28 marca 2008
Bliżej niż dalej
I niech mi ktoś powie, że audytu nie można poprowadzić jak po sznurku. Dobrze zaplanowane musi się udać. Choć musze przyznać, że towarzystwo w tym roku wyjątkowo upierdliwe było. No, ale nie ma się co dziwić, w końcu zostali bardzo konkretnie zbriefowani. Nie przewidzieli tylko jednego, że nie bardzo będzie się do czego przyczepić. To było wiadomo już po pierwszym tygodniu, w każdym razie ja to wiedziałam. Szukali jak opętani. Wymyślali kombinacje alpejskie, żeby gdzieś znaleźć niespójność, ale nie ze mną te numery Bruner, jak mawiał pewien znany Hans. Kiedy przedłużyli badanie o dwa dodatkowe dni wiedziałam już, że będą siedzieć do czasu aż coś znajdą. A ponieważ został już tylko jeden niezbadany obszar rzucili się nań jak wygłodniała sfora. I stało się to co było do przewidzenia. Jak tylko wyciągnęli na światło dzienne to, co dla nich zostawiłam propozycja korekty i zakończenie badania zostało ogłoszone w ciągu godziny. I na tym cała sztuka polega – zostawić coś, co znajdą ostatnim rzutem na taśmę i dzięki czemu będą mogli (w swojej świadomości!) wrócić z badania z tarczą. Innymi słowy – nie można mieć wysprzątane na tip top w księgach, trzeba trzymać jakiegoś śmiecia na czarną godzinę. I czy to nie przypomina zabawy w ciuciubabkę?
25 marca 2008
Zaskoczenie. Ponowne.
Dokładnie tak, zaskoczenie. I na dodatek będące w zasięgu ręki ale jakoś tak nie całkiem zauważone. Gdzieś obok (żeby nie powiedzieć, że pod nosem) tętni ciekawa konfiguracja, której osią jest kobieta, chociaż nie to raczej Kobieta jest. Innymi słowy temat switch nadal jest mi obcy.
Czytam, czytam i wyłania mi się obrazek sielsko-anielski, ze spełnieniem głównych bohaterów, a jednak zaskakuje mnie ta relacja. Trudno mi wyobrazić sobie, że można być w równym stopniu oddanym swojemu Panu jak nastawać na fizyczność i psyche innej kobiety. I z obu czerpać przyjemność. Po prostu moja percepcja tego nie obejmuje. I tylko czasami zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest opcja pełniejszego odczuwania. Trochę tak, jak z biseksualnością – więcej możliwości równa się więcej przyjemności. O ile bycie bi jest wpisane w moje DNA o tyle nie widzę możliwości czerpania przyjemności z pozycji po drugiej stronie bata. Nawet myśl o takich działaniu nie wywołuje u mnie podniecenia, ani nie stymuluje mnie do działania. Może to ta sama kategoria co tramping – potrafię czerpać przyjemność z patrzenia na ale nic mnie nie popycha do deptania. Z drugiej jednak strony kobieca dominacja jest tak odmienna od męskiej, że sprawia wrażenie zupełnie innego świata. Nie powiem, Kobieta w akcji jest wyjątkowo smakowitym widowiskiem, ale do popatrzenia.
Najważniejsze jest jednak to, że można realizować swoje pragnienia i upodobania bez względu na to, jak się na to zapatrują osoby trzecie. Czyli wolność Tomku w swoim domku. Przychodzi mi jednak do głowy inny pomysł, skorzystania z możliwości zawarcia bliższej znajomości z bohaterami tej historii, a przede wszystkim z bohaterką, choć może bardzie właściwe byłoby nazwanie jej Bohaterką przez duże be. Zawsze to milo powiększyć gronu ludzi realnych. Spróbować warto.
Czytam, czytam i wyłania mi się obrazek sielsko-anielski, ze spełnieniem głównych bohaterów, a jednak zaskakuje mnie ta relacja. Trudno mi wyobrazić sobie, że można być w równym stopniu oddanym swojemu Panu jak nastawać na fizyczność i psyche innej kobiety. I z obu czerpać przyjemność. Po prostu moja percepcja tego nie obejmuje. I tylko czasami zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest opcja pełniejszego odczuwania. Trochę tak, jak z biseksualnością – więcej możliwości równa się więcej przyjemności. O ile bycie bi jest wpisane w moje DNA o tyle nie widzę możliwości czerpania przyjemności z pozycji po drugiej stronie bata. Nawet myśl o takich działaniu nie wywołuje u mnie podniecenia, ani nie stymuluje mnie do działania. Może to ta sama kategoria co tramping – potrafię czerpać przyjemność z patrzenia na ale nic mnie nie popycha do deptania. Z drugiej jednak strony kobieca dominacja jest tak odmienna od męskiej, że sprawia wrażenie zupełnie innego świata. Nie powiem, Kobieta w akcji jest wyjątkowo smakowitym widowiskiem, ale do popatrzenia.
Najważniejsze jest jednak to, że można realizować swoje pragnienia i upodobania bez względu na to, jak się na to zapatrują osoby trzecie. Czyli wolność Tomku w swoim domku. Przychodzi mi jednak do głowy inny pomysł, skorzystania z możliwości zawarcia bliższej znajomości z bohaterami tej historii, a przede wszystkim z bohaterką, choć może bardzie właściwe byłoby nazwanie jej Bohaterką przez duże be. Zawsze to milo powiększyć gronu ludzi realnych. Spróbować warto.
21 marca 2008
Marzenia i spełnienia
Mnie to nie dziwi, ale dla wielu to herezja. Sama jestem zadowolona z życia. Pewnie wybierając dziś zawód pochyliłabym sie po coś innego niż to, co robię. Ale z całą pewnością nie zmieniłabym swoich decyzji, które podjęłam. Nawet tych, które były wyjątkowo bolesne. Kiedy spojrzeć na nie z perspektywy czasu to przyniosły jednak więcej dobrego niż złego.
20 marca 2008
Audyt z jajkiem w tle
Trwa pełną parą i jeszcze trwać będzie, co niestety istotnie dezorganizuje mi życie pozbiurowe, skutecznie kradnąc mi wieczory. Wiosna podobno przyszła, jakieś zmiany zaczynają kiełkować w głowie. Ot choćby weryfikacja instytucji edukacyjnej jaką jest szkoła. Podstawowa. I te wszystkie mniej lub bardziej zakręcone prawnicze ciekawostki, które okazują się byc brzemienne w skutkach. Okazuje się, że nawet znając iks kodeksów, ustaw i rozporządzeń bez prawnika ani rusz. Takie czasy. Dobrze, że pasem weekend, szkoda, że świąteczny bo nie da się weń wypocząć tak, jakby się chciało. Konwenanse tradycji uwieraja wówczas wyjątkowo mocno.
6 marca 2008
Retrospektywnie
Sporo roboty z tą przeprowadzką, naprawdę sporo. A przy okazji sporo wspomnień. W końcu nie codzień człowiek czyta swoje zapiski z paru lat. Fakt, wszystkiego nie czytam, ale przelatując wzrokiem po akapitach po prostu same wpadają w oko. Ludzie, miejsca, wydarzenia. Nazbierało się tego, nie powiem. Przenoszę tak, jak zostało napisane, uzupełniam brakujące zdjęcia i ewentualnie usuwam nieaktualne linki. W końcu to przeprowadzka a nie remake ;). Doszłam do lipca 2005 roku, dużo jeszcze przede mną...
5 marca 2008
Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury.
Książka autorstwa Catherine Blackledge to fascynująca podróż przez wieki. Podróż, z której wyłania się obraz waginy wzniesionej na ołtarze i czczonej jako początek wszechrzeczy. To także smutny obraz tego, jak wagina popędzana kropidłem i krucyfiksem staja się uosobieniem wszelkiego zła. Masa ciekawych informacji z anatomii i fizjologii. Ciekawe ujęcie zachowań ludzkich z zachowaniami samic innych gatunków. W efekcie czego na usta ciśnie się pytanie jak bardzo (nie)różnimy się od zwierzaków. Kopalnia wiedzy o określeniach używanych na nazywanie intymnych części ciała, wraz z pochodzeniem słów. Oczywiście zdecydowana ich większość pochodzi ze wschodu, a niektóre są wyjątkowo urocze lub wręcz smakowite.Mocna pozycja tej publikacji jest bardzo obszerna bibliografia i dokumentacja materiałem zdjęciowym. Zgrabnie opisana ewolucja symboliki począwszy od malunków naskalnych a na współczesności skończywszy. Garść informacji o charakterze socjologicznym – krótkie opisy zwyczajów i zachowań w różnych kulturach. Ot choćby vagina dentata czyli mit o uzębionej waginie pożerającej sami wiecie co. Ale z takich właśnie zamierzchłych historii wywodzi autorka powiązania i domniemane związki przyczynowo-skutkowe z zachowaniami współczesnymi.
Nie jest to, na szczęście, dyskurs o wyższości waginy nad innym narządami, ale osobisty stosunek autorki do przedmiotu badań jest silnie zaznaczony.
Jest to publikacja popularno-naukowa, choć miejscami język nasycony jest kolokwializmami, nie mniej jednak nie stanowi to uchybienia jakości pracy. Można powiedzieć, że jest to historia oddemonizowania Wilgotnego Zakątka. Precyzyjnie i metodycznie przeprowadzony wywód, który czyta się przyjemnością.
4 marca 2008
Być jak Temida...
Czasami uwielbiam swoją pracę, po prostu uwielbiam. Kiedy czuję każdą komórką, że mam pełna kontrolę nad rzeczywistością. Kiedy wiem co się stać powinno i to się dzieje. Kiedy wreszcie widzę, jak z szeregów cyfr wyłaniają się bardzo konkretne sprawy. Kiedy jednym ruchem zmieniam bieg wydarzeń. To jak przyrządzanie magicznego eliksiru według ogólnie znanej receptury, z tą tylko różnicą, że ostatnich kilka składników jest tajemnicą mieszającego. Jak łatwo można zapomnieć dodać to coś, przechylić szalki wagi z jednej na druga stronę. Kiedyś była to dla mnie czarna magia, potem upajałam się możliwością kształtowania rzeczywistości, dziś nie chce mi się nadstawiać karku dla kogoś. Nie warto. Ale satysfakcja pozostaje – przeogromna. I to układanie strategii przed zmierzeniem się z audytem. Trochę jak podchody, trochę jak zabawa w ciepło-zimno. Kto by pomyślał, że w tej dziedzinie można nawet pohazardować. A wystarczy tylko powiedzieć głośno – położę transakcję X na takim i takim koncie, stawiam kwotę Y, że przejdą nad nią do porządku dziennego albo, że jej w ogóle nie wyłapią. Był czas, że samo słowo audytorzy wzbudzało we mnie strach. Był czas, kiedy traktowałam ich jak zło konieczne. No bo jak inaczej nazwać sytuacje, w której rokrocznie na badanie (wielkie słowo – badanie) przychodzą nie biegli rewidenci ale świeże mięsko z wysoką średnią na studiach i znajomością języka. Wyposażenie w lapsy i tabelki, które maja wypełnić zaczynają ślinić faktury. Młodzi gniewni - nauczeni wypełniania tabelek ale za grosz nie znający praktyk księgowych, nie potrafiący przebrnąć przez proste zestawienia. Bawi mnie to. Dziś mnie to bawi. I te ich miny, kiedy słyszą – nie. I to dzwonienie po managera, który zjawia się jako ten wszechwiedzący. W końcu partner do walki, a nie mięso armatnie. Czasami dochodzę do wniosku, że to nie spółki powinny płacić dużym firmom audytorskim za dokonanie badania ale odwrotnie. To wielka czwórka powinna płacić badanym spółkom za to, że ich księgowi uczą młodych stażystów-audytorów zawodu. Powiedzmy sobie szczerze – to praktykanci są, a nie biegli rewidenci. Pamiętam pierwsze badania, w których brałam udział, początek lat dziewięćdziesiątych. Badanie trwało miesiąc albo i dłużej, badającym był biegły rewident. A teraz? Teraz skauci przychodzą na tydzień i zajmują się głównie kserowaniem wszystkiego i wybieraniem próby zgodnie z metodologią grupy (czytaj wskazywaniem dziesięciu największych odbiorców czy dostawców, których faktury będą oglądać i kserować). Żenada. I strata czasu. No, ale cóż – taki standard.
3 marca 2008
Przeprowadzka stała się faktem
Dziś jest ten dzień, kiedy osiągnęłam temperaturę wrzenia i zarządziłam rozwód z blog.pl. Co prawda czeka mnie teraz syzyfowa praca z przeniesieniem wszystkiego tutaj, ale decyzja została podjęta i to w tej chwili najważniejsze. Przy okazji bedę w stanie poindeksować notki i uzupełnić brakujące zdjęcia po utracie konta na photobucket.
27 lutego 2008
Nieużywane dystynkcje
Zewnętrzne oznaki, ozdoby, dystynkcje. Coraz trudniej móc się nimi cieszyć. Młoda coraz bardziej stara się dokonać wglądu do Szuflady Podręcznej w sypialni (co za szczęście, że nie ma jeszcze świadomości istnienia miejsc dużo bardziej zasobnych w Różne-Dziwne-Rzeczy – to zaleta posiadania niedostępnych pomieszczeń). Jeżeli dodać do tego długie dni pracy, weekendy na uczelni, szkolne ferie, jakieś przeziębienie to po prostu brakuje czasu na to, żeby można się było zachłysnąć ulubionymi przyjemnościami. Niebawem będę znowu mogła nosić jawnie mały kawałek srebra, już się cieszę.
26 lutego 2008
Chardonnay Planeta
Alkohol w moim organizmie lubi czynić spustoszenie niestety. Mówią, że trening czyni mistrza, ale wolę raczej stosować metody homeopatyczne – maleńkie dawki trucizny nie tylko nie zabijają, ale wręcz pomagają. Zgodnie z tą metodą dostarczam organizmowi niewielkie próbki w celu stwierdzenia, która kombinacja tej trucizny najbardziej mu odpowiada. Niezagrożone pozostaje miejsce tradycyjnej mieszanki - Gordon’s lub Beefeater w towarzystwie tonicu. Utrzymuje swoją pozycję Jose Cuervo oraz Olmeca zarówno w wersji z cynamon & mandarynką jak i sól & cytryna. Obronił się na pozycji beniaminka John Walker z połówką cytryny. I nagle, niespodziewanie wprost na piedestał, przed wszystkimi innymi wkroczyło wino. No, dobra nie wino tylko -Chardonnay. A żeby już być precyzyjna do bólu to cudo pochodzi z Sycylii, a „popełniono” je w winnicy Francesco Planeta. Rozkosz smakowania tego trunku nie jest do opisania, po prostu nie ma takich słów, nie istnieją. Już sama barwa i konsystencja zbija z nóg. Gęsta, nasycona, ociekająca słońcem. Nic wspólnego z cienkuszowatą barwą płynu pod tytułem zielona herbata. To chardonnay jest po prosu mięsiste w kolorze, głęboko bursztynowe. Ale nic to w porównaniu z rewolucją, w jaką wprawia kubki smakowe. Absolutnie kosmiczna kombinacja smaków. Zaskakująca. Jednym słowem – wino nie ma prawa tak smakować. Jest miękkie i ciepłe, zupełnie nie wyczuwa się w nim elementów przychodzących na myśl na hasło – białe, wytrawne. Jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało przywodzi mi na myśl smak wulkanu z pomarańczą. Aż dziw, że nie słychać cichego syknięcia w zetknięciu z językiem. Niesamowicie ciepłe, mimo, że ma tylko te swoje czternaście stopni, a jednocześnie orzeźwiające. W delikatności smaku zatraca się gdzieś całkowicie prozaiczny alkohol. Absolutnie druzgocące zmysły wszelakie. Ambrozja. Dokładnie tak – ambrozja przez baaardzo duże A. Każda ciężka głowa nazajutrz warta jest spektaklu dnia wczorajszego, każdej jego kropli. Jego Wysokość Planeta Chardonnay 2006. Wiele jestem w stanie zrobić dlań.

25 lutego 2008
Martin Kovalik - kolekcjoner subtelnego uroku
Z jego zdjęć emanuje subtelna aura erotyki, ulotna, wręcz efemeryczna. Zatrzymuje w kadrze oddech odurzającej woni. Mieszanka zawstydzenia i ekshibicjonizmu przysłonięta delikatną pajęczyną szydełkowej woalki. A może to coś więcej? Może to nie woalka ale skraj sukienki albo bluzeczki? Promiemieniująca delikatność w oprawie z nibyubrania. Nieodparte wrażenie podglądania, przyłapania na uchylaniu rąbka tajemnicy...

Zbliżenie. Szkło obiektywu niemal ociera się o wargi. I nie wiadomo czy obecne na nich palce rozchylają podwoje jaspisowej jaskini czy wręcz przeciwnie - wzbraniają do niej dostępu. Obraz jakże zwyczajny, a jednocześnie jakże magiczny. Idealna kompozycja jutrzenki, ktorej blask powoli wydobywa z mroków ciepłej jeszcze nocy zakamarki intymności. Światło powoli przeslizgujące się po skórze, niesmiało przeganiające świeże wspomnienie rozkoszy...

Spelnione oczekiwanie, które mozna uczcić lampką wina. Barwa płynu przywołująca na myśl krew, która jeszcze nie tak dawno wrzala w uniesieniu. Teraz wyciszając się rozpływa się uspokojona po ciele. Dłoń bez drżenia sięgająca po kieliszek wypełniony burgundowym wspomnieniem lata. Długa nóżka kieliszka stająca na straży nietykalności, az do kolejnej nocy, która rozpocznie gra z woalem...

Taki wlasnie potrafi być Martin Kovalik - czarujący, uwodzący, kobiecy...
12 lutego 2008
Wnioski techniczne
Forum. Takie nie dla pruderyjnych typów. Ludzie o liberalnych, żeby nie powiedzieć libertyńskich poglądach. Temat dnia – głębokie gardło (ewolucja od fellatio, przez irrumatio). Dyskusja a i owszem dynamiczna. Tylko jeden zaskakujący wniosek – biorą w niej udział niemal wyłącznie kobiety (nie liczę wypowiedzi męskich w rodzaju ironicznego zawiadomienia w rodzaju poszukuję pani do głębokiego gardła jako wypowiedzi merytorycznych). No zaraz, chwila wygląda na to, że panowie nie mają nic do powiedzenia na temat. I od razu zastanawiam się dlaczego. Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Albo nie mają doświadczeń własnych w temacie albo z męskiego punktu widzenia ten rodzaj aktywności jest zwyczajnie przereklamowany. Jeżeli to drugie to tym bardziej cenna byłaby taka informacja, ponieważ samo opanowanie techniki wymaga trochę pracy więc po cholerę uszczęśliwiać kogoś na siłę, skoro można te energie spożytkować na doznania dające przyjemność obu stronom? Jeśli to pierwsze to pojawiają się kolejne pytania. Dlaczego się z tym nie zetknęli? Z powodu niechęci partnerki/ partnera? Czy może z powodu własnej nieśmiałości? A może w męskiej optyce jest to aktywność o konotacji pejoratywnej, przywodząca na myśl wyłącznie akt przemocy? Krótko mówiąc chęć to może i mieliby, ale nie chcą wyjść na ‘zwierzęta czy innych brutali’. No dobra, a co z tymi, którzy obracają się w kręgu aktywności bdsmowych, w tych kategoriach GG ni byłoby specjalnie agresywną czynnością? Reasumując może GG to rodzaj jednorożca – niby wszyscy o nim wiedzą, mało kto widział a nieliczni spróbowali. A może po prostu kobiety są mniej pruderyjne? A może faceci jednak nie znają (i nie doceniają!) swoich partnerek. Faceci – niezmienna zagadka. dziś
=============
jonasz 2008-02-21 20:39:53 193.239.80.7
potwornie irytujace sa te banery uniemozliwiajace przyczytanie pierwszych wpisow... nie da sie tego zlikwidowac?
... 2008-02-17 12:47:19 78.28.12.134
jest jeszcze trzecia odpowiedź - mężczyźni mają mniejsza potrzebę dzielenia się wrażeniami. Stąd to częsciej kobiece wpisy... Ale postaram sie z własnego doświadczenia napisać dla Ciebie kilka własnych opinii. Nie aspiruję przy tym do wypowiadania się za większosć... ot moje przemyślenia.GG nie jest częsta i popularna praktyką. Zdecydowanie częściej pozostaje tylklo w sferze fantazji. Zarówno dlatego że mężczyzna obawia się zaproponować coś takiego partnerce jak i dlatego że partnerka obawia się taką fantazję realizować (bo przecież nie jest to łatwe)Czy jest to przyjemne? Jest. Dla mnie tym bardziej że poza przyjemnością fizyczną daje jeszcze satysfakcję z tego że partnerka robi to dla mnie. Nie wydaje mi się by była to aktywność o konotacji pejoratywnej, choć z pewnością ma wydźwięk lekkiej perwersji a tym samym może kojarzyć się z czymś wulgarnym, bliskim prostytucji... lecz powiedz sama czy to aby czasem nie wzmaga jeszcze podniecenia? Bo wg mnie wzmaga. :) Z pewnością też kojarzy się z formą przemocy, czy choćby wymuszenia. To jednak w większości także nie powinno przeszkadzać nawet jeśli mężczyzna nie jest świadomym zwolennikiem bdsm. Podsumowując - Nieczęsto mam możliwość doświadczenia czegoś takiego, jesli jednak to się zdarza jest to coś co się pamięta i co się docenia.
=============
jonasz 2008-02-21 20:39:53 193.239.80.7
potwornie irytujace sa te banery uniemozliwiajace przyczytanie pierwszych wpisow... nie da sie tego zlikwidowac?
... 2008-02-17 12:47:19 78.28.12.134
jest jeszcze trzecia odpowiedź - mężczyźni mają mniejsza potrzebę dzielenia się wrażeniami. Stąd to częsciej kobiece wpisy... Ale postaram sie z własnego doświadczenia napisać dla Ciebie kilka własnych opinii. Nie aspiruję przy tym do wypowiadania się za większosć... ot moje przemyślenia.GG nie jest częsta i popularna praktyką. Zdecydowanie częściej pozostaje tylklo w sferze fantazji. Zarówno dlatego że mężczyzna obawia się zaproponować coś takiego partnerce jak i dlatego że partnerka obawia się taką fantazję realizować (bo przecież nie jest to łatwe)Czy jest to przyjemne? Jest. Dla mnie tym bardziej że poza przyjemnością fizyczną daje jeszcze satysfakcję z tego że partnerka robi to dla mnie. Nie wydaje mi się by była to aktywność o konotacji pejoratywnej, choć z pewnością ma wydźwięk lekkiej perwersji a tym samym może kojarzyć się z czymś wulgarnym, bliskim prostytucji... lecz powiedz sama czy to aby czasem nie wzmaga jeszcze podniecenia? Bo wg mnie wzmaga. :) Z pewnością też kojarzy się z formą przemocy, czy choćby wymuszenia. To jednak w większości także nie powinno przeszkadzać nawet jeśli mężczyzna nie jest świadomym zwolennikiem bdsm. Podsumowując - Nieczęsto mam możliwość doświadczenia czegoś takiego, jesli jednak to się zdarza jest to coś co się pamięta i co się docenia.
30 stycznia 2008
Mała czarna
Jedną z tych rzeczy, których nie lubię jest sytuacja, w której mężczyzna pokazuje mi swoją kobietę ale nie pozwala jej dotknąć. Może nawet nie to, że jawnie zabrania, ale z racji łączących nas relacji jest to niepisana zasada. I nie ma znaczenia czy jest to żona czy kochanka, ktorej obraz znam tylko ze zdjęcia. Czy asystentka, która torturuje mnie swoją obecnością na wyciągnięcie ręki. A wszystkie one to filigranowe brunetki, które gotują we nie krew. Czasami trudno mi się powstrzymać, żeby nie przeprowadzić z mężczyznami męskiej rozmowy. Przecież nie zjem tych kobiet, chciałabym je tylko posmakować, pododtykać, popieścić. Niby mężczyźni wolą blondynki, ale brunetek pilnują jak oka w głowie ;). Małą czarną poproszę lekko posypaną cynamonem.
28 stycznia 2008
Lew Tołstoj
"Lekko i bez wysiłku, jednym pchnięciem, otwierają się tylko drzwi do zguby"
Kiedy kładę dłoń na klamce nigdy nie wiem czy otworzą się łatwo czy też trzeba będzie włożyć w to sporo wysiłku. Zaskakujące, że czasami masywne monstra uchylają się jak za dotknięciem różdżki a filigranowo wyglądające wymagają pracy lub sprytu. Ciekawe ile progów przekroczyłam, ile drzwi już otworzyłam i ile zatrzasnęłam za sobą na wieczność. Drzwi. Za nimi inny świat, za nimi tajemnice. Czasami przydałby się klucznik albo po prostu wytrych...
27 stycznia 2008
... (Kiedy mnie pragniesz)
Kiedy mnie pragniesz
ulegam każdej cząsteczce powietrza
drżącej pomiędzy nami
Marta Mazurkiewicz
Knajpiano-atwistyczno-salomonowe
Przyśniła mi się nieoczekiwanie i rozbudziła potrzebę, którą ułożyłam do snu miesiące temu. Najpierw zagrała cichym chiloutem, zaszemrała wielobarwnym głosem ludzi, zapachniała dymem i cytryną gdzie niegdzie zaakcentowanym mocnym zapachem perfum. Potem otworzyła przede mną drzwi, za którymi gwar nabierał twarzy i życia. Emocje krystalizowały się w oddechach, a prąd płynął między dotykającymi się palcami. Lekcja fizyki i chemii w praktyce. Mogłabym tak siedzieć godzinami. Po prostu siedzieć i chłonąc otoczenie przez skórę. Sycić się Nocnym Życiem Miasta. To jest to, czego mi brakuje. I nie chodzi wcale o to, żeby coś skonsumować. To nie potrzeba „mieć” tylko „być”. Kolejna noc i kolejne drzwi, które otwiera przede mną Pani Noc. A potem jeszcze jedne. Narastająca tęsknota…
Miałam całkiem inne plany na wieczór, z żalem odrzuciłam propozycję spotkania się z Ludźmi, z którymi spotkałabym się z największą przyjemnością. Ale… No właśnie… Było już późno… a ja byłam w Mieście. Wiedziałam, że siedzą tam wśród wszystkich symptomów Nocnego Życia. I poszłam tam Musiałam pójść. Cudowny wieczór, bez jednego grama alkoholu, na który tak bardzo miałam ochotę. Takie zasady BHP ustalone z Panią Nocą – ona pozwala mi napawać się atmosferą, a ja przyjeżdżam samochodem, żeby nie przekroczyć magicznej granicy. Jestem Kopciuszkiem, który co prawda nie gubi pantofelka, ale ma swoją karocę, wyczarowaną z dyni. Trywialny, namacalny element życia, które jest poza Nocnym Życiem. Papieros, kto trzymam w palcach przez cały wieczór jest symbolem tego, co mogę czuć, widzieć, wąchać a czego nie wolno mi posmakować. Tym razem nie stracił wypełniającego go tytoniu. Hołubiłam go w palcach jak najcenniejszy z klejnotów, odsuwałam od siebie jak zarazę, której potrafiłam się oprzeć. To kolejny cichy układ z Panią Nocą. Przedmiot, który pozwala mi się nie zapomnieć. Jest jak okruszki rzucane przez Jasia i Małgosię, jak nić Ariadny. Ale mnie potrzebny nie po to, żeby wrócić do domu, ale po to, żeby nie wejść w Mrok. Pragnienie zadurzenia się upojną wonią Nocy jest we mnie tak duże, że potrafiłabym się zapomnieć. To bardzo silny głód, namacalny, konkretny. Płomień, którego pragnę, spopieliłby mnie w mgnieniu oka, a nie wiem czy feniks we mnie potrafiłby się odrodzić do życia poza Nocą. Nie chcę próbować. Prośba o papierosa nie zawsze jest prośbą o ogień. Bo o to chodzi, żeby gonić Ogniczka…
Powrót do rzeczywistości. Zdejmuję z siebie ubranie, z każdym skrawkiem materiału odkładam świeże jeszcze wspomnienie gościny u Pani Nocy poza zasięg fizyczności. Woda zmyje te drobiny, które przedarły się aż do skóry i oblepiły ją lubieżnymi oddechami. Zdejmuję z siebie zawieszone w kroplach potu spojrzenia i rozmowy, powitalno-pożegnalne buziaki i uściski, zapach prochu. Wyjałowioną cielesność składam w pościeli. Budzi mnie gorący oddech na karku i woń męskiego pożądania. Atawistyczna, odwieczna męska żądza znaczenia terytorium. Bezceremonialnie posiadł moje ciało, wyganiając z wnętrza te drobiny Nocy, które oparły się kąpieli. Samczo bezwzględny, władczy i nieznoszący sprzeciwu napełnia mnie sobą, dezynfekuje spermą i piętnuje swoim zapachem. Dopiero teraz jestem czysta. Dopiero teraz czuję się czysta. To spowiedź i rozgrzeszenie w jednym akcie. Zwierzęca siła przeciw bezradności. Najbardziej pierwotne z praw dominacji. Może właśnie dla takich poranków tak bardzo pożądam Nocy.
Ten wieczór, noc i poranek były jak krótkie wakacje w raju. Kiedyś znowu odwiedzę Panią Noc i powrócę z jej objęć, żeby odnaleźć swoje miejsce u boku Pana Męża. Życie na krawędzi. Mieć i nie mieć zarazem. Być i nie być. Ale móc i chcieć, oto klucz to życia na krawędzi światów.Salomon powiedział „Jeśli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku Twoje nie było”. Kocham wracam.
Miałam całkiem inne plany na wieczór, z żalem odrzuciłam propozycję spotkania się z Ludźmi, z którymi spotkałabym się z największą przyjemnością. Ale… No właśnie… Było już późno… a ja byłam w Mieście. Wiedziałam, że siedzą tam wśród wszystkich symptomów Nocnego Życia. I poszłam tam Musiałam pójść. Cudowny wieczór, bez jednego grama alkoholu, na który tak bardzo miałam ochotę. Takie zasady BHP ustalone z Panią Nocą – ona pozwala mi napawać się atmosferą, a ja przyjeżdżam samochodem, żeby nie przekroczyć magicznej granicy. Jestem Kopciuszkiem, który co prawda nie gubi pantofelka, ale ma swoją karocę, wyczarowaną z dyni. Trywialny, namacalny element życia, które jest poza Nocnym Życiem. Papieros, kto trzymam w palcach przez cały wieczór jest symbolem tego, co mogę czuć, widzieć, wąchać a czego nie wolno mi posmakować. Tym razem nie stracił wypełniającego go tytoniu. Hołubiłam go w palcach jak najcenniejszy z klejnotów, odsuwałam od siebie jak zarazę, której potrafiłam się oprzeć. To kolejny cichy układ z Panią Nocą. Przedmiot, który pozwala mi się nie zapomnieć. Jest jak okruszki rzucane przez Jasia i Małgosię, jak nić Ariadny. Ale mnie potrzebny nie po to, żeby wrócić do domu, ale po to, żeby nie wejść w Mrok. Pragnienie zadurzenia się upojną wonią Nocy jest we mnie tak duże, że potrafiłabym się zapomnieć. To bardzo silny głód, namacalny, konkretny. Płomień, którego pragnę, spopieliłby mnie w mgnieniu oka, a nie wiem czy feniks we mnie potrafiłby się odrodzić do życia poza Nocą. Nie chcę próbować. Prośba o papierosa nie zawsze jest prośbą o ogień. Bo o to chodzi, żeby gonić Ogniczka…
Powrót do rzeczywistości. Zdejmuję z siebie ubranie, z każdym skrawkiem materiału odkładam świeże jeszcze wspomnienie gościny u Pani Nocy poza zasięg fizyczności. Woda zmyje te drobiny, które przedarły się aż do skóry i oblepiły ją lubieżnymi oddechami. Zdejmuję z siebie zawieszone w kroplach potu spojrzenia i rozmowy, powitalno-pożegnalne buziaki i uściski, zapach prochu. Wyjałowioną cielesność składam w pościeli. Budzi mnie gorący oddech na karku i woń męskiego pożądania. Atawistyczna, odwieczna męska żądza znaczenia terytorium. Bezceremonialnie posiadł moje ciało, wyganiając z wnętrza te drobiny Nocy, które oparły się kąpieli. Samczo bezwzględny, władczy i nieznoszący sprzeciwu napełnia mnie sobą, dezynfekuje spermą i piętnuje swoim zapachem. Dopiero teraz jestem czysta. Dopiero teraz czuję się czysta. To spowiedź i rozgrzeszenie w jednym akcie. Zwierzęca siła przeciw bezradności. Najbardziej pierwotne z praw dominacji. Może właśnie dla takich poranków tak bardzo pożądam Nocy.
Ten wieczór, noc i poranek były jak krótkie wakacje w raju. Kiedyś znowu odwiedzę Panią Noc i powrócę z jej objęć, żeby odnaleźć swoje miejsce u boku Pana Męża. Życie na krawędzi. Mieć i nie mieć zarazem. Być i nie być. Ale móc i chcieć, oto klucz to życia na krawędzi światów.Salomon powiedział „Jeśli coś kochasz, daj mu wolność. Jeżeli wróci do Ciebie, jest Twoje. Jeżeli nie wróci, oznacza to, że nigdy od początku Twoje nie było”. Kocham wracam.
10 stycznia 2008
38
Kreska na ścianie, w metryce rok – pojawiły się i zniknęły równie szybko. Zawodowy był to rok, niemal wyłącznie zawodowy. Czasami jednak muszę wybierać, jak w tym przypadku. Płacę za to czasem, który przestaje być wolny. Płacę przyjemnościami, które staja się tylko wspomnieniem. Płacę cząstkami siebie, które popadają w niebyt rozpryskując się atomy. Gdzieś głęboko ukryty głos dopinguje, a ten drugi, cichy staje się jeszcze cichszy i pozwala się zagłuszyć. I znów demon, któremu na imię ambicja podszeptuje swoje niecne plany, nęci wizjami tak realnymi, że wydaj się, że wystarczy po nie wyciągnąć rękę. Rozmowy, które prowadzę, eskalacja wymagań z jednej strony i oczekiwać z drugiej. I tylko w tym wszystkim zatraca się moje wewnętrzne ja zbudowane z małych pragnień. Z małych przyjemności, które potrafią przenosić w niebu. Zagubiłam gdzieś maleńki kawałek srebra, który pozwalał mi nie zapominać o tym, kim jestem. Tam, w środku. Przestałam być zbiorem uporządkowanych elementów, stałam się siedliskiem wolnych elektronów, z których każdy żyje własnym życiem. Zgubiłam amulet życia. Potrzebuję go. Tak bardzo.
6 stycznia 2008
Przepis na udany weekend
Uczestników co najmniej dwójka (płci dowolnej), duże łóżko, duża wanna, płonący kominek, wyłączone telefony, pusty dom, sex, sen, posiłek, sex, kąpiel w masie piany, afrodyzjaczek, sex, sen. Powtarzać w dowolnej kolejności aż do zmęczenia materiału. Dziecko nauczy się jeździć na nartach, a ja przyjrzę się z bliska kolejnemu obliczu cielesnych przyjemności…
4 stycznia 2008
AvP2
Nawet będąc na takim głodzie S-F na jakim jestem od dłuższego czasu nie da się obejrzeć tego czegoś (film to za dużo powiedziane!!) bez popadania w załamanie nerwowe. No tak zeszmacić i podszyć tandetą pięknego, seksownego i błyszczącego Obcego to nikt inny nie byłby w stanie. Scenariusza i fabuły bram, gry aktorskiej nie widziała, scenografia zerowa, a sposób poruszania się zwinnego i szybkiego dotychczas Obcego porównywalny z gracją gumowych potworów w filmach S-F z lat sześćdziesiątych. Zdecydowany numer jeden na liście gniotów wszech czasów. Żadna zła recenzja jaką czytałam gdziekolwiek nie oddaje beznadziejności, którą reprezentuje ta produkcja. Jedno wielkie błeee.
1 stycznia 2008
Sexowne bąbelki...
Nie ma jak noworoczny sex po paru lampkach bąbelków. O tak, to jest to, co tygryski lubią bardzo. Mraaauuuu. A potem przeogromna dawka snu w ciszy… Cisza to taki stan kiedy w domu nie słychać odgłosów kreskówkowych, śpiewanych piosenek, tupania na schodach i innego porannego skradania się (krótko mówiąc Młoda na imprezie poza domem). REWELACJA! Już zapomniałam jak to pięknie smakuje.No to sobie i innym życzę dużo (nie)skrępowanego sexu w nadchodzącym roku. Oj duuużo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)