyczą rzeczy. Dzisiaj na przykład dowiedziałam się o zaproszeniu na trening. I jak żywy stanął mi przed oczyma obraz z piątkowego spotkania w Tomba Tomba. Na marginesie mocny wieczór, choć jeśli przyszłoby mi ocenić jakość fetyszowej imprezy to nędza straszliwa. To temat na całkiem osobną opowieść. W każdym razie ktoś, kogo tam poznałam osobiście zrobił na mnie niesamowite wrażenie. W zasadzie to przez ten mój sobotni wyjazd to nawet nie zdążyliśmy o tym z Panem Mężem porozmawiać. Wymieniłyśmy z A. poglądy w łóżku – tradycyjnie gadając zamiast spać - i co ciekawe opinie były zbieżne.

Ale wracając do osoby, to poczułam ciepło. To takie łaskoczące ciepło w środku mnie. Po raz pierwszy kiedy dotknęłam dłoni. Po raz drugi podczas rozmowy, a potem jeszcze wiele razy. Ale kiedy doszło do demonstracji zataczania koła podbródkiem – coś we mnie pękło. I to nie dlatego, że było to coś nadzwyczaj widowiskowego. Ale dlatego, że zamiast uczestnictwa w tym pokazie byłam tylko obserwatorem. Dlatego, że jego ruchy były hipnotyzujące. Płynne, konsekwentne, bezwzględne, miękkie i wymuszające… chciałam napisać posłuszeństwo, ale to nie to. W tych ruchach był nakaz uległość. Nie koniecznie uległości, o której tu pisuję zazwyczaj, ale czegoś, co wykluczało jakikolwiek sprzeciw. I ja stojąca obok. Obok. Obok. Nie będę płakać i rwać szat ale to było trochę jak odstawienie na boczny tor. Mimo wszystko cieszę się, że tam byłam – mogłam porozmawiać, dotknąć.

Dałam upust pragnieniu tatuażu, a mam dwa z nim związane. Jedno dotyczy mnie i posiadania tatuażu, drugie dotyczy innego ciała tak właśnie ozdobionego. Mają bowiem tatuaże magiczna jakąś moc przyciągania, zmuszającą do wyciągania ku nim palców. Tak, mam potrzebę dotykania tatuowanego ciała, jest ono dla mnie szalenie podniecające. Zaskakująca gładź, która przy zamkniętych powiekach nie pozwala odróżnić malowanej skóry od czystej. Jest coś, co widziałam we śnie, ledwie dwa czy trzy razy. To scena rodem z dalekowschodniej fantazji, w każdym razie jeśli chodzi o scenografię. Łaźnia, a może basen w patio, sama nie wiem. Najważniejszy jest w tym mężczyzna i tatuowane wnętrze jego dłoni. A ja podchodzę do niego na czworakach, żeby te dłoń lizać. Przesuwam językiem po każdej z poplątanych linii i czuję narastające podniecenie. Nie ma tu żadnych dźwięków, mężczyzna nie ma twarzy, ma tylko te dłonie…

I właśnie to miałam ochotę zrobić w piątek. Przeciągnąć językiem po tej naznaczonej rozkoszną sinoniebieską barwą skórze. I pewnie zrobiłabym to, gdyby nie fakt, że w moim krwioobiegu nie krążył żaden alkohol, który byłby usprawiedliwieniem tak dziwnego zachowania. Uświadomiłam sobie bowiem, że to już nie jest fantazja, to stało się marzeniem, a marzenia się spełniają. Ja spełniam marzenia, potrafię to.

Jak zawsze pragnęłabym obecności Pana Męża. Nie po to, żeby nie powstrzymywał ale po to, żebym czuła, że mogę to zrobić, bo On mi na to pozwolił. Wewnętrzna walka świadomości z podświadomością, potrzeba odczuwania tej przynależności. Ech… Tyle emocji budzi we mnie niebieski rysunek odciśnięty bólem tego, kto chciał go posiąść. Wszystko tak świeże… Czytam o marce anguisette. Dotykam tatuażu i moje pierwsze pragnienie staje się nieznośne. Dopomina się miejsca w moim życiu i w moim ciele…

Bujać to my ale nie nas :(

Wypłynęliśmy, wiało i bujało jak diabli, tak, że na dzień dobry wszyscy obecni dostali do dzioba emeral (taki ichni aviomarin). Udało się – ryb nikt nie karmił. Ale w związku ze stanem pogodowym wszystkie łodzie, które wypłynęły spotkały się na jednej rafie.


Tłoczno na wodzie, tłoczno pod wodą. Krzyżujące się trasy płynięcia, kupa bąbli i nerwowe pilnowanie partnera. Na własnej skórze odczułam co to znaczy nie mieć stałego partnera tyko dostawać przydział z łapanki. I takie są dziwne sytuacje kiedy ja sygnalizuję sto bar a on ma sto sześćdziesiąt – ‘drobna różnica’. Widoczność była już dziś dużo lepsza, zwłaszcza na drugim nurkowaniu. Rybki jak ludzie w supermarkecie – snują się, przepływają tuż przed maską. Już niemal zapomniałam jak potrafią być kolorowe i mieniące się. Nie było co prawda nic dużego, ale za to ławica purpury, przez która przepływałam dała niezapomniane emocje. Przede wszystkim miałam dziwne skojarzenia z czerwoną mgiełką agnuisette. A może to przez ból wywołany skurczem w łydce, z którym walczyłam właśnie wtedy. Sama nie wiem. Skojarzenie bólu i purpury jest jednoznaczne, w każdym razie dla mnie.


Na powrocie znowu bujanie. Na moim miejscu A. byłaby zapewne zachwycona – kupa wody, fale, wiatr prosto w twarz. Podejrzewam, że nawet burczenie silnika zamiast łopotu płótna byłoby pomijalne. Ona tak, a ja? Siedziałam pod pokładem a dokładniej to leżałam uczepiona kilku punktów podparcia i wyobrażałam sobie, że to nie łódź ale hamak na tarasie. Wprowadzana dodatkowo w trans przez arabskie rytmy zasypiałam, budził mnie milknący odgłos silnika, zwiastujący osiągnięcie celu podróży. Także ubieranie się i sprawdzenie sprzętu trzeba było robić w przyspieszonym tempie. Bujanie, podczas gdy ma się na sobie dodatkowe kilkadziesiąt dodatkowych kilogramów i przesunięty środek ciężkości nie należy bowiem do przyjemności. I jedyna myśl w głowie – skoczyć i zejść pod wodę. Na pięciu metrach jest już dobrze, już nie kołysze. Potem jest już tylko walka z własnymi słabościami i oglądanie ciekawostek. No i pilnowanie manometru, którego wskazania potrafią być najbardziej frustrujące, zwłaszcza w konfrontacji ze wskazaniami innych manometrów. Praktyka czyni mistrza, wiem to. Jak dobrze pójdzie to w piątek wyjdę ze stoma barami w butli, szkoda tylko, że w sobotę trzeba zamienić łódź na samolot i wracać do domu.

12 czerwca 2006

Pierwsze koty za płoty

Takiej pogody to nie pamiętają najstarsi Egipcjanie. Połowa czerwca a tu wieje, burze piaskowe miotają się po lądzie – istny koszmar. Wczoraj był zakaz wypłynięcia, bo widoczność zerowa , nad wodą unosiła się zasłona piasku. A według wszelkich znaków na niebie i ziemi tutejsze łodzie nie są wyposażone w żadne przyrządy poza okiem głównodowodzącego. No cóż, co kraj to obyczaj. Skutkiem tego wczoraj wyważaliśmy się z brzegu, tuż przy przystani. Mała zatoczka osłonięta od otwartego morza, tyle tylko, że płycizna i żeby się zanurzyć trzeba było wyleźć za cypel. A tam już czekały wredne fale. Jak ja nie lubię nurać z brzegu to po prostu historia. A w wodzie widoczność rzędu sześciu metrów z zawiesiną piachu, czyli jak na Egipt zerowa. Spacerek tam i z powrotem przy pryzmie kamieni, w międzyczasie dwa wyjścia po balast, skutkiem czego mam na sobie czternaście kilo ołowiu. Wiatr wiał jak dziki, a z innych przyjemności to odpięta płetwa, fala przez łeb i lądowanie na drobnych koralowcach. Pianka ochrzczona – dziury na kolanach (obu!) – znaczy w piance bo osobiste kolana bez szwanku, za to niezłe kancery na dłoniach. Jak dodać je do tych, które załatwiłam sobie nosząc sprzęt to okazuje się, że nie mam czym pianki wciągnąć. Do tego jeszcze parę godzin moczenia w solance. No, ale czego się nie robi dla własnej przyjemności.

Towarzystwo dobrało się jak w korcu maku. Nuranie z bandą facetów to swoisty folklor, bo panowie niewybredni są w słowie i choreografii. A i dowcip rubaszny a wulgarny sypie się zewsząd. Nie można powiedzieć stanowią wielobarwne zbiorowisko folklorystyczne. Jedno, co dobre, że nikt mnie nie traktuje jak królewny i nie próbuje mnie wyręczać. Nie lubię tego. Owszem, co innego pomocna dłoń przy ściąganiu pianki (dłoń o która poproszę!) a co innego klarowanie za kogoś sprzętu. Jest tu kolejna para pod tytułem ojciec z córeczką (nastoletnią) i znowu pojawia się to, na co napatrzyłam się podczas poprzedniego pobytu i odczułam na własnej skórze. Niby to nie moja sprawa, ale jak jej kiedyś przyjdzie samej złożyć sprzęt to będzie problem. Zwłaszcza z tymi (!) paznokciami.

Michał (instruktor) jak zawsze bezceremonialny, jak przypieprzy to się człowiek ledwo na nogach utrzyma, bez ogródek i zawijania w cokolwiek. Tak czy inaczej po wczorajszym sprawdzającym zebrali wszyscy. No, ale czego się spodziewać, on spędza pod wodą niemal pół życia, a jak się człowiek wyrwie, żeby pobulgotać przez tydzień od wielkiego dzwonu to praktyką trudno to nazwać.

9 czerwca 2006

13 godzin

Do odlotu zostało 13 godzin można zacząd odliczanie. Pakowanie, impreza, lotnisko i heja do wody. 10 koszulek a torba pełna po brzegi. Już zapomniałam jak bardzo przestrzenne są nurkowe bambetle. Zobaczymy ile miejsca zostanie w podręcznym i zadecyduję laptop czy notatnik. Coś musi być.