20 marca 2006
Taaaa daaaaam!
17 marca 2006
Losy powiązane przeznaczeniem
Wyspa, Drzewo, Zamek
Lecz mój czujny wróg był jak szczur,
Na dobranoc, w środku samotnej nocy dostało mi się jeszcze wiaderko pomyj z najmniej spodziewanej strony. Smutne. Bardzo smutne. Dlaczego ci, których kochamy ranią najmocniej? Nie wiem, ale wiem, że tak jest. Niejednokrotnie już tego doświadczyłam. Ze smutkiem na ustach i łzami na policzku zasypiam, zostało mi jakieś trzy i pół godziny na sen…
16 marca 2006
Żywe wspomnienie
I tak bardzo pragnę Jej, właśnie teraz, po miesiącach bardzo ciężkiej pracy, po zdarzeniach ostatniego tygodnia. Dobrze jest móc wrócić pamięcią do chwil, w których czas i świat są tylko delikatnym tłem. Do smyczy z rąk do rąk przekazanej, do smyczy na dłoni zawijanej. Zapadam się we wspomnienia, w marzenia, w siebie. Tak niewiele potrzeba do szczęścia, tak dużo zarazem. Mój niepoprawny optymizm nakazuje mi wierzyć, że Zjawiskowa Pani znów stanie w progu mojego domu żeby w rozkosznej wymienności zagrać odę do rozkoszy na moim ciele i duszy. W mojej głowie niezmiennie LA.
15 marca 2006
Zawodowo bez zmian :(
Dziękujemy za spotkanie. Wybraliśmy na to stanowisko inną osobę, osobę o mniejszych kwalifikacjach i doświadczeniu, ale taką, dla której będzie to prawdziwy awans. Obawiamy się, że nasza firma nie spełni pani oczekiwań i szybko byśmy panią stracili na rzecz większej organizacji.
No załamać się można, wygląda na to, że ciepła posadka w niedużej, spokojnej firmie już nie jest mi pisana, bo zakwalifikowałam się do kategorii koncernowych molochów fabrycznych. Tyle tylko, że nie jestem zawziętym japiszonem i zdobywanie szczebelków korporacyjnej drabinki nie jest moim priorytetem. Mówi się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Możliwe. Ale dziś mnie zabiła na miejscu ta argumentacja. Jak zmartwychwstanę to pomyślę co dalej.
================
Azael azael69@wp.pl2006-03-16 14:00:42 83.31.5.46
doskonale Cię rozumiem... kilka razy słyszałem podobny tekst a dwa razy nawet czytałem!potem zmieniłem nieco CV... odchudziłem je.nie umieraj Zoo...będzie przykro...
Medycyna naturalna
Samotność domowa - dawno jej nie doświadczałam. A. wyprowadziła się, Pan Mąż z Młodą wybyli w sprawie, a ja cieszyłam się dniem wolnym od biura. Cisza i spokój, zmącona jedynie szumem wody nalewającej się wanny i cichymi dźwiękami muzyki. I w takim właśnie nastroju stanęłam oko w oko z bańkami. I jakoś tak inaczej na nie spojrzałam i postanowiłam wykorzystać nie do końca zgodnie z przeznaczeniem. Usadowiwszy się wygodnie na łóżku obracałam w palcach ciężkie, grube szkło, przeciągając chwilę prawdy. Nie byłabym sobą, gdybym nie wcieliła w życie pomysłu, który zalągł się w mojej głowie. Pieczołowicie nakryłam łechtaczkę szklaną kopułką (brr strasznie zimne to szkło, aż mnie dreszcze przeszły, choć nie wiem czy to z zimna czy raczej z oczekiwania na nowe doznania). Nie mogę powiedzieć, wyglądała całkiem elegancko z wyraźnie zarysowanymi brzegami. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że oto zamierzam ją hodować pod kloszem. Uśmiechnęłam się do własnych myśli i przytknęłam strzykawkopodobne coś do metalowego dzióbka. Pierwsze pociągnięcie tłoczka nie dało jakiś oszałamiających odczuć, ale przymocowało bańkę w miejscu, które jej wybrałam. Nie ukrywam, że bardzo kręcił mnie widok, który ukazał się moim oczom. Przede wszystkim dlatego, że wiem ‘co i jak mi robi podciśnienie’, ale także dlatego, że w odróżnieniu od małych strzykawek przerobionych na wysysarki pole widzenia było duuużo lepsze. Kolejne ruchy tłoczka prowadziły mnie coraz bliżej granicy bólu ale jednocześnie dawały coraz więcej przyjemności. No i panna łechtaczka wyglądała coraz bardziej ponętnie wysuwając swój najwrażliwszy z czubeczków z fałdek kapturka. Powoli nabierała lśniąco purpurowej barwy, a cała reszta cipki zamieniała się z każdą chwilą w ukrytego ślimaka, którego zdradzały jedynie mokre, ciepłe ślady na prześcieradle. Muszę przyznać, że piana z wanny zaczęła się już wysypywać na podłogę łazienki a ja nie mogłam się rozstać z moją nową zabawką (można powiedzieć, że mnie wciągnęła). Kolejnych parę ruchów tłoczkiem zaprowadziło mnie na szczyt, więc postanowiłam się odessać.
I tu natrafiłam na pewien mały problem. To, że ja postanowiłam nie oznaczało wcale, że bańka miała takie same plany. Wręcz odwrotnie trzymała się mocno. No ale od czego pseudostrzykawkowy tłoczek, skoro wyssał powietrze to teraz je wciśnie. Jak pomyślałam tak zrobiłam a tu znowu protest. Dzióbek w bańce najwidoczniej jednokierunkowy jest bo wcisnąć się nic przez niego nie dało. Lekka panika (w końcu trochę głupio tak ze szklaną bańką między nogami latać). I już zaczęłam się rozglądać za instrukcją obsługi, kiedy przypomniało mi się jak zdejmowane były bańki podczas ich klasycznego stosowania. Naciśnięcie palcami okolicy przy i pod bańkowej zaskutkowało i odłączeniem się od bańki, i kolejnym orgazmem. Tak, tak… jeszcze nigdy nie miałam tak tkliwej i wrażliwej łechtaczki. A wyglądała po prostu rewelacyjnie. Nie przepadam za pieszczotami językiem, ale wtedy chyba bym oszalała czując na niej jęzorkową szorstkość. Z barku odpowiednio długiego języka własnego oraz braku innych języków w zasięgu ręki posłużyłam się ręką właśnie, a dokładniej palcami. Mistrzostwo świata! Fascynacja zarówno bodźcami dotykowymi odbieranymi przez opuszki palców jak i przez pannę łechtaczkę. W obliczu zagrożenia powodzią zaniechałam czynów lubieżnych i przeniosłam się do łazienki. A tu kolejna niespodzianka – w wannie wystarczył tylko sam ruch gorącej wody żebym zaliczyła kolejny szczyt. A potem jeszcze jeden. Nie ma co ukrywać - ciężko było mi wyjść z wanny.
No to się nazywa pełen relaks!
Mała bańka a cieszy :)
==============
stachu banki_adasia@poczta.fm2006-05-27 20:04:34 85.128.27.10
Następnym razem spróbuj postawić bańki na cycuszkach też dają niezły odlot
13 marca 2006
Trzy do jednego
"Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel..." tak śpiewał Perfect lat temu iks. A ja dziś mogę powiedzieć, że jest nas trzy w każdej z nas inne sny ale jeden (ten sam!) przyświeca nam cel - wziąć TĘ robotę!
Nie lubię czekać!
Nie lubię czekać!
Nie lubię czekać!
Nie lubię czekać!
Nie lubię czekać!
No nie lubię i już!!!
Elena Vasilieva - urzeczywistnianie marzeń






11 marca 2006
Oswajania Strangera ciąg dalszy
Sałatka szwedzka na lodzie
Z pewną obawą szłam na to spotkanie, bo przecież Szweda sobie wyobraziłam jakoś i nie było to wyobrażenie przyjazne. Jakże miłym było zaskoczenie, które mnie czekało na miejscu. Szwed okazał się być przemiłym gościem, na oko dobiegającym pięćdziesiątki, otwartym i przyjaznym, a przy tym obdarzonym ogromnym poczuciem humoru. Atmosfera rozmów była hmm chyba najbardziej pasuje określenie familiarna. Co nie znaczy, że gadaliśmy o pierdołach. Zacznijmy od tego, że na środku stołu stał duży talerz a na nim eklerki, ptysie i babeczki z malinami. No grzech byłoby nie wykorzystać takiej okazji więc zaczęłam rozmowę od wproszenia się na ciacho. A później już były konkrety i to bardzo konkretne. Moja koncepcja poprowadzenia tego projektu, wstępny terminarz i check lista. Gdyby nie Generalny, który chłodził atmosferę swoim lodowatym spojrzeniem byłoby jeszcze bardziej wesoło. A swoją drogą to Generalny ma bardzo ładny angielski, taki miękki i melodyjny, aż miło posłuchać. A teraz przyjdzie chwilę poczekać bo sobie panowie zastrzegli termin na decyzję do środy. Nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycona, ale poczekam. Zmora mojego życia – oczekiwanie!
Tak sobie myślę, że z jakiejś niewiadomej przyczyny zazwyczaj zmiana pracy wypada mi gdzieś w okolicy maja-czerwca. Czyli zaczynam od ‘niemienia’ wakacji. No ale może na tym właśnie polega cały widz, żeby powiedzieć ‘tak’ wtedy gdy inni mówią ‘nie’. Fajny ten Szwed, polubiłam gościa. Bardzo przypomina mi mojego pierwszego szefa w korporacji, wiekiem, sposobem bycia, elokwencją, wszystkim - poza wyglądem. A przecież od czasu kiedy tamten przyjmował mnie do pracy minie za chwilę dwanaście lat. A zawsze będę go ciepło wspominać, bo to fajny szef był… A Szwed wygląda właśnie na ten sam typ szefa.
10 marca 2006
Po prostu STRANGER!
Nie ma prezentów bez prądu
I zadziałało, wystarczyło, że Pan Mąż wziął w swoje łapki co trzeba i … włożył BATERIE! To przez ten ciężar. W porównaniu z pustą w środku winylową wytłoczką ten sprawiał wrażenie gotowego do użytku czyli – z zasilaniem. No dobra, pierwsze koty za płoty. Głupio mi jak diabli, ale co tam nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w życiu.
Rozkładam się w polu widzenia Pana Męża i zaczynam zabawę (w duchu mam nadzieję, że odczucia będą takie jakich się spodziewam czyli PORZĄDNE). Ale wszystko wyjdzie w praniu, a teraz już lecę sprawdzić co potrafi ta wibrująca silikonowa futura. Później opowiem jak było.
9 marca 2006
Zapach przeszłości
Dziś, zupełnie nieoczekiwanie, kiedy przechodziłam obok konnego wozu dopadł mnie ten właśnie specyficzny zapach. Tym razem jednak nie przyniósł obrazu galopu przez zaśnieżony las. Dziś przypomniał mi smak pocałunków i macanki na strychu stajni. Tuż nad głowami stojących koni. I chociaż we wspomnieniach nie było sexu (bo panienką z dobrego domu byłam przecież), to teraz, nagle poczułam trzepotanie w środku. I jedyne skojarzenie jakie mi się nasunęło to zwierzęco dziki sex. I to właśnie nie sypialni, ale tam w stajni, wśród parujących, zgrzanych koni. A dziś, dużo lepiej niż wówczas, byłabym w stanie wykorzystać różne stajenne urządzenia, ot choćby wyposażenie siodlarni…
Kurcze, będę musiała bardzo uważać, kiedy znowu odwiedzi nas Człowiek-Przynoszący-Zapach-Konia. Bo nie mam pojęcia jakie wówczas skojarzenia zapach ten przywoła. A może tak Młoda załapałaby końskiego bakcyla? A ja po cichutku razem z nią… Trzeba sprawdzić!
Szwed przyleci w piątek
Hasło: Najlepsi Szwedzi są w Warszawie.
Odzew: zoozanna lubi ich tylko wiosną.
Znaczy w oryginale to były kasztany, Paryż i jesień, ale od czego parafraza?Wyzdrowiał już i przylatuje. Znaczy to, że Generalny łyknął ze smakiem to, co opowiadałam w hotelowej knajpie. Pytanie tylko po co przylatuje Szwed? Czy spotkać się z grupką i wybrać czy tylko dla formalności klepnąć wybór Generalnego i namaścić wybrańca? Czeka mnie jeszcze kilka dni niepewności. Jak ja nie lubię czekać, to się chyba nigdy już we mnie nie zmieni. Czekanie to taka bezsensowna czynność. Póki co mam jeszcze jedno spotkanie w przyszłym tygodniu no i ciągłe (nie posuwające się naprzód) negocjacje z obecnym pryncypałem.Jutro podpisanie sprawozdań przez biegłego i powoli rok 2005 stanie się elementem historii. Czas przygotować się na piątek. Koncepcja, struktura, harmonogram, prezentacja. Ekscytująca perspektywa. I przerażająca. Ale co tam, przeżyliśmy szwedzki potop to i Szweda solo przeżyjemy. Do dzieła!
8 marca 2006
Powrót z imprezy (by Aga)
„mikroskopijnych majteczek oraz czarnej, krótkiej, ledwo zasłaniającej pupę”
Wystarczy tego badziewia. Wpadałoby się zdecydować, albo panienka z dobrego domu z pupą albo dupka i ‘przód’ albo pizda, a tak jest słowny przekładaniec. A do tego z bardzo ograniczonym zasobem słów. Jak się bardzo postaram mogę udawać, że nie widzę niekonsekwencji, więc może fabuła. Hmm tu też nie jest wiele lepiej. Pseudodokumet jakim ma być ta relacja od strony fabuły też się kupy nie trzyma. No, ale nich tam, kompilacja Niewolnicy Isaury z domorosłymi porywaczami, a w między czasie klub, jacht i stajnia. Chciałaby dusza do raju, chciałaby opowiedzieć o wszystkich możliwych elementach o jakich nie śniło się filozofom, a wychodzi z tego pobieżnie skreślona kakofonia sygnałów różnych. Ale to, co wysuwa się pierwszy plan to fakt, że o większości opisanych sytuacji autorka ma niewielką wiedzę, o czym świadczą pobieżne opisy albo wręcz niewiedza, która wkłada w usta ponygirl piłkę a nie wędzidło. Scenariusz na pronosa z tego zrobić można, ale jeśli chodzi o słowo pisane to cieniutki ten tekścik. Ocena końcowa: wybujała fantazja małolatki pod tytułem – wydaje mi się, że chciałabym tak, opowiedziana językiem małolatki. Powinno się dodać podtytuł: do użytku indywidualnego dla walikoników, którym nie starcza wyobraźni własnej. A całość w czterech częściach (kolejna w przygotowaniu jak zaznacza autorka) wisi sobie tu, ale proponuję darować sobie.
7 marca 2006
Świat jest mniejszy niż się zdaje
Prawie nie wychodzę z łóżka i myli się ten, kto sądzi, że śpię. Daleki będzie od prawdy ten, kto uzna, że sexem dziś dzień cały się param. Nic z tego. Ot po prostu siedzę w łóżku z laptopem i telefonem i załatwiam sprawy różne. I mam w tym wielką przyjemność. W gorącej kąpieli w środku dnia, w tym, że mogę włóczyć się po domu półnaga, w tym, że nie spieszę się nigdzie. Nadrabiam zaległości w lekturze ulubionego forum, a nawet trochę czatuję. Właśnie tak, wpełzłam na czat.
Wpełzłam? Raczej wpadłam, jako ta śliwka w kompot. No, bo jakże mogłoby być inaczej. Szybki przegląd sytuacji po znanych pokojach wykazał brak znajomych. A nieznajomi? No cóż, tacy zawsze się znajdują. Ale nie bardzo mam ochotę być odpytywana z metryki. Miotając się tu i tam wylądowałam w pokoju swingersów. No, a skoro już tam byłam… Dokładnie tak, postanowiłam rozejrzeć się pod kątem tego drugiego. Choć tylko teoretycznie, ale skoro to nie boli i nic nie kosztuje to dlaczego nie. Poza pewną dawką oszołomów i walikoników trafiło mi się kilku rozsądnych rozmówców. Wniosek pierwszy: 99% tych, którzy szukają trzeciego wierzchołka (lub mówią, że szukają) szukają drugiej kobiety. Ten model znam i nie jestem zainteresowana. Dwóch młodych byczków też zostało odrzuconych, ale za to Trzeci_do_pary wydał się realny i doświadczony w temacie, a do tego inteligentny i dowcipny. Rozmowa była przemiła i całkiem konkretna, chętnie odpowiadał na pytania dotyczące MMK. Z mojej strony żadnych konkretów (w końcu to tylko rekonesans). Odpytałam go trochę o klimaty bdsmowe (tak na wszelki wypadek, żeby wiedzieć jak może reagować). Fanem nie jest, ale i nie uczynił znaku krzyża na samo wspomnienie. Osiągnęliśmy martwy punkt w rozmowie, bo tak się nam dobrze konwersowało, że wypadałoby się przedstawić i termin spotkania ustalić. A ja nic, cisza, po prostu mnie zacięło. Tu mój interlokutor wykazał się wyczuciem sytuacji i zobaczyłam na ekranie „nic na siłę, ale jakbyście się zdecydowali to zostawiam namiary”. Uśmiechnęłam się bo w końcy wybawił mnie z dość niezręcznej sytuacji. Czekałam chwilę spodziewając się adresu mailowego, a tu moim oczom ukazał się rządek cyfr.
Dziwnie znajomych.Czerwona lampka ostrzegawcza włączyła się natychmiast.Pożegnanie rozpraszało moją uwagę skupioną na identyfikacji wyświetlonego numeru. Nie potrzebowałam dużo czasu. Wniosek był prosty i szokujący. Numer był bardzo podobny do mojego. To… kumpel z biura !!! Siedzi cztery pokoje dalej !!! Szczęście w nieszczęściu, że weszłam na tyldzie… A swoją drogą, niezłe z niego ziółko…
Beren i Luthien
Jak niewiele rozumiałam, jak niewiele wiedziałam. Gdybym wtedy słów tych znaczenie poznała o ileż łatwiej byłoby mi być. Bo oto historia, nad którą nie ma piękniejszych. Historia miłości niezwyciężonej. Miłości przepowiedzianej. Miłości skazanej na spełnienie i niespełnienie zarazem. Nie pamiętam kiedy płakałam nad książką, po prostu tego nie pamiętam. A wczoraj morze łez wylałam przy wersetach o śpiewie słowiczym. Dlaczego historią Tristana i Izoldy raczą nas zawsze, Romea i Julię na piedestał stawiają?
Dlaczego skoro tu właśnie najpiękniejsza z miłosnych historii opowiedziana została?
Nie masz kochanków ponad Berena i Luthien.
============
Finrod Felagund 2006-03-08 17:38:25 158.75.236.151
Prawda? I znów postrzegasz świat moimi oczyma... A przy okazji... wiesz dlaczego Finrod, książe Nargothrondu nie miał żony w śródziemiu? Kiedyś Loreena, teraz Silmarillion - dwie moje miłości.