29 października 2007
Prowadź mnie...
28 października 2007
Albert Einstein
"Jest dla mnie zaiste zagadka, dlaczego ludzie traktują swą pracę tak piekielnie poważnie. Dla kogo? Dla siebie? Przecież wkrótce nas tu nie będzie. Dla rodziny? Dla potomności? Nie. Zatem zagadka pozostaje zagadką."
Albert Einstein
I tu przyłączam się do uczonego - także nie rozumiem. Mimo, że doświadczam tego, wciąż i wciąż na nowo.
============
Bornagainst 2007-10-30 15:55:51 195.33.129.150
Ja moją przestałem traktować w ten sposób. Nie ma to zupełnie sensu. Szkoda energii i czasu na stawianie jej na piedestale.
Obudzić się z ręką w…
18 października 2007
Biurowce i kobiety
12 października 2007
Chemia i fizyka w relacjach międzyludzkich
Bezpośrednio z państewka wojny podjazdowej popędziłam na inne zupełnie spotkanie. Termin i miejsce umówione od tygodnia. I… muka proszę szanownych, mistrzostwo świata. Wszystkim, którzy planują jakiekolwiek spotkania w warszawskim hotelu InterContinental zdecydowanie odradzam, może się zdarzyć, że druga strona otrzyma w recepcji informację – taka osoba/ firma u nas nie występuje. Szokujące, ale prawdziwe. Na moją prośbę o poinformowanie osoby o moim przybyciu dowiedziałam się, że taka osoba nie przebywa w hotelu. Szok numer dwa. Jeśli dodać do tego fakt, że ‘przegenialna’ sieć Era po raz kolejny obdarowała mnie serią dziwacznych komunikatów w trakcie próby dodzwonienia się na angielską komórkę (abonent czasowo niedostępny/ abonent nie korzysta z tej usługi/ w połączeniach międzymiastowych nie należy poprzedzać numeru cyfrą zero itp.) to groza zajrzała mi w oczy. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój interlokutor stojąc na galerii dwa piętra wyżej rozpoznał mnie i pofatygował się do holu. Jak wykazał praktyka dla chłopca w recepcji jedynymi gośćmi hotelu są ci, którzy wynajmują pokoje. Jeśli zaś wynajmujesz salę konferencyjną to NIEISTNIEJESZ w świadomości recepcji głównej, ani jako nazwisko ani jako firma. Reasumując odradzam umawianie spotkań biznesowych w tym hotelu istniej duże ryzyko, że druga strona może nie dotrzeć z powodu niekompetencji recepcjonisty.Po tak nerwowym wstępnie samo spotkanie miało rewelacyjna atmosferę, doskonałą chemię i na dodatek realnie przybliżyło mnie do celu. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu.
Nazajutrz kolejne spotkanie (na ubiegłotygodniowe rozmówca nie dotarł bo utknął w korku). Tym razem choć oferta całkiem atrakcyjna nie wzbudziła we mnie emocji. Zabrakło chemii, a na samej fizyce pojechać się nie. Znaczy jestem na shortliście i pewnie spotkam się z wierchuszką u klienta, ale jakoś nie czuję tego, nie widzę siebie w tej organizacji. W sumie ta rozmowa nie wniosła żadnej wartości dodanej, w przeciwieństwie do wczorajszej. Ot – headhunter jeden z wielu.
Jeżeli wszystkie plany przyszłotygodniowe wypalą to czeka mnie kalendarz naładowany po brzegi. Pożyjemy zobaczymy. I tym optymistycznym akcentem witam obrzydliwie pochmurny i deszczowy dzień, jego jedyna zaletą jest fakt, że na imię mu piątek.
6 października 2007
Interview
Kochanka potrzebna od zaraz, wrrrrrr mniam.
4 października 2007
Październik miesiącem…
Był kiedyś październik miesiącem oszczędzania zwany, dziś parafrazując tamten slogan miesiącem headhunterowania nazywam go. Wystarczył jeden mały komunikat w kierunku rynku, żeby telefon rozgrzać niemal do czerwoności. W efekcie nawet dwa spotkania dziennie. Spotkanie z Wiedeńczykiem urocze i przemiłe, niestety i szybkiej decyzji startowej wymagało. Szkoda – zapowiadało się ciekawie. Pańcia Zamiejscowa – hmm sztampowo, przewidywalnie, z zerkaniem na zegarek. A co pani lubi, a czego nie, a jakie są mocne, a jakie słabe. Błee… zero polotu, klasyka gatunku i to bynajmniej nie kategorii A. O szklanym suficie nigdy nie słyszała (a z racji wykonywanego zawodu raczej powinna). Ciekawie, bo budowanie od zera, mniej ciekawie, że produkt jakiś taki… no nie wiem… nie przekonuje mnie. Pożyjemy – zobaczymy.
Wczorajsze spotkanie zaś to historia wręcz nieprawdopodobna. Zacznijmy od tego, że na rozmowę zaprosił mnie mężczyzna, przybywam na miejsce gdzie znajduję miotającą się w panice asystentkę (spotykacz utknął w korku i się spóźnia). Trochę to dziwne, bo właśnie przejechałam przed chwilą przez pół stolicy stwierdziwszy zaskakująco mały ruch. No, może wszyscy pojechali stać w korku w innym miejscu. W każdym razie po krótkim oczekiwaniu zawitała do mnie kobieta. Uśmiechnięta kobieta. Brunetka. Szczupła i nieduża. Wystarczyło na pierwszy raz. Kiedy otworzyła usta, żeby się przywitać i rozchyliła wargi byłam zgubiona. Nie potrafiłam oderwać oczu od tych zmysłowych ust. Długie włosy spływające na ramiona aż się prosiły, żeby wsunąć w nie palce. Wpadła jak po ogień, lekko zdyszana z wydrukowanym naprędce materiałem, którego nie przeczytała. Gaszenie pożaru. Miała cudowny miękki akcent, na brzmienie którego robi mi się miękko w środku. Miałam ochotę schrupać ją na stole.
Na szczęście moja porządniejsza połowa umysłu zadbała o to, żebym nie traciła wątku i starałam się prowadzić rozmowę jakby przede mną nie siedział ideał cielesności wg mnie. Nie mówię, że to posągowa piękność była, ale była pełna tym pięknem, które mnie rozpala. Druga połowa mózgowia snuła fantazje o czynach lubieżnych (niam). Tak się te moje połówki zajęły swoimi sprawami, że nie raczyły zauważyć jak Aleksandra przeszła w rozmowie z angielskiego na rosyjski. Nie zauważyły i nie przegrupowały sił. W efekcie rozmowa miała kuriozalny ‘wygląd’ ona zadawał pytania po rosyjsku, a ja odpowiadałam po angielsku. Na dokładkę zupełnie tego nie zarejestrowałam. Najwidoczniej mojemu chuciami opętanemu rozumkowi wystarczyło na tyle czujności, że zdiagnozowało brzmienie jako ‘nie ojczyste’ i pozostało przy angielskim. Niezła plama.
W drodze do domu jeszcze jeden telefon, tym razem gość z Londynu, a dokładniej jego asystentka potwierdzająca środowe spotkanie. Będzie ciekawie, tym bardziej, że to dopiero czwarty dzień października.
=============
olo 2007-11-18 02:09:42 62.233.204.178
czasem sobie myślę, że chciałbym tak umieć wyrażać swój zachwyt dla kobiet. Ja, mężczyzna.
Refleksja poranna
Szklany sufit. Mur. Roszczeniowa obojętność.
Znowu???Miało być tak pięknie… a tu białe skarpetki z pod garnituru wyglądają. Jaka szkoda…
30 września 2007
Kupił, nie kupił...
Zmiany. Telefony rozdzwoniły się na dobre. Spotkanie goni spotkanie. Ciekawam bardzo co z tego wyniknie. Atmosfera w biurze gęstnieje. Prezio tygodniami nieobecny, umawia się na spotkanie poczym raczy różne osoby esemesami treści sorry jestem chory, nie dam rady przyjść, czy możesz… Już nikt nie traktuje poważnie jego deklaracji, co do spotkań. Operacyjny jest jeszcze do końca roku, a co później? Hmm nie wiem, w każdym razie ja na swoje barki nie wezmę zarządzania całą firmo – jeszcze mi życie miłe i znam wartość wolnego czasu. Tym bardziej, że mam go ciągle za mało. A za chwilę będzie jeszcze mnie z powodu szkoły. Oj będzie się działo, będzie się działo. Najpierw straciłam serce, teraz zaczynam tracić cierpliwość. Ciekawe, że tolerancja jest odwrotnie proporcjonalna do ilości telefonów i spotkań przynoszących nowości. Tak, nowości to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Ktoś kiedyś zdiagnozował to jako zaraźliwy optymizm i umiejętność motywowania ludzi do sięgania poza to, co utarte. Jeśli wziąć pod uwagę to, co robię obecnie to coś w tym jest.
Kupił, nie kupił - potargować warto.
29 września 2007
Rozważania sferyczne
27 września 2007
Kobieta oszlifowana cierpieniem ma wartość brylantu
===============
margot__ 2007-10-05 17:56:18 83.24.144.171
zoo..co do autora powiem Ci tak Droga moja..facet z krwi i kości, najprawdziwszy z prawdziwych, rzec bym mogła hmm Przyjaciel..dużo w Nim empatii i doświadczenia a wszystko co opisane zgodne z najprawdziwszą prawdą.. całusy..
sliczna_sami sliczna_sami@o2.pl2007-09-29 13:21:24 194.116.193.13
Witam, Zooza. Dziekuje za to, ze pozwolilas mi, od pewnego czasu, zapoznawac sie ze swoimi myslami, fascynacjami, przezyciami. Dzieki temu rowniez, za Twoim przewodnictwem, poznalam wiele ciekawych miejsc, wielu ciekawych ludzi. To niewatpliwie wzbogaca.Ow KmT, o ktorego blogu wspominasz, jest po prostu mezczyzna - i jako taki, posiada kobiecy pierwiastek duszy - to zupelnie naturalne, szkoda tylko, ze rzadko spotykane. Czyzby tak niewielu mezczyzn zylo miedzy nami? ;-)Pozdrawiam Cie cieplo. :-)
PPZN
Czuję przez skórę, że nadchodzi coś kolejnego. Jeszcze nie ma kształtu ani imienia, ale po prostu wiem, że się zbliża. Niebawem zapuka do drzwi mojego umysłu, a ja pójdę otworzyć. Już czekam. Moja PPZN jest wygłodniała…
3 września 2007
Pan Niepokorny. Kulturowa historia penisa
Penis jaki jest każdy widzi - czy aby napewno? Jest ciekawie napisana przez Davida M. Friedmana rozprawa na temat tego jak postrzegano penisa na przestrzeni dziejów. Formuła książki to coś pośredniego między powieścią detektywistyczną a podręcznikiem historii, z tym zastrzeżeniem, że obejmuje różne dziedziny. Trzeba przyznać, że jest wszechstronna pod tym względem – pokazuje różne punkty widzenia i różne aspekty. Są tu religie i wierzenia (od klasycznego kultu fallicznego z omówieniem różnic w poszczególnych kulturach, po prokreacyjne i masturbacyjne aspekty w biblii), medycyna (od ludowych mikstur na impotencję, przez metody jej leczenia - niejednokrotnie szokujące, diagnozowanie i walka z masturbacją), psychoanaliza (czyli teorie panów Freud’a i Fromm’a), moda (kiedy, jak i w co odziewano męskie klejnoty), kompleksy (kobieca zazdrość o brak penisa, męska zazdrość o murzyńskie przyrodzenie), aż po współczesny viagroprzemysł. A z opisanych wynalazków wszelkiej maści i myśli technicznej można spokojnie stworzyć wystawę w muzeum techniki (nie wiem tylko czy w kategorii urządzenia użytku codziennego czy może narzędzia tortur).Książka napisana w sposób przystępny, nie przeładowana specjalistycznym słownictwem z zakresu medycyny i łaciny, obfitująca w cytaty i odwołująca się do różnorodnych źródeł, sporo mało znanych ciekawostek. Ciekawa i obszerna bibliografia. To, czego trochę brakuje to ryciny czy zdjęcia, niektóre są szczegółowo opisane, ale mimo wszystko słowo nie zawsze jest w stanie oddać obraz. Po prostu miejscami tekst, aż się prosi o wizualizację. Reasumując – ciekawa pozycja, monotematyczna ale nie monotonna, nadaje się do czytania w odcinkach – z racji bohatera nie traci się wątku.
Powrót do codzienności
13 sierpnia 2007
The day before
11 sierpnia 2007
"Olimpijczyk" Richard Eckermann







10 sierpnia 2007
Przygotowania
Mam zamiar wypróbować działanie niektórych zabawek tym razem w niecodziennej sytuacji dwudziestu metrów pod wodą. Liczę na ciekawe doznania zwłaszcza przy zanurzaniu – zobaczymy czy moje przeczucia będą miały odwzorowanie w pirzeczywistości.
9 sierpnia 2007
Zbierając z poduszki sny rozrzucone
Trochę secesyjne, trochę surrealistyczne nie mniej jednak miłe dla oka i ucha wyznanie. Abstrakcyjne metafory pełne ciepła i czułości. I nawet czas przeszły nie stanowi dysonansu, nie wskazuje na to, że teraźniejszość jest zaprzeczeniem przeszłości. To, co wyłania się z liter to raczej stwierdzenie lubiłem i lubię. Nietypowa dla męskich wierszy lekkość odmalowania sytuacji, nie zawaham się użyć określenia kobieca. Klimat tak odbiegający od dzisiejszych szybkich czasów, kiedy nawet nie próbujemy zebrać resztek snów, choćby tych tytułowych – rozrzuconych na poduszkach.
8 sierpnia 2007
Zrobiona w rumieniec
Historia jednej rozmowy w jednym akcie. Tego dnia Prezio pojawił się w biurze pomimo tego, że złożony chorobą był (faceci to jednak słabe jednostki wystarczy większy katar albo trzydzieści siedem stopni na termometrze, żeby byli umierający). Nie ważne. W każdym razie Prezio pojawił się albowiem spotkać się musiał z potencjalną asystentka, a wiadomo, że nikt nie weźmie sobie na głowę problemu pod tytułem wybór asystentki dla prezesa (niech sam wybiera i niech ma do siebie pretensję, jeśli coś będzie nie halo). Tak więc parafrazując znaną sentencję: vini, vidi, wybrał. Pojawia się w drzwiach niosąc tę dobrą nowinę, że ma już asystentkę. Dokładniej to ona ma być nasza wspólna, znaczy Prezia, moja i Operacyjnego. Więc uważałam za stosowne, żeby zapytać kiedy przychodzi i kto zacz. Uważałam, więc zapytałam. W odpowiedzi usłyszałam wśród salw śmiechu „we wtorek” i zobaczyłam wyciągnięte w moją stronę paluchy i zataczającego się ze śmiechu Prezia. Zaczęłam szukać powodów tej wesołości – bezskutecznie. Kiedy przebrzmiał atak śmiechu i Prezio powrócił do jakiej takiej równowagi stwierdził, że spotkanie z potencjalną asystentka to nic, ale dla tych błysków w mich oczach warto było zwlec się z łóżka. No, ja wiele jestem w stanie zrozumieć, ale jakoś nie bardzo potrafię uwierzyć w to, że mogły mi się ślipia zaświecić do kobiety, której w życiu nie widziałam. Nie mniej jednak poczułam jak moja twarz przybiera mało szlachetny odcień cegły, co tylko nakręciło spiralę ubawienia Prezia. Nie powiem, mam ochotę na jaką lalkę, ale żeby tak perfidnie wykorzystać wiedzę o moich preferencjach to przesada. No dobra pobawił się moim kosztem, niech będzie. A teraz od razu zaczęłam się zastanawiać się co to za ziółko ta asystentka, że takie skojarzenia z moją osobą w Preziu wywołać mogła. Wrócę z urlopu to się zobaczy. Czy nadmieniłam, że cała scena rozegrała się w obecności szefa IT, który zniósł ją w absolutnym milczeniu? Nie, tak właśnie było. Z wrażenia zapomniał języka w gębie i oddalił się nie zadając pytania, z którym przyszedł. Nie ma to jak znaleźć się we właściwym miejscu i we właściwym czasie.
Swoją drogą to chyba w moim wieku wypadałoby się już nie czerwienić jak pensjonarka, nieprawdaż? Ewidentnie za mało kontaktów z Młodym, wtedy chociaż mogłam trenować ‘próby’ panowania nad własnymi słabościami. Teraz efekt purpury dopadł mnie w pół kroku. Cokolwiek bym nie powiedziała byłoby tylko gorzej, więc skwitowałam temat ceglastym milczeniem.
Po urlopie muszę znaleźć czas na znalezienie kochanki, bo na dłuższą metę życie bez kobiety jest jakieś… no nie wiem… ‘ma jedna nóżkę bardziej” albo mniej… Hmm a może by tak jakiejś nurkującej lalki poszukać… No to byłoby coś!