18 października 2007

Biurowce i kobiety

O fascynacji jednymi i drugimi wcale nie trzeba mi przypominać. Wystarczy, że przekraczam próg szklanych ścian i zmienia się optyka świata. Uwielbiam kobiety w windach. W krótkich spódniczkach i dopasowanych żakiecikach, filigranowe niczym porcelanowe laleczki. Mniam. Czasami jeszcze do tego pachną tak, jak lubię.Wczoraj, w wąskim korytarzyku toalety spotkałam lalkę, która dwa tygodnie temu rozpaliła mi zmysły do czerwoności. Kurtuazyjna rozmowa – rozpoznałyśmy się momentalnie. Przechodząc obok delikatnie ocierała się o mnie z powodu ciasnoty korytarzyka zapewne (choć wolałabym inny powód), aż miałam ochotę skubnąć ją w karczek. Mrrrauu. I jak ja mam potem prowadzić rozmowy? I to do tego z facetem?? Zdecydowanie mały problem logistyczny jest w realizacji zamierzenia pod tytułem filigranowa brunetka w biurowcu w godzinach, kiedy mam odrobinę wolnego czasu (tak mniej więcej między o1.30 a 02.30). Pozyskam trochę wolnego czasu ekstra, może być lekko używany (najchętniej w godzinach biurowych). W takiej sytuacji łatwiej i o biurowiec, i o ciasteczko na deser. Czego sobie i innym życzę.

12 października 2007

Chemia i fizyka w relacjach międzyludzkich

Dobrze, że to już piątek – ledwo dotrwałam do niego. Tydzień zdecydowanie zbyt obfity w zdarzenia. No podsumujmy. Jedna awantura piętrowa z poleceniem nielojalności i okraszona mieszaniem z błotem mojego pryncypała (klasyka gatunku jak nie należy rozmawiać z podwładnym w dodatku cudzym). Fontanna pobożnych życzeń i odpryski przerośniętego ego, a przede wszystkim klasyczny przypadek upadku moralności i dowód na zerowe umiejętności kreowania relacji międzyludzkich. „Menadzeryzm” na poziomie mniej niż zero. Błeee, jeszcze mnie trzęsie na wspomnienie tego spotkania. Potem jeszcze kubełek zażenowania kiedy człowiek się zjawia na spotkaniu w sprawie A i od obecnych dowiaduje się, że ‘spotkaliśmy się dzisiaj, żeby omówić sprawę… B…” Szok! Zapomniałam nadmienić, że sprawca zamieszania… nie pojawił się na spotkaniu. Wpuszczona w kanał. Nic dodać nic ująć.

Bezpośrednio z państewka wojny podjazdowej popędziłam na inne zupełnie spotkanie. Termin i miejsce umówione od tygodnia. I… muka proszę szanownych, mistrzostwo świata. Wszystkim, którzy planują jakiekolwiek spotkania w warszawskim hotelu InterContinental zdecydowanie odradzam, może się zdarzyć, że druga strona otrzyma w recepcji informację – taka osoba/ firma u nas nie występuje. Szokujące, ale prawdziwe. Na moją prośbę o poinformowanie osoby o moim przybyciu dowiedziałam się, że taka osoba nie przebywa w hotelu. Szok numer dwa. Jeśli dodać do tego fakt, że ‘przegenialna’ sieć Era po raz kolejny obdarowała mnie serią dziwacznych komunikatów w trakcie próby dodzwonienia się na angielską komórkę (abonent czasowo niedostępny/ abonent nie korzysta z tej usługi/ w połączeniach międzymiastowych nie należy poprzedzać numeru cyfrą zero itp.) to groza zajrzała mi w oczy. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój interlokutor stojąc na galerii dwa piętra wyżej rozpoznał mnie i pofatygował się do holu. Jak wykazał praktyka dla chłopca w recepcji jedynymi gośćmi hotelu są ci, którzy wynajmują pokoje. Jeśli zaś wynajmujesz salę konferencyjną to NIEISTNIEJESZ w świadomości recepcji głównej, ani jako nazwisko ani jako firma. Reasumując odradzam umawianie spotkań biznesowych w tym hotelu istniej duże ryzyko, że druga strona może nie dotrzeć z powodu niekompetencji recepcjonisty.Po tak nerwowym wstępnie samo spotkanie miało rewelacyjna atmosferę, doskonałą chemię i na dodatek realnie przybliżyło mnie do celu. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu.

Nazajutrz kolejne spotkanie (na ubiegłotygodniowe rozmówca nie dotarł bo utknął w korku). Tym razem choć oferta całkiem atrakcyjna nie wzbudziła we mnie emocji. Zabrakło chemii, a na samej fizyce pojechać się nie. Znaczy jestem na shortliście i pewnie spotkam się z wierchuszką u klienta, ale jakoś nie czuję tego, nie widzę siebie w tej organizacji. W sumie ta rozmowa nie wniosła żadnej wartości dodanej, w przeciwieństwie do wczorajszej. Ot – headhunter jeden z wielu.

Jeżeli wszystkie plany przyszłotygodniowe wypalą to czeka mnie kalendarz naładowany po brzegi. Pożyjemy zobaczymy. I tym optymistycznym akcentem witam obrzydliwie pochmurny i deszczowy dzień, jego jedyna zaletą jest fakt, że na imię mu piątek.

6 października 2007

Interview

Miałam smaczny sen o wczorajszej brunetce. Bardzo smaczny. No, co ja poradzę, że ten kolor włosów mnie urzeka. Nawet pokój był ten sam, w którym ją widziałam w rzeczywistości. Ech, żeby tak mieć ją na wyciągnięcie języka – nie dałabym mu próżnować. A sceneria rozmowy o przyszłości jak się okazuje może być ekscytująca. Idę spać, może dziś też ją spotkam we własnej głowie, w mieszance wspomnienia i marzenia sennego…
Kochanka potrzebna od zaraz, wrrrrrr mniam.

4 października 2007

Październik miesiącem…

Był kiedyś październik miesiącem oszczędzania zwany, dziś parafrazując tamten slogan miesiącem headhunterowania nazywam go. Wystarczył jeden mały komunikat w kierunku rynku, żeby telefon rozgrzać niemal do czerwoności. W efekcie nawet dwa spotkania dziennie. Spotkanie z Wiedeńczykiem urocze i przemiłe, niestety i szybkiej decyzji startowej wymagało. Szkoda – zapowiadało się ciekawie. Pańcia Zamiejscowa – hmm sztampowo, przewidywalnie, z zerkaniem na zegarek. A co pani lubi, a czego nie, a jakie są mocne, a jakie słabe. Błee… zero polotu, klasyka gatunku i to bynajmniej nie kategorii A. O szklanym suficie nigdy nie słyszała (a z racji wykonywanego zawodu raczej powinna). Ciekawie, bo budowanie od zera, mniej ciekawie, że produkt jakiś taki… no nie wiem… nie przekonuje mnie. Pożyjemy – zobaczymy.

Wczorajsze spotkanie zaś to historia wręcz nieprawdopodobna. Zacznijmy od tego, że na rozmowę zaprosił mnie mężczyzna, przybywam na miejsce gdzie znajduję miotającą się w panice asystentkę (spotykacz utknął w korku i się spóźnia). Trochę to dziwne, bo właśnie przejechałam przed chwilą przez pół stolicy stwierdziwszy zaskakująco mały ruch. No, może wszyscy pojechali stać w korku w innym miejscu. W każdym razie po krótkim oczekiwaniu zawitała do mnie kobieta. Uśmiechnięta kobieta. Brunetka. Szczupła i nieduża. Wystarczyło na pierwszy raz. Kiedy otworzyła usta, żeby się przywitać i rozchyliła wargi byłam zgubiona. Nie potrafiłam oderwać oczu od tych zmysłowych ust. Długie włosy spływające na ramiona aż się prosiły, żeby wsunąć w nie palce. Wpadła jak po ogień, lekko zdyszana z wydrukowanym naprędce materiałem, którego nie przeczytała. Gaszenie pożaru. Miała cudowny miękki akcent, na brzmienie którego robi mi się miękko w środku. Miałam ochotę schrupać ją na stole.

Na szczęście moja porządniejsza połowa umysłu zadbała o to, żebym nie traciła wątku i starałam się prowadzić rozmowę jakby przede mną nie siedział ideał cielesności wg mnie. Nie mówię, że to posągowa piękność była, ale była pełna tym pięknem, które mnie rozpala. Druga połowa mózgowia snuła fantazje o czynach lubieżnych (niam). Tak się te moje połówki zajęły swoimi sprawami, że nie raczyły zauważyć jak Aleksandra przeszła w rozmowie z angielskiego na rosyjski. Nie zauważyły i nie przegrupowały sił. W efekcie rozmowa miała kuriozalny ‘wygląd’ ona zadawał pytania po rosyjsku, a ja odpowiadałam po angielsku. Na dokładkę zupełnie tego nie zarejestrowałam. Najwidoczniej mojemu chuciami opętanemu rozumkowi wystarczyło na tyle czujności, że zdiagnozowało brzmienie jako ‘nie ojczyste’ i pozostało przy angielskim. Niezła plama.

W drodze do domu jeszcze jeden telefon, tym razem gość z Londynu, a dokładniej jego asystentka potwierdzająca środowe spotkanie. Będzie ciekawie, tym bardziej, że to dopiero czwarty dzień października.

=============

olo 2007-11-18 02:09:42 62.233.204.178
czasem sobie myślę, że chciałbym tak umieć wyrażać swój zachwyt dla kobiet. Ja, mężczyzna.

Refleksja poranna

Szklany sufit. Mur. Roszczeniowa obojętność.

Znowu???Miało być tak pięknie… a tu białe skarpetki z pod garnituru wyglądają. Jaka szkoda…

30 września 2007

Kupił, nie kupił...

Zmiany. Telefony rozdzwoniły się na dobre. Spotkanie goni spotkanie. Ciekawam bardzo co z tego wyniknie. Atmosfera w biurze gęstnieje. Prezio tygodniami nieobecny, umawia się na spotkanie poczym raczy różne osoby esemesami treści sorry jestem chory, nie dam rady przyjść, czy możesz… Już nikt nie traktuje poważnie jego deklaracji, co do spotkań. Operacyjny jest jeszcze do końca roku, a co później? Hmm nie wiem, w każdym razie ja na swoje barki nie wezmę zarządzania całą firmo – jeszcze mi życie miłe i znam wartość wolnego czasu. Tym bardziej, że mam go ciągle za mało. A za chwilę będzie jeszcze mnie z powodu szkoły. Oj będzie się działo, będzie się działo. Najpierw straciłam serce, teraz zaczynam tracić cierpliwość. Ciekawe, że tolerancja jest odwrotnie proporcjonalna do ilości telefonów i spotkań przynoszących nowości. Tak, nowości to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Ktoś kiedyś zdiagnozował to jako zaraźliwy optymizm i umiejętność motywowania ludzi do sięgania poza to, co utarte. Jeśli wziąć pod uwagę to, co robię obecnie to coś w tym jest.

Kupił, nie kupił - potargować warto.

29 września 2007

Rozważania sferyczne

Kulki jakie są każdy widzi. No, może nie widzi, bo głęboko wsadzone, ale z całą pewnością wyobraża je sobie jakoś (tudzież ich działanie). Co do wyobrażeń, to niestety nigdy nie pokryły się z fizycznymi doznaniami – krotko mówiąc rozczarowały na całej linii. Nie mniej jednak od paru lat walają się w szufladzie z zabawkami. Postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę i zabrałam je… na basen. Cóż można rzec? Jedynie to, że… rozczarowania ciąg dalszy miał miejsce. Jakby się człowiek nie przeginał to efekt mizerny. A może to tylko ja tak mam, że na mnie osławione gejszowe zabawki nie działają? A może powinny być mniejsze i w większej ilości, żeby efekt był zadawalający? Nie wiem. W każdym razie na eksperymentu nurkowe trzeba będzie wykombinować jakieś inne sfery, żeby udowodnić teorię o obrotach ciał.

27 września 2007

Kobieta oszlifowana cierpieniem ma wartość brylantu

Nie mam w zwyczaju poddawać się kółkom wzajemnej adoracji tworząc listę blogów ‘które odwiedzam’ albo równie banalnie nazwane linkownie. Nie mniej jednak zdarzają się w sieci miejsca, gdzie bywam. Okazjonalnie albo z przyzwyczajenia, różnie. Zawsze jednak miło przyjmuję te, które zapełnione są językiem odpowiadającym mi zarówno pod względem składni jak i metafory. Z niekłamaną przyjemnością zaglądam do tych tekstów pisanych w rodzaju męskim Kobieta oszlifowana cierpieniem ma wartość brylantu. Nie diagnozuję, że pisane to przez mężczyznę jest bo wiele już w sieci spotkałam entych tożsamości tych samych personel. Ale wracając do autora – odpowiada mi retoryka, nastrój i nasycenie emocjami. Zadziwiająco dużo kobiety w tym męskim wcieleniu. Ale co tam – grunt, że słowa poskładane z sukcesem (a o to dość ciężko niestety).

===============
margot__ 2007-10-05 17:56:18 83.24.144.171
zoo..co do autora powiem Ci tak Droga moja..facet z krwi i kości, najprawdziwszy z prawdziwych, rzec bym mogła hmm Przyjaciel..dużo w Nim empatii i doświadczenia a wszystko co opisane zgodne z najprawdziwszą prawdą.. całusy..

sliczna_sami sliczna_sami@o2.pl2007-09-29 13:21:24 194.116.193.13
Witam, Zooza. Dziekuje za to, ze pozwolilas mi, od pewnego czasu, zapoznawac sie ze swoimi myslami, fascynacjami, przezyciami. Dzieki temu rowniez, za Twoim przewodnictwem, poznalam wiele ciekawych miejsc, wielu ciekawych ludzi. To niewatpliwie wzbogaca.Ow KmT, o ktorego blogu wspominasz, jest po prostu mezczyzna - i jako taki, posiada kobiecy pierwiastek duszy - to zupelnie naturalne, szkoda tylko, ze rzadko spotykane. Czyzby tak niewielu mezczyzn zylo miedzy nami? ;-)Pozdrawiam Cie cieplo. :-)

PPZN

Nie mylić z PZPN, bo choć litery te same w innym stoją szyku. Potrzeba Podążania Za Nowym. Przekleństwo moje albo napędowa siła – jak kto woli. To jest jak nałóg. Nie, to jest nałogiem. Ciągle dalej, bardziej, szerzej. Więcej wiedzieć, więcej poczuć, więcej doznać, więcej zrozumieć. Ach, człowiekiem renesansu być… I odkąd pamiętam tak właśnie było, nawet w szkole. No, bo kto wymyślił w ogólniaku klasy matematyczno-fizyczne i biologiczno-chemiczne? Mnie się marzyła matematyczabiologizacja. Na ogrodnictwie lubiłam nawet te powalone zadania ze statystyki, gdzie w treści przewijały się ponadnormatywnie wysokie kukurydze albo prawdopodobieństwo wyhodowania zielonych świnek morskich z oczami w kolorze bzu. Pewnie dlatego tak bardzo podobały mi się studia interdyscyplinarne – trochę teatru w prezentacjach, snucia intryg w negocjacjach czy zimnej kalkulacji w ocenie inwestycji. Ale z drugiej strony moja biblioteczka pełna jest książek o seksie, albumów z erotyką, historii penisa czy innej vaginy. Towarzyszom im pozycje, w których przewija się szeroko rozumiana filozofia bata. Galeria zdjęciowych aktów przekracza wszelkie granice. A ciągle mi mało, ciągle niedosyt. I szperanie godzinami po forach przeróżnych, po recenzjach. Wyszukiwanie pozycji niezauważanych. I kolejny zwrot, tym razem polowanie na eCFO. Branżowe, że niby. A kto by się tym przejmował – ciekawe to jedyny parametr. Zachłanny apetyt na wiedzę. Nigdy nie pociągało mnie zgłębianie tematu aż do ostatniej litery. Zawsze szerzej niż głębiej. To ‘odznaczonych’ dziedzin czy tematów zawsze można wrócić, ale takie obok których przejdzie się mimo – umierają. Wszystko ma swój czas – jeden jedyny – później nie smakuje tak dobrze.

Czuję przez skórę, że nadchodzi coś kolejnego. Jeszcze nie ma kształtu ani imienia, ale po prostu wiem, że się zbliża. Niebawem zapuka do drzwi mojego umysłu, a ja pójdę otworzyć. Już czekam. Moja PPZN jest wygłodniała…

3 września 2007

Pan Niepokorny. Kulturowa historia penisa

Penis jaki jest każdy widzi - czy aby napewno? Jest ciekawie napisana przez Davida M. Friedmana rozprawa na temat tego jak postrzegano penisa na przestrzeni dziejów. Formuła książki to coś pośredniego między powieścią detektywistyczną a podręcznikiem historii, z tym zastrzeżeniem, że obejmuje różne dziedziny. Trzeba przyznać, że jest wszechstronna pod tym względem – pokazuje różne punkty widzenia i różne aspekty. Są tu religie i wierzenia (od klasycznego kultu fallicznego z omówieniem różnic w poszczególnych kulturach, po prokreacyjne i masturbacyjne aspekty w biblii), medycyna (od ludowych mikstur na impotencję, przez metody jej leczenia - niejednokrotnie szokujące, diagnozowanie i walka z masturbacją), psychoanaliza (czyli teorie panów Freud’a i Fromm’a), moda (kiedy, jak i w co odziewano męskie klejnoty), kompleksy (kobieca zazdrość o brak penisa, męska zazdrość o murzyńskie przyrodzenie), aż po współczesny viagroprzemysł. A z opisanych wynalazków wszelkiej maści i myśli technicznej można spokojnie stworzyć wystawę w muzeum techniki (nie wiem tylko czy w kategorii urządzenia użytku codziennego czy może narzędzia tortur).

Książka napisana w sposób przystępny, nie przeładowana specjalistycznym słownictwem z zakresu medycyny i łaciny, obfitująca w cytaty i odwołująca się do różnorodnych źródeł, sporo mało znanych ciekawostek. Ciekawa i obszerna bibliografia. To, czego trochę brakuje to ryciny czy zdjęcia, niektóre są szczegółowo opisane, ale mimo wszystko słowo nie zawsze jest w stanie oddać obraz. Po prostu miejscami tekst, aż się prosi o wizualizację. Reasumując – ciekawa pozycja, monotematyczna ale nie monotonna, nadaje się do czytania w odcinkach – z racji bohatera nie traci się wątku.


Powrót do codzienności

Wczoraj w telewizorni mignął 'Powrót do przyszłości' a w głowie parafraza -powrót do codzienności. A powrót ten jest dość... hmm… nieprzyjemny. Przede wszystkim, dlatego, że trzeba wstać. Tak najzwyczajniej w świecie wstać z łóżka zamiast powylegiwać się jeszcze. No i ten koszmarny brak słońca. Sam jego brak jest wystarczającym powodem, żeby nie podnosić czterech liter. Na myśl o leżeniu plackiem na słońcu robi mi się słabo, ale odpowiednia dawka słońca w ciągu dnia to zupełnie inna sprawa. Na razie staram się myśleć o najbliższych miesiącach, ale pod względem solarnym to tutaj jest już jesień niestety. Ilość nieodebranych połączeń telefonicznych oraz maili przekroczyła wszelkie granice. Cześć z nich zostawiam na jutro, żeby nie doznać szoku pierwszego dnia po. Następnym razem przy okazji zmiany pracy zafunduję sobie miesięczną przerwę. Takiego urlopu nie da się wygospodarować miedzy terminami i raportami a to chyba minimalna jednostka czasu żeby uczciwie odpocząć. Tak wskazują osobiste badania na reprezentacyjnej (dla mnie jako grupy docelowej) próbce w ilości sztuk jeden. Dwa tygodnie nie satysfakcjonują rzeczonej próbki.Oby do następnego ;)

13 sierpnia 2007

The day before

A słowo stało się faktem. Dziś o godzinie 16.52 zakończyłam swoją biurową część życia i rozpoczęłam długo oczekiwany urlop. Nie odbieram telefonów ani maili, pakuję manatki i kierunek Montenegro :). Już kuferek stoi zrychtowany, już tam stoi na stole - tak właśnie zaśpiewać sobie będę mogła już jutro.

11 sierpnia 2007

"Olimpijczyk" Richard Eckermann

Richard Eckermann urodził się w niemieckojęzycznej części Szwajcarii w 1965 roku. Z wykształcenia nauczyciel, z zamiłowaniem do… muzyki. Ukończył konserwatorium i śpiewa w berneńskiej operze. Od blisko piętnastu lat zajmuje się fotografia, kładąc nacisk na doskonalenie techniki. Od początku koncentrował się na czarno-białych aktach. Przez wszystkie te lata pracował w zamkniętym studio, z perfekcyjnym oświetleniem. Od niedawna, opuścił cztery ściany na rzecz otwartych przestrzeni, naturalnego oświetlenia i poetyckich kompozycji. Jest miłośnikiem tradycyjnej fotografii, od technologii pokrywanych roztworem srebra płytek po własnoręczne wywoływanie zdjęć. Uczestnicząc w całym procesie ma poczucie tworzenia efektu końcowego na każdym etapie jego ewolucji. Od początku preferował amatorskie pozowanie, jako bardziej naturalne, bardziej osobiste i bardziej indywidualne. Jest ostatnia osobą zainteresowaną zblazowanymi modelami i modelkami, także dlatego, że pozowanie dla pieniędzy pozostawia skazę na aktach. A on – perfekcjonista pożąda naturalności ludzi we właściwym im otoczeniu.

Ciekawy jest projekt zatytułowany Olimpijska nagość. Jest to seria aktów ukazujących autentycznych sportowców uprawiających swoje dyscypliny, z tą tylko różnicą, że uprawiających je nago bądź jedynie odziani w atrybuty sportowe jednoznacznie wskazujące na uprawiany sport. Co ciekawe fotograf zaprasza osoby uprawiające sport i chętne do wzięcia udziału w projekcie do współpracy, szczegóły na stronie autora.














10 sierpnia 2007

Przygotowania

I pomyśleć, że po weekendzie jeden jeszcze tylko dzień w biurze, ot po prostu żeby poukładać wszystko na najbliższe trzy tygodnie. I laba. Doczekć się nie mogę. Powoli rozrasta się miejsce, gdzie składowane są rzeczy do zabrania. Powoli, bo czasami trudno jest stwierdzić gdzie coś zostało dobrze schowane. Czas też zabrać się za delikatne poprawki w piance, którą w tym celu należało wciągnąć na siebie. Po raz kolejny stwierdzam, że ubranie się w piankę w pobliżu wody (nawet bardzo ciepłej) na czas założenia reszty sprzętu to pipa w porównaniu z założeniem jej w trzydziestostopniowym gorącu, w domu bez możliwości zalania cieczą. Jednym słowem chłodzenie cieczą jest efektywniejsze od chłodzenia powietrzem, co udowodniono już wcześniej wymyślając chłodnice do silników. Przy okazji wiem już dlaczego pianki kosztują tyle ile kosztują – szycie neoprenu jest równie ‘fascynująco-frustrujące’ jak szycie lacki. Mało mnie szlag nie trafił zanim udało mi się ustawić maszynę w taki sposób, żeby nie pętelkowała (w tym czasie pożegnałam się ze szpulką nic!). O przeszyciu trzech warstw pięciomilimetrowego neoprenu należy zapomnieć. Na szczęście miałam w zasobach pewną szarą, gumowaną tkaninę, która nadaje się świetnie na lamówki. W każdym razie po poprawkach na nogawkach stwierdziłam, że za długie rękawy nie są takie złe i da się z nimi wytrzymać. W każdym razie odechciało mi się kombinacji z odszywaniem brzegu i dalszej gimnastyki przy maszynie.

Mam zamiar wypróbować działanie niektórych zabawek tym razem w niecodziennej sytuacji dwudziestu metrów pod wodą. Liczę na ciekawe doznania zwłaszcza przy zanurzaniu – zobaczymy czy moje przeczucia będą miały odwzorowanie w pirzeczywistości.

9 sierpnia 2007

Zbierając z poduszki sny rozrzucone

lubiłem gdy w grzebień palców
włosy spinałaś, kochałem te twoje wypieki
na twarzy, te esy-floresy wygięte metaforą gdy zaczęłaś
przełamywać się wpół słowa rozmydlając moje imię
lubiłem głaskać cię pod włos, naciągnąć grzbiet
na prześcieradło, wymruczeć na dwa głosy
mariaż linii i faktury przyćmiony rytmem
niepełnych pchnięć
lubiłem pot, koronki i kolaże
słodko przaśne pojękiwania w przekładzie
na język francuski, lampkę z opcją
na wyobraźnię
lubiłem ten gorący, rozkopany, płytki sen
nad ranem, gdy myśli krążyły na sklepieniach
ud, wyznaczając granice
absurdu
Maciej Sawa

Trochę secesyjne, trochę surrealistyczne nie mniej jednak miłe dla oka i ucha wyznanie. Abstrakcyjne metafory pełne ciepła i czułości. I nawet czas przeszły nie stanowi dysonansu, nie wskazuje na to, że teraźniejszość jest zaprzeczeniem przeszłości. To, co wyłania się z liter to raczej stwierdzenie lubiłem i lubię. Nietypowa dla męskich wierszy lekkość odmalowania sytuacji, nie zawaham się użyć określenia kobieca. Klimat tak odbiegający od dzisiejszych szybkich czasów, kiedy nawet nie próbujemy zebrać resztek snów, choćby tych tytułowych – rozrzuconych na poduszkach.

8 sierpnia 2007

Zrobiona w rumieniec

Historia jednej rozmowy w jednym akcie. Tego dnia Prezio pojawił się w biurze pomimo tego, że złożony chorobą był (faceci to jednak słabe jednostki wystarczy większy katar albo trzydzieści siedem stopni na termometrze, żeby byli umierający). Nie ważne. W każdym razie Prezio pojawił się albowiem spotkać się musiał z potencjalną asystentka, a wiadomo, że nikt nie weźmie sobie na głowę problemu pod tytułem wybór asystentki dla prezesa (niech sam wybiera i niech ma do siebie pretensję, jeśli coś będzie nie halo). Tak więc parafrazując znaną sentencję: vini, vidi, wybrał. Pojawia się w drzwiach niosąc tę dobrą nowinę, że ma już asystentkę. Dokładniej to ona ma być nasza wspólna, znaczy Prezia, moja i Operacyjnego. Więc uważałam za stosowne, żeby zapytać kiedy przychodzi i kto zacz. Uważałam, więc zapytałam. W odpowiedzi usłyszałam wśród salw śmiechu „we wtorek” i zobaczyłam wyciągnięte w moją stronę paluchy i zataczającego się ze śmiechu Prezia. Zaczęłam szukać powodów tej wesołości – bezskutecznie. Kiedy przebrzmiał atak śmiechu i Prezio powrócił do jakiej takiej równowagi stwierdził, że spotkanie z potencjalną asystentka to nic, ale dla tych błysków w mich oczach warto było zwlec się z łóżka. No, ja wiele jestem w stanie zrozumieć, ale jakoś nie bardzo potrafię uwierzyć w to, że mogły mi się ślipia zaświecić do kobiety, której w życiu nie widziałam. Nie mniej jednak poczułam jak moja twarz przybiera mało szlachetny odcień cegły, co tylko nakręciło spiralę ubawienia Prezia. Nie powiem, mam ochotę na jaką lalkę, ale żeby tak perfidnie wykorzystać wiedzę o moich preferencjach to przesada. No dobra pobawił się moim kosztem, niech będzie. A teraz od razu zaczęłam się zastanawiać się co to za ziółko ta asystentka, że takie skojarzenia z moją osobą w Preziu wywołać mogła. Wrócę z urlopu to się zobaczy. Czy nadmieniłam, że cała scena rozegrała się w obecności szefa IT, który zniósł ją w absolutnym milczeniu? Nie, tak właśnie było. Z wrażenia zapomniał języka w gębie i oddalił się nie zadając pytania, z którym przyszedł. Nie ma to jak znaleźć się we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Swoją drogą to chyba w moim wieku wypadałoby się już nie czerwienić jak pensjonarka, nieprawdaż? Ewidentnie za mało kontaktów z Młodym, wtedy chociaż mogłam trenować ‘próby’ panowania nad własnymi słabościami. Teraz efekt purpury dopadł mnie w pół kroku. Cokolwiek bym nie powiedziała byłoby tylko gorzej, więc skwitowałam temat ceglastym milczeniem.

Po urlopie muszę znaleźć czas na znalezienie kochanki, bo na dłuższą metę życie bez kobiety jest jakieś… no nie wiem… ‘ma jedna nóżkę bardziej” albo mniej… Hmm a może by tak jakiejś nurkującej lalki poszukać… No to byłoby coś!

7 sierpnia 2007

Ruch kołowy

Ładnych naście lat posiadam uprawnienie do prowadzenia pojazdów mechanicznych , prawo jazdy znaczy. Mniej więc tyle samo czasu pokonuję minimum sześćdziesiąt kilometrów dziennie. Ale takiego mistrzostwa świata jak ostatnio to nie spotkałam. Auto na lokalnych numerach, za kierownicą żadna tam przysłowiowa blondynka tylko atrakcyjna mężczyzna na oko lat trzydzieści i pięć. A spotkałam tę osobliwość na rondzie. Podjeżdżam spokojnie do bardzo lokalnego podmiejskiego ronda (żeby nie powiedzieć, że w szczerym polu umiejscowionego z krzaczorami dookoła). Szybki look w lewo i wjeżdżam na rondo z zamiarem zjechania z niego pierwszym prawym zjazdem. I stawiam auto dęba albowiem staję oko w oko z nadjeżdżającym z przeciwka autem. Serio! Z niewiadomych przyczyn jakiś nie powiem kto jechał przez rondo pod prąd. No słyszałam o wjechaniu w ulicę jednokierunkową, widziałam na filmie jazdę pod prąd autostradą (poprawka na fikcję literacką) ale żeby rondo! Brak mi słów. Nazajutrz podróżując przez to samo rondo spróbowałam wymyślić jak można się tak ‘pomylić’. I… nie ma takiej opcji. Dojazd/ wyjazd do ronda z każdego kierunku ma rozdzielone kierunki jazdy trójkątnymi wysepkami. Trzeba się ostro nakombinować, żeby być w stanie wykonać skręt pod kątem dziewięćdziesięciu stopni w tam wąskim miejscu. Tego nie da się rozbić przypadkiem! To musiało być działanie celowe. Tylko po kiego...?

6 sierpnia 2007

"Jedyny-Wszystkowiedzący-Najlepiej"

Mamy na forum matołka do potęgi entej, po prostu mistrz świata w dowolnej kategorii. Egzemplarz dający się we znaki wszystkim użytkownikom i absolutnie odporny na wszelkie próby perswazji. Jedyny-Wszystkowiedzący-Najlepiej. Nie grzeszy zbytnio jakością szarych komórek, a erudycję i argumentacją posiada na analogicznym poziomie. I z niewiadomych przyczyn jest na forum trzymany, choć powinien usłyszeć – temu panu już dziękujemy. Część ludzi omija jego wypowiedzi szerokim łukiem, część czytając z politowaniem kiwa głową i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Ale czasami, kiedy sam sobie wiesza na plecach kartkę ‘kopnij mnie w tyłek’ trudno jest się powstrzymać. Choćby dni temu kilka, kiedy opisywał ‘mrożącą krew w żyłach’ historię kolczykowania intymnego partnerki. Żenada to mało powiedziane. Traf chciał, że akurat ma doczynienia z gronem, które albo takowe kolczyki posiada, albo ich zakładaniem się trudni, albo uczestniczyło w zabiegu. Tak więc stwierdzenia w rodzaju ‘po pół godzinie przebijania’, ‘kolczyk na łechtaczce’ albo ‘bo on a ma tam grubą skórę (sic!)’ czytało się istne banialuki. Niektórzy zdecydowali się nieś kaganek oświaty ale gdzie tam – obrażone męskie ego kazało obrażać interlokutorów i oskarżać o napastliwość i krucjatę przeciwko wszystkim innym. Jednocześnie deklarując ‘jestem laikiem i nie zamierzam tego zmieniać’. A bądź sobie nawet laikiem do kwadratu, tylko wówczas swoje fantasmagorie opowiadaj na otwartych forach w rodzaju o2. Tam zawsze znajdą się tacy, których to zainteresuje, zachwyci albo zaszokuje. Ale wmawianie pierdół praktykom to istne samobójstwo. No, ale jak wspomniałam na wstępnie osobnik pozostawia wiele do życzenia pod wieloma względami. Niestety na forum ciągle jest i chociaż miałam nadzieję, że sam dojrzeje do decyzji o jego opuszczeniu to jednak się pomyliłam. Jak widać nawet rażące odstawanie od ogólnego poziomu wypowiedzi (zarówno merytorycznego, jak i formalnego)nie jest wystarczającym powodem żeby zadać sobie pytanie ‘czy ja tu pasuję’. Tak więc mamy takiego mupeta odpornego na… wszystko.

5 sierpnia 2007

Odliczanie

Nie bardzo wiem w co ręce wsadzić, na ostatnią chwilę do zrobienia rzeczy kupa. Chciałabym, żeby ten tydzień się już skończył albo jeszcze nie zaczynał. Sporo biurowo-pracowych do przekazania. W tym (co mnie cieszy niezmiernie informacja do moich niemieckich-nie-przyjaciół, że mogą sobie darować wszelkie maile bo najwcześniej odpowiedzi mogą się spodziewać… we wrześniu. A nic tek nie cieszy jak zrobienie im wbrew. To jedna strona medalu. Druga to lista spraw przedwyjazdowo-osobisto-domowych. A to zieloną kartę wydrukować (tak, tak są jeszcze kraje, w których jest to potrzebne), a to ubezpieczenie na czas wyjazdu załatwić, a to członkowstwo w DAN odświeżyć, a to opiekę dla czworonoga umówić, a to parę drobiazgów sprzętowych dobrać itp., itd. A poza tym takie prozaiczne sprawy jak pranie ciuchów z trzymaniem kciuków, żeby pogoda im wyschnąć pozwoliła. Jednym słowem kołomyja. Negocjacje ewaluacyjne zostały przerwane, mam nadzieję je wznowić i zakończyć jeszcze przed urlopem (korzystając z nieobecności Operacyjnego) bo w przeciwnym razie będą możliwe dopiero w połowie września. Kolejna osoba odchodzi z organizacji, komentując zachowania „Boga i Pierwszego-Po-Bogu słowami – „nie da się zarządzać firmą przy pomocy excela, ludzie oczekują żywego kontaktu z wierchuszką”). I trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Tym bardziej, że faktycznie Operacyjny to głownie maile pisze i tabelki w excelu przyrządza i wypełniać nakazuje, a potem szukać rozbieżności między liczbą w tabelce a i tabelce b. Nie sposób wytłumaczyć człowiekowi, że więcej tabelek to więcej miejsc do popełnienia błędu, a nikt nie ma nadmiarów wolego czasu na znajdowanie różnic.

Pożyjemy zobaczymy jak to się będzie rozwijać. Diabeł ogonem przykrył jednego CDka, na tórym wszystkie kolekcje aktów były i sporo dokumentacji z analizy rynku finansowego z ostatnich paru lat. Krótko mówiąc trzeba było usiąść i siwika przyrządzić na nowo i na dokładkę nie można podeprzeć się trendami. Niech no ja znajdę tego, kto mi gdzieś tę płytkę schował!

A tak w ogóle to nie chce mi się jutro iść do biura. Jedyne co miłe to fakt, że Operacyjny na urlopie, więc chociaż w tej materii będzie spokój.

21 lipca 2007

Friedrich Wilhelm Nietzsche

"Idąc do kobiety nie zapomnij bicza".

Niezależnie od kontekstu i formy, jaką ów bicz przyjmie, nie wolno o nim zapominać. Niech będzie bicz pieszczotą, niech będzie kąśliwy, niech boli lub niech przyniesie oczyszczenie. Niech będzie słowem lub dotykiem, spojrzeniem albo ciałem. Ale niech będzie. Bez niego on będzie bezbronny, a ona nienasycona.