20 marca 2006

Taaaa daaaaam!

Właśnie rozpakowałam przyniesione przez kuriera paczki. Na biurku leży stos jeszcze ciepłych (dymiących od pędu piór składających autografy) sprawozdań finansowych za 2005r. Swoją drogą to po kiego grzyba tyle egzemplarzy?? No, ale to już nie moje decyzje. A w zamian tylko satysfakcja i poczucie dobrze wykonanej roboty. Ech… A przydałby się jakiś uczciwy urlop (i na urlop też by się przydało).

17 marca 2006

Losy powiązane przeznaczeniem

Przez kilka małych chwil mogłam znowu dotykać traw i widzieć płomienie tańczące dookoła. Ogień odbijający się w kroplach rosy i drobiny życia w kroplach krwi. Tęsknota. Niewysłowiona tęsknota za rozmową, za słowem, za emocją zaklętą w opowieści. Na wyciągnięcie ręki Demon był i czułam dotyk na skórze, ślepy wzrok podnosząc na majestat. I czułam jak karmi się moimi słowy, jak rozpływają się po ciele roznoszone krwioobiegiem. Ten stan, kiedy słowa układają się same, kiedy z każdym słowem przestępuje się krok dalej w mrok, w przygodę, w nieznane. I nagłe cięcie, i wszystko opada. Słowa kulą się w sobie i bledną. Dlaczego? Dlaczego? Przecież potrzebujesz magii słów, potrzebujesz ich tak, jak i ja. Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem, związaliśmy swoje losy trawą i ogniem, łzami i krwią. To jak przysięga na Silmarille – nie sposób jej cofnąć. Nie broń się, nie obawiaj – nie trzeba…

Wyspa, Drzewo, Zamek

Są takie dni, kiedy po prostu wszystko jest pod wiatr. W zasadzie czuję się jakbym miała na plecach kartkę z napisem kopnij mnie w tyłek. Od rana tak mam. I miałam nadzieję, że wieczór przyniesie ukojenie po tych wszystkich pierdołach, których wysłuchiwałam cały dzień. Ale nie, to byłoby zbyt piękne … najlepiej stan mojego ducha dziś opisuje perfectowska Wyspa, drzewo, zamek…

Lecz mój czujny wróg był jak szczur,
Wsypał proch do kilku dziur,
Przyszła noc podpalił wtedy lont,
I tak wszystko to czego się tknę,
W proch i pył obraca się,
Nie wiem sam gdzie miejsce dla mnie jest

Na dobranoc, w środku samotnej nocy dostało mi się jeszcze wiaderko pomyj z najmniej spodziewanej strony. Smutne. Bardzo smutne. Dlaczego ci, których kochamy ranią najmocniej? Nie wiem, ale wiem, że tak jest. Niejednokrotnie już tego doświadczyłam. Ze smutkiem na ustach i łzami na policzku zasypiam, zostało mi jakieś trzy i pół godziny na sen…

16 marca 2006

Żywe wspomnienie

Są rzeczy niezmienne, są silniejsze, takie, które pozwalają choć przez chwilę być w raju. Jeden ruch i z zakamarków najbardziej sekretnych wyciągam płytę, już kiedy mruczy lubieżnie w czytniku serducho podchodzi do gardła. Z listy katalogów wybieram ten z dwoma literami, jakże miłymi moim zmysłom. Pierwsze, drugie zdjęcie i odpływam we wspomnienie. Szaleńczo pragnę znów być tam, z Nią i dla Niej. Nie poradzę nic na to, że uwielbiam Jej spojrzenie, kiedy mruży oczy, uwielbiam dłonie, które głaszczą mój policzek by chwilę potem zaciskać palce na sutkach. Kocham te dłonie, które jak żadne inne potrafią dać rozkosz i ból wymieszane w sposób perfekcyjny.

I tak bardzo pragnę Jej, właśnie teraz, po miesiącach bardzo ciężkiej pracy, po zdarzeniach ostatniego tygodnia. Dobrze jest móc wrócić pamięcią do chwil, w których czas i świat są tylko delikatnym tłem. Do smyczy z rąk do rąk przekazanej, do smyczy na dłoni zawijanej. Zapadam się we wspomnienia, w marzenia, w siebie. Tak niewiele potrzeba do szczęścia, tak dużo zarazem. Mój niepoprawny optymizm nakazuje mi wierzyć, że Zjawiskowa Pani znów stanie w progu mojego domu żeby w rozkosznej wymienności zagrać odę do rozkoszy na moim ciele i duszy. W mojej głowie niezmiennie LA.

Znalezione, co było ukryte

Znalazłam swoje imię, to - Bragolwen

15 marca 2006

Zawodowo bez zmian :(

Sześć dni myślenia a decyzja od czapy. W sumie to może nawet nie decyzja, ale jej uzasadnienie. Zabiło mnie na miejscu. A brzmiało mniej więcej tak:

Dziękujemy za spotkanie. Wybraliśmy na to stanowisko inną osobę, osobę o mniejszych kwalifikacjach i doświadczeniu, ale taką, dla której będzie to prawdziwy awans. Obawiamy się, że nasza firma nie spełni pani oczekiwań i szybko byśmy panią stracili na rzecz większej organizacji.

No załamać się można, wygląda na to, że ciepła posadka w niedużej, spokojnej firmie już nie jest mi pisana, bo zakwalifikowałam się do kategorii koncernowych molochów fabrycznych. Tyle tylko, że nie jestem zawziętym japiszonem i zdobywanie szczebelków korporacyjnej drabinki nie jest moim priorytetem. Mówi się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Możliwe. Ale dziś mnie zabiła na miejscu ta argumentacja. Jak zmartwychwstanę to pomyślę co dalej.

================

Azael azael69@wp.pl2006-03-16 14:00:42 83.31.5.46
doskonale Cię rozumiem... kilka razy słyszałem podobny tekst a dwa razy nawet czytałem!potem zmieniłem nieco CV... odchudziłem je.nie umieraj Zoo...będzie przykro...

Medycyna naturalna

Czas temu jakiś Młoda kaszlała i zgodnie z zaleceniem medyka zaordynowaliśmy jej bańki (na szczęście nie takie, które zmorą mojego dzieciństwa były – ogniste). Choć bańki wyglądały prawie identycznie jak tamte, to na wierzchu miały mały metalowy dzióbek a zamiast płonącej mini pochodni pseudo strzykawkę do wytworzenia podciśnienia. Efekt medyczny został osiągnięty i nawet już zapomnieliśmy o sprawie. Jedyne co, że bańki nadal rezydowały na komodzie w sypialni...

Samotność domowa - dawno jej nie doświadczałam. A. wyprowadziła się, Pan Mąż z Młodą wybyli w sprawie, a ja cieszyłam się dniem wolnym od biura. Cisza i spokój, zmącona jedynie szumem wody nalewającej się wanny i cichymi dźwiękami muzyki. I w takim właśnie nastroju stanęłam oko w oko z bańkami. I jakoś tak inaczej na nie spojrzałam i postanowiłam wykorzystać nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Usadowiwszy się wygodnie na łóżku obracałam w palcach ciężkie, grube szkło, przeciągając chwilę prawdy. Nie byłabym sobą, gdybym nie wcieliła w życie pomysłu, który zalągł się w mojej głowie. Pieczołowicie nakryłam łechtaczkę szklaną kopułką (brr strasznie zimne to szkło, aż mnie dreszcze przeszły, choć nie wiem czy to z zimna czy raczej z oczekiwania na nowe doznania). Nie mogę powiedzieć, wyglądała całkiem elegancko z wyraźnie zarysowanymi brzegami. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że oto zamierzam ją hodować pod kloszem. Uśmiechnęłam się do własnych myśli i przytknęłam strzykawkopodobne coś do metalowego dzióbka. Pierwsze pociągnięcie tłoczka nie dało jakiś oszałamiających odczuć, ale przymocowało bańkę w miejscu, które jej wybrałam. Nie ukrywam, że bardzo kręcił mnie widok, który ukazał się moim oczom. Przede wszystkim dlatego, że wiem ‘co i jak mi robi podciśnienie’, ale także dlatego, że w odróżnieniu od małych strzykawek przerobionych na wysysarki pole widzenia było duuużo lepsze. Kolejne ruchy tłoczka prowadziły mnie coraz bliżej granicy bólu ale jednocześnie dawały coraz więcej przyjemności. No i panna łechtaczka wyglądała coraz bardziej ponętnie wysuwając swój najwrażliwszy z czubeczków z fałdek kapturka. Powoli nabierała lśniąco purpurowej barwy, a cała reszta cipki zamieniała się z każdą chwilą w ukrytego ślimaka, którego zdradzały jedynie mokre, ciepłe ślady na prześcieradle. Muszę przyznać, że piana z wanny zaczęła się już wysypywać na podłogę łazienki a ja nie mogłam się rozstać z moją nową zabawką (można powiedzieć, że mnie wciągnęła). Kolejnych parę ruchów tłoczkiem zaprowadziło mnie na szczyt, więc postanowiłam się odessać.

I tu natrafiłam na pewien mały problem. To, że ja postanowiłam nie oznaczało wcale, że bańka miała takie same plany. Wręcz odwrotnie trzymała się mocno. No ale od czego pseudostrzykawkowy tłoczek, skoro wyssał powietrze to teraz je wciśnie. Jak pomyślałam tak zrobiłam a tu znowu protest. Dzióbek w bańce najwidoczniej jednokierunkowy jest bo wcisnąć się nic przez niego nie dało. Lekka panika (w końcu trochę głupio tak ze szklaną bańką między nogami latać). I już zaczęłam się rozglądać za instrukcją obsługi, kiedy przypomniało mi się jak zdejmowane były bańki podczas ich klasycznego stosowania. Naciśnięcie palcami okolicy przy i pod bańkowej zaskutkowało i odłączeniem się od bańki, i kolejnym orgazmem. Tak, tak… jeszcze nigdy nie miałam tak tkliwej i wrażliwej łechtaczki. A wyglądała po prostu rewelacyjnie. Nie przepadam za pieszczotami językiem, ale wtedy chyba bym oszalała czując na niej jęzorkową szorstkość. Z barku odpowiednio długiego języka własnego oraz braku innych języków w zasięgu ręki posłużyłam się ręką właśnie, a dokładniej palcami. Mistrzostwo świata! Fascynacja zarówno bodźcami dotykowymi odbieranymi przez opuszki palców jak i przez pannę łechtaczkę. W obliczu zagrożenia powodzią zaniechałam czynów lubieżnych i przeniosłam się do łazienki. A tu kolejna niespodzianka – w wannie wystarczył tylko sam ruch gorącej wody żebym zaliczyła kolejny szczyt. A potem jeszcze jeden. Nie ma co ukrywać - ciężko było mi wyjść z wanny.
No to się nazywa pełen relaks!
Mała bańka a cieszy :)

==============

stachu banki_adasia@poczta.fm2006-05-27 20:04:34 85.128.27.10
Następnym razem spróbuj postawić bańki na cycuszkach też dają niezły odlot

13 marca 2006

Trzy do jednego

"Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel..." tak śpiewał Perfect lat temu iks. A ja dziś mogę powiedzieć, że jest nas trzy w każdej z nas inne sny ale jeden (ten sam!) przyświeca nam cel - wziąć TĘ robotę!

Nie lubię czekać!

Nie lubię czekać!

Nie lubię czekać!

Nie lubię czekać!

Nie lubię czekać!

No nie lubię i już!!!

Elena Vasilieva - urzeczywistnianie marzeń

Elena Vasilieva jest jedną z najbardziej interesujących artystek młodego pokolenia, wywodzących się z bloku postkomunistycznego. Jej akty opowiadają niesamowite historie, czasami piękne, czasami ekscentryczne, innym razem przepełnione bólem lub pełne napięcia i energii. Chciałoby się zadać pytanie dlaczego nagość, dlaczego kobiety.

Odpowiedź zdaje się być niemal trywialna. Elena lubuje się w obcowaniu z malarstwem czy rzeźbami, które wyszły z rąk Starych Mistrzów lubujących się w nagości. Jej przygoda z wziętym do rąk aparatem zaczęła się od wystawy Helmuta Newtona. Od tego czasu poświęciła się w całości aktom, kobiecym aktom. Zapytana dlaczego wyłącznie kobiety odpowiada wprost, że chciałaby fotografować także mężczyzn, ale nie spotkała jeszcze takiego, który gotów byłby całkowicie oddać się w jej władania, przyjąć jej scenariusz. Ale nie traci wiary, że kiedyś takowego spotka.

Cechą charakterystyczną artystki jest to, że nie ogranicza się do kanonów wyznaczanych przez określone style i techniki. Od początku stara się nadawać swoim kompozycjom indywidualny charakter. Chociażby przez niestosowanie się do podręczników traktujących o sposobie oświetlania fotografowanych obiektów. Jest indywidualistką o silnych skłonnościach dominacyjnych. Stąd może ten brak porozumienia z mężczyznami wymykającymi się jej woli. Z ciekawostek warte zaznaczenia jest to, że generalnie nie fotografuje nocą. Preferuje efekty, jakie można uzyskać przy świetle dziennym lub szarówce zmierzchu, a przesączające się do wnętrza studia ciekawskie światło słoneczne przynosi czasami zupełnie niezamierzone efekty. Może w dowód wdzięczności za pierwszeństwo przed blaskiem jupiterów…

Kobieta na ołtarzu własnych pragnień. Na ołtarzu... ale jako ofiara czy jako bóstwo? A może i jedno, i drugie po trosze? Delikatna smuga światła wdzierająca się w mroczne zakamarki duszy. Kim jest? Nie wiadomo. Może kobietą upadłą a może tylko zmęczoną oczekującą na swojego... no właśnie na kogo... na wyznawcę czy oprawcę? Zimne piwniczne wnętrze ogrzane jedynie ofiarnym całunem i koronką pończoch. I wszechobecny sposkój. Ona pogodzona ze światem, z losem. Ona czekająca na przeznaczenie...




Wciśnięta z załomy rzeczywistości, zmuszona do kontaktu z kanciastymi realiami, a jednak wciąż piękna, nietknięta ani zębem czasu ani trudami życia. Jest silna, jest niezwyciężona, potrafi ułożyć ciało w taki sposób, żeby żyć, oddychać, trwać w tym ekshibicjonistycznie nieintymnym zaułku świata. Oswoiła nieprzyjazne otoczenia kształtując je na własny użytek. Ona - słaba płeć - a jedyna silna. Z wyrazem zmęczenia i ulgi na twarzy, śpiąca, bezpieczna w tym (nie)swoim świecie.





Na koniec jeszcze mój ulubiony temat czyli ciało baletam owiane. Z jednej strony kontrast między bielą wstążek a ciemnym tłem, z drugiej gładź skóry i gładź satyny. Taka delikatnie odziana nagość. Dystyngowana, może odrobinę wyniosła, ale z cała pewnością niedostępna.



11 marca 2006

Oswajania Strangera ciąg dalszy

Może i w metryce ma napisane Stranger, ale po bliższym poznaniu zdecydowanie zyskuje. A ze względu na swoją szarą barwę, przez wszędobylskość i chęć robienia dobrze innym otrzymał nowe imię – Gandalf. Jest może odrobinę nadpobudliwy i czasami odzywa się nie proszony, ale co tam, nikt nie jest doskonały. Pierwsze próby wodne także przeszedł bez uszczerbku na zdrowiu (jego i moim) choć na razie to były dopiero testy w strugach deszczu, ale przyjdzie czas, że wrzucę go i na głęboką wodę. W końcu nie cały świat kręci się wokół Gandalfa, jest jeszcze parę innych ciekawych rzeczy do zrobienia. Tym bardziej, że jeszcze przed wieczorem przyjedzie A.

Sałatka szwedzka na lodzie

Z pewną obawą szłam na to spotkanie, bo przecież Szweda sobie wyobraziłam jakoś i nie było to wyobrażenie przyjazne. Jakże miłym było zaskoczenie, które mnie czekało na miejscu. Szwed okazał się być przemiłym gościem, na oko dobiegającym pięćdziesiątki, otwartym i przyjaznym, a przy tym obdarzonym ogromnym poczuciem humoru. Atmosfera rozmów była hmm chyba najbardziej pasuje określenie familiarna. Co nie znaczy, że gadaliśmy o pierdołach. Zacznijmy od tego, że na środku stołu stał duży talerz a na nim eklerki, ptysie i babeczki z malinami. No grzech byłoby nie wykorzystać takiej okazji więc zaczęłam rozmowę od wproszenia się na ciacho. A później już były konkrety i to bardzo konkretne. Moja koncepcja poprowadzenia tego projektu, wstępny terminarz i check lista. Gdyby nie Generalny, który chłodził atmosferę swoim lodowatym spojrzeniem byłoby jeszcze bardziej wesoło. A swoją drogą to Generalny ma bardzo ładny angielski, taki miękki i melodyjny, aż miło posłuchać. A teraz przyjdzie chwilę poczekać bo sobie panowie zastrzegli termin na decyzję do środy. Nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycona, ale poczekam. Zmora mojego życia – oczekiwanie!

Tak sobie myślę, że z jakiejś niewiadomej przyczyny zazwyczaj zmiana pracy wypada mi gdzieś w okolicy maja-czerwca. Czyli zaczynam od ‘niemienia’ wakacji. No ale może na tym właśnie polega cały widz, żeby powiedzieć ‘tak’ wtedy gdy inni mówią ‘nie’. Fajny ten Szwed, polubiłam gościa. Bardzo przypomina mi mojego pierwszego szefa w korporacji, wiekiem, sposobem bycia, elokwencją, wszystkim - poza wyglądem. A przecież od czasu kiedy tamten przyjmował mnie do pracy minie za chwilę dwanaście lat. A zawsze będę go ciepło wspominać, bo to fajny szef był… A Szwed wygląda właśnie na ten sam typ szefa.

10 marca 2006

Po prostu STRANGER!

Powiem tak – jest suuuper! Najfajniejszy wibrator z jakim się w życiu zadawałam. Pięknie bzyczy, do tego sięga dokładnie w ten zakamarek gdzie potrzeba (musi mieć chyba punkt G zapisany w dżipiesie). Gładki, miękki, ciepły i bezwonny… Aaa i jeszcze jeden mały drobiazg – można go zabrać ze sobą do WANNY! I oczywiście każdej innej wody także. Ciekawe czy nadawałby się na wyposażenie nurkowe?? Atestu głębokości co prawda nie ma… ale…A na imię mu po prostu Stranger. Witaj w domu Stranger :)

Nie ma prezentów bez prądu

Długo szła paczka (bo ja wiadomo najdłużej idą przesyłki niewysłane) ale w końcu dotarła. Wielkie pudło, aż sama się zdziwiłam biorąc pod uwagę, że zamówione przedmioty zmieściłyby się w tym kartonie w ilości dziesięciokrotnie większej od zamówionej. Jeżeli właściciele sklepu tak rozumieją dyskretną przesyłkę to ciekawa jestem jak pakują większe artykuły. No, ale pudełko pudełkiem najciekawsze jednak to, co w środku. Karton wypełniony po brzegi nie czym innym jak zmiętym papierem, a gdzieś na samym dnie – zabawki. Z uśmiechem wyciągam pudełeczko, z którego już uśmiecha się do mnie srebrzysto szare coś. Rozrywam kartonową obwolutę i plastikowe wytłoczone opakowanie. I już, mam w paluchach. Aksamitny dotyk, sprężysty i gibki. Aż się pysio uśmiecha od ucha. Wyobraźnia już galopuje niewiadomo dokąd. No i przede wszystkim żadnego wrednego smrodu winylu! Nie ma jak silikon. Nie uczula, nie capi, i jest taki fajny w dotyku. Ciężki, dobrze leży dłoni, choć wydaje się, że może być trochę uciążliwy ten słodki ciężar. Szybki skok do łazienki, odrobina wody i mydła (tak profilaktycznie) i do dzieła. Raz dwa usadowiłam się na łóżku, kolesia w dłoń i w cip (że tak powiem), przekręcam pokrętło i... i... duppa. Znaczy żadnej dupy, żadnego nic. Nie działa. No, do diaska, kręcę potencjometrem w lewo i w prawo (nie wyczuwam oporu). Na samą myśl, że jest zepsuty dostaję wysypki. Nie dość, że paczka zamiast dwóch dni szła dwa tygodnie to jeszcze nie działa. W końcu do cholery jasnej to nie żadna chińska podróba ale oryginalne FunFactory!!! Musi działać!!!

I zadziałało, wystarczyło, że Pan Mąż wziął w swoje łapki co trzeba i … włożył BATERIE! To przez ten ciężar. W porównaniu z pustą w środku winylową wytłoczką ten sprawiał wrażenie gotowego do użytku czyli – z zasilaniem. No dobra, pierwsze koty za płoty. Głupio mi jak diabli, ale co tam nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w życiu.

Rozkładam się w polu widzenia Pana Męża i zaczynam zabawę (w duchu mam nadzieję, że odczucia będą takie jakich się spodziewam czyli PORZĄDNE). Ale wszystko wyjdzie w praniu, a teraz już lecę sprawdzić co potrafi ta wibrująca silikonowa futura. Później opowiem jak było.

9 marca 2006

Zapach przeszłości

Jakiś czas temu dopadły mnie wspomnienia. Znienacka. Przy ludziach i przez ludzi. A dokładnie przez jednego człowieka. I to za sprawą zapachu. A zapach wcale zapachem człowieka nie był, ale zapachem konia. Tak, właśnie takiego wielkiego, pięknego stwora z najdelikatniejszymi chrapami na świecie. Nic nie jest w dotyku takie jak końskie chrapy, nic. Aksamitnie miękkie, delikatne, ciepłe i żywe. Wrócił widok zaśnieżonego lasu, dotyk rzemienia miedzy palcami, palcat trzymany palcami lewej ręki, słoma we włosach, i całe dnie spędzane w stajni. Jakże proste wydaje się życie nastolatka z perspektywy trzydziestego szóstego krzyżyka. Wystarczyło odrobić lekcje w piątek, wstać w sobotę o piątej, przejechać autobusem przez całe miasto a potem pekaesem jeszcze z pół godzinki i kolejne pół godzinki spaceru, żeby znaleźć się w raju. Na dwa długie dni… I powrót tym samym publicznym środkiem transportu, powrót szczęśliwie zmęczonego człowieka przesyconego zapachem stajni, końskiego potu i dziegciu.

Dziś, zupełnie nieoczekiwanie, kiedy przechodziłam obok konnego wozu dopadł mnie ten właśnie specyficzny zapach. Tym razem jednak nie przyniósł obrazu galopu przez zaśnieżony las. Dziś przypomniał mi smak pocałunków i macanki na strychu stajni. Tuż nad głowami stojących koni. I chociaż we wspomnieniach nie było sexu (bo panienką z dobrego domu byłam przecież), to teraz, nagle poczułam trzepotanie w środku. I jedyne skojarzenie jakie mi się nasunęło to zwierzęco dziki sex. I to właśnie nie sypialni, ale tam w stajni, wśród parujących, zgrzanych koni. A dziś, dużo lepiej niż wówczas, byłabym w stanie wykorzystać różne stajenne urządzenia, ot choćby wyposażenie siodlarni…

Kurcze, będę musiała bardzo uważać, kiedy znowu odwiedzi nas Człowiek-Przynoszący-Zapach-Konia. Bo nie mam pojęcia jakie wówczas skojarzenia zapach ten przywoła. A może tak Młoda załapałaby końskiego bakcyla? A ja po cichutku razem z nią… Trzeba sprawdzić!

Szwed przyleci w piątek

Dokładnie tak.
Hasło: Najlepsi Szwedzi są w Warszawie.
Odzew: zoozanna lubi ich tylko wiosną.
Znaczy w oryginale to były kasztany, Paryż i jesień, ale od czego parafraza?Wyzdrowiał już i przylatuje. Znaczy to, że Generalny łyknął ze smakiem to, co opowiadałam w hotelowej knajpie. Pytanie tylko po co przylatuje Szwed? Czy spotkać się z grupką i wybrać czy tylko dla formalności klepnąć wybór Generalnego i namaścić wybrańca? Czeka mnie jeszcze kilka dni niepewności. Jak ja nie lubię czekać, to się chyba nigdy już we mnie nie zmieni. Czekanie to taka bezsensowna czynność. Póki co mam jeszcze jedno spotkanie w przyszłym tygodniu no i ciągłe (nie posuwające się naprzód) negocjacje z obecnym pryncypałem.Jutro podpisanie sprawozdań przez biegłego i powoli rok 2005 stanie się elementem historii. Czas przygotować się na piątek. Koncepcja, struktura, harmonogram, prezentacja. Ekscytująca perspektywa. I przerażająca. Ale co tam, przeżyliśmy szwedzki potop to i Szweda solo przeżyjemy. Do dzieła!

8 marca 2006

Powrót z imprezy (by Aga)

Wydumka jakich mało, ale marketing jak się patrzy – publiczka aż pieje z zachwytu, wystarczy poczytać komentarze. Ale zgodnie z zastrzeżenie autorów strony – komentarze są własnością ich autorów, a o gustach się nie dyskutuje. A wracając do tematu – mieszanka sztucznej wulgarności z infantylizmem, nie odmówię sobie kilku cytatów:

„mikroskopijnych majteczek oraz czarnej, krótkiej, ledwo zasłaniającej pupę”
„Ależ proszę nie.... - próbowałam oponować paląc przy tym buraka”
„Podciągaj kieckę - zakomenderowała - i w rozkroku głupia pizdo!!!!”
„podciągnął mi sukienkę wysoko, że cała dupka i przód był wystawiony na widok publiczny”
„Obudził mnie silny klaps w pupę, aż krzyknęłam z bólu i słowa: Pani wchodzi a suka nie waruje!!!!! Klękaj głupia cipo przed Panią!!!!”
„Głupia pizdo, nie rozumiesz co się do Ciebie mówi??!!! Zamknij ten ryj!!! - wrzeszczał”
„ Na kolana głupia pizdo i wypinaj zad!!!”


Wystarczy tego badziewia. Wpadałoby się zdecydować, albo panienka z dobrego domu z pupą albo dupka i ‘przód’ albo pizda, a tak jest słowny przekładaniec. A do tego z bardzo ograniczonym zasobem słów. Jak się bardzo postaram mogę udawać, że nie widzę niekonsekwencji, więc może fabuła. Hmm tu też nie jest wiele lepiej. Pseudodokumet jakim ma być ta relacja od strony fabuły też się kupy nie trzyma. No, ale nich tam, kompilacja Niewolnicy Isaury z domorosłymi porywaczami, a w między czasie klub, jacht i stajnia. Chciałaby dusza do raju, chciałaby opowiedzieć o wszystkich możliwych elementach o jakich nie śniło się filozofom, a wychodzi z tego pobieżnie skreślona kakofonia sygnałów różnych. Ale to, co wysuwa się pierwszy plan to fakt, że o większości opisanych sytuacji autorka ma niewielką wiedzę, o czym świadczą pobieżne opisy albo wręcz niewiedza, która wkłada w usta ponygirl piłkę a nie wędzidło. Scenariusz na pronosa z tego zrobić można, ale jeśli chodzi o słowo pisane to cieniutki ten tekścik. Ocena końcowa: wybujała fantazja małolatki pod tytułem – wydaje mi się, że chciałabym tak, opowiedziana językiem małolatki. Powinno się dodać podtytuł: do użytku indywidualnego dla walikoników, którym nie starcza wyobraźni własnej. A całość w czterech częściach (kolejna w przygotowaniu jak zaznacza autorka) wisi sobie tu, ale proponuję darować sobie.

7 marca 2006

Świat jest mniejszy niż się zdaje

Prawie nie wychodzę z łóżka i myli się ten, kto sądzi, że śpię. Daleki będzie od prawdy ten, kto uzna, że sexem dziś dzień cały się param. Nic z tego. Ot po prostu siedzę w łóżku z laptopem i telefonem i załatwiam sprawy różne. I mam w tym wielką przyjemność. W gorącej kąpieli w środku dnia, w tym, że mogę włóczyć się po domu półnaga, w tym, że nie spieszę się nigdzie. Nadrabiam zaległości w lekturze ulubionego forum, a nawet trochę czatuję. Właśnie tak, wpełzłam na czat.

Wpełzłam? Raczej wpadłam, jako ta śliwka w kompot. No, bo jakże mogłoby być inaczej. Szybki przegląd sytuacji po znanych pokojach wykazał brak znajomych. A nieznajomi? No cóż, tacy zawsze się znajdują. Ale nie bardzo mam ochotę być odpytywana z metryki. Miotając się tu i tam wylądowałam w pokoju swingersów. No, a skoro już tam byłam… Dokładnie tak, postanowiłam rozejrzeć się pod kątem tego drugiego. Choć tylko teoretycznie, ale skoro to nie boli i nic nie kosztuje to dlaczego nie. Poza pewną dawką oszołomów i walikoników trafiło mi się kilku rozsądnych rozmówców. Wniosek pierwszy: 99% tych, którzy szukają trzeciego wierzchołka (lub mówią, że szukają) szukają drugiej kobiety. Ten model znam i nie jestem zainteresowana. Dwóch młodych byczków też zostało odrzuconych, ale za to Trzeci_do_pary wydał się realny i doświadczony w temacie, a do tego inteligentny i dowcipny. Rozmowa była przemiła i całkiem konkretna, chętnie odpowiadał na pytania dotyczące MMK. Z mojej strony żadnych konkretów (w końcu to tylko rekonesans). Odpytałam go trochę o klimaty bdsmowe (tak na wszelki wypadek, żeby wiedzieć jak może reagować). Fanem nie jest, ale i nie uczynił znaku krzyża na samo wspomnienie. Osiągnęliśmy martwy punkt w rozmowie, bo tak się nam dobrze konwersowało, że wypadałoby się przedstawić i termin spotkania ustalić. A ja nic, cisza, po prostu mnie zacięło. Tu mój interlokutor wykazał się wyczuciem sytuacji i zobaczyłam na ekranie „nic na siłę, ale jakbyście się zdecydowali to zostawiam namiary”. Uśmiechnęłam się bo w końcy wybawił mnie z dość niezręcznej sytuacji. Czekałam chwilę spodziewając się adresu mailowego, a tu moim oczom ukazał się rządek cyfr.

Dziwnie znajomych.Czerwona lampka ostrzegawcza włączyła się natychmiast.Pożegnanie rozpraszało moją uwagę skupioną na identyfikacji wyświetlonego numeru. Nie potrzebowałam dużo czasu. Wniosek był prosty i szokujący. Numer był bardzo podobny do mojego. To… kumpel z biura !!! Siedzi cztery pokoje dalej !!! Szczęście w nieszczęściu, że weszłam na tyldzie… A swoją drogą, niezłe z niego ziółko…

Beren i Luthien

Żegnaj mi kraju pod północnym niebem!
Na wieki będę błogosławił ciebie,
Bo tu na trawie w poświacie miesiąca
I w pełni blasku gorącego słońca
Luthien Tinuviel widziałem tańczącą,
A jej piękności i głosu słowika
Nikt nie wysłowi w mowie śmiertelników.
Jeśli jutro ten świat ma się zwalić
I w proch się rozwiać w pierwotnym przestworzu,
Godny jest przecież, bym go dzisiaj chwalił
I wielbił pieśnią za to, że przez chwilę
Istniał zmierzch, ranek i ziemia, i morze,
By Luthien moja mogła mi się zjawić.
J.R.R Tolkien Silmarillion

Jak niewiele rozumiałam, jak niewiele wiedziałam. Gdybym wtedy słów tych znaczenie poznała o ileż łatwiej byłoby mi być. Bo oto historia, nad którą nie ma piękniejszych. Historia miłości niezwyciężonej. Miłości przepowiedzianej. Miłości skazanej na spełnienie i niespełnienie zarazem. Nie pamiętam kiedy płakałam nad książką, po prostu tego nie pamiętam. A wczoraj morze łez wylałam przy wersetach o śpiewie słowiczym. Dlaczego historią Tristana i Izoldy raczą nas zawsze, Romea i Julię na piedestał stawiają?
Dlaczego skoro tu właśnie najpiękniejsza z miłosnych historii opowiedziana została?
Nie masz kochanków ponad Berena i Luthien.

============

Finrod Felagund 2006-03-08 17:38:25 158.75.236.151
Prawda? I znów postrzegasz świat moimi oczyma... A przy okazji... wiesz dlaczego Finrod, książe Nargothrondu nie miał żony w śródziemiu? Kiedyś Loreena, teraz Silmarillion - dwie moje miłości.

Proszę, proszę, proszę…

Suczyć mi się chce jak jasna cholera. Tak na maxa, adrenalina na ful i endorfin pod dostatkiem. Nie myśleć, nie zastanawiać się, nie analizować. Po prostu być i czuć. Nic więcej, ale i nic mniej. Zatrzymać czas. W mojej głowie LA, tak bardzo. Tak bardzo, że bardziej się nie da. Ona. Ona! ONA! Do granic i poza granice. Na krawędź świadomości! Do nieprzytomności! Oglądam zdjęcia i powoli popadam w obłęd. Proszę, proszę, proszę…

Mam dość

W wannie piana pachnie cynamonowo i ochota na sex wygląda cichutko z kąta za szafą. A tu figa z makiem. Nie dość, że matka natura daje mi dziś popalić to jeszcze okoliczności życia codziennego są jakby wbrew. Niby nie będę biurować w tym tygodniu, ale muszę być na w gotowości. Niby się wyśpię ale telefon i poczta w blokach startowych. Niby wolne czyli spanie, zakupy, kino i takie tam przyjemności ale Młoda zakaszlała nieprzyjemnie. Niby czekam na Bardzo Ważny Telefon ale jakoś z coraz mniejszym przekonaniem. Niby łóżko duże, ale wajtstok jakby bardziej istotny.I gdzie tu sens i logika? Trochę kontakt z rzeczywistością mi się pogmatwał. Tabletka żeby zasnąć, tabletka rano, żeby funkcjonować. I tylko dłonie drżą coraz bardziej, agresja osiąga maxa i rozsypuję się emocjonalnie.