29 października 2006
Jak miło wstać skoro…
16 października 2006
Sznurkowo-cenowy absurd
Jest sobie firma, która sprzedaje sznurek bawełniany o grubości 8mm w bardzo atrakcyjnej cenie 5,70 PLN za 25 m. Wszystkich tych, którzy chcieliby skorzystać z oferty TEJ firmy uprzedzam o bardzo wysokich kosztach przesyłki na które składają się:
- opłata zależna od wagi towaru 13 PLN netto za jedną paczkę (max. 30 kg)
- koszt przesyłki za pobraniem 7,50 PLN netto
- opłata zależna od wartości przesyłki od 20 PLN netto do 40 PLN netto
- koszty pakowania/ opłata manipulacyjna (nie uwidoczniona w specyfikacji zamówienia
– wychodzi w praniu czyli w momencie zapłaty za przesyłkę lub dla przezornych
potwierdzających zamówienie telefonicznie w czasie takiej rozmowy telefonicznej)Krótko mówiąc przedmiotowe 25 m sznurka kosztuje wówczas 'bagatelne' 66,2 PLN. Detal na warszawskim Placu Grzybowskim albo na Śniadeckich jest tańszy, nie mówiąc już o hurtowni na Mińskiej!
15 października 2006
Gothic Fetish Party vol.2
Najpierw lokal. Wbrew temu, co wynikało z relacji lokal całkiem jest miły i nadający się do celów wiadomych. Owszem sposób ustawienia mebli nieodmiennie nasuwa skojarzenia z pociągiem podmiejskim, ale przy odrobinie dobrej woli ze strony managerstwa da się to dostosować. Bunkrowaty charakter miejsca podkreślony jeszcze przez elementy wystroju nadaje tak bardzo pożądany klimat. Krótki bok wieńczy scena i DJkącik, przed sceną coś na kształt parkietu, a dokładniej przestrzeń wolna od stolików (żeby nie było skojarzeń z wypolerowaną drewnianą podłogą). Dłuuugi bar o ciekawej aranżacji (w tym także kategoryzacji menu). Co do siedziska to co kto lubi (albo kto pierwszy ten lepszy) czyli miękkie sofy albo twarde ławki. Piwo (wg Tych-Którzy-Konsumowali) nie chrzczone, ale niestety z czarnej kofeiny z bąbelkami dostępna tylko Pepsi a to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej więc duży minus z mojego punktu widzenia. Szatnia jest i działa (plus). Toalety. Hmm jak niemal zawsze niezbyt pozytywna opinia. Krótko mówiąc po paru godzinach mokro nie tylko wewnątrz ale i parę metrów przed drzwiami. A wystarczyłoby popchnąć kogoś z mopem raz na godzinę i byłoby mniam. Tradycyjnie kolejka w damskiej ale męska jak zawsze niezawodnie pusta. A przy okazji brak problemów z niedoborem papieru strategicznego! No to tyle jeśli chodzi o miejsce.
A sama impreza? No cóż, jeśli przyjąć standard z londyńskiego Skin Two to pod względem głośności został dotrzymany. Moim zdaniem zdecydowanie minus i to OGROMNY. Patrząc na imprezę przez pryzmat pokazów oraz kanałów komunikowania o niej grupą docelową miało być środowisko bdsmowe. Niestety ze względu na przyjętą formułę pseudodresscodu (rzeczywisty drescodee – wejściówka pięć złotych, czarne ubranie – piętnaście), była to zbieranina dość przypadkowych ludzi. Nie brakowało takich, którzy stukali się w głowę i pokładali się ze śmiechu widząc trampling, były głosy ‘niech on już przestanie’ podczas pokazów, które nawet ochrona z ochotą oglądała porzucając swoje stanowiska pracy. Owszem, było trochę znajomych i tylko dzięki temu dało się przetrzymać panujące tam warunki. A warunki były ciężkie, oj ciężkie. I to z jednego powodu – z powodu poziomu hałasu. Chciałam napisać muzyki, ale jakoś mi to przez gardło i przez palce przejść nie chce. Dość powiedzieć, że siedząc na kanapie człowiek podskakiwał rytmicznie przy wtórze umta-umta-umta bez możliwości słyszenia własnych myśli. Istniała ewentualność darcia się (dokładnie tak bo głośne mówienie to było za mało) wprost do ucha potencjalnego interlokutora, ale i tak mało skuteczna. W rezultacie skończyło się na pisaniu na kartkach (sic!) aż do czasu, kiedy rozmowa przeniosła się na zewnątrz. Pomimo chłodu (nie jest to już przecież czas ogródków piwnych) tylko tak dawało się porozmawiać, a przecież to jeden z podstawowych elementów spotkań towarzyskich. Nie trafiają do mnie argumenty organizatora, że muzyka pod gotów była bo świadczy to o kolejnym dysonansie w obszarze grupy docelowej. Tak więc była to zbieranina przypadkowych ludzi o niskiej tolerancji dla inności, żądna sensacji (czyli tradycyjnych igrzysk), otumaniona dźwiękami, które uniemożliwiały nawiązanie jakichkolwiek kontaktów czy poznaniem specyfiki środowiska.
Brak pomysłu na jakąkolwiek integrację uczestników, żadnych elementów zachęcających ludzi do aktywności, żadnych sprzętów. Krótko mówiąc kamieniami milowymi imprezy i jedynymi atrakcjami były pokazy. Więc ludzie siedzieli czekając na nie, krótko mówiąc formułę imprezy można określić zdaniem ‘od pokazu do pokazu’. A same pokazy? No cóż, sporo błędów organizacyjnych. Przede wszystkim dostępność dla oglądających. Szkoda, że organizator nie skorzystał z doświadczeń, których nabyliśmy podczas Fetyszozy. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do tamtego lokalu tutaj jednoprzestrzenne wnętrze i dostępność ławek pozwalała na skomponowanie dobrej widowni. Kolejne błędy to niedobre operowanie światłem i dźwiękiem podczas pokazów. Muzyka ani o ton nie była cichsza, a stroboskop błyskający w oczy też nie poprawiał komfortu oglądania. Światło punktowe tu użyte zostało światło kolorowe zamiast białego. W rezultacie kontrast bieli z czerwienią, który był najmocniejszym punktem nie robił wrażenia z odległości większej niż dwa metry. Ci którzy stali dalej odnieśli wrażenie, że modelka wysmarowana była… nutellą a nie krwią. Kurcze przy takich możliwościach technicznych jakie daje Rock Club pod względem wizualizacji grzech było tego nie wykorzystać.
Co do samych pokazów to pierwsze, co się nasuwa to całkowicie szowinistyczny charakter przedstawianych scen. Po raz kolejny nietrafnie określona grupa docelowa. Na sali było sporo dominujących kobiet i choćby z tego powodu należało zróżnicować płeć osób uległych, a jeśli nie dla tego to po porostu dla urozmaicenia. W rezultacie każdy pokaz to była forma męskiej dominacji nad kobietą lub dwoma, w każdej występował element chłosty. Słabe zróżnicowanie tematyki wprowadzało pewną monotonię. Nie mniej jednak duże uznanie dla dziewcząt, które dzielnie do każdego pokazu wychodziły. Ze względu na kiepską widoczność można było nadrobić braki w mimice i grymasie odgłosami (uderzenia, odgłosy werbalne) jednakże nie było na to szans ponieważ wszystko tonęło w jednym wielkim łomocie wydobywającym się z głośników.
W mojej ocenie najlepszy był pierwszy i ostatni pokaz. Ze względu na dynamikę scen. W przypadku pierwszego doskonale przedstawiona ewolucja postrzegania sytuacji. W początkowej scenie pokazu wyraźnie wymuszona uległość i kontakt z „krwistym befsztykiem” ewoluująca do ekstatycznej fascynacji nim w końcowych scenach. A przejawiającej się lubieżnym nakładaniem na siebie krwistej papki. Kontrast nieskazitelnej bieli ubrania pochłanianej sukcesywnie przez zachłanną czerwień. Perfekcyjne przedstawione. Osoba domina została zepchnięta na drugi plan, osadzona w statyce kompozycji. A może miał wyglądać na takiego, który w myśli wypowiada kwestię „stworzyłem potwora…”
Ostatni pokaz – wiązanie i podwieszanie z elementami erotyki kobiecej. Ładna kompozycja, w której te zdominowane stanowiły kwintesencję piękna i erotyki. Panowie zaś byli tłem, żeby nie powiedzieć statystami, którzy jak doskonałych statystów przystało wykonali swoje zadanie nie przyćmiewając piękna ról pierwszoplanowych.Pokazu 2 + 2 nie oceniam wysoko ze względu na to, że po sprowadzeniu dziewcząt do parteru pokaz wizualnie ograniczał się do widoku męskich ramion szykujących się do uderzenia. Wszystko do wysokości metra kryło się za głowami oglądających. Być może z ich perspektywy wyglądało to inaczej, z mojej właśnie tak. Pokaz z igłami mógł szokować, choć ze względu na kamienny wyraz twarzy modelki przekaz tracił na autentyczności.Krótko mówiąc zamysł pokazów dobry ale nie wykorzystano istniejących możliwości technicznych stąd pewien niedosyt.
Reasumując imprezy tego typu MUSZĄ mieć precyzyjnie określoną grupę docelową, charakter zamknięty eliminujący przypadkowe osoby nie odnajdujące się w klimacie, przemyślany scenariusz uwzględniający miejsce i zabawki na spontaniczne zachowania uczestników i muzykę w tle a nie w roli głównej. . Cieszę się, że pojawiają się takie inicjatywy w mieście ale nie ma siły nie da się połączyć interesów gotów, bdsmowów, fetyszystów i waniliowych w jednym czasie, miejscu i muzyce. Coś za coś. Na kolejną edycję Gothic Fetish Party w Rock Clubie raczej się nie wybiorę bo nie spodziewam się zmian w muzyce i jej natężeniu a to zdecydowanie najsłabszy i jednocześnie najbardziej irytujący aspekt imprezy. Poza tym jeśli będzie ona w środku zimy, a statystyka wskazuje, że tak to żadną przyjemnością będzie spędzenie nocy na mrozie.
14 października 2006
Medycznie
13 października 2006
A jednak się udało
Sklep podróżnika
Sprawa wydawała się prozaiczna chodziło o trywialny wręcz bloczek oraz hamulec do niego. Pierwsze kroki skierowane do sklepów metalowych oraz z artykułami budowlanymi nie przyniosły rezultatu żaden z dostępnych tam sprzętów nie posiadał najistotniejszej dla nas informacji – dopuszczalnych obciążeń. Obciążeń ogółem bo już o takich detalach jak różnice między statycznym i dynamicznym obciążeniem nie było z kim podyskutować. Tak więc trafiliśmy do sklepu ze sprzętem wspinaczkowym. I na dzień dobry okazało się, że osoba za ladą ma niestety dość blade pojęcie o sprzedawanym przez siebie asortymencie. Na szczęście w przeciwieństwie do klientów obecnych w sklepie. Jeden z nich z widoczną pasją w oczach pomagał nam wybrać odpowiednie detale, udzielając przy tym instrukcji obsługi konkretnych urządzeniach. Robił co mógł, ale jednej rzeczy nie mógł przeskoczyć. Mianowicie cokolwiek tłumaczył i pokazywał kończyło się stwierdzeniem „a to… (tu występowała bliżej nie znana nazwa)… przypina pan do siebie”. Za diabła nie dało się człowiekowi wytłumaczyć, że chodzi o konstrukcję do podniesienia i opuszczenia obiektu ale w oparciu o punkty w podłożu a nie na człowieku. O ile wyjaśnił perfekcyjnie sposób posługiwania się gadżetami nawleczonymi na linę, o tyle nie był w stanie oderwać się od układu odniesienia człowiek-lina-człowiek. No, ale nikt nie jest doskonały. Trzeba byłoby takiego człowieka zaprosić „do dom” już po tym jak podstawowe elementy układu znajdą się na swoim miejscu i pokazać o co biega tylko czy to nie byłby zbyt duży szok? W każdym razie wyszliśmy stamtąd z potrzebnymi zabawkami Petzl'a, które mam nadzieję już niebawem zostaną wprawione w ruch.
No i jeszcze jedno spostrzeżenia – ja nie potrafię obojętnie patrzeć na linę w dłoniach. Kiedy ten – obcy przecież człowiek i z cała pewnością nieklimatyczny – zaczął wiązać, przekładać, zaciskać i co tam jeszcze robić z tą liną to mnie lekko skręciło. No po prostu zrobiło mi się mokro na samą myśl, o tych wszystkich wspinających się gościach, którzy mają talent w rękach i nawet i mają świadomości tego. Sprawność posługiwania się linką opanowana do perfekcji, zasady bezpieczeństwa w małym palcu. Jeśli dodać do tego dobry kursik shibari to byliby nie do pobicia. A tak – marnują się. Gdyby wiedzieli co tracą bez wątpienie nauczyliby się tych kilku supełków więcej. Co prawda musieliby wziąć do ręki trochę inne linki (te wspinaczkowe nie są wstanie zostawić ładnych śladów), ale w końcu i to linka, i to linka. Jedna i druga z rdzeniem, obie statyczne więc dzieli jest tylko mały krok w sposobie wykorzystania Wspinaczka - kolejna dziedzina sportu po nurkowaniu, która ma (a dokładniej może mieć) dużo wspólnego z bdsm.
12 października 2006
W piątek trzynastego
Bamboo
Cóż mogę powiedzieć. To co ujrzałam zaparło mi dech w piersiach i wywołało wyjątkowo silny skurcz w brzuchu. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać piękna żywego ciała rozpiętego na pajęczynie nanizanej na bambus. Kontrasty błyszczącej powierzchni bambusa z matowym sznurkiem, skóry – początkowo suchej – w końcowym etapie wilgotnej. A wszystko to w aurze lekkości jaką powoduje brak kontaktu z podłożem.
Poziomo umieszczone dwa bambusy były jak sztalugi na których powstawało arcydzieło. Czarny sznur oplatał kostkę prawej nogi, kolejne zwoje usadowiły się na udzie. Główny ciężar ciała spoczywał na sznurowniach w talii oraz klatce piersiowej. Te ostatnie były rozdzielone na dwa mniejsze oploty, przy okazji eksponując sterczące między zwojami piersi. Kolejny kawałek sznurka dopełniał poziomej kompozycji złączając nadgarstek prawej ręki z bambusem. Lewa część ciała i głowa pozostawione samym sobie wyglądały jakby próbowały sięgnąć podłogi. Kilka ruchów i obie lewe kończyny zostały zgięte i za plecami połączone zarówno ze sobą jak i z cała kompozycją. Teraz opuszczona na bok głowa świadczyła o kontemplowaniu nowych doznań. Aż prosiło się, żeby wpleść kolejne centymetry sznura we włosy i tym samym dopełnić statyki obrazu. Ale nie tym razem. Była idealna, perfekcyjna w swoim spokoju podobna motylowi pogodzonemu już z losem jaki zgotował mu pająk w swojej sieci. Nie szamotała się, a jedynie z delikatnym uśmiechem przymykała oczy. I tylko biały trójkąt majtek stanowił element naruszający statyczne piękno. Był jakby obcy a kontrastujący z barwą całej instalacji stawał się irytujący. Po prostu chciało się podejść i zerwać go, żeby przywrócić równowagę kompozycji.
Zaczęłam odbierać swoja obecność tam równie nie na miejscu jak wspomnianą już bieliznę. Stanowili idealne połączenie. Ona drobna i krucha, On silny i opiekuńczy. I sznur, który ich dzielił i łączył zarazem. Była jak wietrzny dzwonek, reagujący na najlżejszy powiew. Była jak wietrzny dzwonek, który śpiewał pod dotykiem Jego palców. Byłam jakieś cztery, może pięć metrów niżej, dokładnie pod nią kiedy śpiewała…
Odkąd poznałam shibari zawsze mnie fascynowało i podniecało, ale dopiero obcując z tym na żywo można docenić siłę emocji, które wywołuje. To plątanie mogłoby trwać godzinami. Takie subtelne ale konsekwentne przesuwanie granic ciała. Z każdym naciągnięciem pojedynczego sznurka pojawia się cała gama nowych doznań. I do tego świadomość zawieszenia. Nie potrafię znaleźć większej władzy nad fizycznością, nad cielesnością niż podwieszenie, zwłaszcza asymetryczne. Ciało reagujące zwierzęco, umysł wyłączony z ciągłego czuwania, pełne zanurzenie w przyjemność. Mam w głowie kompozycję, która jest niemal identyczna z tą wczorajszą. Chciałabym ustawić aparat na statywie i czekać. W jej usta włożyć twardą kulkę knebla lub może zapiąć na wysuniętym języku pałeczki. I dać jej rozkosz. Czekając aż ciało zadrży jednym rytmem. Do momentu kiedy sącząca się z niedomkniętych ust ślina i wilgoć z wnętrza kobiecości kapać będą w jednym rytmie wyznaczanym przez uderzenia serca albo skurcze orgazmu. Chciałabym zobaczyć ją właśnie taką – zawieszoną nad krawędzią świadomości i nad przepaścią rozkoszy. Jest do tego stworzona.
11 października 2006
Fetyszoza vs. Skin Two Rubber Ball
10 października 2006
Co by było gdyby Pinokio był kobietą?





9 października 2006
Mentolowe...
Poniedziałkowo ale inaczej
==========
Lilith idmana@o2.pl2006-10-10 20:20:02 84.10.183.236
I tu się mylisz niestety :( Skręcenie stawu skokowego jest o wiele gorsze niz banalne złamanie stopy. To wiadomość z pierwszej ręki, tfu... stopy. Miałam jedno i drugie, to wiem. Lekarze też to wiedzą ale nie wiem czemu uważa się powszechnie, że dziecięce stawy są z modeliny. Po zdjęciu gipsu czy opatrunku przez jakiś czas opaska z neoprenu, laser (działa przeciwbólowo) i rehabilitacja. A naj- najważniejsze: im młodszy pacjent, tym większe ryzyko, że nabędzie tzw. nawykowego skręcenia kostki, a wtedy nawet spacer po lesie staje się wyzwaniem. Pozdrawiam.
8 października 2006
Niechęć
7 października 2006
Filigranowa brunetka
Nie moja to impreza, ta piątkowa, ale będę miała w niej swój udział szykując jeden z ubiorów. Chyba świadomość tego jakiej destrukcji zostanie poddany działa na moją wyobraźnię inspirująco. A przy okazji możliwość obcowania z jej nagością. Z dotykiem skóry, zapachem. Ech gdyby tak jeszcze pozwoliła swoim niesfornym włosom odetchnąć, puścić je wolno. Jak ostatnio w basenowej szatni. Po raz pierwszy widziałam wtedy te sprężynujące loki w całej okazałości. Przez chwilę. Zanim nadała im porządny i ułożony wygląd. I tylko te dwa kosmyki na karku, te dwa, które nie dają się spiąć z całością zdradzają co jest ukryte pod warstewką wosku i śladem grzebienia.
Jest spokojna. Nie ma w niej strachu jak podczas pierwszego spotkania. Ale nie jest jeszcze całkowicie wolna. Chcę zobaczyć jak rozsypuje loki potrząsając głową. Chcę usłyszeć jak krzyczy. Chcę zobaczyć jej duszę. Sprawia mi przyjemność obcowanie z nią. Podobnie jak obcowanie z jej ekshibicjonizmem. Robi rzeczy, których ja nie zrobię. Nigdy. Cieszę się widząc, że ona sięga po to co chce, że robi to co sprawia jej przyjemność. Dzielna mała. A do tego filigranowa brunetka. I hedonistka. Dla niektórych to tylko słowa. Ja wiem co stoi za słowami - kobieta z krwi i kości - ona.
6 października 2006
Tym razem beze mnie
Tym razem w promieniach słońca, w ciszy poranka ona delektowała się czarną siecią na ciele. Mnie zostały tylko zdjęcia. I chwała jej za to, że pozwala je robić, że chce jej mieć. Dzięki temu mogłam zobaczyć, jak zwisła w objęciach sznura. Taka inna od tej, która przybywa zazwyczaj. Piękną, głęboką czerń zamieniła tym razem na niewinność bieli. Biała sukienka skrywała białą bieliznę i pończoszki. Gdyby nie to, że widziałam ją w innym odzieniu nawet ja uległabym czarowi niewinności. Ale tylko przez chwilę… Tego dnia bowiem miała stracić kontakt z… Nie, nie z rzeczywistością. Z podłogą. Zabawy ze sznurkami etap kolejny czyli podwieszenie.
Pochylona do przodu, tułowiem dotykała ud, a sznury oplatały ją ciasno łącząc piersi z kolanami w jednym uścisku i uda z talią w drugim. Biel bielizny podkreślała moc czarnych splotów, z których nie miała możliwości ani siły się wyswobodzić. Wyglądała jakby siedziała w powietrzu, z twarzą zwróconą ku podłodze, z nadgarstkami przywiązanymi do kostek. Podobna była modelkom fotografowanym przez Arakiego. Od zwojów oplatających korpus i nogi linki wznosiły się ku belkom sufitu. Na tych linkach jak marionetka zwisała ona. W niczym nie przypominała tej dzikiej odzianej w czerń kobiety. Dziś była trochę jak motyl w sieci pająka – zdana na łaskę i bezbronna. Cudownie piękna w tym bezruchu i smakowaniu nowych doznań. Może kiedyś zobaczę ją właśnie taką, najlepiej jeszcze bez bielizny, tak żebym mogła sięgnąć językiem jej kobiecości. Żeby skurcze orgazmu widoczne był drganiem linek, żeby ciało wygięte w więzach naprężało się w ich rytmie i kołysało niczym próbujący się oswobodzić owad. Może kiedyś…
Kolejne zdjęcia uwieczniły ją już rozebraną z czarnych objęć, kiedy na skórze pozostały świeże odciski oplotów o przepięknej barwie i rysunku. Równo ułożone, wtulone w siebie, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą sznur wtulał się w ciało. Ślinotok. I język, który sam wysuwał się na spotkanie ze skórą. Najwidoczniej nie tylko na mnie podziałały te runy, bo na kolejnym zdjęciu widać było wilgotny ślad języka na skórze. Dreszcz przeszedł mnie na samą myśl, o dotyku takiej skóry na języku. Kolejny na wyobrażenie Męża Pana liżącego jej skórę. Uwielbiam patrzeć na kobiety w Jego dłoniach… Ona jest stworzona do tego, aby być odzianą w sznury, które rewelacyjnie prezentują się na jej ciele i zostawiają niesamowite ślady.Ale ta pozycja przy podwieszeniu powinna dać niesamowite odczucia przy chłoście. Napięte pośladki, rozwiedzione uda. I ta całkowita bezsilność. Jak to jest być zawieszoną między niebem a ziemią? Czy obracanie się na skręconych linach przywodzi na myśl dziecięcą huśtawkę? A może daje się odnaleźć ten punkt niemal-nieważkości. Tę chwilę kiedy jeszcze się nie opada w dół ale już nie wznosi się w górę. I ja. Ja też chcę być marionetką na sznurkach, za które pociągasz mój Panie.
5 października 2006
Sześć świeczek
4 października 2006
Sznurkowo
Ot choćby wczoraj kiedy leżałam z uniesionymi w górę nogami, z dłońmi na kostkach. Zamykając oczy odpływałam w świat jakże inny od rzeczywistości. Stawałam się szmacianą laleczką w Jego dłoniach. I tylko czasami przez ledwo uchylone powieki patrzyłam jak pieczołowicie układa oplot obok oplotu i kolejne metry linki obejmowały mnie czule. Łokieć przy kolanie, przedramię przy podudziu. I przyciskające je do siebie zwoje. Jeszcze jeden, i kolejny. Z każdym bicie mojego serca przyspieszało, z każdym oddech stawał się coraz szybszy. Potem ściśnięcie poprzecznie przełożonym sznurem, wciśniętym między zgięcia stawów i przeciągniętym wzdłuż drgających już mięśni. Tortura czasem, oczekiwaniem i narastające podniecenie, w miarę jak kolejne motki odbierały mi wolę, ubezwłasnowolniały. Czerń równiutko i ciasno ułożonych kresek odcinała się od niemal białej skóry. Jeszcze białej, niebawem miała nabrać różowej a nawet fioletowej barwy. I to czekanie, żeby już skończył, żeby zrobił ten ostatni węzeł. Ale nie, przecież chcę, żeby to trwało w nieskończoność. I słowa, że wyglądam wyjątkowo ponętnie w tych bransoletach, że właśnie tak należałby mnie podwiesić. Te słowa są kroplą, która przelewa dzban rozkoszy dając mi pierwsze tego dnia spełnienie.
Kiedy ukląkł między moimi rozwartymi udami poczułam się całkowicie otwarta i zdana na Jego kaprysy. Oplótł dłonie pozostawionymi kawałkami liny trzymając je jak uzdę i jednym ruchem wszedł we mnie. Otulony zachłanną kobiecością poruszał się gwałtownie i mocno. To napierając na sklepienie to znowu miażdżąc nabrzmiałą łechtaczkę. Cudowne uczucie bycia używaną. Dla Jego przyjemności. I dla mojej, choć tak zupełnie innej. I słowa, które bardziej niż pieszczoty potrafią ranić ale i większą od nich przynieść rozkosz. Rozkoszowałam się Jego spełnieniem walcząc z przemożną chęcią złączenia ud i przeżycia stłumionego mięśniami szczytu. Nie mogłam. Podarował mi kilka szczytów pod rząd. Ostatniemu przyglądał się już z boku. Czułam jak falująca kobiecość wyciska z mojego wnętrza strużkę płynnej rozkoszy, spływającej pomiędzy pośladki. Nie potrafiłam nawet odpowiedzieć na pytanie czy chcę zostać już oswobodzona. No bo jak można zjeść ciastko i mieć ciastko?
Kiedy już pojedyncze oploty spływały z wyznaczonych im miejsc moje podniecenie zaczęło znów rosnąć. Oto bowiem pod uniesionymi powiekami oczom moim ukazywać zaczęły się pięknie odciśnięte ślady sznura. Uwielbiam je. Z ich głębokości, intensywności koloru skóry, wyrazistości wzoru odczytać można tak wiele. Ruchy kończyn, które chciały się wyswobodzić, napiętych w ekstazie mięśni, bólu i rozkoszy. Uwielbiam ślady sznura. To kolejne z tajemniczych zapisków uległości. Czy kiedyś poznam je wszystkie?
3 października 2006
Mgła
Mgliste poranki już przyszły. A wraz z nimi ambiwalentne uczucia, które walczą we mnie o palmę pierwszeństwa. Kierowca chce przejrzystości powietrza i widoczności aż po horyzont. Ale ta szalona chciałaby się ubrać w mgłę. Pląsać wśród jej srebrzystych nitek. Rozkoszować się zwiewną delikatnością. Znowu nachodzą mnie te myśli, żeby zatrzymać auto i paść w mgliste objęcia, wśród których nikłe promienie słońca wskazują drogę. Zatopić się nieprzezroczystym skrzydle tej, dla której nie ma granic. Zapaść się we mgłę to tak jakby stać się jej częścią. Można wejść w nią w jednym miejscu, a wyjść w zupełnie innym, daleko, daleko od domu. A w środku, we mgle jest to rozkoszne nieznane, którego nie trzeba się bać. Jej dotyk na policzku perli krople jak łzy.
30 września 2006
FETYSZOZA
- rezerwacja mailowa
- wstęp wyłącznie za zaproszeniem
- adres klubu podawany tylko na zaproszeniu
- informacje w konwencji ‘secret campaign’
- blog jako podstawowy kanał komunikacji
- fotograf do dyspozycji gości
Innowacje artystyczne:
- spanking FemDom ,
- Pony Sulky (Nurbika)
- bondage & wosk (Mater od 7 Boleści, Giggles)
- mumifikacja (emil & Gloria_Victis)
- bodypainting
- zabawki klimatyczne do użytku gości (dyby, fotel zwany ‘samolotem’, klatka, kozetka do krępowania, pręgierz, klęcznik)
Abstrakt:
Impreza zamknięta pod hasłem ‘poznaj inność innych’, pokazy wewnątrz klubu i na dziedzińcu, wielopomieszczeniowość klubu podzieliła ludzi na podgrupy tematyczne wg upodobań.
Publikacje:
Ona
Tak dawno nie smakowałam kobiety. Tak dawno. A teraz leżała przede mną bezbronna. Gdybym tylko mogła gryzłabym ją bez opamiętania, ale ona nie lubi bólu. Więc mogłam tylko zachłannie zagarniać językiem te miękkości, wciskając jego czubek w najciaśniejsze z zakamarków. Uwielbiam lizać kobiety. Są wtedy takie piękne i tkliwe. Kiedy delektowałam się ziarenkiem rozkoszy na czubku języka poczułam jej smak. Pulsujący ciepłą strużką. W tej pozycji, w której się znajdowała – to było jak maleńki gejzer rozlewający dookoła. Językiem mogłam tamować jego erupcję. Ale nie chciałam. Twarz miałam wilgotną tym gwałtownym spełnieniem. Tym zachłanniej zlizywałam to, czym mnie obdarowała. Czułam jak spływa po kroczu, po uniesionych do góry pośladkach, po plecach. Żeby tam, w najniższym miejscu, skapywać lubieżnie na podłogę. Dotknęłam mokrych pleców zawieszonych kilkanaście centymetrów nad podłogą. Gładziłam palcami, żeby za chwilę przeciągnąć wzdłuż kręgosłupa paznokciami. Drgała jak naciągnięta struna, z każdym rysowanym centymetrem skóry bardzie, z każdym inaczej.
Zassałam wargi do wnętrza ust, zamknęłam je w uścisku zębów. Po to tylko, żeby zmienić intensywność bodźców, żeby wyczulić na mlaśnięcia języka. Nie musiałam długo czekać na kolejny gejzer. Tym razem dużo silniejszy i obfitszy. Zaskoczyło mnie to jak bardzo subtelny smak ma ta ciekła rozkosz. Ledwie wyczuwalny zapach. I tylko to rozedrganie cieczy świadczyło o pochodzeniu mokrości. Kiedy zamarła napinając mięśnie, najdelikatniej jak potrafiłam złożyłam pożegnalny pocałunek na różowości i odeszłam. Równie cicho jak przyszłam. Bez słowa. Jej oczy pozostały zasłonięte. Odeszłam. Moja własna wilgoć sączyła się po udach. Szkoda, że nie jest moja. A może to lepiej, mogłabym ją pokochać. Jest hedonistką. Ale nie jest moją hedonistką. I moja nigdy nie będzie. Co nie przeszkodzi mi w podarowaniu jej jeszcze paru chwil przyjemności w przyszłości.









